Jak obiektywne są nasze oceny

Ten wpis miał być o Budzącej się Szkole, ale gdy go zapowiedziałam w jednym z komentarzy, rozwinęła się dyskusja, w której padło kilka pytań. Dlatego postanowiłam najpierw zadać je osobom, które pracują w jednej z przebudzonych szkół. Czekając na odpowiedź, dziś chciałabym poruszyć zupełnie inny temat.

 

Czytając ostatnio książkę autorstwa amerykańskiego neurobiologa Johna Mediny znalazłam ciekawy fragment dotyczący obiektywizmu formułowanych przez nas ocen. Medina opisuje eksperyment, w którym wzięły udział cztery grupy, w każdej było tyle samo kobiet i mężczyzn. Każdej  grup przeczytano opis pracy fikcyjnego wiceprezesa dużej spółki. Osobom z pierwszej grupy powiedziano, że wiceprezes jest mężczyzną i poproszono o ocenę jego osoby, kompetencji i metod pracy. Według uczestników badania wiceprezes był bardzo kompetentny i dał się lubić.

 

Drugiej grupie przeczytano ten sam opis, ale powiedziano, że wiceprezes jest kobietą. Jak sądzicie, czy ta informacja mogła mieć wpływ na ocenę? …

Tak! Okazało sie, że tym razem ocena wypadła inaczej. Pani wiceprezes zdaniem respondentów dała się wprawdzie lubić, ale była niekompetentna.

 

Trzeciej grupie ponownie przeczytano ten sam opis, ale dodano informację, że wiceprezes to mężczyzna robiący w biznesie zawrotną karierę. Osoby biorące udział w badaniu znów przeczytały ten sam opis i jak wcześniej uznały, że mężczyzna jest bardzo kompetentny i da się lubić. Czwarta i ostatnia grupa przeczytała tekst myśląc, że jest to opis robiącej zawrotną karierę w firmie pani wiceprezes. Jednak kobiety nie uznano za dającą się lubić. Wiele osób czytając opis uznało jej zachowanie za nieprzyjazne.

 

Tekst za każdym razem był ten sam. Każda z grup dostawała jednak inne informacje na temat opisywanych osób.

 

Co o tym sądzicie?

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z granatowym profilem twarzy. Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Comments ( 0 )
  1. To jeden z kilku dyżurnych przykładów, wałkowanych przez działaczy genderystycznych, aż się boję komentować…

    Wydaje mi się, że problem leży w odwiecznym zagadnieniu decorum. Którego to zjawiska genderyści nie tylko udają, że nie rozumieją i nie uznają, ale aktywnie je zwalczają, jako przejaw „przemocy kulturowej”. Może się istnienie decorum w kulturze komuś podobać lub nie, ale nie sposób zaprzeczyć jego istnieniu.

    Sądzę o tym tyle, że jeśli jako istotną przesłankę do oceny badani dostali płeć danej osoby, to ją wykorzystali i nie dokonywali oceny abstrahującej od płci, tylko właśnie oceny zgodności wypowiedzi z kulturową formą właściwą danej płci. Tekst za każdym razem był ten sam, ale badani byli proszeni o ocenę w kontekście różnej informacji uzupełniającej. Co innego stanowi o uznaniu kobiety za sympatyczną i dającą się lubić, a co innego mężczyzny. Tak, jak z ubiorem. Te same buty mogą świadczyć o dobrym guście i sugerować kompetencję wiceprezesa mężczyzny, a o złym guście i niekompetencji, jeśli usłyszymy, że za zebranie zarządu tak ubrana przyszła pani wiceprezes. To nie znaczy, że nasza ocena gustowności butów i ich kompetencji jest nieobiektywna. Ubranie się w sposób niezgodny z kanonem biurowej elegancji dla danej płci świadczy o niekompetencji wiceprezesa. Sposób wypowiadania się ma też swoje różne kanony, choć tu różnice pomiędzy płciami są subtelniejsze i mniej oczywiste, niż w sposobie ubierania się.

    Inny tekst świadczy o poziomie kompetencji i sympatyczności Donalda Tuska, ale zupełnie inna wypowiedź świadczy o tym samym w ustach Ewy Kopacz. Gdyby zamienić im teksty, to oboje wypadliby dużo gorzej, niż każde ze swoim własnym, pasującym do ich genderowych kanonów wypowiadania się i ogólnego wizerunku. Dokładnie to samo, za co w swoich wypowiedziach daje się lubić Ewa Kopacz, w ustach Donalda Tuska nie brzmiałoby wcale sympatycznie, tylko obciachowo.
    O kompetencji świadczy nie tekst in abstracto, ale tekst w kontekście całego wizerunku. Na ten wizerunek składa się w dużej mierze płeć i zajmowana pozycja, które w przytoczonym badaniu stanowiły jedyny dostępny dla badanych kontekst.

    Ten genderowy aspekt retoryki nie ma niczego wspólnego z „paternalistyczną tradycją i machoizmem” treści i meritum przesłania. John Major wypowiadał się w bardzo męski sposób, a Margaret Thatcher w bardzo kobiecy. Oboje trzymali decorum, choć treściowo nie byli zgodni z genderowymi stereotypami.

    PS.
    Sam znalazłem o tej berlińskiej szkole pani Rasfeld. Na ile przebrnąłem z czytaniem po niemiecku, to jest to prywatna szkoła z wyboru, pobierająca czesne, prowadzona przez przykościelną luterańską fundację.

    Uogólnianie jej stylu na masową szkołę państwową jest tak samo uprawnione, jak marzenie, by wszystkie szkoły były jak Summerhill, albo by każde dziecko było indywidualnie uczone przez tutora takiego jak ja.

    Wszystkie problemy z motywacją dzieci, na które często zwraca uwagę Robert w kontekście szkoły masowej, rozwiązują się same przez dobrowolność tej szkoły. Oraz przez wstępną selekcję: rodzice z marginesu społecznego nie posyłają dzieci do płatnych szkół, a Turcy i inni „sprawiający problemy” imigranci nie posyłają ich do szkół luterańskich. Zamożni rodzice dzieci, które nie chcą się uczyć, też raczej nie są chętni do płacenia czesnego szkole, która akceptuje to, że dziecko zamiast do szkoły będzie chodzić na piwo i oglądać porno. Nawet jeśli i rodzic akceptuje taki wybór dziecka i mu na to pozwala, to nie wyrzuca wtedy swoich pieniędzy na czesne.

    Inna rzecz, że jednak niemieckie luterańskie szkoły to diametralnie inna bajka niż polskie katolickie.

    • Robert Raczyński

      Byłeś pierwszy :). Abstrahowanie od faktu, że innych cech spodziewamy się na ogół od kobiet i mężczyzn, oraz, że odmienny ich zestaw będzie społecznie „promowany” zdaje się nie mieć przystępu do „postępowców”.
      A w kwestii szkoły pani Rasfeld, nie czuję się zaskoczony. Życzę Marzenie jak najlepiej, ale dałbym się ponieść euforii, gdyby „budzenie” dotyczyło szkoły publicznej ze wszystkimi jej klasycznymi dolegliwościami, które, tak naprawdę, są jedynymi godnymi uwagi (wszystkie pozostałe jest w stanie rozwiązać dobry nauczyciel).

