„Cyfrowa demencja” Manfred Spitzer

Nakładem wydawnictwa „Dobra literatura” właśnie ukazała się na naszym rynku nowa książka Manfreda Spitzera „Cyfrowa demencja”. Jestem głęboko przekonana, że z zawartymi w niej tezami i wynikami badań powinni zapoznać się wszyscy nauczyciele, studenci kierunków pedagogicznych i przede wszystkim rodzice oraz osoby zarządzające edukacją.

Książka Spitzera jest bez wątpienia lekturą niewygodną, bo pokazującą, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na nas, dorosłych. Zrozumienie mechanizmów sterujących pracą mózgu, nieuchronnie wiąże się z koniecznością pożegnania się z wieloma edukacyjnymi mitami i odejściem od wygodnych przyzwyczajeń. Pierwsze lata życia dzieci, to czas największych i najszybszych zmian sieci neuronalnej. To wtedy tworzy się fundament, który będzie im służył przez wiele lat. I choć dziś wiemy już, że mózg przez całe życie może tworzyć nowe połączenia neuronalne, to jednak preferuje te, który już istnieją. Dlatego nadrobienie strat i deficytów, które powstaną w pierwszych latach życia dzieci jest bardzo trudne, a czasami wręcz niemożliwe. Powinniśmy o tym pamiętać, zanim posadzimy dwulatka przed telewizorem, albo pięciolatkowi damy tablet, żeby sobie pograł w grę. Wiele osób odpowiada, że z pewnością nie stanie się nic złego, jeśli przedszkolak 20 minut spędzi z konsolą do gier. Prawdą jest, że to dawka czyni truciznę. Dlatego trzeba zadać sobie pytanie, które dziecko po 20 minutach z własnej woli odchodzi od komputera. Nowe technologie posiadają ogromną siłę uwodzenia i trzeba mieć bardzo silną wolę i dużo samodyscypliny, by zachować umiar.

W przedmowie Manfred Spitzer przytacza dane zawarte w opublikowanym 22 maja 2012 roku corocznym sprawozdaniu pełnomocnika niemieckiego rządu ds. uzależnień, Mechthilda Dyckmansa: „Około dwustu pięćdziesięciu tysięcy osób między czternastym a dwudziestym czwartym rokiem życia uznaje się za uzależnione od internetu, a milion czterysta tysięcy użytkowników internetu zalicza się do grupy zagrożonych tym uzależnieniem”. Podczas gdy konsumpcja alkoholu, nikotyny oraz twardych i miękkich nielegalnych narkotyków wykazuje tendencję spadkową, uzależnienie od komputera i internetu nasila się w sposób dramatyczny. Rząd przygląda się temu bezradnie. Jedyne, na co się do tej pory zdobył, to podwyższenie kar dla właścicieli lokali, którzy zezwalają nieletnim na korzystanie z automatów do gry.” (str. 11)

Jednak to nie wysokie ryzyko uzależnienia od cyfrowego świata jest głównym tematem „Cyfrowej demncji”. Celem Spitzera jest przytoczenie wyników badań, które pozwolą nam ocenić, czy kontakt małych dzieci z cyfrowym światem przynosi im więcej zysków czy strat. Czy kupując dziecku laptopa czy konsolę do gier, zwiększamy czy zmiejszamy jego sukces edukacyjny. Czy istnieje związek między tzw. konsumpcją mediów, a ryzykiem wystąpienia ADHA, dysleksji czy dysgrafii? Czy dzieci, które wiele godzin dziennie spędzają przy komputerze lepiej czy gorzej radzą sobie z czytaniem czy matematyką? Czy uczniowie korzystający z elektronicznych mediów mają więcej wolnego czasu? Czy więcej zapamiętają studenci robiący notatki ręką czy ci używający do tego tabletu? Jaki wpływ na nasze mózgi mają smartfony, po które sięgamy za każdym razem, gdy usłyszymy, że przyszła nowa wiadomość, nawet gdy siedzimy przy rodzinnym obiedzie lub właśnie oglądamy film? Czy ciągła dostępność i fakt, że nawet po pracy wciąż załatwiamy służbowe sprawy  podnosi czy raczej obniża jakość naszego życia? Czy wyposażenie pierwszoklasistów w tablety oznacza postęp i jest przejawem unowocześniania edukacji?

Ogromną zasługą Spitzera jest umiejętność objaśniania zasad pracy mózgu. Zawarte w książce wyjaśnienie i ilustracje pozwalają zrozumieć, czym jest neuroplastyczność, wielozadaniowość czy inhibicja, jaką rolę w procesie uczenia się odgrywa pamięć robocza, czym jest rozproszona uwaga czy głębokość przetwarzania informacji. Autor ma nadzieję, że rozumiejąc sposób pracy mózgu, będziemy umieli stworzyć naszym dzieciom lepsze warunki rozwoju zarówno w domach rodzinnych, jak również w przdszkolach i szkołach. Na dzieciach nie wolno eksperymentować, dlatego zanim wprowadzimy do szkół komputery, najpierw powinniśmy przeprowdzić badania, które pozwolą odpowiedzieć na pytanie, w jakim w wieku to zrobić, by nie spowodować strat.

Na zakończenie warto zacytować fragment „Cyfrowej demencji”.

„Telefony, smartfony, konsole do gier komputerowych i –przede wszystkim – telewizja, zmieniają nasze życie. Z badań reprezentatywnych przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych wśród ponad dwóch tysięcy dzieci i młodych ludzi między ósmym a osiemnastym rokiem życia wynika, że spędzają oni 7,5 godziny dziennie na korzystaniu z mediów elektronicznych, to więcej niż wynosi ich czas spania. Według sondażu przeprowadzonego w Niemczech wśród czterdziestu trzech i pół tysiąca uczniów średni dzienny czas korzystania z mediów przez dziewiątoklasistów  wynosi prawie 7,5 godziny, przy czym nie uwzględniono tu telefonów komórkowych i odtwarzaczy MP3.Tabele na następnej stronie przedstawiają wyniki cytowanych badań z obu krajów.” (str. 14)

 

Czy rzeczywiście jest się czego bać? Czy Manfred Spitzer nie przesadza? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Nie wolno przy tym zapominać, że książka Spitzera mówi o wpływie nowych technologii na mózgi dzieci.

Link do rozmowy, którą z prof. Manfredem Spitzerem przeprowadził Andrzej Lipiński.

http://ksiazki.wp.pl/tytul,Prof-Manfred-Spitzer-przyczyna-tak-duzej-popularnosci-ksiazki-Cyfrowa-demencja-jest-pewien-brak-rownowagi,wid,20686,wywiad.html?ticaid=111863

 

 


Link do rozmowy, jakiej można było posłuchać w piątek 18.10.2014 w TOK FM:

http://bi.gazeta.pl/im/4/14805/m14805864.mp3

Po rozmowie w TOK FM dostałam wiele maili z pytaniem o to, gdzie można kupić „Neurodydaktykę”.

Najłatwiej przez stronę Wydawnictwa Naukowego UMK

http://www.wydawnictwoumk.pl/prod_74250_Neurodydaktyka._Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

lub

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

Informacja dotycząca „Neurodydaktyki”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

Comments ( 0 )
  1. wojtek

    czy z powyższego mam rozumieć, że autor książki do jednego kubła wrzuca telewizję, internet, komputery, gry wideo – i nazywa, że to wszystko to zło?
    no to wrzuciłbym jeszcze tam książki, gazety, radio (toż to media), a nawet i manuskrypty
    i na końcu „Oś świata” z tą recenzją

    czy aby nie wylewamy dziecka razem z kąpielą?

    bo od czegóż dokładnie jest to to uzależnienie? przecie nie od nikotyny, kofeiny i innych dziadostw, które spotkać można w pokoju nauczycielskim..

    toż to uzależnienie od informacji..

  2. SAWA

    Bardzo Pani dziękuję za informację, że już jest ta nowa książka Spitzera na naszym rynku. Niedawno przeczytałam poprzednią „Jak uczy się mózg” i myślałam, że dłużej będę czekać na „Cyfrową demencję”. 🙂
    W tej chwili słucham panią w TokFm i to co pani mówi jest dokładnie tym, czego oczekiwałabym od szkoły. Ponieważ od zwierzchników nie doczekuję się zrozumienia problemów (z góry idą coraz gorsze przykłady) ostatnio postanowiłam wyjść z tymi problemami do szerszego środowiska – nie tylko oświatowego, bo tu czuję się jak w zaklętym kręgu. Piszę więc nieporadnie artykuły do Studia Opinii > tu do nich dostęp http://studioopinii.pl/?s=Danuta+Adamczewska
    Ale nie mogę się nadziwić – dlaczego nasza nauka nie dociera do tych, którzy nam tę edukację układają?
    Danuta Adamczewska-Królikowska

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Danko,

      zajrzałam na stronę Studia Opinii i poczytałam trochę Pani tekstów. Myślimy o edukacji bardzo podobnie, poruszamy nawet te same problemy i tematy 🙂

      Pani teksty są naprawdę ciekawe i ważne!!! Po wczorajszej rozmowie w TOK FM dostałam bardzo dużo maili, wiele od nauczycieli, ale jeszcze więcej od rodziców przerażonych tym, jak szybko szkoła zniechęca dzieci do nauki.

      Podobnie, jak Pani nie mogę zrozumieć, dlaczego szkoła, która ma być źródłem wiedzy o świecie, ignoruje doniesienia dotyczące sposobu, w jaki pracuje nasz mózg. Jak to się dzieje, że niektórzy nie widzą, jak szybko obecny system niszczy u dużej częście uczniów chęć do pracy i oducza myślenia.

      Do Sudia Opinii zapewne będę częściej zaglądać 🙂
      http://studioopinii.pl/danuta-adamczewska-krolikowska-czego-sie-jas-nie-nauczy/

      Pozdrawiam serdecznie,

      m.ż.

      @ Wojtek

      Tak, Spitzer mówi o tzw. „mediach ekranowych” (Bild schirmmedien. One działają na mózg inaczej niż książki i gazety.

      Oczywiście mój blog też jest częścią internetu, ale on nie jest dla małych dzieci, a Spitzer analizuje zmiany, jakie zachodzą w mózgach dzieci, przede wszystkim małych, na skutek kontaktu z nowymi technologiami. Chodzi o różnice w strukturze neuronalnej dziecka, który bawi się zabawkami, buduje z klocków i ogląda książeczki, a takim, które np. kilka godzin dziennie ogląda telewizję.

      W książce Spitzera znajdzie Pan odpowiedź na pytanie, dlaczego tak właśnie pogrupował media. One po prostu inaczej wpływają na strukturę naszych mózgów. Fakt, iz wiele różnych rzeczy określamy tym samym słowem, nie ma dla mózgu większego znaczenia.

      Pozdrawiam i zachęcam do przeczytania „Cyfrowej demencji” 🙂

      • wojtek

        Dziękuję za odpowiedź, myślę, że sięgnę po książkę – choć raczej z pozycji krytyka, ale może mile się zaskoczę
        Pozdrawiam

        • Marzena Żylińska Post author

          Panie Wojtku,

          „Cyfrowa demencja” ukazała się w Niemczech w sierpniu 2012 roku. Do dziś nakład wyniósł 175 tysięcy egzemplarzy. A to przecież nie „Harry Potter” 😉 Wywołała i wciąż wywołuje bardzo emocjonalne reakcje i gorące dyskusje. Mam nadzieję, że i u nas tak będzie. Bo nasz problem polega na tym, że zbyt bezrefleksyjnie podchodzimy do pewnych spraw.

      • SAWA

        Dziękuję za odpowiedź i za zainteresowanie moją „twórczością”. Teraz mam w głowie jakiś tekst na temat wychowania i kształcenia dla demokracji. Ale ciągle jestem w niedoczasie. Obecnie pracuję z tzw. młodzieżą trudną, czyli m.in. z takimi, których lekką ręką szkoły mogą skreślać, bo im burzy to wyidealizowany obraz, psuje opinie i są jak zgniłe jabłka, co to zarażać mogą inne zdrowe jabłuszka. W naszym systemie nie ma dla nich miejsca – po co szukać sposobów na pokonanie trudności, gdy jest furtka, by się tych trudności po prostu pozbyć.
        Tu dopiero mam kumulację wszystkich patologii systemu. Ale także kumulację problemów, bo uzależnienie od komórek to ewidentny problem – tu uczeń nie otwiera głowy na nic innego, bo jego mózg opanowany jest przez odruchy, oni nawet nie wiedzą, że co i rusz sięgają po ten sprzęt, a w międzyczasie mózg zalewa tylko jedna myśl, by zajrzeć na ten ekranik. A ja pozostaję zostawiona sama z tymi problemami, a z góry płyną tylko hasła o „realizacji podstawy programowej”.
        Jednak czytając poprzednią pozycję Spitzera przyznam, że ten rozdział też budził moje największe kontrowersje i dlatego tak czekałam na rozszerzenie problemu w tej nowej pozycji. Bo czasem może nam się wydawać, że to może taki strach przed nowością, jak kiedyś naukowe dysputy o szkodliwości maszyny parowej na zdrowie człowieka. 😉
        Dlatego zamówiłam już i „Cyfrową demencję” i pani pozycję. Myślę, że czytanie ostatniej pozycji Spitzera powinno poprzedzić przeczytanie zarówno pani książki jak i poprzedniej książki Spitzera. Ale to takie moje przemyślenia, zobaczę czy się potwierdzą.
        Pozdrawiam
        Danuta Adamczewska-Królikowska

      • Al

        „Tak, Spitzer mówi o tzw. „mediach ekranowych” (Bildschirmmedien. One działają na mózg inaczej niż książki i gazety.”

        A książka w formie ebooka czytana na czytniku jest już według tej teorii medium ekranowym czy nie?

