Kiedy do szkoły? Czy badania mózgu dają odpowiedź na to pytanie?

W wieku sześciu lat w płacie czołowym mózgu występuje największa ilość połączeń neuronalnych. Jednak utrzymane zostają jedynie te, których dziecko używa. Mózg konsekwentnie kieruje się bowiem zasadą: „Używaj lub wyrzuć!” Stabilizuje się tylko część połączeń, im jesteśmy starsi, tym mamy ich mniej. Te struktury, które są wykorzystywane, mózg dalej rozbudowuje, nieużywane uznaje za niepotrzebne i je usuwa.

Dyskutując o tym, w jakim wieku dzieci powinny iść do szkoły, warto spojrzeć na problem z puntu widzenia neurobiologii i zapytać, jakie środowisko lepiej wspiera ich rozwój, co sprzyja wykorzystaniu potencjału, jaki sześciolatkom dała natura, w jakich warunkach ilość stabilizujących się połączeń jest większa, a w jakich giną. Choć droga do pełnego zrozumienia procesów uczenia się jest jeszcze długa, to wiedza, jaką dziś dysponujemy pozwala na sformułowanie pewnych tez. Otóż bez znaczenia jest fakt, czy sześciolatki będą chodzić do przedszkola czy szkoły; z punktu widzenia rozwoju mózgu liczy się jedynie, co będą tam robić.

 

Neuroplastyczność

Struktura mózgu zależy od tego, co i jak długo robimy. Można powiedzieć, że nasza aktywność rzeźbi mózg, który rozbudowuje potrzebne struktury. Wszystko, czemu poświęcamy dużo czasu, znajduje odzwierciedlenie w strukturze neuronalnej. Im bardziej różnorodne zajęcia, im więcej zmysłów bierze udział w procesie uczenia się tym lepiej. Neurobiologia potwierdza to, co już w XVIII wieku wiedział Johann Heinrich Pestalozzi, efektywna nauka możliwa jest tylko wtedy, gdy dzieci uczą się ręką, głową i sercem. Dlatego tak ważne jest środowisko edukacyjne. Jeśli jest ciekawe i różnorodne, to sieć neuronalna jest odpowiednio stymulowana i może się rozwijać, jeśli ubogie w bodźce i wzorce i ogranicza aktywność dzieci, to połączeń neuronalnych, jakie dała im natura, wciąż ubywa. Każdy zmysł ma w mózgu swoją reprezentację. Inne struktury przetwarzają impulsy wzrokowe, inne słuchowe, a jeszcze inne pobudzane są wtedy, gdy dziecko używa rąk lub gdy tańczy.

Chcąc stymulować rozwój całego mózgu, trzeba więc dbać o to, by uaktywnione zostały różne struktury. W praktyce oznacza to, że dzieci powinny poznawać dużo nowych zjawisk. Im więcej zmysłów bierze udział w procesie uczenia się, tym lepiej. Siedzenie w ławce i słuchanie nauczyciela, wywołuje jedynie bardzo ograniczoną aktywność mózgu. Inaczej, gdy dzieci tańczą, śpiewają, budują z klocków, grają, wycinają, lepią, rysują, malują czy przygotowują przedstawienie. Wszystko, co jest związane ze sztuką i kreatywnością silnie pobudza sieć neuronalną, a więc inicjuje proces uczenia się. Szczególna rola przypada muzyce, która aktywizuje niemal cały mózg. Informacje werbalne zapisane zostają razem z rytmem, a to jeden z najtrwalszy sposobów kodowania. Mechanizm ten wyjaśnia dlatego ludzie do późnej starości pamiętają poznane w dzieciństwie piosenki.

Innym sposoben na uaktywnienie dużych partii mózgu są zajęcia wymagające pracy rąk. Warto przypomnieć, że rozwój naszego gatunku wyraźnie przyspieszył, gdy ludzie zaczęli używać narzędzi. Dlatego tak ważne jest, by maluchy możliwie często pracowały rękami.