    • Marzena Żylińska Post author

      Ad.
      Szkoła pani Rasfeld w Berlinie

      Nie Xawery, to zły kierunek. Szkoła pani Rasfeld pobiera bardzo niewysokie czesne i przyjmuje wszystkie dzieci z rejonu. Jest w niej wielu uczniów z rodzin imigranckich. Wiedziałam, że od tego zaczniesz … 🙁 I baaardzo chciałam, by choć raz było inaczej …
      Jest to wprawdzie szkoła która ma w nazwie przymiotnik „protestancka”, ale nie jest to żadnym wypadku szkoła wyznaniowa, którą można by przyrównać do naszych szkół katolickich prowadzonych przez kościół. Wszelkie próby dezawuowania inicjatywy budzących się szkół w taki właśnie sposób (no … skoro to szkoła prywatna, protestancka, pobierająca czesne …. to tam wszystko można, ale niech oni wezmą normalnych uczniów …) są zupełnie nietrafione, ponieważ dziś należą do tego ruchu setki różnych szkół w Niemczech, Austrii i Szwajcarii.
      Ja bym bardzo chciała, żeby osoby czytające o BsSz nie zaczynały od tego, co jest nie tak i jak można by tę inicjatywę zakwestionować i podważyć, ale żeby spojrzeć na nią pozytywnie i zadać sobie pytanie: „A jaką drogę my moglibyśmy obrać?” Bo w tej inicjatywie najpiękniejsze jest moim zdaniem to, że każdy, kto się przyłącza, musi szukać własnych rozwiązań.

      Z jednej strony bardzo chcę napisać o Budzącej się Szkole, a z drugiej ….. nie wiem, czy napiszę …

      • Robert Raczyński

        Marzena,
        ta szkoła nie przyjmuje „wszystkich dzieci z rejonu”, ale te które zapłacą czesne. Nieważne, że nie jest ono zaporowe (Ktoś, kiedyś wymyślił, by naszą „bezpłatną” służbę zdrowia ratować przy pomocy symbolicznej opłaty w postaci 15 zł. Pomijając zamach na ustrój, jestem pewien, że zabieg ten rozładowałby problem wielu kolejek). Sam fakt wniesienia opłaty sprawia, że przejmujesz na siebie pewną odpowiedzialność – to dużo zmienia. Gwarantuję ci, że przeciętne gimnazjum publiczne ma się nijak do tej szkoły, a raczej do warunków pracy. Powtarzam się, ale budzenie trzeba zacząć od tych twardo śpiących, o których potykamy się na drodze, a nie tych, którzy i tak mają budzik choćby felerny, ale jednak nastawiony. Ja nie „dezawuuję” idei, tylko jej wybiórczość, która skazuje ją na status niespełnionej alternatywy. Dla mnie będzie miała realną wartość, jeśli zastosujemy do pierwszej z brzegu szkoły publicznej, która rzeczywiście „uczniów nie wybiera”. Dla pełnej jasności, ja takiej koncepcji nie mam. Z przyjemnością poczytam o BsS…

        • W szkole to jest dużo mocniejszy efekt, niż „zaporowa” opłata 15zł za lekarza.
          Do lekarza, nawet bez opłaty, i tak idzie się z własnej woli i potrzeby.
          W szkole to jest różnica pomiędzy poddaniem się przymusowi, zupełną biernością i posłaniem dziecka tam, gdzie państwo każe, a aktywnym wyborem konkretnej szkoły, popartym dodatkowo zapłatą czesnego.

          Ta szkoła przyjmuje każdego z rejonu, co znaczy, że nie odmawia nikomu, kto się do niej zgłosi i będzie gotów płacić (przystępne) czesne. Ale nikt bierny z tego rejonu nie jest do niej wrzucany na siłę.

          Z tymi licznymi imigrantami, to chyba przesadziłaś Marzeno… Obejrzałem zdjęcia z tej szkoły. I nie widzę tam ani jednej uczennicy w chuście i ani jednego ucznia, którego można by posądzać o turecki wygląd, nikogo o niearyjskich rysach. Choć w Berlin-Zentrum mnóstwo takich mieszka. Za to na jednym ze zdjęć dzieci są w towarzystwie pani pastor w stroju liturgicznym.

  2. Ależ ja nie dezawuuję tej szkoły!
    Wprost przeciwnie — z tego co czytam (szkoda, że nie mają tego po angielsku, bo z moim niemieckim nie najlepiej mi to idzie) to jest bardzo dobra i sensowna szkoła. Tak, jak Summerhill, które cenię. I równie jak Summerhill funkcjonująca na marginesie systemu powszechnego.

    Cóż to za dezawuacja?! Nie mam nic przeciwko szkołom prywatnym (uważam, że są w średniej znacznie lepsze od państwowych, a ta z pewnością jest), luterański charakter mi specjalnie nie przeszkadza (sam napisałem, że to zupełnie inna bajka, niż polskie szkoły katolickie) ani trochę — choć jestem libertynem, to z luterańskiej tradycji pochodzę, mam do niej dużo sentymentu i więcej akceptacji, niż dla katolicyzmu. Biała róża mnie nie drażni, w przeciwieństwie do portretu JP-2 na ścianie. Zwłaszcza nie drażni mnie ani trochę w szkole z wyboru.

    Czesne czy wysokie czy nie (takie jak w dobrych warszawskich szkołach, ponad 1000zł/miesiąc) stanowi i tak barierę przed marginesem społecznym, ale przede wszystkim czyni ją szkołą z wyboru: nikt nie jest zmuszany do chodzenia do niej pod państwowym przymusem i dla nikogo to nie jest szkoła do której trafia z rozdzielnika. Jeśli taka szkoła się nie sprawdza w odniesieniu do konkretnego dziecka, to nawet te kilkaset Euro jest powodem, by jednak nie płacić tego nadal „z rozpędu” ale poszukać czegoś innego.

    Podobnie jak Robert — życzę Twojej inicjatywie jak najlepiej! Zauważam tylko, że ten berliński przykład nie nadaje się do przeniesienia go do masowego szkolnictwa państwowego. Tak samo, jak Summerhill może być jedno i mieć kilku naśladowców, ale z systemowych przyczyn zawsze musi pozostawać jako nisza poza systemem.

    Odrzucenie wymogów systemu, co A.Neill zrobił w Summerhill dawno temu i do tej pory jego szkoła się korowodzi z czepiającym się jej państwowym nadzorem, czy wprowadzenie w tej berlińskiej szkole zasad, które w Polsce byłyby sprzeczne z ustawą oświatową (nie znam niemieckiego prawa, jak silny jest tam państwowy nadzór nad prywatnymi szkołami), może się udać i być przez system państwowy tolerowane na jego marginesie albo w niszy poza systemem, ale nie może stać się treścią tego systemu!