        • pozorny

          Moim zdaniem książki czytane na czytnikach elektronicznych nie należą do grupy „mediów ekranowych” w znaczeniu poruszanej przez Spitzera kwestii głebokości przetwarzania informacji. A to jest zdaniem autora (ale dziś chyba wszystkich badaczy mózgu) najważniejszym warunkiem efektywnego uczenia się. Czytniki nowych generacji pozwalają czytać i pracować z tekstem w sposób niczym nie różniący się od pracy z klasyczną książką. Jednym z mankamentów czytników elektronicznych może być np. brak możliwości robienia notatek ołówkiem (skutkującego właśnie owym głebszym przetwarzaniem treści!), ale myślę, że to jest problem urządzeń starszej generacji, te nowsze i droższe mają nieprawdopodobne możliwości robienia notatek, wertowania, ręcznego zapisywania na ekranie monitora itd., a więc w takim wydaniu te „media ekranowe” nie należą do grupy cyfrowych mediów, przed którymi przestrzega Spitzer.

          Podczas czytania „Cyfrowej demencji” warto cały czas pamiętać o tym, że Spitzer odnosi swoje tezy przede wszystkim do dzieci i młodzieży, czyli do tych grup wiekowych, których mózgi wciąż się kształtują. Wielu krytyków zarzuca mu, że demonizuje media cyfrowe i „wyrzuca dziecko z kąpielą”, twierdząc, że media cyfrowe są z gruntu złe, co oczywiście nie jest prawdą.

          Polecam wywiad z Manfredem Spitzerem na http://www.WP.pl
          http://ksiazki.wp.pl/tytul,Prof-Manfred-Spitzer-przyczyna-tak-duzej-popularnosci-ksiazki-Cyfrowa-demencja-jest-pewien-brak-rownowagi,wid,20686,wywiad.html?ticaid=11184e

          • Marzena Żylińska Post author

            Al zadał bardzo ciekawe pytanie, na które odpowiedział Pozorny. Ja bym jeszcze dodała, że cechą mediów, o których w kontekście dzieci krytycznie pisze Spitzer, jest nie tylko płytkość przetwarzania, ale przede wszystkim efekt rozpraszania uwagi. Czytanie tradycyjnej książki, czy to tradycyjnej, czy na czytniku, wymaga skupienia i linearnego przetwarzania treści. Czytając mocno skupiamy się na tej czynności, nie ma pokusy multitaskingu, przeskakiwania i sprawdzania, czy na facebooku nie ma nowej informacji. Książka nas wycisza i uspokaja. Larry D. Rosen w swojej książce „Understanding the igenaration and the way they learn” pisze o konieczności wyciszania nadmiernej aktywności mózgu wywołanej korzystaniem z nowych technologii. Jego zdaniem komputery, a przede wszystkim internet, nadmiernie nas pobudzają. Szczególnie trudno jest poradzić sobie z tym pobudzeniem i z możliwościami nowych technologii małym dzieciom.

            Warto jednak dodać, iż wiele badań dowodzi wyższości książek tradycyjnych nad e-bookami. Efekt ten określa się jako „book effect”. Te tradycyjne umożliwiają lepsze czytanie ze zrozumieniem. Zresztą 90% studentów wybiera papierowe podręczniki.

            Patrz: H. Jeong, A comparison of the influence of electronic books and paper books on reading comprehension, eye fatigue, and perception, Electronic Library, 2012, Vol. 30 Iss: 3, pp.390 – 408.

          • Al

            Marzena, nie zgodze się całkowicie z tezą o bezwzględnej wyższości książki papierowej nad czytnikiem. Czytnik ma te przewagę, że pozwala na przykład dostosować wielkość czcionki, co jest bardzo istotne dla osób dyslektycznych, niedowidzących, ale nie tylko. Mój syn, który dyslektykiem nie jest, ale zawsze miał problem z powolnym czytaniem (mimo że czyta bardzo dużo i zdecydowanie ponad przeciętną w jego wieku), zaczął czytać o wiele szybciej i – co ważne – o wiele mniej miał problemu z koncentracją na tekście. Własnie dzięki temu, że mógł dostosować na przykład liczbę znaków czy wierszy na stronie tak, aby zoptymalizować proces czytania. Nie byłbym więc tak krytyczny wobec czytników, choć sam wychowałem się na papierowych książkach i oczywiście czytuję ich na kopy, podobnie jak moje dzieci.
            Oczywiście jestem świadom tego, że media ekranowe wpływają negatywnie na percepcję, ale to głownie chodzi raczej, jak ja to rozumiem, o inny zupełnie rodzaj informacji przekazywanej za pomocą mediów elektronicznych, w porównaniu z tym tradycyjnym, niż o samą technologię (pomijam tu oczywisty negatywny efekt oddziaływania samego ekranu na oczy, co np. w czytnikach e-papierowych nie ma miejsca).
            Trochę mi się ten tekst kłóci z zachwytem w równoległym wątku Wiesława nad szkoła holenderską, gdzie dziecko chodzi z tabletem. Tam się zachwycamy, u nas krytykujemy?

          • Marzena Żylińska Post author

            Al,
            ja nie pisałam o bezwzględnej wyższości książek tradycyjnych nad e-książkami, ale przytoczyłam wyniki badań przeprowadzone i opisane przez H. Jeonga w: A comparison of the influence of electronic books and paper books on reading comprehension, eye fatigue, and perception, Electronic Library.

            Sama nie mam zdania na ten temat, wiem jedynie, co ja wybieram, ale to ne jest obiektywna ocena, tylko moje preferencje. Uważam, że jest to kwestia indywidualna i czytanie książek, niezależnie od nośnika jest dla naszego mózgu dobre i nas rozwija. Są badania, które pokazują zależność między czytaniem a sukcesem na rynku pracy. Ludzie czytający książki szybciej znajdują pracę i mają większe szanse na sukces zawodowy. Uważam, że ogromną rolę odgrywa fakt, że książki rozwijają wyobraźnię.

            Ważny jest również fakt, iż czytniki mają tzw. pasywne ekrany, które są dużo mniej szkodliwe dla wzroku.

          • Al

            „ja nie pisałam o bezwzględnej wyższości książek tradycyjnych nad e-książkami, ale przytoczyłam wyniki badań przeprowadzone i opisane przez H. Jeonga w: A comparison of the influence of electronic books and paper books on reading comprehension, eye fatigue, and perception, Electronic Library.”

            Ja wiem, że nie pisałaś, niemniej na ogół z informacji tego rodzaju do świadomości odbiorcy przedostanie się jedynie tyle, że książki są lepsze niż ebooki i będzie to powtarzane w kolejnych mediach w coraz bardziej bezrefleksyjnej formie. Tymczasem ja wiem z doświadczenia mojej rodziny, że forma e-booka, gdzie można dostosować czcionkę i jej wielkość indywidualnie, w pewnych przypadkach pomaga w czytaniu bardziej efektywnym, czyli pomaga też mózgowi w percepcji słowa pisanego. Są zresztą też badania na ten temat, nie mam w tej chwili czasu szukać, więc tylko pierwszy tekst z brzegu z wyszukiwarki:
            http://www.medicalnewstoday.com/articles/266346.php
            Chodzi mi tylko o to, żeby nie uogólniać w drugą stronę i nie ekstrapolować mankamentów technologii na rejony, gdzie moze się ona okazać całkiem pomocna.

          • Marzena Żylińska Post author

            To prawda, zazwyczaj świat nie jest czarno-biały, ale w mediach taka uproszczona wizja lepiej się przebija. Tym bardziej, ze internetowe teksty są zazwyczaj krótkie. Więc lepiej zaznaczyc, że książki są dobre dla mózgu niezależnie od nośnika.

      • SAWA

        Na razie czekam na książkę (jutro idę ją odebrać). Ale myślę, że znajdę w niej uzasadnienie tego co intuicyjnie czuję. Bo to moim zdaniem nie chodzi o to czy czytam tekst na papierze, czy ekranie, ale o to co w mózgu dzieje się w trakcie nabywania doświadczeń, czyli uruchamianie jednocześnie różnych sfer od dotyku, smaku, zapachu ruchu, przez emocje i nastrój wokół. Porównuję to do spektaklu teatralnego lub koncertu na żywo i poprzez elektroniczny przekaz. Nigdy nie popłakałam się z emocji nad sztuką lub koncertem przed telewizorem, a na żywo wiele razy i te emocje tkwią potem w mojej pamięci o wiele dłużej.
        Jeśli chodzi o badania nad szybkością i efektywnością czytania tekstu papierowego i elektronicznego, to chyba to bardzo trudne, bo musi uwzględniać wiele indywidualnych cech. Ja preferuję elektroniczne nośniki do tekstów naukowych i popularno-naukowych, ale kompletnie nie umiem się skupić w trakcie czytania powieści, czy poezji – do tego potrzebuję papieru i czcionki. Z rozmów z koleżankami wiem, że u nich to jest bardzo różnie i niezależnie od wieku, czy doświadczeń. Ale ja beletrystykę czytam potwornie wolno, podczas gdy naukowe czytam błyskawicznie (potrafię cegłę zaliczyć w jedną noc, z wychwyceniem wszystkich bardzo ważnych elementów), a elektronika wcale mi w tym nie przeszkadza, a nawet pomaga, bo nie muszę sięgać po zawieruszony gdzieś ołówek, wlepki do zaznaczania itp. Takie narzędzia są w niej samej – mogę zaznaczać, a nawet kopiować ważne fragmenty.
        Myślę, że elektronika może być pomocna, ale pamiętając, że to ma być użyte nie zamiast tablicy, czy zamiast zeszytu, ale wtedy, gdy wnosi dodatkowo nowe możliwości. Byłam ogromnym zwolennikiem komputerów w latach 80-ych i już wtedy wprowadzałam zajęcia z ich wykorzystaniem i obsługą, ale pamiętam jak wściekałam się, gdy pokazywano mi z zachwytem jak zastosować komputery do nauczania chemii, a było to zwykłe zapisywanie reakcji jak na tablicy. To nie tędy droga – tablet może być przydatny, ale nie zamiast, tylko wtedy, gdy wnosi jakąś wartość dodaną i tą wartością nie może być sama atrakcyjność i nowoczesność.

    • Grażka

      Czytuję Studio Opinii od dawna (jeszcze na starym portalu) i zawsze – zanim zaczęła Pani tam pisać – brakowało mi tam dyskusji o edukacji. Jeden czy drugi tekst pana Misia nie załatwiają sprawy.
      Niby wszyscy mówią, jaka ta edukacja ważna, ale zawsze jest w jakiś sposób nieważną sferą.

      • SAWA

        Dyskusji to tam nadal nie ma. Paru frustratów czasem oceni tekst jak w szkolnej ławce, ale nad meritum problemów trudno rozpocząć jakikolwiek dialog. Niemniej na razie nie ustaję w wysiłkach by wychodzić na zewnątrz środowiska z naszymi problemami. Nie mam najmniejszych złudzeń, że politycy nie zatroszczą się o nie, a nasze środowisko też jakby zamknięte we własnym kokonie. Przeczytałam ostatnio dwie opasłe pozycje o pozorach w edukacji i o fabrykach dyplomów – od problemów aż się roi i nic z tego nie wynika, poza tym, że już nie muszą stać na mojej półce, tylko cichutko spoczęły na dysku komputera. Problemy te to ja znam z doświadczenia na co dzień, nikt jednak nie podejmuje działań by temu zaradzić.

  3. Karolina.Żelazowska

    Pani Marzeno,
    bardzo dziękuję za umieszczenie w notatce odnośnika do audycji z Pani udziałem.
    pozdrawiam serdecznie
    Karolina Żelazowska

  4. SAWA : Problemy te to ja znam z doświadczenia na co dzień, nikt jednak nie podejmuje działań by temu zaradzić.
    Powiedziane prosto, dobitnie i boleśnie.
    A gdyby tak policzyć ludzi, którzy znają i widzą „te problemy” ? Ilu nas jest ?
    A gdyby tak zebrać do kupy tych co widzą i wiedzą ? Zrobić „kongres edukacji” dla ludzi, którzy widzą i nie zgadzają się z tym co jest, i widzą konieczność przemiany ?
    A ilu jest takich, co nie nie wi(e)dzą ? Jeśli nie wiedzą i są zarazem decydentami, to skąd mają się dowiedzieć ? Ktoś musi im o tym powiedzieć.

    A może jest inaczej: może wszyscy widzą i wiedzą, ale „nikt jednak nie podejmuje działań by temu zaradzić.” ? Może wszyscy czytają książki, a potem mówią: szkoła wymaga zmian, trzeba dokonać radykalnych zmian, tak dalej nie może być – ktoś musi uruchomić zmiany, a wtedy ja/my poprę/poprzemy z entuzjazmem.

    Co o tym sądzicie ?

  5. Paula

    Bardzo zachęciła mnie Pani do przeczytania książki Manfreda Spitzer. Ma Pani całkowitą rację- każdy, kto w jakiś sposób jest związany z edukacją, powinien zapoznać się z wynikami badań, które przedstawia Spitzer. Sadzając dziecko przed telewizorem, nie zdajemy sobie sprawy, jaki wpływ może mieć to na jego rozwój. Ten problem bardzo ciekawie opisuje Pani w swojej książce.

  6. Dawid

    W jednej z księgarni internetowych jest aktualnie promocja na Pani książkę: http://avalon.pl/neurodydaktyka-p1299298.html 32 zł zamiast 40. Jest to na pewno lepsza propozycja od Allegro. 🙂

    • Marzena Żylińska Post author

      To prawda, ale książka jest niedostępna. Poza tym trzeba patrzeć nie tylko na cenę książki, ale również na koszt przesyłki. Często jest tak, że jakaś księgarnia za książkę chce mniej, ale za to za przesyłkę dużo więcej niż inni. Nie zmienia to faktu, że to lepsza oferta niż na Allegro.

