Dlaczego powinniśmy odkrzesłowić dzieci? Jeszcze jeden argument

Szkoła kojarzy się z siedzeniem w ławce. Tak było dwieście lat temu i tak jest dzisiaj. Wiele dzieci ma z tym ogromny problem; nie potrafią wysiedzieć, mają ogromną potrzebę aktywności, eksplorowania świata i zadawania pytań. Te naturalne zachowania są dla wielu z nich przyczyną problemów.
Zamknięcie dzieci na kilka godzin w szkolnych klasach i usadzenie ich w ławkach jest z punktu widzenia dorosłych idealnym rozwiązaniem. Dzieci w szkole szybko dowiadują się, że dobry uczeń, to grzeczny uczeń, który się nie rusza, nie rozmawia, nie przeszkadza swoimi pytaniami. Zadaniem nauczyciela jest przecież zrealizowanie materiału, a nie zaspokajanie dziecięcej ciekawości czy dbanie o potrzeby uczniów. Te traktowane są jak dziwne fanaberie. W żadnej szkole nie widziałam napisu „Tu wolno biegać”, za to w wielu widziałam tabliczki informujące o zakazie biegania. To logiczne. Dorośli zainteresowani są tym, żeby dzieci siedziały cicho i nie przeszkadzamy. Gdyby szkoły były nastawione na dobro dzieci, znaleziono by sposób na bezpieczne zaspokojenie jednej z ich najważniejszych rozwojowych potrzeb.
Czas byśmy sobie uzmysłowili, że obecny system edukacyjny o potrzebach i dobru uczniów nie myśli. Dlatego tak wiele z nich w szkołach się nudzi, męczy, przeżywa stres. My dorośli potrafimy o siebie zadbać. Mamy przepisy określające maksymalny czas pracy. Dbamy nawet o więźniów. Przepisy stanowią, że każdy odbywający karę więzienia, ma prawo do jednej godziny spędzonej na świeżym powietrzu. A dzieci? Siedemdziesiąt pięć procent dzieci w Wielkiej Brytanii spędza na powietrzu mniej niż godzinę. Dlaczego o nie nie dbamy? Badacze mózgu i psychologowie od wielu lat wskazują problemy wynikające ze zmiany stylu życia najmłodszych. Najpierw na kilka godzin zostają ukrzesłowione w szkolnych klasach, potem idą do domu, odrabiają lekcje i siadają do komputerów i telewizorów. Coraz rzadziej wychodzą na podwórka, coraz rzadziej mogą się swobodnie bawić z rówieśnikami. Manfred Spitzer w swoich kolejnych książkach przekonuje, że zbyt wczesny i zbyt intensywny kontakt z nowymi technologiami jest szkodliwy dla dzieci, głównie ze względu na to, czego dzieci siedzące przed jakimś monitorem nie robią. Nie biegają po podwórku, nie grają w piłkę, nie jeżdżą na rowerze, nie kłócą i nie godzą się z rówieśnikami. A media uwodzą i wciągają. Nawet dorośli często nie potrafią stawiać sobie rozsądnych granic.
Do argumentów podawanych przez Spitzera i licznych psychologów, dochodzą nowe, formułowane przez okulistów. Badania prowadzone na całym świecie pokazują, że coraz więcej dzieci cierpi na krótkowzroczność. Przykładowo w Seulu problem z widzeniem na odległość ma już ponad 96% dziewiętnastolatków. W Chinach 60 lat temu krótkowzroczność diagnozowano u co dziesiątej osoby, dziś u dziewięciu na dziesięć. Autorka artykułu „Wada mroku” Irena Cieślińska (Wysokie Obcasy 25 czerwca 2016, str. 36-37) wyjaśnia, że nie jest to tylko problem kosmetyczny. Nieprawidłowy kształt gałki ocznej powoduje, że soczewka nie skupia światła na siatkówce, ale przed nią. Prowadzi to do wielu poważnych komplikacji (zaćma, jaskra, odwarstwienie siatkówki). Okuliści szacują, że nawet połowa osób dotkniętych dużą krótkowzrocznością pod koniec życia straci wzrok.