 

Zabawa czy nauka?

Jeśli ktoś uważa, że dzieci w przedszkolu się nie uczą, nie rozumie, czym w istocie jest nauka, twierdzi Manfred Spitzer. Nauka odbywa się tam cały czas, np. podczas wspólnego śpiewania, czy gry w piłkę. Najnowsze badania pokazują, że koordynacja ręka – oko, która wyrabia się podczas rzucania i łapania piłki lub woreczka, tworzy struktury neuronalne, które później wykorzystywane będą w czasie nauki matematyki. Inne struktury rozwijają się podczas pracy nad zadaniami wymagajacymi precyzyjnych ruchów palców. To, co z punktu widzenia dorosłych jest zabawą, dla mózgu jest zwykłą pracą. Im więcej różnorodnych zajęć, im więcej nowych wzorców, tym solidniejszy fundament, na jakim można w późniejszych latach budować. Wszelkie ograniczanie i redukowanie rodzajów aktywności, jest z punktu widzenia mózgu szkodliwe.

Bardzo ważne dla rozwoju dzieci są relacje z dorosłymi i rówieśnikami. Wtedy wykształcają się neurony lustrzane. Dlatego ilość dostarczanych wzorców powinna być jak największa. Wychowawcy powinni tak organizować naukę, by dzieci mogły poznawać świat poza budynkiem szkoły czy przedszkola. Siedzenie w ławce i słuchanie nauczyciela do minimum ogranicza aktywność mózgu, a kanał werbalny jest nie tylko dla maluchów, ale również dla dorosłych, najtrudniejszym i najmniej efektywnym. Inaczej rzecz się ma z tym, co można zobaczyć i zrobić samemu. Nieważne, czy dzieci będą się uczyć w szkole czy w przdszkolu, ważne by rozumieć, jak wiele zależy od stymulującego, bogatego w bodźce środowiska i czym w istocie jest proces uczenia się. Mózg uczy się tylko wtedy, gdy jest aktywny i gdy neurony przetwarzają impulsy. Śpiewając, lepiąc z plasteliny, grając w piłkę, kłócąc się i godząc, dzieci uczą się tego, od czego zależy ich późniejszy sukces zarówno w szkole, jak i w życiu. Dlatego powinny być jak najbardziej aktywne i twórcze. A dorośli muszą zrozumieć, że zabawa jest dla młodego mózgu niezbędną dla dalszego rozwoju pracą. Dzieciom trzeba pozwolić na rozwój w ich własnym tempie. „Trawa nie rośnie szybciej, gdy się za nią ciągnie”, twierdzi neurobilogog Gerald Hüther i podobnie jak inni badacze apeluje, by nie próbować na siłę przyspieszać rozwoju, bo rozwój każdego dziecka przebiega nieco inaczej Najlepsze, co możemy dać dzieciom, to bogate w bodźce i stymulujące, ale i bezpieczne, środowisko edukacyjne, a do tego wsparcie mądrych dorosłych, którzy od najwcześniejszych lat nie będą przypinać dzieciom etykietek „Słabszy od innych”. Aby móc rozwinąć swój potencjał dzieci potrzebują wiary w siebie i nie wolno im jej zabierać nawet wtedy, gdy potrzebują nieco więcej czasu.

Dzieciństwo to okres największej aktywności mózgu, tu można najwięcej zepsuć. Dlatego w przedszkolach i pierwszych klasach szkoły podstawowej powinni pracować najlepsi specjaliści, którzy umożliwią dzieciom wykorzystanie ich indywidualnego potencjału. A dzieci najlepiej uczą się w ruchu i poprzez zadawanie pytań. Gdzie będą to robić, jest sprawą drugorzędną.