  7. Anita

    Bardzo ciekawy artykuł. Szkoda,że niestety( jak na razie) mało ludzi zwraca uwagę na kształcenie dzieci od najmłodszych lat i kształtowanie ich w dobrym kierunku. Przedstawione przez Panią wyniki badań wskazują,że jednak potrafimy odbierać wiele informacji, jednak tych najważniejszych nie kodujemy w pamięci, co również jest bardzo dobrze opisane w Pani książce. A jednak warto się zastanowić nad „Cyfrową demecją”, ponieważ może ona przynieść niesamowite efekty nauki,jeżeli nauczymy się odpowiednio stosować media i wykorzystywać je do efektywnej pracy.

  8. agnieszkin

    Świat idzie do przodu, więc oswajanie się od najmłodszych lat z komputerem/laptopem/netbookiem/tabletem jest coraz częstszym zjawiskiem. Teraz praktycznie w każdym domu, oczywiście nie we wszystkich, znajduje się co najmniej jeden komputer. Pamiętam czas, zanim to tzw. pecet, został kupiony do domu. Człowiek inaczej pracował, inaczej wykonywało się zadania domowe a przede wszystkim poświęcało się temu nieco więcej czasu niż „kopiuj-wklej-wydrukuj”, nie było tej wygodnej opcji (pomijając odpisywanie zadań na przerwach to nieco inna bajka). No tak, a potem się zaczęło. Tak jak komputer miał służyć do nauki, tak stał się centrum rozrywki. Te nieprzespane noce z powodu przegranej gry systemowej w Kierki, koszmary spowodowane minami w Saperze czy niepomyślne rozdania w Pasjansie… Cóż, im dalej w las tym więcej gier i niestety brat padł ofiarą tego pożeracza czasu a ja broniłam się jak lwica przed tym dziadostwem, bo widziałam jak to działa – siedzenie po kilka godzin dziennie przy komputerze działa odmóżdżająco, jednakże nie dlatego, ponieważ jest to mój brat i sądziłam, że jeśli ma mózg to jest to jak orzeszki arachidowe w prawie każdych produktach – czyli śladowe ilości. Owszem, nie jest tak, że całkowicie wyrzuciłam komputer z mojego życia. Nie raz trzeba było coś napisać w MS Wordzie czy zrobić prezentację w Power Poincie a i też chętnie się pograło w jakąś grę. Oczywiście rodzice są jakże pomocni w dawkowaniu spędzenia czasu z komputerem, brat był niezadowolony, mi nie robiło to większego znaczenia, bo zawsze było coś do roboty. No właśnie, coś innego. Teraz jak widzę małolaty siedzące non stop przy komputerze czy też przy innym pożeraczu czasu to robi mi się ich żal, bo jak tak można marnować tyle czasu na coś takiego ? Przecież jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, zobaczenia na własne oczy, do przeżycia na własnej skórze. Mam wrażenie, że teraz jesteśmy świadkami pokolenia e-dzieci. Owszem, ważnym elementem w późniejszym życiu jest obsługa komputera i różnych programów czy też umiejętność wyszukiwania informacji w sieci itp., jednak jest zagrożenie, że taki mały dzieciaczek szybko wpadnie w sidła i pomijając naukę pożytecznych umiejętności, zacznie szukać rozrywki. Nie jestem przeciwna grom ani temu co oferuje internet. Sama gram i przeglądam często strony typu kwejk.pl czy demotywatory.pl już nie wspominając o buszowaniu po youtube.com, ale, no właśnie, jest to ale, na wszystko jest czas i pora, gdyż np. obowiązki same się nie wypełnią, zadania same się nie zrobią itd.. Po prostu, wszystko jest dla nas, ale z umiarem, w odpowiednich ilościach.

  9. Ola

    Recenzja autorki zachęciła mnie do przeczytania nowej książki Manfreda Spitzera . Myślę, że wiedza tam zawarta przyda mi się do pracy w szkole oraz w życiu rodzinnym. Uzależnienie dzieci, młodzieży oraz dorosłych od komputera staje się też problemem i w naszym kraju. Znając siłę przebicia producentów urządzeń elektronicznych, pozostaje tylko uświadamianie o skutkach nieodpowiedzialnego posługiwania się nowymi technologiami. Dobrze, że są publikacje na ten temat.

  10. kasia

    Z dużym zaciekawieniam przeczytałam Pani książkę, w której odnosi się Pani szerzej do wspomnianych wyżej treści. Dużo uwagi poświęciła Pani uświadomieniu czytelnikowi wielkości niemal nieodwracalnych strat jakie niesie ze sobą wychowywanie dzieci przed telewizorem czy komputerem. Swoje rozważania opiera Pani wielokrotnie o zatrważające statystyki. Trudno się nie zgodzić, że nowe i modne media zmieniają obraz i odbiór otaczającego nas świata, wpływają na niemal wszystkie dziedziny naszego życia, należy jednak unikać ich dominacji nad jednostką ludzką. Dzieci nie są w stanie ocenić przydatności lub zagrożeń wynikających z codziennego obcowania z wirualną rzeczywistością, tę rolę powinni przyjąć na siebie świadomi rodzice i nauczyciele, którzy potrzebne do rozstrzygnięcia pokłady wiedzy mogą bez wątpienia odnalezć tak we wspomnianej tu „Neurodydaktyce”, jak i w polecanej książce M. Spitzera „Cyfrowa demencja”. WARTO PRZECZYTAC!

  11. AP

    Uważam, że uzależnienie od komputera i internetu są jednymi z najbardziej zagrażających nam uzależnień w ostatnich czasach i odpowiadając na pytanie Manfreda Spitzera uważam, że jest się czego bać. Cieszę się, że ten temat został poruszony.
    Pozdrawiam

  12. Karina Mucha

    Szanowna Pani Marzeno,
    bardzo się cieszę, że ukazała się Pani książka – czekałam na nią z niecierpliwością, właśnie przed chwilą zamówiłam ją w Księgarni Kopernikańskiej. Dziękuję za wspaniały wykład w zeszłym roku w Olsztynie: bardzo mnie on zainspirował do dalszych poszukiwań, od tego czasu „zaraziłam” neurodydaktyką już mnóstwo ludzi i nie zamierzam na tym poprzestać ;)Życzę wytrwałości i dużo siły do walki o mózgi dzieci i dorosłych. Ma Pani wielu zwolenników i sprzymierzeńców! Pozdrawiam serdecznie! Karina Mucha

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Karino,

      to właśnie mój cel, żeby w naszym środowisku było odpowiednio dużo osób, które rozumieją, jak uczą się mózgi dzieci i młodzieży i co im w obecnym systemie tę efektywną naukę utrudnia. Dopiero, gdy będzie nas odpowiednio dużo, zmiany będą możliwe. Ale nie powinniśmy czekać, myślę, że kiedyś – może już w niedalekiej przyszłości – trzeba będzie głośno upomnieć się o zmiany i o szkołę przyjazną mózgowi. Bardzo się cieszę, że propogauje Pani idee neurodydaktyki w Olsztynie.
      Może po lekturze książki opisze Pani na blogu swoje przemyślenia? Bardzo bym się cieszyła 🙂

      Pozdrawiam ciepło 🙂

  13. SAWA

    Połknęłam „demencję…” Spitzera – naprawdę warto to przeczytać, a tezy i przedstawione argumenty powinny być przedmiotem poważnej szerokiej dyskusji. W głowie gotuje mi się teraz zbyt dużo problemów, dylematów by pokusić się na choć pobieżną recenzję. To po prostu każdy powinien przeczytać i zinterioryzować z własnym wnętrzem, wiedzą i doświadczeniami. Słusznie napisała pani, że to w wielu miejscach książka niewygodna i stawiająca czytelnika przed dylematem postawienia sobie wielu pytań. Tym bardziej rośnie właśnie jej wartość. Taką też była dla mnie, choć gier nie lubię i nigdy nie grałam, ale komputer odbieram jako wzbogacający moje życie – przecież dzięki niemu teraz zaraz po zamknięciu ostatniej strony mogę się podzielić z kimś wrażeniami na gorąco (a nie z kotem lub rodziną, która czasem ma dość moich zawodowych dylematów i przynoszenia „szkoły” do domu). Przecież dzięki internetowi natrafiłam na podcast audycji z panią (nie mogłam jej słyszeć na żywo, bo byłam wtedy w pracy, a gdybym była w domu też pewnie bym przegapiła). Z kolei dzięki internetowi znalazłam tu pani informację, że ta pozycja Spitzera już jest u nas wydana. A przecież jednocześnie widzę na co dzień, że ja po prostu umiem z tego narzędzia korzystać z pożytkiem dla mnie, czego nie mogę powiedzieć o obserwowanej przeze mnie młodzieży.
    Dobrze, że ta pozycja ukazała się u nas tak szybko, bo właśnie wchodzimy dość bezrefleksyjnie w etap domagania się społeczeństwa zmian w szkołach, a mogą one pójść w całkiem nie tym co trzeba kierunku – tym co modne i powierzchownie nowoczesne – laptopy i tablety dla klas I etapu edukacyjnego, e-booki. Właśnie przeczytałam, że nareszcie (!?) pojawiły się pierwsze ich moduły, recenzje raczej nie napawają radością z powodu kiepskiej przydatności edukacyjnej. Jestem ciekawa jacy fachowcy od edukacji (a nie od możliwości informatycznych) brali udział w ich kształtowaniu. Mam bardzo negatywne doświadczenia z aplikacją komputerów do procesu dydaktycznego na początku ery komputerowej w latach 80-ych (zastępowanie kredy i tablicy ekranem), czy teraz to na zastąpieniu druku i papieru oraz prymitywnym klikaniu i przesuwaniu okienek się nie zakończy? Na I Ogólnopolskiej Konferencji Informatyka w Szkole, w której brałam udział w 1987r. z przerażeniem stwierdziłam, że to był zwykły lobbing firm informatycznych, które w tym ogromnym rynku odbiorców poszukiwali metody na łatwy zysk na dużą skalę, a o edukacji nikt tam nie tylko nie miał pojęcia, ale nie bardzo się nią interesował. A przecież to był czas, w którym wyścig za zyskiem firm nie był jeszcze tak powszechny.
    Na pani książkę cały czas czekam, coś długo trwa ta realizacja, ale myślę, że w poniedziałek będzie już w moich rękach.
    Pozdrawiam
    Danuta Adamczewska-Królikowska

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Danko,

      Spitzer rzeczywiście bardzo dobrze pisze i jego książki czyta się jednym tchem! Ja tak właśnie przeczytałam wiele lat temu „Lernen. Gehirnforschung und die Schule des Lebens” (oryginalny tytuł książki „Jak uczy się mózg””. Zaczęłam na lotnisku w Wiedniu i całą drogę czytałam. Cieszę się, że „Cyfrowa demencja zrobiła na Pani właśnie takie wrażenie!!!

      W swoim komentarzu pisze Pani o plusach wiążących się z korzystaniem z nowych technologii. Możemy sobie teraz wymieniać opinie, odsłuchać audycję sprzed tygodnia, znaleźć krąg ludzi interesujących się tym, co nas porusza. Proszę tylko pamiętać, że nasza socjalizacja dokonała się na podwórku i w domu poprzez kontakty z innymi ludźmi w świecie realnym. Spitzer pisze o dzieciach i wpływie nowych technologii na dopiero kształtujące się mózgi. Aby mogły być kiedyś takie jak my, aby umiały nawiązywać relacje międzyludzkie, rozwiązywać konflikty itd., muszą najpierw spędzić odpowiednio dużo czasu bawiąc się z innymi dziećmi, a nie w samotności przed takim czy innym ekranem. Bez tzw. podwórkowej socjalizacji, dzieci będą miały inną strukturę mózgów i wiele wskazuje na to, że gorszą.

      • SAWA

        Tak właśnie. Po przeczytaniu pomyślałam sobie – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Media (no właśnie one!) tak ubolewały, że program „laptop dla każdego I-klasisty” nie wypalił. Można by teraz powiedzieć – jakie to szczęście!!! Zdawałam sobie sprawę, że byłyby to wyrzucone w błoto pieniądze, ale ta pozycja uświadamia nas, że nie tylko, bo mogłoby to pogłębić problemy startu szkolnego, szczególnie dzieci ze środowisk zaniedbanych wychowawczo, bo tam nie byłoby żadnej korekty za strony domu. Borykamy się z tym problemem od lat i zamiast pomóc, pogłębilibyśmy ten problem.
        Przy okazji podzielę się z panią obserwacją z wpływu kreskówek na małe dziecko na przykładzie mojego syna (obecnie starego konia). Ze zdumieniem zaobserwowałam już u całkiem dojrzałego młodzieńca, że jak tylko leci kreskówka w telewizji on udaje się (i to w pośpiechu) do toalety. Dość długo to trwało zanim w ogóle to skojarzyłam, a potem obserwowałam i było te permanentną regularnością (choć przypadki te nie były częste, bo w domu rzadko oglądało się telewizję, a na dodatek małych dzieci już w nim nie było, by kreskówki były na ekranie). I wtedy skojarzyłam, co ja takiego robiłam jako bardzo młoda mama – pewien długo trwający rytuał. Wieczorna kąpiel, kolacja, a potem w piżamce przed snem sadzanie na nocniku. I zawsze wtedy była dobranocka. W jego mózgu wykształcił się chyba odruch i to na długie jak się potem okazało lata.

        • Waldemar Zabielski

          Szkoda, że nie spytała pani syna dlaczego musi wyjść. Może to był odruch, a może po prostu te kreskówki nie były już tak dobre jak za czasów jego dziciństwa?

          • SAWA

            🙂 To było już dawno, dawno temu – kreskówki jeszcze wtedy leciały latami takie same. Gdyby zobaczył te obecne, to raczej wyszedłby na … piwo.