Przyczyn lawinowo rosnącej liczby osób mających problemy z widzeniem na odległość długo upatrywano w czytaniu książek i oglądaniu telewizji. Jednak ostatnie badania prowadzone przez australijskich badaczy z National University w Canberze wskazują, że przyczyną problemów z widzeniem jest niedostateczna ilość światła. Badacze doszli do wniosku, że aby oczy mogły się prawidłowo rozwijać, dzieci powinny przynajmniej 3 godziny dziennie spędzać na dworze. Co ciekawe, światło powinno mieć natężeniu około 10 tysięcy luksów. Autorka artykułu podaje, że w bardzo dobrze oświetlonym biurze, czy szkolnej klasie natężenie światła wynosi około 500 luksów. Badania przytoczone przez Carla Honore, autora książki „Pod presją” pokazują, że dzieci w Europy Zachodniej w USA i Kanadzie coraz mniej czasu spędzają na świeżym powietrzu. W Stanach Zjednoczonych najtrudniejsza jest sytuacja dzieci z zamożnych rodzin, które trzy razy częściej cierpią na depresje niż ich rówieśnicy (Carl Honore, Pod presją, Warszawa 2011, str. 15).
Czy przytaczane przez okulistów argumenty mogą skłonić osoby zarządzające edukacją do postulowanych od wielu lat przez licznych reformatorów oświaty zmian? Czy będą argumentem na rzecz odkrzesłowienia uczniów? Dlaczego uważamy, że dzieci najlepiej uczą się z książek lub słuchając nauczycieli, siedząc w ławkach? Odpowiedź jest prosta, bo tak jest wygodniej dla nas dorosłych. Czy dziś, wiedząc, że pozbawianie dzieci ruchu i zamykanie ich w szkolnych pomeszczeniach, prowadzi do kłopotów ze wzrokiem, będziemy umieli wprowadzić postulowane od stuleci zmiany? Czy osoby zarządzające edukacją przeznaczą pieniądze na przyszkolne ogrody i wiaty warsztatowe? Czy szkoły otworzą się na świat? Czy nasze dzieci będą mogły w ciągu godzin spędzonych w szkole, zaspokoić swoją potrzebę ruchu, uczyć się z pomocą wszystkich zmysłów, czy ich oczy będą miały kontakt z odpowiednią ilością światła?
W szkołach stworzonych przez dorosłych i zaspokajających potrzeby dorosłych usadzenie dzieci w szkolnych ławkach i kładzenie nacisku na dyscyplinę, jest logicznym rozwiązaniem. Jednak szkoły, których celem jest dbanie o dobro uczniów i tworzenie środowiska wspierającego ich rozwój, powinny funkcjonować inaczej. Wielozmysłowe, postulowane już w XVIII w. przez Johanna Heinricha Pestalozziego w XXI w. nie powinno być traktowane jak innowacja. Ograniczanie szkolnej nauki do kanału werbalnego powoduje, że wiele dzieci w szkole nie może rozwijać swoich talentów.
Dlaczego nasze dzieci nie poznają roślin, czy owadów w przyszkolnym ogrodzie, na łące czy w lesie? Dlaczego większość szkolnego dnia spędzają ukrzesłowieone i zamknięte w klasie? Dlaczego ograniczamy im ruch, świeże powietrze i ilość światła? Dlaczego stworzyliśmy programy, które wszystko uczniom narzucają ,nie pozostawiają ani miejsca, ani czasu na ich zainteresowania? Dlaczego w szkołach niejako programowo wyłączyliśmy ciekawość poznawczą, choć dziś już wiemy, że motywacja poznawcza jest jej pochodną? A przecież można by poszukać kompromisu między opracowanymi przez ekspertów podstawami programowymi (70%) i zainteresowaniami uczniów (30%). Szkoły mogą przecież funkcjonować inaczej. Ale jeśli nie widzi się problemu, to nie można go rozwiązać.
Czy kolejne twarde argumenty mogą spowodować, że zaczniemy zmieniać szkoły w taki sposób, by wspierały rozwój dzieci i młodzieży i nie prowadziły do chorób i zaburzeń? Czy jesteśmy skłonni odejść od wygodnego dla nas dorosłych modelu, formatującego uczniów zgodnie z naszymi wyobrażeniami i potrzebami? Czy wiedząc, że prawidłowe widzenie wymaga (w Australii) trzech godzin dziennie spędzonych na świeżym powietrzu, będziemy skłonni otworzyć szkoły na świat, dobrze wyposażyć przyszkolne otoczenie i zadbać o odpowiednią dawkę ruchu?
Myśląc Korczakiem
Dostrzeżenie potrzeb dzieci wymaga wrażliwości i otwartości, o którą upominał się Janusz Korczak. Wrażliwość na potrzeby słabszych jest miarą naszego człowieczeństwa. Dzieci nie mogą upomnieć się o swoje prawa, dlatego wciąż ignorujemy ich potrzeby, obłudnie twierdząc, że to wszystko robimy dla ich dobra.

