– Ale po zabawie weźmiesz się do nauki, dobrze? – takie zdania słyszą od nas dzieci. Od początku rozróżniamy: to jest zabawa, a to nauka. Tu jest to, co przyjemne i budzące ciekawość, a tu to co nudne, żmudne, trudne i mało atrakcyjne. Tu możesz podążać za własną ciekawością i decydować o tym, co i jak robisz, tam musisz się podporządkować i robić to, co kazał nauczyciel. Tak zawsze było, więc przyjmujemy to za pewnik.
rozwinął w sobie wewnętrzną strukturę i poczucie obowiązku, które tak trudno wyrobić w dzieciach, które wciąż wykonując polecenia innych, uczą się, że ich zadaniem jest przyjęcie zewnętrznej, narzuconej im przez dorosłych struktury. Ciągle wykonując polecenia innych stają się ludźmi posłusznymi i uległymi, którzy przestają słyszeć swój wewnętrzny głos i zamiast iść przez życie własną drogą, idą w kierunku, który wyznaczyli im inni. Utrata własnego azymutu ma poważne implikacje.
Andre Stern nie widzi różnicy między zabawą a nauką. W jego życiowym doświadczeniu nie da się odróżnić jednego od drugiego. Warto posłużyć się tu cytatem.
„W moim dzieciństwie, o ile tylko mogę sobie przypomnieć, nigdy nie pojawiła się kwestia rozdziału czasu na naukę i zabawę. Obie te rzeczy były z sobą jak najściślej powiązane.
Cóż to było za wydarzenie, gdy tata i mama kupili mi silnik z klocków Lego! Marzyłem o nim całymi miesiącami, ale nie mogłem go mieć, bo był dla nas o wiele za drogi. Sto siedem franków … Ciągle jeszcze widzę przed sobą metkę z ceną niczym górskie zbocze, na które trzeba się wspiąć. Miałem wtedy może siedem lat. Szybko kręcąca się oś w kształcie krzyża oznaczała dla mnie początek nowej ery. Oto za jej sprawą moje modele z serii Lego Technic przeszły ze statycznego stadium do mobilnego. Pozginana kartka z ważnymi informacjami wyjaśniała, jak można wyliczyć odpowiednie przełożenie multiplikujące i redukujące, wiedząc, jaka jest średnia tarczy lub znając liczbę ząbków koła zębatego. Zadeklarowana liczba obrotów silnika na minutę pozwoliła mi obliczyć teoretyczną prędkość bardzo lekkiego samochodu, który w tym celu zrobiłem (podwozie wykonałem z klocków Lego, karoserię z kartonu). Do tego musiałem wyliczyć, jaki odcinek koło pokona podczas jednego obrotu.
Szukając w encyklopedii mamy odpowiedzi na nurtujące mnie pytania odkryłem liczbę π. Postanowiłem praktycznie sprawdzić, czy jej wartość została podana właściwie. W tym celu owinąłem koło papierowym paskiem, chcąc zmierzyć obwód. Gdy się przekonałem, że liczba π faktycznie ma taką wartość, używałem jej w moich obliczeniach. Dzięki niej miałem z górki: żeby otrzymać prędkość w kilometrach na godzinę, mnożyłem odcinek, jaki pokonało koło, przez liczbę obrotów na minutę, a potem przez sześćdziesiąt.”
Czy to była zabawa, praca czy nauka, pyta autor? Czytelnik książki łatwo może sobie wyobrazić, ile w czasie tej aktywności nauczył się mały Andre, ile zrozumiał i jak rozwinęły się jego zainteresowania.
Warto przytoczyć tu również innymi przykład zabawy, która dla wielu dzieci jest ciężką i żmudną pracą. Myślę tu o muzyce. Słuchając historii dzieci zmuszanych do grania, często myślę o drodze Andre do muzyki. Dziś Andre Stern gra na gitarze i jest lutnikiem. Czy to możliwe, że nauczył się tego wszystkiego z własnej woli i bez jakiegokolwiek przymusu?
„W wieku czternastu lat zacząłem się wgryzać w tajniki gry na gitarze. Mój ojciec był w stanie odtworzyć z pamięci – z niezwykła precyzją – niektóre kawałki flamenco, choć nie potrafił ani grać, ani zapisywać muzyki. Wspólna zabawa pochłaniała nas każdego wieczoru. On śpiewał mi nutę, ja szukałem jej na gryfie gitary. Na początku udawało mi się to dopiero po wielu próbach. Grałem jakiś ton, ojciec kręcił głową i powtarzał nutę. A znów coś grałem, aż w końcu kiwał głową, a następnie śpiewał następny ton. Krok po kroku odtwarzaliśmy melodię.