      • Olga

        „Proszę tylko pamiętać, że nasza socjalizacja dokonała się na podwórku i w domu poprzez kontakty z innymi ludźmi w świecie realnym.”
        Owszem. Choć nie powiem, żebym dzięki temu była osobą lepiej zsocjalizowaną niż moje dzieci. Chyba wręcz przeciwnie, w ich wieku byłam osobą bardzo cierpiącą z powodu swojego niezsocjalizowania. Wyszłam z tej podwórkowej socjalizacji z masą kompleksów i poczuciem osobistej porażki wynikającej z niedostosowania do jedynej dostępnej mi grupy. W porównaniu ze mną moje dzieci są osobami o wiele bardziej otwartymi na innych niż ja byłam w ich wieku, mimo że trochę mniej czasu spędzały na kontaktach bezpośrednich z rówieśnikami niż ja (pomijając szkołę i przedszkole, gdzie to wychodzi podobnie). Różnica jest taka, że my nie mieliśmy alternatywy dla socjalizowania podwórkowego. Nie neguję negatywnego wpływu technologii cyfrowych. Mówię tylko, żeby nie idealizować naszej podwórkowej socjalizacji. Zresztą socjalizacja podwórkowa jest obecnie ograniczona nie tylko z powodu istnienia obok cyfrowych technologii. Rodzice sami świadomie ograniczają kontakty swoich dzieci z innymi dziećmi, ingerują w ich kontakty znacznie mocniej niż nasi rodzice kiedyś. Rozwiązywanie konfliktów między dziećmi często kończy się na konflikcie między rodzicami. Rodzice nie uczą rozwiązywać konfliktów, oni usiłują to robić za nie. Przynajmniej tak to wygląda, gdy się spojrzy na zabawy w piaskownicy czy w dowolnym miejscu publicznym. Nikt już, poza – paradoksalnie – najmniej wydolnymi wychowawczo rodzinami, nie puszcza dzieci na podwórko samych, chroniąc je przed kontaktem bezpośrednim. Powiedziałabym, że rodzice są często taką samą przeszkodą dla socjalizacji swoich pociech, co technologie. W wątku obok Xawer postukuje, żeby za popchnięcie innego dziecka w szkole rodziców przepraszała szkoła. Czego uczą się o rozwiązywaniu konfliktów dzieci? Że wszystko zależy od tego, jak mocną pozycję wobec agresora mają ich rodzice?

  14. Problem z aplikowaniem komputerów do dydaktyki (zarówno w 1980′ jak i dziś) leży w odwróceniu kolejności. Komputery są młotkiem Masłowa. Mamy narzędzie i szukamy uzasadnień, dlaczego to narzędzie doskonale nadaje się do wszystkiego. Narzędzie jest osią, a treść nie jest istotna.
    Natomiast już w 1980′ dawało się wykorzystywać sensownie komputery — tyle, że trzeba zachować normalną kolejność rzeczy: narzędzie dobieramy do zadania, a nie szukamy zadań pasujących do narzędzia. I już w 1980′ bywały zadania i problemy, do których komputer bywał przydatny i pomocny. Tyle, że by go wykorzystać, trzeba mieć o tym narzędziu pewne pojęcie, a nie zaliczyć kurs „metody TIK w szkole 2.0”. I pogodzić się z tym, że tak samo jak większość pomocy dydaktycznych 90% czasu albo i więcej stoi w kącie wyłączony.

    Ale dziś komputera używam na prawie każdych zajęciach. Choć w większości przypadków to użycie sprowadza się do korzystania z Wiki albo przeczytania jakiegoś artykułu z ekranu.

    Na I konferencji (87) chyba nie byłem, ale pamiętam następne (89? 90?) — pamiętam je z drugiej strony, czyli jako przedstawiciel firmy komputerowej… Oczywiście, że był to lobbying, czy nawet nachalna promocja. Ale i w tej formule (konferencje sponsorowane przez firmy komputerowe ze znaczącą częścią prelekcji wygłaszanych przez te firmy, a do tego demonstracje sprzętu) nie sposób było oczekiwać niczego innego. A i słuchacze w większości zainteresowani byli wyłącznie komercją…

    „czy teraz to na zastąpieniu druku i papieru oraz prymitywnym klikaniu i przesuwaniu okienek się nie zakończy?”
    Ja mam nadzieję, że na tym to się zakończy! Jeśli dzieci czytają normalne teksty z ekranu, a nie z papieru, to jeszcze pół biedy.
    Ale ja już widzę te dzisiejsze zeszyty ćwiczeń z kolorowankami („pokoloruj drwala”), gdzie będzie paleta kolorów i ikonka „paint bucket”…

    Bardzo mi się podoba „odruch kreskówkowo-nocnikowy” !

    „[e-podręczniki] Jestem ciekawa jacy fachowcy od edukacji (a nie od możliwości informatycznych) brali udział w ich kształtowaniu.”
    Nie wstydzili się podpisać. Nie tylko na liście płac, ale i na wyprodukowanych tekstach. Pełna lista nazwisk i afiliacji przy każdym z tych modułów.

    • SAWA

      No tak, zapomniałam, że dla wielu pieniądz ma wbudowany w sobie odświeżacz zapachów.
      Na następną konferencję już nie pojechałam zawiedziona występami moich niejako zwierzchników, czyli metodyków chemii, których występów wstydziłam się, cieszyli się jak dzieci, że umieją pisać i że to się na ekranie pojawia. Jedynie Dunin-Borkowski próbował wykorzystać możliwości do obrazowania przebiegu doświadczeń z fizyki, ale w praktyce postęp w sprzęcie był tak znaczny, że jego zapał ścigał się z tym nieubłaganym postępem i w zasadzie ciągle nie był w stanie tego dystansu zniwelować.

    • Marzena Żylińska Post author

      Xawer,

      napisałeś: „Trzeba zachować normalną kolejność rzeczy: narzędzie dobieramy do zadania, a nie szukamy zadań pasujących do narzędzia.” Tak właśnie powinno być, a dziś jest często odwrotnie. To bardzo ważne, by nie wykorzystywać komputerów do zadań, które bez żadnej szkody, a nawet z z większym zyskiem, można zrobić w zeszycie. Nowe technologie wymagają nowej metodyki i nowych pomysłów, bo ich potencjał ujawnia się wtedy, gdy wykorzystuje się je do działań twórczych. Trzeba też pamiętać, ze z pomocą komputerów można również prowadzić ultrakonserwatywne lekcje.
      Zastanawiam się, co zrobić, by nauczyciele byli świadomi, kiedy proponuje im się coś sensownego, a kiedy celem „szkoleń” metodycznych jest reklama nowego sprzętu przez firmy komputerowe. Gra idzie przecież o miliardy!

      @ Olga

      Socjalizacji podwórkowej, o której napisałam, nie można rozpatrywać w wymiarze jednostkowym. Chodzi o to, że wszystko, co robimy, a szczególnie to, co robimy często i czemu poświęcamy dużo czasu, pozostawia w naszych mózgach trwałe ślady w postaci połączeń neuronalnych. Gary Small i Gigi Vorgan, autorzy książki „iBrain” przytaczają wyniki badań, z których wynika, że dzieci, które od wczesnych lat spędzają wiele godzin przed ekranami komputerów, nie potrafią rozpoznawać emocji na twarzach innych osób. Bez tego nie mogą rozwinąć empatii, a bez niej nie można nawiązywać prawidłowych relacji. Pani problemy z rówieśnikami mogły mieć różne przyczyny, ale dzięki kontaktom z nimi, w Pani mózgu rozwinęły się neurony lustrzane, które pozwoliły np. na nawiązanie prawidłowych relacji z dziećmi. To wszystko oczywiście teoretyzowanie, ale fakt, iż wszystkie nasze doświadczenia mają wpływ na strukturę mózgu, jest bezsporny. To oczywiście nie znaczy, że sam fakt spędzenia dzieciństwa w świacie wolnym od nowych technologii jest gwarancją optymalnego czy prawidłowego rozwoju osobowości. Czynników mających wpływ na nasze relacje z otoczeniem jest przecież bardzo dużo. Ludzie zawsze mieli różne problemy, również w czasach, gdy nie znano jeszcze komputerów 🙂

  15. „Zastanawiam się, co zrobić, by nauczyciele byli świadomi, kiedy proponuje im się coś sensownego, a kiedy celem „szkoleń” metodycznych jest reklama nowego sprzętu przez firmy komputerowe.”

    To nie dotyczy wyłącznie komputerowych gadżetów — dokładnie to samo zjawisko panuje w całej metodyce. Nauczycielom podtyka się nowe wspaniałości, które zrewolucjonizują ich pracę, a tak naprawdę służą wyłącznie temu, żeby zarobiło wydawnictwo podręcznikowe albo żeby jakaś firma konsultacyjna wzięła troche pieniędzy z logo „EU – Kapitał Ludzki”, czy nawet, żeby pracownicy całego pionu metodycznego MEN mogli uzasadnić swoje stanowiska.

    Pytanie trzeba postawić trochę szerzej: „co zrobić, żeby nauczyciele wykazywali sceptycyzm poznawczy wobec otaczającej ich rzeczywistości?”. Sceptycyzm wobec narzędzi metodycznych to tylko cząstka sceptycyzmu bardziej ogólnego.

    Moim zdaniem — nie da się tego zmienić bez gruntownej zmiany studiów nauczycielskich i kryteriów rekrutacji do zawodu: obecnie nie tylko tolerujących brak krytycyzmu, ale wręcz go premiujących.
    Skutki tego powszechnego wśród nauczycieli braku krytycyzmu są zresztą znacznie poważniejsze, niż głupie gadżeciarstwo — główną szkodą jest to, że swoim uczniom wpajają taki sam brak krytycyzmu.

    • SAWA

      Dwa ostatnie zdania, to najistotniejsza diagnoza podstaw problemów naszej edukacji.
      I jakoś mi bardzo smutno, gdy myślę o perspektywach…..

    • Marzena Żylińska Post author

      Dlaczego nauczyciele wpajają swoim uczniom bezkrytyczne podejście do rzeczywistości? Gdzie tkwi przyczyna takiego postępowania? Czy to jest ich wybór?

      • Waldemar Zabielski

        To są ciekawe pytania, które wymagają najpierw odpowiedzi na inne bardziej podstawowe pytana, np. co to znaczy “krytyczne podejście do rzeczywistości”, a co “bezkrytyczne”? Oczywiście “krytyczne” nie znaczy “krytykujące”, ale nie znaczy też “sceptyczne”, więc co to właście znaczy?

        Jedno ze znaczeń “krytyczne”, do którego odwołuje się szkolna kategoria umiejętności “krytycznego myślenia”, nawiązuje do sensu tego słowa w jakim zostało ono użyte przez Kanta w dziele “Krytyka czystego rozumu”. Ale kto dziś pamięta co znaczy “krytyka” w “Krytyce czystego rozumu”? Żeby nie było wątpliwości: nie znaczy, że Kant odnosił się krytycznie bądź sceptycznie do czystego rozumu. Chodzi raczej o zadawanie pytań i próba odpowiedzi na jakich założeniach i dowodach oparte są nasze opinie.

        Jak wszyscy wiemy, zarówno krytykujące podejście jak i bezkrytyczne są łatwe, krytyczne zaś jest na ogół trudniejsze.

        • SAWA

          Panie Waldemarze, krytyczne jest to o czym pisze pani Marzena w swojej książce z jednoczesnym przedstawieniem podstaw i dowodów na to, by takie krytyczne zdania sformułować.
          A bezkrytyczne jest poddawanie się narzuconym schematom, pomimo, że ich wykonawcy na co dzień stykają się z niekorzystnymi skutkami ich realizacji. I to nie dla swoich interesów (choć te też), ale dla interesów tych, których rozwojem podjęli się zajmować.
          A jeśli spyta pan co takiego bezkrytycznego w postawach uczniów trenujemy, to ciśnie mi się mnóstwo przykładów, ale najbardziej brakuje mi prawa do popełniania błędów i wyciągania z nich wniosków, bez załamywania rąk, ale z racjonalnym podejściem, co zrobić by go naprawić.
          Tego nie uczymy, bo sami tego właśnie nie umiemy.

        • @ Waldemar — bardziej podstawowe pytania.

          Sądziłem, że nie wymagają wyjaśnień, ale jeśli znaczenie użytych przeze mnie słów nie jest jasne, to polecam hasła „skepticism” w słowniku Webstera, „scepticism” w słowniku oxfordzkim, albo „krytycyzm” w Słowniku Języka Polskiego PWN.

        • „co takiego bezkrytycznego w postawach uczniów trenujemy’

          Ja bym obstawił na trochę inny problem, niż pani Danuta:
          przede wszystkim szkoła trenuje w nich przekonanie, że każde pytanie (problem, zagadnienie) ma jednoznaczną i znaną odpowiedź, której nie należy poszukiwać w swoim rozumie, analizującym najróżniejsze możliwe przesłanki, tylko której należy nauczyć się z podanego źródła. I prawdy te nie wymagają żadnego uzasadnienia — nalezy je znać, a nie próbować rozumieć ich pochodzenie.

          W szkole argumentum ad verecundiam jest najczęściej stosowanym argumentem dla uzasadnienia uczonych treści.
          Ipse dixit — tyle, że „ipse” nie odnosi się nawet do Arystotelesa, ale do niedouczonego nauczyciela po prowincjonalnej szkole pseudowyższej albo do bryku, zwanego podręcznikiem.

          • Marzena Żylińska Post author

            Przeczytałam szybko i widzę, że napisaliście dużo ważnych i mądrych rzeczy.

            1) Każdy uczeń ma prawo do błędu!!! To powinno być zapisane w konstytucji! Jakie to jest ważne, ale powinno iść dalej. … Każdy uczeń ma prawo czegoś nie rozumieć i mieć z czymś trudności. Uczeń ma też prawo powiedzieć: „Nie wiem.” – np. w czasie lekcji, gdy wprowadzany jest nowy materiał. Chodzi o to, by oprócz tego miał swoje mocne strony! Odmawianie uczniom prawa do błędów ma bardzo negatywne konsekwencje.