Bardzo przeprasza, ale z powodu technicznej usterki pisanie komentarzy jest niemożliwe. Jeśli chcecie komentować tekst, to piszcie proszę na FB.

Przepraszam bardzo i mam nadzieję, że usterkę uda się niedługo usunąć.

Comments ( 5 )
  1. Na szczęście są już szkoły, w których dyrekcja i nauczyciele myślą o potrzebach dzieci. Na nieszczęście tych szkół jest niewiele. Marzy mi się, żeby zapraszać do tych szkół dyrektorów innych szkół, ale także, a może przede wszystkim, decydentów oświatowych, czyli polityków i urzędników. Mam wrażenie, że ich wiedza o edukacji szkolnej jest bardzo nieaktualna.

  2. Marzena Żylińska Post author

    Niestety wciąż jeszcze wiele osób nie rozumie, że reforma szkoły dokonuje się w szkolnych klasach. jak długo nie zmieni się sposób prowadzenia lekcji, jak długo uczniowie wciąż będą jedynie biernymi odbiorcami wiedzy, tak długo nic się nie zmieni.

  3. Agnieszka

    Nic się nie zmieni, bo dyrektorzy i nauczyciele nie chodzą „w odwiedziny” (czyli z wizytami roboczymi) do innych placówek. Nie biorę pod uwagę wizyt okolicznościowych i udziału w jakiejś uroczystości, delegacji, bo to zupełnie inna sytuacja. Często rodzice, mający dzieci także w innych placówkach, posiadają większe rozeznanie w sprawdzonych metodach nauczania i organizacji pracy, niż dyrekcja i nauczyciele w danej szkole. To bardzo smutne.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Agnieszko,

      my organizujemy takie spotkania dla dyrektorów i nauczycieli, którzy chcą swoje szkoły oddolnie zmieniać. Najbliższe odbędzie się w Łodzi 24 września. 4 października odbędzie się (też w Łodzi na UŁ) organizowana przez Budzącą się szkołę konferencja „Od kultury nauczania do kultury uczenia się”, w ramach której odbędą się też warsztaty dla nauczycieli (metoda edukatorium). Trochę się dzieje, jest wielu nauczycieli i dyrektorów zainteresowanych zmianami, trzeba tylko połączyć siły. No i bardzo ważni są rodzice! Czy w szkole Pani dzieci nie ma nauczycieli, którzy daliby się namówić na wyjazd do Łodzi? proszę spróbować 🙂
      Pozdrawiam serdecznie.

  4. Agnieszka

    Dziękuję, zareklamuję, choć sama Pani napisała: ” szkoły nie można zmieniać w pojedynkę” więc wątpię, że na taki wyjazd zdecyduje się więcej niż jedna osoba.
    Ech, złą szkołę wybrałam mojemu dziecku i przeraża mnie fakt, że zostanie tam dłużej o 2 lata.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.