  3. Pisałaś wiele o tym, że mózg uczy się dobrze tylko wtedy, gdy uczy się z własnej woli, a nie pod przymusem. W pełni podzielam ten pogląd. Prawdą jest również, że w Evangelische Schule Berlin Zentrum dzieci uczą się chętnie, dobrze i bez przymusu.

    Różnica między nami leży tu w tym, że Ty zdajesz się twierdzić, że jest to skutek doskonałej metodyki pani Rasfeld, a ja sądzę, że doskonała metodyka (czemu nie przeczę) pani Rasfeld jest pochodną tego, że do jej szkoły chodzą wyłącznie te dzieci, które chcą się uczyć same z siebie i to im, a nie szkole, zależy na tym, by się czegoś nauczyły. Tak samo, jak z moimi tutees — jeśli nie czują potrzeby wiedzy, to do widzenia!
    Do tej szkoły chodzą dzieci, które same i ich rodzice są do tego stopnia świadomi tej chęci i potrzeby uczenia się, że są gotowi płacić (zgódźmy się, że na niemieckie realia całkiem przystępne) czesne. A jeśli nauka w tym stylu nie spełnia zakładanych oczekiwań, to przestają płacić i zabierają dziecko z tej szkoły.

    Jestem wielkim entuzjastą wszelkich form edukacji alternatywnej, pozasystemowej. Ta szkoła mieści się w tym modelu pozasystemowej.
    Ale nie jest to i nie będzie nigdy szkoła powszechna. Może być najwyżej niszą (życzę jej, by jak największą).

    Ta szkoła i jej dydaktyka są wtórne wobec wstępnego warunku, jakim jest pełna dobrowolność i aktywna chęć uczestnictwa. Szczęśliwie dla nich, niemieckie prawo nie zmusza ich do podporządkowania się tak szczegółowym regulacjom, jakie muszą spełniać polskie prywatne szkoły.

    Póki istnieje przymus szkolny, to takie szkoły będą wyłącznie niszami (oby jak największymi), a masówka będzie na siłę wlewać do głów literki i procenty dostarczanym przez państwo pod przymusem rekrutom.
    Metodyka pani Rasfeld ni zmienia faktu, że znaczna część dzieci ma naukę głęboko gdzieś, a znacznej większości rodziców nie zależy na edukacji ich dzieci na tyle, by wyłożyć choćby jedno Euro miesięcznie.

    Wyłącznie zniesienie przymusu szkolnego (co postuluję z całego serca!) może spowodować, że takie obudzone szkoły staną się większością. Większością będą wtedy dlatego, że ci, którzy uczyć się nie chcą, nie będą chodzić do żadnej szkoły… Co i dobrze, bo przymus tylko buduje ich zniechęcenie i marnuje publiczne fundusze na pozorowanie edukacji.

    • Marzena Żylińska Post author

      Xawer,

      inicjatywa Budząca się Szkoła powstała rzeczywiście w Berlin Mitte, ale to był początek. Margret Rasfeld, Stephan Breidenbach i Gerald Hüther zrobili pierwszy krok, pokazali, że można i rozpoczęli oddolny ruch zmieniania edukacji. Za nimi poszli inni! W tłumaczonej właśnie na polski książce „Budzące się Szkoły” (ukaże się u nas w marcu) wymienionych jest wiele szkół, które zdecydowały się na zmiany. Wśród nich jest wiele szkół państwowych.
      Ale mimo to warto podkreślić, że berlińska szkoła jest doskonałym przykładem, ponieważ … impulsem do zmian były problemy i niechęć uczniów do uczenia się. W tamtym czasie, zewnętrzne warunki były takie jak dziś, status szkoły się nie zmienił, czesne było i jest bardzo niskie, tylko że wcześniej uczniowie nie chcieli się uczyć, a dzisiaj chcą. Ich nastawienie do nauki zmieniło się o 180 st.

    • „Wśród nich jest wiele szkół państwowych”
      Daj namiar na stronę internetową którejś z nich. Spróbuję przebrnąć. Będę miał wprawkę w niemieckim 😉
      Bo na razie jedynym nieanonimowym znanym mi przykładem jest Evangelische Schule Berlin Zentrum.

      Nigdy nie twierdziłem, że pobieranie czesnego gwarantuje dobrą naukę. Wprost przeciwnie — podzielam zdanie Pawła o wielu prywatnych szkołach „radości tańca i jazdy konnej”, w której dzieci nie uczą się niczego sensownego, a wyłącznie przyjemnie spędzają czas.

      Uważam jednak, że dobrowolność jest warunkiem sine qua non sensownej edukacji. Zasada: komu się nie podoba, to won! może jest przykra, ale konieczna.

  4. Biegasa

    Uczę w publicznej (zresztą od 30 lat tej samej)placówce. Poszukuję i eksperymentuję,dążąc do tego, by wzbudzić w uczniach zainteresowanie „moimi” przedmiotami, chęć do uczenia się, może nawet pasję. Niekiedy rozwiązania pojawiają się intuicyjnie, czasem są wynikiem metody prób i błędów. Brakuje mi osób, z którymi mogłabym o tym porozmawiać (mam na myśli głównie możliwość dzielenia się doświadczeniami, problemy specyficzne dla danych przedmiotów ale również inspirację – często czyjś pomysł podsuwa rozwiązania odmienne, a doskonale dostosowane do moich potrzeb). Książki takie, jak „Neurodydaktyka” to dla mnie ważna, świeża porcja wiedzy. Pomysł na BdSz uważam za bardzo dobry między innymi ze względu na możliwość wymiany praktyk, dzielenie się, z pewnością wzajemne wsparcie. Nie do końca zgadzam się z wypowiedzią Xawera dotyczącą zniesienia przymusu szkolnego „ci, którzy uczyć się nie chcą, nie będą chodzić do żadnej szkoły”. Niejednokrotnie w swojej dość długiej przecież pracy pedagogicznej doświadczałam wspaniałego uczucia, gdy uczeń osiągający bardzo niskie wyniki, postrzegany jako niechętnie uczący się zaczynał znacząco i efektywnie interesować się jednym z nauczanych przeze mnie przedmiotów (a nie są wcale łatwe: edukacja dla bezpieczeństwa i plastyka z dużą ilością historii sztuki). Może przedtem nie wiedział, że uczenie się może być… fajne :-). Myślę, że na tym też może polegać „budzenie” . Uważam, że warto próbować bez względu na skalę – szkoła, klasa, może tylko grupa – każdy jest ważny. Nadal czekam na informacje o „Budzącej się szkole”.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Biegasa

      Tak, właśnie wymiana myśli i pomysłów jest jedna z najważniejszych idei Bssz. W pojedynkę trudno zmienić szkołę.
      Ma pani rację pisząc, że najlepsze, co może zdarzyć się nauczycielowi, to przebudzenie takich na pozór niczym niezainteresowanych uczniów. Sęk w tym, że takich nie ma, że to tylko ucieczka, bo łatwiej powiedzieć „Nie chce mi się, mam to gdzieś … „, niż „Staram się, ale nie daję rady. To dla mnie za trudne … „.