            2) Xawer napisał: „przekonanie, że każde pytanie (problem, zagadnienie) ma jednoznaczną i znaną odpowiedź, której nie należy poszukiwać w swoim rozumie, analizującym najróżniejsze możliwe przesłanki, tylko której należy nauczyć …”

            Tak, to zwalnia z myślenia. Po co myśleć, jeśli wszystko jest w bryku lub w kluczu do testu. Po co czytać literaturę, po co interpretować to czy tamto, jeśli wszystkie słuszne odpowiedzi zostały już odgórnie ustalone, a zadaniem ucznia jest wyuczenie sie tych odpowiedzi na pamięć!

            3) Co znaczy słowo „krytyczny”? N.p. to, żeby nie popadać w tak proste i niewymagające intelektualnego wysiłku „krytykanctwo” 🙂

            3) Sawa
            Przypadek Sabine Czerny jest naprawdę pouczający i pokazuje, że wspieranie uczniów wymaga przeciwstawienia się obecnemu systemowi. W „Neurodydaktyce” sporo o tym piszę i fenomenowi Czerny poświęcam wiele miejsca. Sabine Czerny niewątpliwie wykazała się krytyczną postawą wobec obowiązującego systemu i zapłaciła za to zwolnieniem ze szkoły. Ale była przekonana, że robi dobrze i że musi chronić swoje dzieci przed skutkami ciągłego testowania. Dzięki temu jej uczniowie nie stracili wiary w siebie.

            Mam nadzieję, że po przeczytaniu książki opisze Pani swoje wrażenia 🙂

        • Waldemar Zabielski

          @ Sawa
          Zgadzam się, “prawo ucznia do popełniania błędów” powinno być w deklaracji praw człowieka w ONZ. Między innymi dlatego, że krytyczna i konstruktywna analiza błędów jest bardzo ważnym źródłem wiedzy.

          @ Ksawery
          No dobrze,

          “scepticism” w Oxfordzie: “postawa negująca istnienie jakiejkolwiek realnej wiedzy; wątpienie w prawdziwość faktów”.

          “krytycyzm” w słowniku polskim: a) postawa akceptująca tylko uzasadnione opinie; dostrzeganie zalet i wad; b) doszukiwanie się negatywnych stron, krytykanctwo.

          Wniosek:
          Chodzi nam chyba o coś zbliżonego do krytycyzmu w znaczeniu a). Nie chodzi nam o sceptycyzm i krytycyzm w znaczeniu b).

          Kolejne pytanie:

          Czego to podejście krytyczne ma dotyczyć? Problemów w zadaniu szkolnym, Internetu, materiału w podręczniku, gadżetów technologicznych (krytycyzm Spitzera!), rzeczywisztości szkolnej i poza-szkolnej, życia w ogóle, wszystkiego?

        • A skąd Ty wyciągnąłeś te słowniki???

          Oxford online ( o x f o r d d i c t i o n a r i e s dot c o m — przepraszam, ale ostatnio to blogowisko zaczęło wpisywane linki uznawać za spam…)

          scepticism
          ( archaic & North American skepticism)
          noun
          1 a sceptical attitude; doubt as to the truth of something:
          these claims were treated with scepticism
          2 Philosophy the theory that certain knowledge is impossible.

          sceptical
          (US skeptical)
          adjective
          1 not easily convinced; having doubts or reservations:
          the public were deeply sceptical about some of the proposals

          Z kontekstu chyba jest oczywiste, że użyłem słowa w pierwszym znaczeniu.

          Słownik Języka Polskiego PWN ( s j p dot p w n dot p l )

          krytycyzm
          1. zdolność rozsądnej i pozbawionej emocji oceny otaczających zjawisk i ludzi, a także własnego postępowania
          2. tendencja do krytykowania otoczenia
          3. postawa przeciwstawna dogmatyzmowi, postulująca kontrolę prawdziwości i zasadności twierdzeń przed ich uznaniem
          4. doktryna Kanta, zgodnie z którą krytyka poznania, rozważania teoriopoznawcze muszą poprzedzać wszelkie inne dociekania filozoficzne

          Też chyba kontekst jasno wskazuje na użycie terminu w znaczeniu (1+3)

          Doprawdy, ubolewam, że znaczenie słów przeze mnie użytych nie było jasne, mam nadzieję, że te słownikowe definicje rozwiały wszelkie Twoje wątpliwości co do sensu mojej wypowiedzi.

          Jeśli nie rozwiały, to polecam lekturę hasła „critical thinking” w Wikipedii.

          • Waldemar Zabielski

            Użyłem własnych słowników z półki, Oxford drukowany 2-tomowy, język polski 1-tomowy (gruby tom).

            Widzę, że wynikło też nieporozumienie. Moje uwagi językowe nie dotyczyły krytyki Twojego użycia tych słów, tylko poczułem potrzebę ustalenia jak te słowa, zwłaszcza “krytyczny” są rozumiane, także przeze mnie. Dalej zresztą nie jestem przekonany, czy “krytycyzm” jest takim najlepszym słowem-kluczem, która pozwala objąć jednym słowem te wszystkie zjawiska o których tu mowa. Dobrze brzmi w dyskusji, ale jest zbyt ogólnikowy jako skuteczna metoda działania i wpływania na otoczenie, nie mówiąc już o tym, że wywołuje niepotrzebnie reakcje obronne.

      • SAWA

        Pani Marzeno, przecież sama pani napisała w swojej książce o przypadku pani Czerny. To nie tylko kłopot dyrektora – ale jak on uzasadni, że inni nie potrafią? Jak zniesie krytykę jej koleżanek, które znają tysiące powodów do skrytykowania u pani Czerny? Takie Czerny na pewno nie wykonują poleceń pod linijkę odgórnych komend i schematów. Nie wiem czy u Niemców nie jest to jeszcze bardziej wyraźne – u nas ludzi z „ułańską fantazją” jednak bardziej się toleruje. Tacy ułani dla dobra również swych uczniów muszą stale uważać, by nie zrazić kolegów, by ich sukcesy nie bolały za bardzo innych, bo to też może się odbić na podopiecznych. Ale tak jak pisze pan Xawer tego samodzielnego myślenia nie da się nauczyć na kursach. Nie mówiąc już o tym, że i ten system kursów nie do tego jest tworzony. Czasem bywam „szkolona” przez ten przemysł schematów – doświadczam tego.
        Pani książkę wreszcie dziś dostałam. Zapowiada się wspaniale. Zawsze najpierw skaczę po całej książce zanim zabiorę się się za lekturę, jak dziecko co dostało nową zabawkę.

    • Wpajają takie podejście, jakie mają sami. Nie będę spekulował o roli neuronów lustrzanych w tym procesie.
      W każdym razie większość nauczycieli jest równie niezdolna do rozwijania w uczniach sceptycyzmu, co ja byłbym do uczenia gry na skrzypcach. I nie da się ich tego nauczyć „szkoleniami”, „poradnikami”, ani „wsparciem metodycznym” (podobnie, jak nie ma magicznej recepty, żeby ze mnie zrobić nauczyciela gry na skrzypcach)

      W każdym razie ktoś, kto sam krytycyzmu jest pozbawiony, nikogo go nie nauczy (jeśli tylko nie uczy, czyli nie szkodzi, to i tak już nieźle), ale w wielu przypadkach skutecznie ten krytycyzm ze swoich uczniów wykorzenia, wymagając postępowania wobec schematów.

      Całe system kształcenia metodycznego (od studiów po metodykę ministerialną) oparty jest na pełnej akceptacji braku krytycyzmu u nauczycieli i na dostarczaniu im gotowych schematów postępowania. Tylko wyjątkowo odporni mentalnie ludzie są w stanie zachować sceptycyzm (jeśli go mieli decydując się na ten zawód), funkcjonując w systemie opartym o bezkrytyczną realizację schematów.

  16. Al

    @Xawer
    „Ja bym obstawił na trochę inny problem, niż pani Danuta:
    przede wszystkim szkoła trenuje w nich przekonanie, że każde pytanie (problem, zagadnienie) ma jednoznaczną i znaną odpowiedź, której nie należy poszukiwać w swoim rozumie, analizującym najróżniejsze możliwe przesłanki, tylko której należy nauczyć się z podanego źródła. I prawdy te nie wymagają żadnego uzasadnienia — nalezy je znać, a nie próbować rozumieć ich pochodzenie.”
    Własnie tak. Pamiętam jak kiedyś nauczyciel poprosił mnie o rozmowę w sprawie niedostatecznych – jak na możliwości mojego dziecka – wyników, czyli ocen. Usiłowałem wyjasnić, że tak własnie działa umysł syna – że dla niego nie ma wiedzy „bo tak jest”, że on musi znaleźć przyczynę i sens wszystkiego, nawet rzeczy dla prostych podręcznikowych faktów, docieka nawet oczywistości, probując zrozumieć, skąd te oczywistości się biorą i dlatego „marnuje” (nie użyłem oczywiście tego słowa) w ten sposób czas na zdobycie „prawdziwej” (tej do wyuczenia się) wiedzy, co oczywiście wcale nie znaczy, że tej wiedzy nie zdobywa, a nawet całość zdobywa w podobnym do reszty czasie i zapewne lepiej ją rozumiejąc, ale jedyne, co usłyszałem to: „ciekawe, ale wie pan, my nie możemy obniżać wymagań wobec kogoś tylko dlatego, że nie umie się uczyć normalnie”. I dalej miał oceny w rodzaju: 1, 2 z kartkówek z pytań wyrywkowych, sprawdzających fakty i jakieś szczątkowe fragmenty tematu oraz 5,6 z całości zagadnienia.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Al

      Niestety są tacy nauczyciele, którzy nie rozumieją, że mózg ucznia może kierować się potrzebą sensu. Gdy dzieci idą do szkoły mają tę potrzebę sensu bardzo mocno rozwiniętą i dlatego zadają mnóstwo pytań. Niestety w szkole szybko muszą się pogodzić z faktem, że tu pytania o sens czy przyczyny są nie na miejscu. Te, które się szybko przystosują, nie mają problemów, trudniej jest tym, które z tą potrzebą sensu nie potrafią się rozstać.

  17. Bardzo charakterystyczne jest: „[syn Ala] nie umie się uczyć normalnie”.

    Szkoła (jako system i jako większość nauczycieli) ma zupełnie inne pojęcie „normalności”, niż ma je Al czy ja…

    Dla szkoły „normalnie” to „bezmyślnie” i „bezkrytycznie”.

    Problem leży w tym, że ogromna większość nauczycieli to osoby, które za swoich szkolnych czasów uczyły się „normalnie”, równie „normalnie” uczyli się i byli uczeni na studiach pedagogicznych, a „wsparcie metodyczne” działa w paradygmacie tak pojętej „normalności” — podtykając gotowe recepty. Większość nauczycieli nie tylko nie potrafi wyjść poza tak pojętą „normalność”, ale uważa tę „normalność” za cel, do jakiego należy przekształcić wszystkich „nienormalnych” synów Ala.

    Anegdotka sprzed kilku lat (pierwszoligowe warszawskie liceum, klasa mat-fiz), lekcja o prawach Keplera. Moja uczennica śmiała zapytać, dlaczego planety poruszają się po elipsach a nie po jakiś innych krzywych. Starannie zanotowała odpowiedź nauczyciela: „poruszają się po elipsach, PONIEWAŻ Kepler to zauważył obserwując ich ruch”.
    (Zostawmy już niuans, że Kepler sam nie prowadził obserwacji, tylko analizował obserwacje Tycho de Brache), ale w szkole fakt, że ktoś coś zauważył i zapisał staje się przyczyną sprawczą tego zjawiska.
    Jak dla mnie – fajnie – mieliśmy tematy do dyskusji na ponad dwa miesiące.

  18. SAWA

    „Starannie zanotowała odpowiedź nauczyciela: ” i nie drążyła dalej? Np. dlaczego przestawiły swój ruch z deferensów na elipsy i w którym momencie to się stało, za czasów Kopernika, czy dopiero za Keplera?
    Teraz dopiero doceniam swoich nauczycieli, którzy ze mną mieli „cztery światy” i na pewno na zanotowaniu odpowiedzi by się nie zakończyło.
    Mnie jeszcze nikt takiego pytania nie zadał, teraz uczniowie przeważnie boją się „głupich” pytań. Ale gdy zaczynałam swoją pracę, to pamiętam uprawiany przez nich niby-sport – na każdej lekcji mogłam się spodziewać pytania z kategorii – jak tu zagiąć nauczycielkę, w stylu „widziała pani wczoraj strzał Dejny z rogu, jak on to zrobił?”
    Jako świeżo upieczonej nauczycielce sprawiali mi niezłą porcję stresu wchodząc do klasy – z jakiej kategorii dziś będzie pytanie i czy od razu dam radę?

    • Waldemar Zabielski

      Fajna anegdotka. Uczennica “śmiała zapytać”, a nauczyciel nie śmiał odpowiedzieć, że nie wie, więc wymyślił coś szybko na zasadzie “po elipsach, ponieważ po elipsach”.

      Morał z anegdotki:
      Nie tylko uczniowie powinni mieć prawo nie wiedzieć, ale również nauczyciele!

    • Od nauczyciela fizyki (zwłaszcza w liceum, w klasie mat-fiz) należałoby wymagać, żeby wiedział takie rzeczy — a nawet by z marszu potrafił przeliczyć rozwiązania odpowiednich równań ruchu.
      Wymaga się tego od studenta I roku na kończącym rok egzaminie ze Wstępu do Fizyki.

    • Waldemar Zabielski

      To co jest wymagane, powinien wiedzieć.