 

W zeszłym tygodniu odbyła się w Warszawie konferencja „Autonomiczny uczeń w autonomicznej szkole” organizowana przez ORE. W kolejnym wpisie chciałabym trochę na ten temat napisać i omówić kilka przykładów nauczania przyjaznego mózgowi. Będą to propozycje dotyczące różnych przedmiotów, od biologii, po języki obce, historię i język polski.

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

Comments ( 0 )
  1. „Otóż bez znaczenia jest fakt, czy sześciolatki będą chodzić do przedszkola czy szkoły; z punktu widzenia rozwoju mózgu liczy się jedynie, co będą tam robić.”
    Należy wszakże pamiętać, że rozwój mózgu nie zaczyna się w wieku 6 lat. Obniżenie wieku szkolnego to nie tylko przesunięcie sześciolatków z przedszkola do szkoły, ale także przesunięcie pięciolatków z podwórka do przedszkola. A to, czy pięciolatki przebywają w towarzystwie innych dzieci i przedszkolanki, czy w towarzystwie kur, psa, kaczek i matki analfabetki ma już istotne znaczenie dla rozwoju ich mózgów.

    • mazylinska Post author

      Czy nasze przedszkola wyrównują szanse edukacyjne dzieci? Czy w przedszkolu zmiejszają się różnice, z jakimi przychodzą dzieci ? Jak Pan sądzi?

  2. To nietypowa dla mnie dyskusja, bo zazwyczaj tu byłem adwokatem najzdolniejszych uczniów, którym szkoła szkodzi.

    Ale widując te wsiowe kilkulatki, nawet moje kamienne serce czasem się ściska. Mimo całego mojego dystansu do szkoły instytucjonalnej – wierzę, że w takich środowiskach jak zabita dechami mazowiecka wiocha, ul.Brzeska itp – przedszkole jednak mogłoby coś im dać.

    Nie wiem, czy różnice się zmniejszają. Być może nie: być może dzieci z dobrych domów korzystają w przedszkolach więcej, niż te wsiowe. Należy jednak porównywać nie to, czy dystans się zwiększa czy zmniejsza, a to, czy te dzieci z najbiedniejszych i najprymitywniejszych rodzin zyskują w przedszkolu w porównaniu do tego, co by osiągnęły chowając się między kurnikiem a telewizorem. Tu – wierzę, że zyskują.

    PS.
    Nie mam żadnego sentymentu do przedszkoli. Raczej wprost przeciwnie. Gdy miałem 4 lata rodzice posłali mnie do przedszkola. Urządziłem taki strajk, że do tej pory go pamiętam jako jedno z najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa – po dwóch tygodniach wygrałem – do instytucjonalnej szkoły wróciłem dopiero do pierwszej klasy.

    • mazylinska Post author

      Powinno być tak, jak Pan pisze. Dzieci ze słabszych środowisk powinny nadrabiać dystans, jaki dzieli je od lepiej rozwiniętych dzieci. Taki jest sens wyrywania maluchów z ich środowisk, bo jak sam Pan pisze, nie dla wszystkich jest to łatwe przeżycie 🙂
      Badań na ten temat jest niewiele, a wnioski płynące z tych mi znanych są takie:
      „Jeśli jednak skontroluje sie wpływ statusu rodziców na przygotowanie dziecka, to te pozytywne efekty przedszkola maleją, a nawet w niektórych badaniach pojawia się efekt odwrotny. Jednym słowem, to nie edukacja przedszkolna sprzyja późniejszym sukcesom dzieci w szkole, ale sytuacja społeczna rodzin, z których się wywodzą.”
      „Raport o stanie edukacji 2010” str. 128

      Jeśli więc wszystkie dzieci mają iść do przedszkola, to trzeba się zastanowić, by lata tam spędzone wyrównywały szanse tych gorzej rozwiniętych. Ja jeszcze nie słyszałam, by ktoś się tym problemem zajmował. A jak mówi moje ulubione powiedzenie: Jeśli nie widzi się problemu, to nie można go rozwiązać.