      Xawer

      Obecnie w Niemczech jest 30 grup regionalnych koordynujących prace budzących się szkół. Wejdź na stronę
      http://blog.schule-im-aufbruch.de/phpbb3/viewforum.php?f=3&sid=1ce8aeedb88bb52c83308a96c6db64ab

      Tam powinieneś coś znaleźć. Ja teraz pisze wstęp i nie mam czasu na szukanie. W książce są przykłady różnych inicjatyw, ale nie ma nazw szkół. Ale zapytam o szkoły Monię.

      • Nie!!! Przesadziłaś z uznaniem mojego niemieckiego za funkcjonalny. Jest gdzieś między A2 a B1 (to i tak mocno optymistyczna samoocena) Mogę się przegryźć z pewnym trudem przez pojedynczy artykuł, albo nawet stronę internetową ESBZ, ale nie potrafię przekopywać się przez niemieckojęzyczne fora internetowe.
        Zapytaj Monię…
        Proszę o odrobinę łatwiejszą wprawkę w niemieckim!

      • A tak zupełnie na marginesie: popatrzyłem właśnie na „klasyfikację biegłości językowej”. Jak dla mnie, to sporo tam użytych kryteriów jest odwrócone. Choćby między poziomami B1 i B2.
        B1: Osoba posługująca się językiem na tym poziomie rozumie znaczenie głównych wątków przekazu zawartego w jasnych, standardowych wypowiedziach, które dotyczą znanych jej spraw i zdarzeń typowych dla pracy, szkoły
        B2: Osoba posługująca się językiem na tym poziomie rozumie znaczenie głównych wątków przekazu zawartego w złożonych tekstach na tematy konkretne i abstrakcyjne, łącznie z rozumieniem dyskusji na tematy techniczne z zakresu jej specjalności.

        Z mojej introspektywy jest odwrotnie: tekst naukowo-techniczny jest dla mnie dużo prostszy, niż tekst, dotyczący codzienności. Im bardziej abstrakcyjny tekst tym jest łatwiejszy, bo posługuje się uniwersalnym słownictwem o grecko-łacińskich źródłosłowach. Zostawiając już na boku niemiecki, podstawowy przekaz dokumentów technicznych jest dla mnie zrozumiały po szwedzku, holendersku czy francusku, których to języków nie znam nawet na poziomie A1.
        Miałem kiedyś analizator widma (taki bardzo zaawansowany oscyloskop) Philipsa, do którego zginęła angielskojęzyczna instrukcja i bez problemu dałem sobie radę z niderlandzką…

        W językach, które znam słabo, ale jednak niezerowo: niemiecki i rosyjski, czytanie bardzo złożonych fachowych technicznych i naukowych tekstów idzie mi dużo łatwiej, niż codziennej gazety. Einsteina czytam bez problemu, a od „Der Zauberberg” odpadłem mimo kilkukrotnych prób podejścia na ten szczyt pod Davos.

        • Robert Raczyński

          Zapominasz, że oprócz, nazwijmy to, podstawowych kompetencji językowych, posiadasz także doświadczenie, którego żaden uczeń na poziomie B1, nie mówiąc o A1, nie posiada (i nigdy go nie nabędzie, bo szkoła skutecznie temu przeciwdziała). Boleję nad tym okropnie, ale źródłosłów grecko-łaciński nie jest już teraz wydatną pomocą – większość moich uczniów nie rozumie (albo rozumie opacznie) co piątego słowa we własnym języku. Stąd też stratygrafia kompetencji zawiera mnóstwo elementów, które przypisane są, odgórnie, rozwojowi mentalnemu skojarzonemu z wiekiem uczącego się. Jest to także przyczyna moich ogromnych kłopotów z doborem podręczników dla osób dorosłych (lub wyłamujących się ze schematu), które nie chcą być traktowane jak infantylni impotenci umysłowi. Na rynku nie ma podręczników dla ludzi funkcjonujących już poza szkolną sieczkarnią (o samoukach nie wspomnę). W latach 60-tych, było mnóstwo wydawnictw, które pozwalały takim osobom się rozwijać, ale odkąd „praca nie-w-parach” jest na cenzurowanym, takie rzeczy zniknęły, zastąpione prymitywnymi słownikami obrazkowymi pozbawionymi jakiegokolwiek kontekstu.

  5. macbylski

    moje 3grosze:
    eksperyment prof Mediny to „samo życie”.
    oczywistym jest także to, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
    np. temat dobrowolności edukacji dla sześciolatka wzbudza u mnie stan przedzawałowy, a dla Xawera to bezdyskusyjny fundament zmian.
    Budzące się Szkoły w Polsce…po co tracić na to czas?
    lepiej na przykładzie metod szkoły berlińskiej stworzyć na początku ruch Budzących się Nauczycieli!!
    Pani Marzeno, nie jest Pani w stanie przekonać nieprzekonanych ministrów, kuratorów, dyrektorów, profesorów, nauczycieli, rodziców, uczestników tego forum… ale wspomóc już przekonanych nauczycieli TAK!
    Biegasa- głodna wiedzy, szuka miejsca wymiany doświadczeń:
    „Poszukuję i eksperymentuję”,
    „Brakuje mi osób, z którymi mogłabym o tym porozmawiać”,
    „możliwość wymiany praktyk, dzielenie się, z pewnością wzajemne wsparcie”
    …kwintesencja potrzeb osamotnionych i rozproszonych „Budzących się Nauczycieli”!!!!
    Z całym szacunkiem, czas stracony na przekonywanie mnie czy innych do realności wprowadzenia u nas Budzących się Szkół powinna Pani przeznaczyć na pomoc Biegasie i jej podobnych.
    Przebudzeni Nauczyciele, tworzący szybko rozrastającą się społeczność pomogą Pani w przyszłości wcielić plan w życie a nie „malkontenci” z niską w niego wiarą.

    • Nie jestem zwolennikiem bezwzględnej wolności dobrowolności edukacji sześciolatka.
      Uważam tylko, że ta jego wolność może podlegać ograniczeniu i prawo decydowania o jego edukacji być przeniesione wyłącznie na jego rodziców, a nie na państwo, egzekwujące ten obowiązek równo od wszystkich.
      Nie mam nic przeciwko szkołom kadetów, do których rodzic, uznający twarde metody wychowawcze za właściwe, mógłby posłać swoje krnąbrne dziecko. Ale jakikolwiek przymus może się tu odbywać wyłącznie na wyrażone wprost, świadome zlecenie rodzica — w szkole z wyboru.
      A nie być aplikowany z automatu i przepisu prawa każdemu, niezależnie od psychiki dziecka i światopoglądu rodziców.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ macbylski

      Trafił Pan w sedno! Nauczycieli i chętnych do zmian rodziców jest bardzo dużo. Wciąż zgłaszają się do mnie dyrektorzy i nauczyciele, którzy dotychczas na własną rękę szukali nowych rozwiązań, ale chcą się przyłączyć do BsSz, bo słusznie uważają, że w grupie będzie łatwiej pokonywać przeciwności.
      Na razie jednak jeszcze nie zapraszamy do współpracy, bo najpierw musimy wszystko zorganizować i stworzyć strukturę. Ale Bssz niedługo ruszy i od zapału i pomysłów jej uczestników będzie zależał sukces. Zmieniamy świat wokół nas, możemy zmienić również szkoły. Wszystko zależy od tego, czy w to wierzymy 🙂
      A jakie będą te nasze przebudzone szkoły? Tego nie wie nikt. I to jest piękne 🙂