      Wątpię jednak, aby pytanie “dlaczego po elipsach?” było w programie, dlatego anegdotka mi się spdobała. [Twoja odpowiedź, że po elipsach, bo jest na to równanie różniczkowe, też chyba w pełni nie odpowiada na pytanie “dlaczego?” po elipsach.]

    • Oczywiście, że pytania „dlaczego po elipsach” nie ma w programie szkolnym, a nauczyciele zazwyczaj swoją wiedzą poza program nie wykraczają. Nie ma również tego pytania w programie studiów fizyki na uniwersytecie. Ale w tym programie jest zdolność do samodzielnego rozumowania i rozwiązywania problemów, są też prawa Newtona. A to wystarcza, by od studenta I roku wymagać, by potrafił przedstawić takie uzasadnienie na poziomie wywiedzenia praw Keplera z praw Newtona.

      Pełnej odpowiedzi na pytanie „dlaczego po elipsach” nie ma — Ogólna Teoria Względności jest najbardziej (jak dotąd) fundamentalnym uzasadnieniem, do jakiego można się odwołać w ciągu pogłębiania uzasadnień przyczynowych — ale nawet, gdyby fizyka stworzyła bardziej fundamentalną Ogólną Teorię Wszystkiego, to zawsze pozostanie pytanie o jej uzasadnienie — a to już wymaga pewnej metafizyki, a nie tylko nauki.
      Pytań epistemologicznych nie wolno jednak ucinać szkolnym „bo tak jest”, tylko trzeba wdać się w metafizykę z nimi związaną — z całą świadomością, że to już nie jest fizyka, ale filozofia nauki, w której można zabrnąć w różne dziwne zakątki, nawet w einsteinowski deizm.

      Odpowiedź typu „po elipsach, bo taki kształt orbit spełnia równania ruchu Newtona” bywa czasem satysfakcjonująca, a u bardziej dociekliwych (krytycznych poznawczo) uczniów, jak ta uczennica, wymaga to wypisania tych równań i ich rozwiązania, a co najmniej sprawdzenia, że elipsy je spełniają, co może trwać kilka tygodni albo i miesięcy, będąc okazją do uczenia rachunku różniczkowego.
      Jest to tez piękna okazja do wprowadzenia mechaniki „holistycznej” — opartej nie o równania ruchu, ale o zasadę najmniejszego działania.

      W państwowej szkole wyskakuje to niewyobrażalnie poza „podstawę programową” — w końcu zdaniem autorów „podstawy”, pojęcie elipsy jest już zbyt trudne dla dzisiejszych licealistów, w konsekwencji prawa Keplera wyleciały z programu.

      A jeśli padnie w odpowiedzi pytanie „dlaczego równania ruchu są takie”, to należy tylko się cieszyć i wykorzystać to do wprowadzenia całej newtonowskiej mechaniki, a może nawet do zanurzenia jej w Teorii Względności, a jeśli uczeń drąży temat, to do wdania się w dyskusje na tematy epistemologiczne.

  19. „Nie drążyła dalej”
    — miała już wyrobione wyczucie, na ile może sobie bezpiecznie pozwolić z wykazywaniem nauczycielom ich niekompetencji 😉 A i mnie znała na tyle, że wiedziała, że taki cytat wystarczy jako punkt zaczepienia do najróżniejszych dyskusji. Od historii astronomii i aniołów pchających planety po elipsach, po rozwiązywanie równań różniczkowych drugiego stopnia, a nawet dygresję o rachunku wariacyjnym i mechanice Lagrange’a, a także i po wieczorne marznięcie gapiąc się przez amatorski teleskop w niebo.

    Elipsy to pomysł Keplera — to jest tylko opis ruchu, bez naukowego szukania stojących za tym przyczyn. Uzasadnienie przyczynowe dał dopiero prawie sto lat później Newton: Kepler bajdurzył o aniołach pchających planety po elipsach (swoją drogą: nigdy nie zrozumiałem, dlaczego anioły Keplera pchają planety, a nie ciągną je, jak to robili bogowie starożytni).
    Od starożytnosci po Kopernika ciągnęło sie uzasadnienie estetyczne: ruch po okręgu jest ruchem doskonałym. Dopiero Keplerowi przestała pasować ta estetyka, a wolał occamowską prostotę: wielokrotne złożenia okręgów wydawały mu sie brzydsze od jednej elipsy…

    „z jakiej kategorii dziś będzie pytanie i czy od razu dam radę?”
    Ja na takich pytaniach opieram swoje zajęcia. Po prostu trzeba umieć ocenić ich sensowność, odpowiedzieć na sporą ich część, umieć szybko znaleźć w literaturze albo internecie odpowiedź na inne (typu encyklopedycznego), a w reszcie nie bać się powiedzieć: „nie mam pojęcia, ale przeanalizujmy to zjawisko” — i ta ostatnia klasa pytań jest najbardziej nośna dydaktycznie.

    Wbrew lękom większości nauczycieli (nie tylko początkujących), odpowiedź zaczynająca się od „nie mam pojęcia, ale…” wcale nie psuje autorytetu. Wprost przeciwnie.

  20. Na marginesie:
    nauczycielski lęk przed „z jakiej kategorii dziś będzie pytanie i czy od razu dam radę?” wydaje mi się być zapętlony z bezrozumnym uczeniem, ocenianym według kryterium „poprawna odpowiedź na pytanie, zaznacz kratkę A/B/C/D”.

    Nauczyciel wymagający i oceniający za dawanie szybkich prostych i jednoznacznych odpowiedzi nie może sobie pozwolić na to, by uczniowi odpowiedzieć „nie mam pojęcia”, „muszą/musimy się nad tym zastanowić”, „przeanalizujmy problem”, etc. Za takie odpowiedzi sam stawia uczniom jedynki, a autorytet nauczycielski polega przecież na tym, że nauczyciel jest więcej, niż szóstkowy…

    Jeśli natomiast uczymy (ale to już bardzo rzadko w szkole) naszych uczniów myśleć i znajdować rozwiązania, a nie pamiętać je, to wtedy nie ma niczego wstydliwego w tym, że sami też nie umiemy z marszu odpowiedzieć na podchwytliwe pytanie. Wstydliwe i psujące autorytet może być dopiero odrzucenie wyzwania: nie uzasadniona przekonująco odmowa podjęcia się przeanalizowania jakiegoś problemu.

    • SAWA

      Oni pewnie wyczuwali mój duży stres przed każdą lekcją, autentycznie się wtedy na początku bałam. Z początku robili to dla sportu, ale z czasem wychodził z tego ciekawie spędzony czas na przerwach. Już po roku nie bałam się mówić „nie wiem”, wszak z pozoru najprostsze pytania i problemy bywają najtrudniejsze. Ale patrząc z perspektywy lat widzę ogromną potrzebę przynajmniej roku stażysty – nie jako samodzielnego nauczyciela, który uczy się na żywym organizmie, ale u boku mistrza. Tylko jak pomyślę o całej otoczce, co niektórzy mistrzowie by z takim stażystą zrobili (bo programy, schematy wymagań, oceny), to zapętliłam się w swoich rozmyślaniach o potrzebach. 😉

      • Waldemar Zabielski

        Nie sądzi też Pani, że częściowo należy to do specyfiki zawodu nauczyciela, żeby “wszystko” wiedzieć. I w związku z tym, nie jest łatwo zachować takie nastawienie, że nauczyciel też się może mieć otwarty horyzont i uczyć się przez całą karierę zawodową.

  21. „wychodził z tego ciekawie spędzony czas na przerwach”

    A dlaczego na przerwach, a na lekcjach już nie było ciekawie?
    OK — nie oceniam postaw wobec uwarunkowań systemowych….
    Ale czy nie ma czegoś dziwacznego, że w szkole uczniowska inicjatywa ma szansę uwolnić się i sprowokować coś ciekawego wyłącznie poza lekcjami?
    To może zlikwidować lekcje i zostawić same przerwy?

    „u boku mistrza”
    — Tylko skąd tych mistrzów wziąć? Już widzę specjalne szkolenie ORE certyfikujące mistrzów, nadających się do praktykowania u ich boku.
    Może lepiej nie?

    • SAWA

      Lepiej NIE. Dlatego napisałam, że zapętliłam się w tych rozważaniach o stażystach. Też pomyślałam o tym co pan.
      A co do ciekawych lekcji w pierwszym roku pracy, to parę takich bym sobie przypomniała, ale jak wspomnę moje próby odzwierciedlania wcześniej rozpisanych szczegółowo konspektów, to dopiero po latach wiem z czego wynikał mój paniczny stres, bo rzeczywistość wcale nie chciała być taka metodyczna. Choć później widziałam wielu o wiele gorzej radzących sobie z tym problemem, gorzej, bo nie widzących tych problemów i własnych błędów. Jeśli się je widzi, to już połowa sukcesu.

      • Marzena Żylińska Post author

        Znów poruszyliście niezwykle ważny problem! Myślę tu o obowiązującym w dzisiejszym systemie edukacyjnym sposobie planowania lekcji.
        Xawer napisał: „Ale czy nie ma czegoś dziwacznego, że w szkole uczniowska inicjatywa ma szansę uwolnić się i sprowokować coś ciekawego wyłącznie poza lekcjami?”

        Sawa napisała: „… jak wspomnę moje próby odzwierciedlania wcześniej rozpisanych szczegółowo konspektów, to dopiero po latach wiem z czego wynikał mój paniczny stres, bo rzeczywistość wcale nie chciała być taka metodyczna.”

        Myślę, że jedym z głównych problemów naszej edukacji są konspekty, które zupełnie ignorują autonomię uczniów i – jak napisał Xawer – wykluczają ich wpływ na to, co dzieje się na lekcjach. Oczywiście za tymi konspektami czy scenariuszami lekcji stoi model, w którym nauczyciel aktywnie naucza, a uczniowie są pasywnymi odbiorcami wiedzy. Co ciekawe, większość metodyków nie widzi sprzeczności w deklarowaniu dbania o rozwój uczniowskiej autonomii i jednoczesnym narzucaniu uczniom form i metod pracy.
        Czyli lekcja wygląda tak: „Stona 34, zadanie 3, Marysia uzupełnij lukę w pierwszym zdaniu! Kasia zrób drugi przykład! Marek, ty znów nie uważasz! czym ty się człowieku znów zajmujesz? Dlaczego nic was nie interesuje!

  22. Z konspektami i scenariuszami też widzę też drugi problem, poza negacją autonomii uczniów — choć to, oczywiście, jest dla nich z wielką szkodą. W dzisiejszych czasach większość tych scenariuszy nie jest przygotowywana przez nauczyciela, tylko dostarczona mu z zewnątrz jako gotowce.
    Problemem jest tu samonegacja własnej autonomii, samodzielności i odpowiedzialności nauczyciela. Korzystając z nich nauczyciel sam przestawia się z postawy twórczej na wykonawcę i trybik machiny.
    A reszta machiny cieszy się z tego podejścia i utwierdza go, że rola trybika wykonującego mechaniczne czynności jest właśnie .tym, o co w szkole chodzi.

    „większość metodyków nie widzi sprzeczności w deklarowaniu dbania o rozwój uczniowskiej autonomii i jednoczesnym narzucaniu uczniom form i metod pracy.”
    Dlatego uważam, że całą metodykę należy wyrzucić na śmietnik…
    Nie zapominaj w tym wyliczeniu o treściach! Nuda i bezsens narzuconych treści (przeczytałaś, Marzenko, „Anielkę”? a daty panowania Władysława IV pamiętasz?) w jeszcze większym stopniu niż narzucone formy i metody prowadzą do zniechęcenia wobec szkoły.

    • SAWA

      @Xawer napisał: „większość tych scenariuszy nie jest przygotowywana przez nauczyciela, tylko dostarczona mu z zewnątrz jako gotowce”
      Żeby tylko te scenariusze dla początkujących – to jeszcze można by uznać jako przykłady dla niedoświadczonych (choć to dla odzwierciedlających je tylko wymówka, że pewnie takie świetne, bo opracowane przez fachowców, tylko pytanie dla kogo).
      Wszystko się teraz tylko drukuje jako gotowce wydane przez wydawnictwa. Programy na 1 rok realizacji są tam na 40-50 stron (rozpracowywane w wielu tabelkach na zasadzie kopiuj-wklej w różnych układach – opasłe tabele, jakie treści, co uczeń będzie umiał na poszczególne oceny i sławetne plany wynikowe), do tego powielone rozkłady materiału (oczywiście nie własne, ale cudze). Próbowałam z tym walczyć, ale wymiękłam – jak macie się mnie czepiać, że jeszcze czegoś tam nie ma, to miejcie te swoje upragnione cegły, ja i tak będę robić to co będzie trzeba, bo przecież najważniejsze to co napisane.
      Ale szoku doznałam na koniec roku szkolnego, gdy przed rozliczeniem się z dokumentacji stwierdziłam brak ostatniego tematu lekcji jednego z przedmiotów. Gdy zwróciłam się do nauczycielki by wpisała temat, usłyszałam odpowiedź – teraz nie wpiszę, bo nie mam rozkładu, a musi być dokładnie taki wpis jak w rozkładzie!!!
      Podobno takie uwagi wpisują kontrolujący szkoły. Podobno niektórzy dyrektorzy sprawdzają zapisy tematów w dzienniku z tymi w rozkładach materiału i wg nich musi się zgadzać co do kropki i co do numerka!!! Byłam autentycznie zszokowana. Gdybym to ja była takim kontrolerem, to w pierwszej kolejności taka zgodność by mnie bardzo zastanowiła, jak to może być, by nauczyciel potrafił we wrześniu zaplanować w 100% tempo pracy i potrzeby swych uczniów. Mnie właściwie jeszcze nigdy w swojej długiej karierze nie udało się powtórzyć identycznie poszczególnych lekcji, a co dopiero mówić o zmiennym tempie różnych grup w ciągu całego roku.
      Ta biurokracja chyba już całkowicie pozabijała zdrowy rozsądek i odpowiedzialność za podmiot swoich działań. A 30 lat temu miałam ambicję z tym walczyć, teraz widzę, że stan jest gorszy niż wtedy.