Niektóre nuty na gitarze można wykonać na różne sposoby. Często przy jakiejś nucie zauważałem, że wygodniej byłoby zagrać poprzednią w innym miejscu, bo wtedy łatwiej sięgnąć do następnej. Zauważyłem też, że kilka nut tworzy akord. W toku tej stopniowej rekonstrukcji muzyki uświadomiłem sobie, że często cały utwór może zostać zagrany przy wykorzystaniu niewielu akordów. W ten sposób przyswoiłem sobie ważne aspekty harmonii, chociaż ćwiczyłem praktycznie tylko dla zabawy i na długo zanim zetknąłem się z teorią.”
Andre Stern nauczył się podstaw harmonii, a przy tym wyrobił sobie tak potrzebny muzykowi i lutnikowi słuch, bez najmniejszego przymusu, w czasie zabawy. Nasze mózgi nie zostały stworzone do reprodukowania danych, ale do ich przetwarzania i wyciągania z nich ogólnych reguł, twierdzą tacy badacze mózgu jak Manfred Spitzer czy Gerald Hüther. Gdy są zmuszane do reprodukowania informacji robią to dużą niechęcią i małą efektywnością. Zupełnie inaczej rozwijają swój potencjał, gdy przetwarzając dane mogą samodzielnie odkrywać ukryte zasady. Tak właśnie było w opisanym tu przypadku. Nuty tworzą akordy i cała struktura utworu muzycznego jest na nich oparta. Nauka wygląda inaczej, gdy dziecko się tego dowiaduje od nauczyciela, a inaczej, gdy może to samodzielnie odkryć. Że oba podejścia mają wpływ na efektywność procesu uczenia się i na motywację, wydaje się truizmem.
Jako społeczeństwo zorganizowaliśmy dzieciom dzieciństwo i rozdzieliliśmy naukę od zabawy. Książka Andre Sterna „Zabawa” pokazuje, jak wiele tracą przez to dzieci i jak wiele traci całe społeczeństwo. Zmuszanie dzieci do nauki wbrew ich naturalnym sposobom uczenia się powoduje, że nie mogą wykorzystać swojego potencjału, tracą chęć do uczenia się i – co gorsza – tracąc wiarę w siebie.
Co by się zatem stało, gdybyśmy nie narzucali dzieciom sposobu, w jaki mają się uczyć, co by się stało, gdybyśmy pozwolili im podążać za ich naturalną ciekawością i zainteresowaniami? Andre Stern mówi: Ja znam odpowiedź, bo sam tak się wychowałem. Jako dziecko nie chodził do szkoły, nie był do niczego zmuszany i mógł podążać za swoimi zainteresowaniami. Dziś pisze książki, wygłasza wykłady, gra na gitarze i jest lutnikiem.
Wiele osób powie zapewne, że odejście od tradycyjnego modelu szkoły, w którym wszystko jest dzieciom narzucane to niebezpieczny eksperyment. Co jeśli okaże się, że dziecko niczego się nie nauczyło? Na taki argument można odpowiedzieć innym pytaniem: A co robimy, gdy okazuje się, że po ukończeniu obecnej szkoły młody człowiek nic nie umie, niczym się nie interesuje i nie ma wiary w siebie? Co wtedy mówimy? Czy szukamy winy w modelu edukacji, czy całą winę przerzucamy na niego?
Nie chcąc eksperymentować wciąż podążamy tą samą drogą, choć widzimy, jak wiele dzieci w obecnym modelu szkoły męczy się i traci motywację do nauki. Nie chcąc eksperymentować pozostajemy przy tradycyjnym, od wielu lat krytykowanym i niesprawdzającym się modelu. Czy to uczciwe podejście? Czy nie powinniśmy próbować szukać rozwiązań, które każdemu dziecku pozwolą na rozwinięcie tkwiącego w nim potencjału? Kiedy przyznamy, że obecny model szkoły to teza, której nigdy nich chcieliśmy systemowo zweryfikować, bo nigdy nie stworzyliśmy szkół, w których poważnie potraktowane byłyby zainteresowania i potrzeby dzieci?