      @ Xawer

      A co do poziomów B1 i B2 masz zupełną rację. Słownictwo fachowe zawsze zawiera dużo internacjonalizmów. Takich dziwnych rzeczy jest zresztą w tej progresji więcej. Np. przyjmuje się, że uczniowie najpierw powinni rozumieć krótkie teksty, a dopiero później dłuższe. Wiadomo, że krótkie są trudniejsze, bo człowiek potrzebuje trochę czasu, żeby się wsłuchać i „przestawić”. Poza tym, w krótkim tekście każde słowo jest ważne. Dłuższe teksty są często redundantne, tzn. pewne informacje podane są dwa razy w różnej formie. Redundancja jest typowa dla języka mówionego.
      Gdy oglądam systemy punktowe oceny prac z języka obcego, to bardzo często widzę, że tam wszystko stoi na głowie. Dziwne to …

  6. monikasz

    A czy ja mogłabym zapytać o kilka szczegółów? Obejrzałam sobie albowiem prezentację w.w. szkoły na jakiejś konferencji edukacyjnej. Bardzo rezolutne i sympatyczne dziewczęta tam występowały :). Wszystkiego oczywiście nie zrozumiałam, bo mój niemiecki zardzewiał, ale kilka pomysłów mi się podobało, a myślę, że i większości z nas tutaj również. Moje pytanie brzmi, czy w obecnej sytuacji prawnej szkoła państwowa/ szkoła publiczna/ szkoła prywatna w Polsce mogłaby takie pomysły w ogóle wprowadzać? Na przykład odejście od sztywnego podziału zajęć na 45-minutowe kawałki, mieszanie roczników na wspólnych zajęciach, 3-tygodniowe wyprawy w nieznane, zrezygnowanie ze stawiania ocen, swobodny wybór przedmiotów spoza kilku głównych, swoboda kolejności realizowania obowiązkowego programu minimum itd. Bo budzenie szkół i nauczycieli to jedno, a wprowadzenie realnych zmian to drugie. A coś mi się wydaje, że tutaj trzebaby obudzić ustawodawcę w pierwszej kolejności.

    • Oczywiście, że nie mogłaby! Może to zrobić wyłącznie paraszkoła, podszywająca się pod edukację domową.

      Szkoła (czy to państwowa, czy prywatna) w ramach systemu musi wypełniać rozkład zajęć, podział na klasy i realizować zaplanowany co do godziny program zajęć. Zaplanowany zgodnie z siatką godzin, określoną ministerialnym rozporządzeniem i listą tematów też określoną ministerialnym rozporządzeniem.

      W kwestii ścisłości przestrzegania tych zasad mamy bardzo pouczający przykład: dyrektor jednej z prywatnych warszawskich prywatnych wylądował w areszcie (nie wiem, jaki wyrok dostał ostatecznie, ale na dołku wszy go zdążyły obleźć) za wpisanie do dziennika, że jakieś zaplanowane programem zajęcia się odbyły, choć w rzeczywistości dzieci robiły wtedy coś całkiem innego. Sfałszował dokumenty — paragraf na trzy lata kicia.

      • Robert Raczyński

        Nie znam sprawy, ale jak znam życie, postawił się i ktoś zdolny inaczej nie miał piątki z jego przedmiotu… A poważniej, nie znam nauczyciela, który jest w stanie trzymać się rozkładu materiału, co oznacza, że wszyscy fałszujemy dokumentację (bez sensu, ale zgodnie z procedurami), tyle, że w większości przypadków nikt nie sprawdził, czy np. pod tematem „Reading exercises” nie mieści się historia i geografia pt. „From Samaria to Sumeria – Travelling in time and space” :).

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Monikasz

      Napisała Pani: „A coś mi się wydaje, że tutaj trzeba by obudzić ustawodawcę w pierwszej kolejności.”

      Ma Pani zupełną rację!!! Najpierw trzeba pójść drogą prof. Breidenbacha (profesor prawa 😉 ) i sprawdzić nasze polskie i europejskie dokumenty wyższego rzędu. W nich jest bardzo dużo dobrych i mądrych zapisów. Breidenbach właśnie na nie się powołuje.

      Więc pierwszy krok, to sprawdzić, co rzeczywiście można, a gdzie natkniemy się na biurokratyczne przeszkody. Pojedynczemu dyrektorowi trudno walczyć z bezsensownymi przepisami, dlatego trzeba stworzyć silną grupę nacisku.
      Ale okazuje się, że wiele z tego „co trzeba robić” np. tworzenie szczegółowych rozkładów materiału pod koniec sierpnia i trzymanie się ich, nie ma żadnego umocowania w przepisach czy rozporządzeniach. Nie wiadomo dlaczego wszyscy to robią 🙂
      Niezależnie od tego, ile tego „co trzeba robić” nie znajduje potwierdzenia w przepisach wyższego rzędu, prawdziwa zmiana kultury edukacyjnej na pewno będzie wymagać zmiany niektórych przepisów i właśnie do tego potrzebna będzie pomoc MENu i silna grupa nacisku w parlamencie. Może trzeba by mieć swoich posłów? 😉 Napisałam to zdanie jako żart, ale może to wcale nie jest takie głupie?

      Myślę, że podejście Breidenbacha może być bardzo przydatne, gdy np. do szkoły przychodzi kontrola z Sanepidu i panie mówią, że ławki muszą być ustawione w tradycyjny sposób.

      Przepraszam, że nie mogę teraz odpowiedzieć na inne komentarze. Są bardzo ciekawe, ale ja teraz piszę ważny test … Ale wszystkie przeczytałam i jestem ciekawa, co z tego wyniknie 🙂
      Bardzo podoba mi się przeniesienie problemu przez Wiesława na problem oceny dzieł literackich czy ocen z zachowania. Bardzo ciekawe!!!!!!!!!!!!!!

  7. Ważne, żeby szkoła była „poszukująca”. Nie ważne czy publiczna, czy płatna. Może być szkoła z czesnym i elitarnym naborem, a i tak dyrektor i kilku nauczycieli mogą być sztywni jak żołnierz na baczność, a przy tym tak sprytni, że rodzice to kupią.
    Warunkiem koniecznym jest „poszukujący” dyrektor, czyli taki, który:
    – akceptuje, promuje, afirmuje nauczycieli, uczniów i rodziców poszukujących
    – nie pozwala tępić i prześladować „poszukujących”

  8. Marzena zadała pytanie „co o tym sądzicie ?”, więc odpowiadam.
    W związku z przedstawionym badaniem, sądzę, że:
    – ważne jest co oceniający chce oceniać
    – jeszcze ważniejsze, w jakim celu
    – jeśli chce ocenić treść wypowiedzi, niech nie pyta kto jest autorem
    – jeśli wie kto jest autorem, niech ma świadomość, że to rzutuje na ocenę treści
    – to badanie jest dobrym argumentem dla przeciwników oceny z zachowania w szkole
    Pytanie: czy naszej percepcji jakiegoś arcydzieła literackiego, muzycznego, filozoficznego lub plastycznego, ma znaczenie wiedza o tym, że autor popierał Hitlera, albo gnębił przez trzydzieści lat swoje dziecko ?