      • Marzena Żylińska Post author

        @ Sawa napisała
        „Gdybym to ja była takim kontrolerem, to w pierwszej kolejności taka zgodność by mnie bardzo zastanowiła, jak to może być, by nauczyciel potrafił we wrześniu zaplanować w 100% tempo pracy i potrzeby swych uczniów.”

        Jeśli punktem odniesienia dla nauczyciela są uczniowie, to pod koniec sierpnia nie można przewidzieć dokładnego tempa realizacji programu w ciągu całego roku. Jeśli w papierach wszystko zgadza się co do numerka, to znaczy, że nauczyciel ignoruje swoich uczniów i uprawia fikcję. I tego właśnie oczekują osoby przeprowadzające w szkołach takie kontrole! Każdy przejaw liczenia się z zainteresowaniami czy trudnościami uczniów jest antysystemowy.

    • SAWA

      Ja te scenariusze gotowce też uważam za element choroby, ale nie dziwię się, że przy tej okazji wymyślą takie uzasadnienia (nieprawdziwe). Tymczasem uzasadnień dla tych opasłych tabel nie da się przedstawić żadną miarą!!! A są i to na dodatek jako pożądane przez dyrektorów i kontrolerów.
      Ja te 30 lat temu doszłam do realizacji słów Młynarskiego, ale wtedy naiwnie sądziłam, że to system planowej gospodarki nam tę paranoję funduje i miałam nadzieję na zmiany.
      Ja mam trochę więcej lat niż wynikałoby z tej 30′. 30 lat temu to ja podjęłam się roli inspektora oświaty i początkowo ostro protestowałam. Rychło okazało się, że słowa Młynarskiego przyniosą moim podwładnym, a przede wszystkim dzieciom lepsze efekty. Przestałam się buntować, za to robiłam za filtr – wysyłałam im w górę sprawozdania, które sama wypisywałam zbiorczo ze szkół, a do szkół nawet w ogóle takie pisma nie dochodziły. Miałam przy tym mądrego Kuratora Oświaty, który połapał się w mojej taktyce i też to akceptował posyłając mi przymróżone oko.
      Moje innowacyjne działania kontrolne też były przez kuratorium akceptowane. Ale moim głównym zadaniem było rozpoznanie – w czym pomagam szkołom, a w czym przeszkadzam i jak mogę pomóc. Nigdy potem nie spotkałam żadnych zwierzchników o takim podejściu. To może wydawać się nieprawdopodobne, ale wtedy dla tych swoich idei znajdowałam więcej zrozumienia i poparcia u zwierzchników w kuratorium, niż w samych szkołach. Oni byli przyzwyczajeni do pokazówek, ocen i pochwał oraz wskazówek i zaleceń. Nie mogli przestawić się na inne podejście, że nikt im nie serwuje gotowych recept, niczego nie zaleca, a chce pomóc w analizie lub zgłaszanych problemach. Ja jednak wtedy uważałam, że ten stan jest z powodu ówczesnego ustroju.
      Więc róbmy swoje – w każdym ustroju. Głupota w każdym systemie ma się dobrze.

  23. „Żeby tylko te scenariusze dla początkujących – to jeszcze można by uznać jako przykłady”
    — Nieeee!!!
    Coś takiego trzeba uznać jako demoralizację od samego początku…
    Młody i niedoświadczony ma korzystać z bryków, a to doprowadzi do tego, że gdy dojrzeje to będzie samodzielny?
    To na tych brykach nabierze doświadczenia w samodzielnym przygotowywaniu się do autorskich lekcji?

    Pani Danuto — (wiem, przepraszam, kobiet nie pyta się o wiek, ale sama Pani coś o tych 30 latach temu…) Pani pamięta czasy gospodarki planowej. Był plan i się go realizowało. W sprawozdawczości był zrealizowany co do joty, a nawet ostatnia lokomotywa z zaplanowanego planu produkcji lokomotyw była wystawiana na tory tydzień przed terminem. Na ostatniej lekcji będziemy więc świętować przekroczenie planu, który zrealizowaliśmy w każdym szczególe tydzień wcześniej!
    A gdy jakimś dziwnym trafem dochodziło do konfrontacji z rzeczywistością, to zawsze można było przywołać sabotażystów podrzucających stonkę na nasze kartoflisko.
    Proszę zobaczyć wpis Starego na blogu Beaty — nie podoba ci się idea SORE — znaczy jesteś wypalony zawodowo, pomyśl o zmianie zawodu! To tacy wypaleni zawodowo i zgorzkniali wrogowie postępu jak Stary powodują, że szkoła nie rośnie w siłę, a uczniowie nie żyją dostatniej.

    „Gdybym to ja była takim kontrolerem…”
    — to musiałaby Pani mieć zupełnie inną mentalność, niż Pani ma, więc gdybania o zdroworozsądkowej ocenie sprawozdań pod tak wewnętrznie sprzecznym warunkiem nie mają większego sensu…

    „A 30 lat temu miałam ambicję z tym walczyć…”
    A kiedy to (nie właśnie 30 lat temu?) Młynarski śpiewał
    Niejedną jeszcze paranoję
    Przetrzymać przyjdzie robiąc swoje,
    Kochani, róbmy swoje!

    • SAWA

      Dopiero teraz doczytałam o tym SORE i powiem tylko, że chyba pora umierać.
      I chce mi się krzyczeć naszym oświatowcom – wy przestańcie nam pomagać, wy nam zacznijcie nie przeszkadzać!!!

    • Coś mnie Pani dziś nastraja na piosenki z lat 1980′:

      Kardynała Richelieu sekret wam dziś zdradzę:
      Od przyjaciół Boże strzeż, a z wrogami sobie poradzę

    • http://blog.glos.pl/lorek/2013/10/30/wise-2013-iv/

      Refleksje z konferencji w Katarze – o fińskiej edukacji:
      Największym wrogiem kreatywności jest standaryzacja.

      • SAWA

        Próbowałam tym zainteresować czytelników na SO, choć w takiej zakamuflowanej formie http://studioopinii.pl/danuta-adamczewska-krolikowska-demokracja-realizacja-woli-i-interesow-wiekszosci-ale-jakiej-i-czy-na-pewno-wiekszosci/
        Czy nic by się nie zmieniło w fińskiej i polskiej szkole, gdybyśmy podmienili sobie nauczycieli? Pewnie niewiele. Bo ich jest mniej, więc u nas znajdzie się taka liczba co by tam podołała i czuła się wreszcie dobrze. A Norwedzy u nas? Oj chyba by tego nie przeżyli, a gdyby im przeszkolona pani z SORE zaczęła podpowiadać, to wyszedłby z tego niezły WRZÓD.
        Poważnie to chyba jednak ma znaczenie – „Na 750 miejsc pracy w fińskich szkołach podstawowych aplikuje … 8500 świetnych absolwentów.”
        Ale rzeczywiście, gdyby nawet taka była u nas konkurencja, to nic nie pomoże w tym systemie nad Wisłą. Edukacja nie lewituje ponad społeczeństwem, tylko w nim tkwi.

      • A ja po raz kolejny zaapeluję, by zastanowić się nad wygłaszaniem zachwytów co do fińskiej szkoły. Ma fenomenalną punktację PISA!!!! A co poza tym? Zaścianek kulturowo-cywilizacyjny Europy.
        Potraficie wskazać jakieś wybitne osiągnięcia fińskiej nauki, kultury, sztuki, literatury, gospodarki? Upadająca (po zakręceniu kurka dotacji państwowych) Nokia? „Muminki” napisane po szwedzku, przez Tove Jansson, wykształconą przed wojną w Szwecji? Młodzi Finowie masowo studiujący na szwedzkich, angielskich i niemieckich uniwersytetach, bo w kraju badziewie takie, że uciekają?
        A jest to kraj, po którym należałoby się spodziewać niemalże takiej nośności kulturowo-cywilizacyjnej, jak po niewiele większych Szwajcarii, Austrii, Izraelu czy Holandii.

        • SAWA

          To z pewnością racja. Jednak mnie nie wyniki PISA zachwycają. Akurat do tych badań mam sporo zastrzeżeń. A argumenty, że kraj nie tryska aż takim potencjałem nauki, sztuki, gospodarki itd. to nie uzyskuje się tego w 50 lat. Kraj niewielki (liczbą ludności), jeszcze 50 lat temu w zasadzie wiejski. W stosunku do tego co mieli 50 lat temu, to autentyczny postęp (pominę wkład znacznie lepszej kondycji finansowej, która miała w tym okresie niebagatelne znaczenie). Jednak obawiam się, że gdyby sobie zaaplikowali nasz system szkolny, to nie uzyskaliby tego.
          I nie chodzi broń Boże o implementację jakiegokolwiek systemu (to zawsze przynosi opłakane skutki). Finowie poszli własną drogą i na tamte warunki chyba to była dobra dla nich droga. My też powinniśmy pójść własną, a nie aplikować sobie tego biurokratycznego potworka, gdzie pomiar dydaktyczny zastąpił dydaktykę, a biurokratyczne schematy jakikolwiek sens i cel edukacji.

        • Pewnie ta fińska droga jest dla nich dobra, ale nie traktujmy tego jako edukacji wzorcowej dla innych krajów. Im się sprawdziło nieźle, ale nie specjalnie lepiej, niż innym. W lapońskiej wiosce daje się dogadać po angielsku, a w mazowieckiej nie. Finlandia wygrywa tu z Polską, ale ze szwedzkimi i norweskimi Lapończykami też daje się dogadać…

          Szokiem natomiast było dla mnie obejrzenie z bliska dwóch fińskich uniwersytetów (Helsinki i Oulu): Kielce i Bydgoszcz nie mają się czego wstydzić, a UW i Jagiellonka to niemalże Oxford i Cambridge z tamtejszej perspektywy.

          Współpracując z fińską Nokią zauważyłem u młodych inżynierów to samo, na co wybrzydzam w odniesieniu do Polski, a co jest raczej niespotykane w Anglii czy Niemczech: ich bierność intelektualną. W fińskiej kulturze usprawiedliwione jest, że jeśli „nie zostałem przeszkolony” to nie wiem czegoś, co każdy w tym zawodzie wiedzieć powinien. „Mnie nie było na tej lekcji” jest tam usprawiedliwieniem w dorosłym życiu.
          Po zobaczeniu tych postaw nie było już dla mnie zdziwieniem, że w pionie R&D Nokii Finowie byli w mniejszości, a większość to importowani inżynierowie, w tym sporo Polaków…

          • To cenne uwagi, ja nie mam takich dorosłych kontaktów…
            W jakimś artykule – w Wyborczej chyba – zasygnalizowany był jednak pod koniec zachwytów problem tej dorosłości,a także sporej liczby samobójstw.
            Poszukam.
            Dawno temu czytałam też reportaż L. Talko z małej fińskiej wioski- tam zachwyciła mnie prostota rozwiązań, które szans w Polsce by nie miały (np. szkolna kuchnia – gotują mamy, należność za obiad wrzuca się do puszki na okienku, gość zwiedzający szkołę robi tak samo i po prostu obiad je) oraz tworzenie wspólnoty, życie razem – ale jako mieszkanka dużego miasta może nie mam zbyt wielu doświadczeń w tym zakresie?

          • Waldemar Zabielski

            Ksawery, Finom możesz zarzucać wszystko, tylko nie bierność intelektualną!
            Zastanawiam się czym mogli Ci dokuczyć ci biedni Finowie, że tak ich niesprawiedliwie oceniasz?
            Jeśli z nimi jest tak źle, to dlaczego polscy inżynierowie (i inni) pracują we fińskiej Nokii, a nie odwrotnie, fińscy inżynierowie w polskiej Nokii? [Dla ciekawości, to Fin stworzył system operacyjny Linux, a szefem Nokii był do niedawna człowiek z Microsoftu; a z osobistego doświadczenia, kiedy 7 lat temu zajmowałem się jako hobbysta pisaniem programów-aplikacji na telefony Nokii, SonyEricsson i Blackberry, wówczas telefony Nokii były bezdyskusyjnie numer 1 na świecie – co się stało potem, powstanie iphona, Androida, itd., miało różne przyczyny, napewno jednak nie intelektualną bierność Finów.]

          • „dlaczego polscy inżynierowie (i inni) pracują we fińskiej Nokii, a nie odwrotnie?”
            Właśnie o to mi chodzi i na to zwracałem uwagę: że stosunkowo niewielu absolwentów fińskiego systemu edukacyjnego nadaje się do pracy w wysoce innowacyjnym środowisku. Do pracy na wymagających intelektualnie stanowiskach, takich jak inżynierskie w R&D Nokii, trzeba ściągać ludzi wykształconych choćby na krakowskiej AGH, którzy sprawdzają się lepiej od „produktów” fińskich uczelni.
            Doskonała fińska edukacja kształci doskonałych fińskich nauczycieli, ale inżynierów, lekarzy i inną inteligencję, mających pracować w realnym świecie, Finlandia musi importować na szeroką skalę.

            Linus Torvalds — masz rację, umknęło mi, że linuxa zapoczątkował, gdy był studentem w Helsinkach. Miałem go (błędnie) za Szweda ze Szwecji, zapominając, że Szwedzi stanowią też znaczącą mniejszość w Finlandii. Faktem jednak jest, że przeszedł przez fińską szkołę i politechnikę.