Wiele osób uważa, że książki Andre Sterna są atakiem na szkołę, bo pokazują, jak może rozwinąć się człowiek, który do żadnej szkoły nie chodził. Ja podchodzę do tego inaczej. Książki Andre Sterna są dla mniej wołaniem o to, byśmy oddali szkoły dzieciom i byśmy jako społeczeństwo przestali traktować je jako narzędzia do osiągania naszych egoistycznych celów.
Książka Andre Sterna „Zabawa” to niezwykle ważny przyczynek do dyskusji o modelu szkoły. Można ją czytać na wielu poziomach. Z jednej strony zawiera wiele praktycznych przykładów, jak zapewnić dziecku warunki do rozwoju, ale można ją też czytać zupełnie inaczej, bo autor stawia pytana dotyczące najbardziej fundamentalnych kwestii związanych z wychowaniem i edukacją.

tel.: 792 688 020
e-mail: kontakt(at)budzacasieszkola.pl
Odwiedź nas również na Facebooku
facebook.com/budzacasieszkola/
© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.
Pani Marzena, ja właśnie próbuję się pozbierać po mailu od rodzica mojego ucznia, w którym zarzuca mi, że dziecko idąc do szkoły nie myśli o sprawdzianach, pracach domowych, lekcjach i plecaku, tylko o zabawie. Że zostały na moich zajęciach zachwiane proporcje między zabawą a nauką (moi uczniowie to 8-latki). Rodzicowi temu przeszkadza, że dzieci mogą swobodnie eksperymentować z wodą (sami wpadli na pomysł mieszania, barwienia), że w klasie jest bałagan. Nie wiem, jak rozmawiać z takimi rodzicami, jest mi przykro z powodu takiego patrzenia na szkołę. Syn tej pani to świetny, ciekawy świata, uczciwie pracujący, radzący sobie z emocjami chłopiec, a mama pisze, że syn nie zrobił żadnych postępów. Kiedy wydaje mi się, że już rodzice zaczynają rozumieć, bo rozmawiamy otwarcie o tym, jak pracuję i dlaczego – zawsze dociera do mnie przez takie właśnie reakcje, że jeszcze długa droga przed szkołą.
Pani Renato,
zapotrzebowanie na złą szkołę wciąż jeszcze jest bardzo duże! Wiele osób wychowanych w autorytarnych warunkach nie umie sobie wyobrazić, że nauka może być przyjemna. Jeśli jest przyjemnie, a dzieci w szkole dobrze się czują, to to nie jest nauka – to sposób myślenia takich osób.
Może rozwiązaniem będzie taki pomysł:
Dzieci w grupach układają testy do zagadnień, które były omawiane. Robią te testy w dwóch wersjach. Pierwsza z lukami do uzupełnienia, a druga z uzupełnionymi na kolorowo lukami i wyjaśnieniami (np. ortografia, dlaczego ó). Potem zamieniają się tymi testami i je rozwiązują. Potem grupa autorów poprawia prace i wystawia punkty. Pani traktuje to jako formę ćwiczenia i w ogóle nie patrzy na te punkty, ale prosi pani tego chłopca, żeby pokazał swoje prace w domu. A na spotkaniach z rodzicami mówiłabym o sensie tych prac. Prawdziwy sprawdzian, to przerwa w procesie uczenia się, czyli strata czasu, taki sprawdzian „na niby” daje dzieciom informacje, co już umieją, ale nikogo nie stresuje i daje okazję do uczenia się. Powtarzałabym jak mantrę, że chodzi o to, by dzieci w szkole się uczyły i szkoda czasu na sprawdziany, bo dla Pani nie jest ważne, czy Kasia jest w II klasie lepsza od Jasia. Na osiągnięcie celów dzieci mają 3 lata. I z uśmiechem mówiłabym o tym, że dziecko, które najpóźniej nauczyło się chodzić, wcale nie chodzi gorzej od innych, że to tylko nasze niezdrowe ambicje. Pozdrawiam i życzę siły! I proszę nie patrzeć na tych dwoje rodziców, którym to nie pasuje, ale resztę, którzy zapewne są zadowoleni. To skrzywienie naszego mózgu, które kieruje uwagę na to, co jest nie tak. Polecam książkę „Szczęśliwy mózg” Ricka Hansona.