    • Robert Raczyński

      Oceniający ocenia wszystko, tylko nie siebie (naturalne).

      Celem każdej oceny jest sprawdzenie, czy przedmiot oceny spełnia założone standardy. Czemu to ma służyć, nie jest na ogół ważne.

      Ocena obiektywna nie istnieje (i nikt nie jest temu winny).

      W szkole publicznej, dla większości, z oceny nic konkretnego nie wynika – jest to okresowe stwierdzenie stanu posiadania, taka inwentaryzacja wartościująca. Przedmiot inwentaryzacji przez trzy lata zwykle nie traci przydatności do użycia – jest to wynik założenia powszechności edukacji. Stwierdzenie nieprzydatności przeczyłoby powszechności. Z kolei, przesadne zwiększanie przydatności nie jest wskazane, bo automatycznie (i niepotrzebnie) zawyża standardy…

  9. @Robert.
    Tak, o ocenianiu w szkole można powiedzieć wiele złego. Dodam swoje trzy grosze: gdy obserwuję liceum ogólnokształcące, to mam wrażenie, że więcej energii poświęca się tam na ocenianie, niż na uczenie.
    Ocenianie może być sensowne i celowe. Przed przyjęciem do pracy warto zrobić kandydatom sprawdzian z dziedziny, którą mają się zajmować. Jeśli pracownik ma pisać, to wolałbym ocenić jego znajomość ortografii oraz umiejętność przelewania informacji i myśli na papier.
    Podoba mi się taka teza: ocenianie w szkole ma sens wówczas, jeśli uczeń jest aktywnym współtwórcą procesu oceniania, czyli w pewnym stopniu sam sprawdza siebie. Nauczyciel i uczeń współpracują w procesie uczenia i w procesie oceniania.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Wiesław

      Niestety, rzeczywiście są szkoły, w których więcej czasu poświęca się na ocenianie, niż nasz naukę. Nauczycieli, których głównym zajęciem jest zadawanie materiału i potem odpytywanie, nazywam „wielkimi odpytywaczawami”.
      Myślę, że proporcje między czasem poświęconym na naukę a odpytywaniem, czy inną formą sprawdzania wiedzy, dużo mówią o nauczycielu.

      W swoim komentarzu napisałeś: „Podoba mi się taka teza: ocenianie w szkole ma sens wówczas, jeśli uczeń jest aktywnym współtwórcą procesu oceniania, czyli w pewnym stopniu sam sprawdza siebie. Nauczyciel i uczeń współpracują w procesie uczenia i w procesie oceniania.”

      Tak właśnie dzieje się w szkole Margret Rasfeld, na tym polega praca w budzących się szkołach. Nauczyciel przestaje być sędzią …

      • @Marzena
        „wielcy odpytywacze” – świetne, niestety gorzkie określenie.
        Dlaczego szkoły budzą się bardziej w Niemczech, Holandii, Anglii, … niż u nas ?
        Niedawno słyszałem jak Leszek Balcerowicz ubolewał nad niską, w porównaniu z tamtymi krajami, aktywnością obywatelską Polaków. Tam obywatele bardziej kontrolują władzę, mają większy wpływ na rzeczywistość.

        • Robert Raczyński

          Może tam ludzie postrzegają swój wpływ jako coś realnego, a nie sztukę dla sztuki? To chyba sprzężenie zwrotne. U nas ludzie nie wierzą, że coś się daje zrobić – to taka samosprawdzająca się przepowiednia. Poza tym, w większości, mają prawo tak postrzegać rzeczywistość, bo nasza demokracja obywatelska zatrzymuje się na poziomie kółka dyskusyjnego, a decyzje podejmuje się gdzieś indziej…

        • Oczywiście – „sukces” np. akcji Ratuj Maluchy pokazuje, jaki naprawdę mamy wpływ na dotyczące nas decyzje… Ja się już nie dziwię ani nie frustruję – poczytaj projekt zmian w UoSO, który właśnie jest dyskutowany. Znacząco wzrastają kompetencje kontrolne i decyzyjne kuratoriów, łącznie z prawem do decyzji o odwołaniu ze stanowiska dyrektora szkoły/placówki.

  10. Magda

    W kontaktach z innymi osobami kierujemy się często nieświadomie wieloma uproszczeniami, które wpływają na nasze nastawienie. Stwarzamy w sobie pewne wyobrażenia: zachowań, sposobu myślenia, co w gruncie rzeczy jest tylko naszym wyobrażeniem danej osoby.
    Kobiety w świecie biznesu mogą być często uznawane za zimne, nieczułe, uparcie dążące do celu. Na mężczyzn w podobnej sytuacji patrzymy podziwiając ich zaradność, ciężką pracę, kompetencje, znajomość problemu.
    Panuje przekonanie, że kobieta zajmująca wysokie kierownicze stanowisko doszła tam w nieuczciwy, wyrachowany sposób. Robiąc karierę zaniedbuje, albo wręcz rezygnuje z rodziny. Ciekawe, że w podobny sposób nie postrzegamy mężczyzn.

    • „Panuje przekonanie, że kobieta zajmująca wysokie kierownicze stanowisko doszła tam w nieuczciwy, wyrachowany sposób. … Ciekawe, że w podobny sposób nie postrzegamy mężczyzn.”

      Panuje takie przekonanie? Mogłaby Pani doprecyzować gdzie ono panuje?
      Pani tak postrzega kobiety na wysokich stanowiskach, a nie postrzega tak mężczyzn?
      Proszę nie stosować tu liczby mnogiej ani uogólnień, a wypowiadać się wyłącznie we własnym imieniu, bo jej użycie jest obraźliwą insynuacją wobec innych ludzi, w tym mnie.

  11. Marzena

    Nasze oceny w większości są subiektywne. Oceniając drugiego człowieka bierzemy pod uwagę (często nieświadomie)wygląd zewnętrzny, płeć, ubiór, może pochodzenie, czasami sugerujemy się opiniami innych.

  12. Kasia Bajger

    Kiedy oceniamy pracę jakiegoś człowieka w większości robimy to w obiektywny sposób. Bierzemy pod uwagę jego możliwości intelektualne. Zdarza się jednak tak, że sugerujemy się opiniami innych, co nie jest dobre.

  13. Renata

    Gdyby każdy z nas umiał oceniać obiektywnie, byłoby wspaniale, jednak rzeczywistość jest trochę inna, bo czy można zachować obiektywizm i to nie tylko w sytuacji szkolnej, ale też w życiu codziennym. Traktowanie każdego (niezależnie od jego płci, rasy, wyznania itp.) według tych samych reguł powinno być dla wszystkich, a szczególnie nauczycieli, podstawową zasadą. Jednak zasady, którymi kierujemy się przy ocenianiu innych, często przesłaniane są przez inne czynniki takie jak np.: „kogoś lubię”, „ktoś jest grzeczny, pogodny, miły”, „elegancko, ubrany”, itp. Bardziej obiektywna ocena kogoś lub czyjeś pracy będzie wtedy, gdy nie znane będą żadne osobiste cechy danej osoby (płeć, rasa, statut finansowy, itp.). Uważam, że obiektywnie oceniam prace innych, jeśli nie wiem kto je wykonał oraz gdy mam szczegółowo i jasno określone kryteria (dotyczy to także osób).