            Finowie mi niczym nie dokuczyli (poza rozgotowanymi w nieosolonej wodzie kartoflami, ale reszta tamtejszego jedzenia jest całkiem niezła) — ludzie jak inni, w większości równie sympatyczni jak pozostali Skandynawowie. Zauważyłem tylko ze zdziwieniem, że na szkoleniu technologicznym w Nokii słuchacze Finowie zadają mniej pytań i rzadziej domagają się rozszerzenia szkolenia o dodatkowe, nie ujęte programem zagadnienia. Po skończonej oficjalnej części, gdy można było zostać w laboratorium i samemu pobawić się urządzeniami, zestawiając z nich własnego pomysłu niestandardowe konfiguracje, symulując sytuacje awaryjne, etc., z tej okazji skorzystali niemal wszyscy przyjezdni słuchacze, a większość Finów nie była tym zainteresowana.

          • Waldemar Zabielski

            Może więc bardziej trafną obserwowacją byłoby, że robią czasami takie wrażenie jak by byli intelektualnie bierni, niepozorni, bo to, że zatrudniają fachowców, to przecież cała Ameryka jest na tym zbudowana. Ale to jednak jakiś Fin w tej Nokii organizuje te szkolenia?

  24. Jeśli oba przeciwstawne modele: zarówno to, że Finlandia musi importować wykształcone kadry, jak i hipotetyczna sytuacja, że Finlandia masowo eksportowałaby swoich absolwentów do pracy w Polsce, potwierdzają jakość fińskiej edukacji, to trafność mojej obserwacji nie ma najmniejszego znaczenia, bo niezależnie od wszystkiego jakość fińskiej edukacji jest niepodważalna.

  25. SAWA

    Pani Marzeno, jestem właśnie po lekturze „Neurodydaktyki”. Czas spędzony z nią to była niezwykła wielowątkowa przygoda. Przywołała pani wiele wspomnień z dzieciństwa, analizowałam ile to razy los, przypadek, a może intuicja i mądrość mojego otoczenia ratowała mój mózg przed nudą, brakiem bodźców lub ich nieadekwatnością. W tamtych czasach mama odmawiała mi kupna papierowych lalek z narysowanymi ubrankami tylko do wycinania. Nie chodziłam do przedszkola ani na podwórko, jedyną rozrywką były nudne spacerki za rączkę do Ogrodu Saskiego, gdzie też pobrudzić mi się nie było wolno. Rysowałam więc swoje lalki sama, teraz dopiero doceniam ile trudu musiałam włożyć w narysowanie dla nich różnorodnych ubranek na zmianę, sama musiałam opanować zasady proporcji, symetrii, a to, że moje ubranka były niekonwencjonalne, bo wymyślane przeze mnie sprawiało mi największą radość. Potem wycinałam je z materiału i szyłam prawdziwym lalkom, aż wreszcie też sobie – swoją pierwszą sukienkę zaczęłam szyć wieczorem, szyłam całą noc, a rano poszłam w niej do szkoły (wykradłam wtedy z szafy materiał, który przygotowany był na wizytę u krawcowej). Wyobraźnia przestrzenna nigdy potem nie była moją słabą stroną, ani w geometrii, a również na krystalografii, która spędzała sen z powiek wszystkim studentom.
    Przepraszam za te wynurzenia, ale pani książka niemal na każdej stronie była dla mnie taką sentymentalną podróżą w czasie, w tym z wielu doświadczeń gdy sama już uczyłam. A zaczęłam bardzo wcześnie – już od szkoły podstawowej byłam taką koleżanką korepetytorką dla wszystkich, którzy mieli kłopoty, szczególnie z matematyką. Dopiero teraz czuję, że ja mam staż w tej dydaktyce już ponad 50-letni, bo przecież wytłumaczenie komuś innemu danego problemu, poszukanie jak to zrobić, by on najlepiej zrozumiał, to najgłębsze z możliwych przetwarzanie. I to nie ci, którym pomagałam mieli z tego największy zysk (choć oni też), ale ja właśnie.
    Pani książka stała się też przyczynkiem do jeszcze innych refleksji na temat otaczającej nas rzeczywistości, co przedstawiłam w ostatnim artykule http://studioopinii.pl/danuta-adamczewska-krolikowska-gdzie-jest-zle-tam-prawdy-dwie/
    Przepraszam za użycie wyrazów „jakiejś tam” przy pani nazwisku w ostatnim zdaniu, to trochę brzmi niegrzecznie wobec pani, ale postanowiłam nie kryć emocji, które mi w tej sprawie towarzyszą. Może te emocje kogoś poruszą.

    • Marzena Żylińska Post author

      Tak, świetny film!!! Pokazuje, w jaką stronę zmierzają dzisiejsze systemy edukacyjne i co fundujemy naszym dzieciom. Jeden wielki wyścig szczurów, który coraz szybciej się zaczyna. Dobrze oddają to słowa: Ponieważ wierzymy, że konkurencja jest bardzo ważna, coraz wcześniej przygotowujemy do niej dzieci.”
      „Jakie cechy powinien mieć idealny menager? Powinien dążyć do sukcesu, poza tym nic się nie liczy.”
      „Sprowadzanie sensu życia do ekonomii jest najgorszą rzeczą, jaka nam się mogła przytrafić.”

      Myślę, że sporo o tym napisałam w „Neurodydaktyce”. Od początku uczymy dzieci konkurencji, podczas gdy w życiu najwięcej zyskuje się, gdy człowiek umie współpracować z innymi. A najgorsze, że ciągła konkurencja czyni nas nieszczęśliwymi. W obecnej szkole nie ma takiego celu jak szczęśliwe życie.

      Ktoś narzuca nam ten model oparty na rywalizacji, na ciągłym mierzeniu, sprawdzaniu, porównywaniu. Jest grupa osób, które edukację potrafią sobie wyobrazić tylko w takiej odhumanizowanej i pozbawionej wszelkiej radości życia formie. Szkoła musi boleć, zawsze tak było. Co zrobić, by do decydowania o systemie edukacyjnym dopuścić ludzi z wyobraźnią, którzy wiedzą, że może być inaczej. Rozwój daje radość, dlatego dobrze zorganizowana nauka daje radość!

      A teraz muszę się domyślać, kto kryje się pod podpisem „Studentka”??? Napisz 😉

      @ Sawa

      Pani Danko, nie przypuszczałam, że lektura mojej książki może tak nostalgicznie nastrajać i prowokować do cofnięcia się do lat dzieciństwa. Ale analizując to, co robiliśmy jako dzieci, można analizować własne mocne i słabe strony.
      Wiem o jakich papierowych lalkach Pani pisze 😉 Zawsze dostawałam je wtedy, gdy byłam chora. Ale tych gotowych ubranek nie było zbyt wiele, więc potem też robiłam je sama według własnych pomysłów. A potem w czasach zgrzebnego socjalizmu sama szyłam sobie rzeczy i je farbowałam w wielkim garnku na ulubione kolory.
      Przeczytałam tekst na Pani blogu. Zgadzam się z tym, co Pani napisała. Ale też nie wiem, jak zatrzymać tych ludzi. W tak czarno-białej formie nie można dyskutować, ale czarno-biała optyka jest tak uwodząco prosta i nieskomplikowana. Wtedy nie trzeba mysleć!

      @ Ewa

      Pani Ewo, dziękuję za dobre słowa i za informację, że radio TOK FM powtórzyło rozmowę o „Neurodydaktyce”.
      Pisze Pani, że syn w szkole przestał zadawać pytania. Niestety, nasza szkoła wygasza ciekawość poznawczą i myślenie, a do tego u znacznej większości niszczy wiarę we własne możliwości. Trudno spokojnie myśleć o tym marnotrastwie!
      Niestety nie mam wpływu na to, kto czyta moją książkę. Wiem tylko, że osoby, które decydują o kształcie naszej edukacji powinny znać naturę procesu uczenia się, powinny wiedzieć, jak uczą się mózgi dzieci i rozumieć, jakie skutki przynosi to, co obecnie mamy.

      Może po lekturze książki napisze Pani kilka słów komentarza? Ze zdziwieniem stwierdzam, że w „Neurodydaktyce” każdy znajduje coś innego. I to mnie bardzo cieszy 🙂

  26. Piotr

    Szanowna Pani Marzeno
    Bardzo dziękuję za Pani pobyt we wrześniu na konferencji w Rzeszowie.
    Niestety nie mogłem wtedy być i tym bardziej cieszy mnie szansa na spotkanie w kwietniu.
    Dzięki tej konferencji i Koleżance, która mi o nie opowiedziała kupiłem i przeczytałem „Cyfrową demencję”. Uważam tę książkę za bardzo ważną i podziwiam odwagę prof. Manfreda Spitzera.
    Sam od kilkunastu lat prowadzę dla nauczycieli i rodziców spotkania z tematem zagrożeń jakie niesie ze sobą komputer i Internet (szczególnie zjawiska uzależnienia). Przed laty patrzono na mnie trochę jak na nawiedzonego, a dziś zainteresowanie jest duże.
    Wczoraj odważyłem się pierwszy raz na spotkanie z nauczycielami poświęcone głównie książce „Cyfrowa demencja”. Rozmawialiśmy z uczestnikami bardzo szeroko o tym, co jest napisane w tej książce i co Oni obserwują w szkołach oraz własnych domach. Pedagodzy alarmują, że jest źle, gdyż widząc jakie zmiany w głowach czynią programy TV, komputery, komórki, a zwłaszcza Internet. Chętnie też opowiadali o swoich inicjatywach mających pokazać dzieciom inny świat: wycieczki, sport, szachy, warcaby, skrable, gry planszowe, dobra lektura, muzyka… czyli to o czym napisał Profesor w „Cyfrowej demencji” popierając swoim doświadczeniem neurobiologa, lekarza, filozofa, wykładowcy i Ojca 6 dzieci, o których troska jest dla Niego bardzo ważna.

    Obserwuję też blog E. Bendyka, który jak jeden z niewielu (jeśli nie jedyny) bardzo mocno i powiedziałbym nieelegancko skrytykował książkę Profesora. Cóż, dziennikarze tak już niestety mają, że trudno im zrozumieć inny punkt widzenia – na szczęście nie wszyscy.
    http://antymatrix.blog.polityka.pl/2013/11/03/cyfrowa-demencja-manfreda-spitzera/#comment-2388

    Pozdrawiam serdecznie i życzę wytrwałości w naszych wspólnych dążeniach, aby uświadamiać rodzicom, wychowawcom, pedagogom, psychologom, nauczycielom i pośrednio politykom – jak komercja zawłaszcza mózgi dzieci, młodzieży, a także dorosłych, jak niebezpieczna jest przyszłość pokolenia wychowanego w epoce cyfrowej bez refleksji i mądrości.
    Piotr

    • Marzena Żylińska Post author

      Panie Piotrze,

      Pana komentarz wylądował w spamie, co często się dzieje, gdy w tekście podany jest jakiś link. Dopiero dziś go znalazłam.
      Myślę, że temat jest niezmiernie ważny, bo i u nas dzieci i młodzież całymi godzinami przesiadają przy komputerach i problem nie dotyczy jednostek, ale całkiem sporej grupy. Powinniśmy najpierw przeprowadzić badania, ile czasu przeciętny nastolatek spędza przed wszelkiego typu ekranami i potem zastanowić się, czy warto do tego dodać jeszcze kilka godzić wpatrywania sie w ekrany w szkole. Oczywiście z nowych technologii można korzystać zupełnie inaczej, dzięki nim uczniowie mogą opuszczać klasy i stawać się aktywnymi twórcami, ale prof. Spitzer o takim ich wykorzystaniu nie pisze, bo to zupełne wyjątki. Osoby odpowiedzialne za edukację wciąż uważają, że postępem będzie zamiana podręczników na tablety.
      A Edwin Bendyk rzeczywiście bardzo nieelegancko napisał recenzję „Cyfrowej demencji”. Każdy może mieć swoje zdanie, tu nie ma sporu, ale chodzi o kulturę dyskusji. W Polsce ironia i złośliwy sarkazm coraz częściej uznawane są za coś normalnego. Dlatego powinniśmy kłaść nacisk na tzw. miękkie kompetencje. Musimy wychować dzieci lepsze od nas samych, które będą umiały dyskutować i wyrażać swoje zdanie bez złośliwości i bez czarno-białej optyki. Mnie ten ton u Bendyka bardzo zdziwił. Dotychczas nie czytałam jego tekstów napisanych w takim tonie.

      Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia w Rzeszowie 🙂

  27. Piotr

    Witam ponownie Pani Marzeno
    Dziękuję za odpowiedź i dzielę się kolejnym doświadczeniem.
    Na Kongresie Regionalnym Nauczycieli Informatyki w Rzeszowie przestawiłem ponad 120 uczestnikom temat związany z książką Profesora M. Spitzera. Odzew był żywy i myślę, że to dobrze – warto skłaniać do refleksji nad otaczającym nas światem i próbować uświadamiać, że wychowanie młodego pokolenia zależy od rodziny, szkoły, Kościoła, lokalnej społeczności, a nie od mediów elektronicznych, cyfrowych.
    Bardzo pięknie mówił o tym wczoraj na WSIiZ w Rzeszowie Prof. Mariusz Jędrzejko podczas konferencji i warsztatów na temat uzależnień behawioralnych.
    Nie wolno zwalniać się tej roli licząc, że zapewnienie dzieciom głównie warunków materialnych zastąpi prawdziwą miłość (bliskość, troskę, empatię, wzór…).
    Pozdrawiam serdecznie życząc spokojnych, refleksyjnych przygotowań adwentowych do Świąt, które nie będą rodzinne i błogosławione z Niebiańskiej stajenki przez Jezusa.
    Piotr

    • Piotr

      Przepraszam – mała i ważna poprawka, literówki:
      niech będą rodzinne i błogosławione z Niebiańskiej stajenki przez Jezusa

  28. I hardly leave a response, but i did some searching and wound up here Neurodydaktyka,
    czyli neurony w szkolnej ławce

  29. I hardly leave a response, but i did some searching and wound up here Neurodydaktyka,
    czyli neurony w szkolnej ławce

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.