  14. Ala M

    Kwestia poruszona w tym poście opiera się na stereotypowym patrzeniu na świat, czy tego chcemy czy nie jesteśmy otoczeni stereotypami i w ten sposób myślimy. Możemy się zapierać rękami nagimi i mówić „ja jestem wolna/wolny od stereotypów” jednak tak nie jest. Jesteśmy tak zaprogramowani i myślimy skryptami co w ogólnym patrzeniu jest nam potrzebne, by móc szybko reagować w sytuacji „zagrożenia”. Co najistotniejsze, musimy sobie uświadomić ze w ten sposób funkcjonujemy, zaakceptować się i wtedy dopiero działać w kierunku niwelowania swojego schematycznego oceniania. Świadomość ze tak działamy, może nas skłonić do ponownego zastanowienia nad naszym ocenianiem zarówno uczniów jak i innych ludzi nie tylko w kwestii ocen szkolnych.

  15. Mariola

    Samo podjęcie oceny budzi różne emocje – działamy pod wpływem różnych emocji, nasze nastawienie do oceniania jest różne. I to może też powodować różne oceny tych samych ludzi, rzeczy ….Trudno zachować obiektywizm, bo trudno wyzbyć się emocji, a ocenianie bez emocji chyba traci trochę na wartości.

  16. Robert Raczyński

    Jaki obiektywizm? Tylko dlatego, że zaspokaja nasze wysublimowane poczucie sprawiedliwości? Bo chcemy przez moment poczuć się lepiej? Bo przecież to jedyna funkcja wszelkiej maści pozorów jakie zachowujemy, gdy tak czy inaczej, mamy do przekazania przykrą wiadomość. A ocenianie kogokolwiek niestety łączy się w sporej części z taką koniecznością. Wszystkie ludzkie relacje zawierają w sobie takie ryzyko. Polityczna poprawność jest bardzo wygodna, bo pozwala na mnóstwo świństw bez poczucia winy.
    Nasz problem z obiektywizmem jest uwarunkowany ewolucyjnie – subiektywizm jest strategią dużo bezpieczniejszą, a posługiwanie się stereotypem dużo skuteczniejsze, a przede wszystkim szybsze.
    Czy jest jakaś szansa by prześlizgnąć się między młotem fałszywej poprawności, a kowadłem ewolucyjnie usprawiedliwionej strategii?
    Niewielkie. Poza tym, czy na pewno szczerze tęsknimy za sprawiedliwością z automatu? Pamiętajmy, że subiektywizm działa w dwie strony. Może przejawiać się uprzedzeniem do uczniów w okularach, ale także skutkować skłonnością do postawienia dwójki od średniej 1,43.
    To jasne, że wszyscy chcielibyśmy być oceniani według sprawiedliwych i stałych zasad. Problem w tym, że, wobec ogromnej ilości sprzecznych kryteriów i interesów oraz biologicznych uwarunkowań, jest to w dużej mierze nieracjonalne oczekiwanie.
    Wszystko na co możemy liczyć to moralność ludzi, z którymi się stykamy, indywidualna przyzwoitość i zasada wzajemności – podstawa wszelkich regulacji. Ludzi myślących nic nie zwalnia z odpowiedzialności za konsekwencje stawianych ocen, ale żądanie od nich obiektywizmu z urzędu to pomyłka.

  17. Alicja Gruszka - Bury

    Sądzę, iż bardzo często na świecie można się spotkać z takim przesłaniem ze kobiety nie są kompletente. Dotyczy się to różnorodnych placówek. Jednakże takie opinie powstają w nas przez media, gdyż wpajane informacje nawet jak nie uznajemy za wiarygodne tkwią w naszej podświadomości. Właśnie w takich momentach gdy ktoś podrzuci nam informacje albo tekst danej osoby, a uprzednio poinformuje nas o płci, przypominamy sobie o tym co kiedyś usłyszeliśmy tudzież zobaczyliśmy, a nasza ocena nie staje się obiektywna tylko jest wytworem przesyłanych informacji przez gazety, programy telewizyjne i cały otaczający nas świat, które kreuje się w taką a nie inna stron.

  18. Merida

    A mnie się zdaje, że ocenianie zawsze będzie subiektywne. Niezależnie od punktu widzenia. Nie można oceniać bez osadzenia w jednostkowym [najczęściej swoim własnym] doświadczeniu. Nawet siebie oceniamy subiektywnie. Może jakimś rozwiązaniem byłoby odejście od naznaczania wartościującego oceną, takie mentalne oddzielenie oceny od człowieka, a osadzenie jej na prawdziwej wartości zadania, obszaru działań, który ocenie podlega.
    Oceniajmy nie podmiot, a przedmiot.
    Chyba, że zadania stanowi inaczej.
    Naturalna skłonnością człowieka jest identyfikowanie się z notą recenzenta. Niewielu udaje się oddzielić ocenę swojej pracy od jej prawdziwej wartości, nawet przez nas tej pracy nadanej.
    Najtrudniejszym obszarem pracy dydaktycznej jest ocenianie. Trudno jednak myśleć o szkole bez ocen w ogóle.

  19. Marta

    Stereotypy związane z płcią wywierają olbrzymi wpływ. Od mężczyzn wymaga się by zachowywali się w sposób dominujący, pewny siebie, a kobiety ujawniały zachowania uległe, empatyczne. Zachowania zgodne z normami są nagradzane społecznie, natomiast jeśli są sprzeczne ze stereotypami płciowymi spotykają się ze społeczną dezaprobatą – przykład oceny wiceprezesa przez współpracowników.

  20. Triana

    Jestem nauczycielem w szkole średniej. Do mojej szkoły trafiają uczniowie o zróżnicowanym poziomie kompetencji językowej. Mimo to uważam, że jestem w komfortowej sytuacji, ponieważ język angielski jest jednym z nielicznych przedmiotów szkolnych, którego uczniowie chętnie się uczą. Sami potrafią wytłumaczyć sobie zasadność uczenia się. Wiedzą, że nabyta wiedza przyda im się teraz i w przyszłości. Mam nadzieję, że sytuacja w gimnazjach poprawi się z czasem, a nowe technologie będą temu sprzyjać, przecież uczymy pokolenie cyfrowych tubylców.

  21. Antropos

    Chyba najtrudniej wyjść z określonej, utrwalonej w procesach socjalizacyjnych roli społecznej. „Ocenianie” jest najistotniejszym, a przynajmniej jednym z najistotniejszych z belferskich atrybutów, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Stąd też, widząc w „ocenianiu” element naszej zawodowej tożsamości, bronimy „prawa do oceniania” niczym niepodległości. Eric Bernie, znany pewnie czytelnikom twórca teorii analizy transakcyjnej, skatalogował ze swoimi studentami całą paletę „gier społecznych”, którymi wypełniamy interakcyjną przestrzeń wchodząc w relacje z otaczającymi nas ludźmi. W klasycznej książce ogarniającej ten temat pt.”W co grają ludzie”, ocenianie jako takie, jest ważnym elementem wielu opisywanych scenariuszy transakcyjnych. Zresztą każdy, nawet początkujący nauczyciel, intuicyjnie rozpoznaje i wchodzi w reguły gry pt. „Proszę Pana, ta ocena jest niesprawiedliwa!”
    Chcąc uwolnić, czy raczej obudzić prawdziwą aktywność uczniów, trzeba pewnie złamać reguły tej i szeregu innych szkolnych gier społecznych. Pytanie, jak to zrobić w skali „makro”? Choć przyznam, że najtrudniej zacząć mi od siebie 😉

  22. daria

    Po lekturze wpisu nasunęło mi się kilka refleksji. Pierwsza dotycząca budowania oceny na podstawie wstępnych informacji o jakiejś osobie. Nakładamy kalki, tworzymy schematy. Dowodzą tego liczne eksperymenty, w tym klasyczny- Rosentala. Skutki- to niestety, coś więcej niż tylko niesprawiedliwa ocena. Czy w warunkach szkolnych można temu zapobiec?
    Druga refleksja dotyczy potencjalnej zmiany tradycyjnego oceniania na ocenę opisową. Zanim usiadłam przy komputerze, siedmioletnia córeczka powiedziała mi wierszyk, którego miała się nauczyć na jutrzejszą lekcję. Kilka zwrotek. Gdy skończyła, zapytałam: Marysieńko, a co by było, gdyby Pani (wychowawczyni) zamiast dać ci szóstkę powiedziała…(i użyłam dość długiej pochwały opisowej). Usłyszałam-„eeee, szóstka jest lepsza”. A gdyby była jedynka? Jak długo na takiej „pożywce” uczeń będzie miał ochotę się uczyć?

  23. Ewa K

    Tekst i komentarze wywołały we mnie pewną refleksję: jak ważny w edukacji i wychowaniu jest proces oceniania i jaki ma wpływ na całe życie ucznia. W naszej szkole ocenianie jest wszechobecne.
    „ Tak, o ocenianiu w szkole można powiedzieć wiele złego. Dodam swoje trzy grosze: gdy obserwuję liceum ogólnokształcące, to mam wrażenie, że więcej energii poświęca się tam na ocenianie, niż na uczenie”
    Pracując w poradnictwie stale słyszę od uczniów ten temat, jakby w ich doświadczeniu szkolnym oceny były najważniejsze. A przecież są inne bardzo istotne aspekty życia szkolnego.
    Czytając komentarze zwróciłam uwagę na wpis „ocenianie w szkole ma sens wówczas, jeśli uczeń jest aktywnym współtwórcą procesu oceniania, czyli w pewnym stopniu sam sprawdza siebie.” Ale jak to zrobić? Myślę, że tego elementu brakuje w naszej szkole. Gdyby uczniowie mieli możliwość wspólnej z nauczycielem analizy swoich osiągnięć, czuliby się współtwórcą tej oceny. Omawiając, dyskutując, będąc w pełni zaangażowanym w proces oceniania, uznaliby tę oceną „za swoją”. Taki system oceniania jest w edukacji i wychowaniu metodą Marii Montessori, gdzie każda pomoc edukacyjna zawiera kontrolę błędu, gdzie dziecko/uczeń może dokonywać samooceny swoich działań. Kiedy samo nie jest w stanie wykonać zadania, prosi nauczyciela o pomoc: Pomóż mi zrobić to samemu – to myśl wiodąca tego systemu. Ponadto metoda zakłada tylko ocenę opisową, zawsze szanującą dziecko i jego wysiłek. Miałam możliwość najpierw przez kilka lat uczyć się a potem pracować z dziećmi w wieku przedszkolnym wykorzystując tą metodę. Wiem, jak rozwijają się dzieci, jak wyrównują deficyty i rozwijają swój potencjał. Szkoda tylko, że ta metoda wykorzystywana jest w Polsce rzadko w edukacji przedszkolnej i I- III.
    ” W szkole publicznej, dla większości, z oceny nic konkretnego nie wynika – jest to okresowe stwierdzenie stanu posiadania, taka inwentaryzacja wartościująca. Przedmiot inwentaryzacji przez trzy lata zwykle nie traci przydatności do użycia – jest to wynik założenia”
    I w tym miejscu mam inne spojrzenie na skutki oceniania. Uczniowie są wręcz przytłoczeni ocenianiem. Ci oceniani słabo, często łączą ocenę szkolną z oceną własnej wartości i wpisywani są w społeczną rolę „słabego, niezdolnego ucznia”, i z tą rolą pozostają długie lata A „wyjść” z roli jest bardzo trudno, czasem to niemożliwe……..
    „Ocena obiektywna nie istnieje (i nikt nie jest temu winny).”
    Tak. Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Ale bądźmy też świadomi subiektywizmu, konsekwencji i odpowiedzialności wiążącej się z ocenianiem.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Ewa K

      Napisała Pani: „Tak, o ocenianiu w szkole można powiedzieć wiele złego. Dodam swoje trzy grosze: gdy obserwuję liceum ogólnokształcące, to mam wrażenie, że więcej energii poświęca się tam na ocenianie, niż na uczenie”

      To niestety prawda. Też wciąż słyszę, że w renomowanych liceach uczniowie przychodzą do szkoły po to, by dowiedzieć się, czego mają się nauczyć i by ich później nauczyciel odpytał. Trzeba zatem uświadamiać wszystkim, że uczniowie powinni uczyć się w szkole, a efektywność nauki zależy od doboru zadań. Im głębsze przetwarzanie, tym nowe treści są lepiej zapamiętywane. A dobór zadań zależy od nauczyciela.

  24. Ewa

    Ocena, prawie nigdy nie jest obiektywna.
    Ale chyba już bez oceniania nie potrafimy żyć? Narzekamy,że uczniowie uczą się dla stopni, ale nie nauczyliśmy ich,zarówno jako rodzice i nauczyciele, pracować z wewnętrznej potrzeby. Bo czy pochwała to nie ocena?

  25. Magdalena

    Myślę, że sytuacja opisana w temacie nie jest niczym zaskakującym. Często kierujemy się pewnymi uprzedzeniami dotyczącymi wyglądu, płci czy innymi cechami rzutującymi wpływ na odbiór danej osoby. Wystarczy zmienić jeden czynnik by już zmienić odbiór osoby. Wniosek jaki mi się nasunął w stosunku do szkoły to na pewno taki, że jeżeli jasno sprecyzujemy zasady oceniania i będziemy wobec uczniów konsekwentni, to my również będziemy ocenieni jako osoby kompetentne, nie zmieniające zasad w trakcie „gry”.

Reply to Marzena Żylińska CANCEL?

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.