  3. „Autonomiczny uczeń w autonomicznej szkole”.
    Co to jest, kiedy to będzie, w jaki sposób, dla kogo ?

    „Innym sposobem na uaktywnienie dużych partii mózgu są zajęcia wymagające pracy rąk. Warto przypomnieć, że rozwój naszego gatunku wyraźnie przyspieszył, gdy ludzie zaczęli używać narzędzi. Dlatego tak ważne jest, by maluchy możliwie często pracowały rękami”
    To jest zbyt kosztowne i czasochłonne. Jest tylko 45 minut, a trzeba gonić z materiałem, przerabiać jak najwięcej zadań, robić dużo sprawdzianów. Zamiast tworzyć coś rękami na plastyce, fizyce, matematyce, będzie szybciej, sprawniej i nowocześniej posłużyć się komputerem osobistym lub tablicą interaktywną. Nikt nie wymaga od szkoły i od nauczycieli żeby rozwijali mózgi. Podstawowym wymaganiem są wyniki.

    Z moich osobistych doświadczeń pamiętam, że na lekcjach plastyki, zpt i wuefu, uczniowie zachowywali się jakoś inaczej. Ujawniały się na tych lekcjach nowe relacje, emocje, wypowiedzi, inne rodzaje aktywności, skupienia i dyscypliny. No ale to są przecież „michałki”, które nie mają znaczenia dla rankingu szkoły.

    • mazylinska Post author

      Odp. na post Wiesława Mariańskiego

      Ma Pan rację, to temat życzeniowy. Byłoby pięknie, gdyby szkoła umożliwiała autonomiczny rozwój każdego ucznia, gdyby każdy mógł rozwijać swój talent. Dziś swoje talenty w szkole może rozwijać tylko część uczniów.
      Pisze Pan: „To jest zbyt kosztowne i czasochłonne. Jest tylko 45 minut, a trzeba gonić z materiałem, przerabiać jak najwięcej zadań, robić dużo sprawdzianów. Zamiast tworzyć coś rękami na plastyce, fizyce, matematyce, będzie szybciej, sprawniej i nowocześniej posłużyć się komputerem osobistym lub tablicą interaktywną. Nikt nie wymaga od szkoły i od nauczycieli żeby rozwijali mózgi. Podstawowym wymaganiem są wyniki.”
      Właśnie ze względu na wyniki powinniśmy zmienić dziesiejsze metody nauczania. Te obecnie stosowane są zupełnie nieefektywne! Przyjrzyjmy się matematyce. Przez dwanaście lat szkolnej nauki, uczniowie mają dwa tysiące godzin matematyki, która podobno rozwija myślenie. Po takiej ilości lekcji wszyscy uczniowie powinni być rewelacyjnie wyćwiczeni w logicznym rozumowaniu. A jak wygląda to w rzeczywistości?
      Problem w tym, że matematyka, o ile jest dobrze uczona, może i powinna rozwijać myślenie, ale …
      Dziś szkoła jest miejscem największego marnotrastwa sił, czasu i pieniędzy. Pisał juz o tym John Dewey i od jego czasów nic się nie zmieniło.

  4. Nie mam całkowitego przekonania, czy powinniśmy tak skupiać się na „nadrabianiu dystansu” – bo to może oznaczać, że zapóźnieni doganiają lepszych, ale też, że stopujemy lepszych, by inni mogli ich dogonić, a przeciwko tej drugiej filozofii – buntuję się.

    Nie chcę wdawać się w dyskusję co przedszkole może dać dziecku z ‚dobrego domu’ i jak bardzo pomóc mu w jego rozwoju. Moje intuicje każą tu być sceptycznym.
    Tym bardziej nie chcę wdawać się w dyskusję, czy przedszkole dla dziecka z marginesu może skutecznie wyrównać mu start w porównaniu z dzieckiem wychowywanym w inteligenckiej rodzinie, która wraz z całą Polską czyta dzieciom. Z pewnością nie wyrówna mu tych szans.

    Mam natomiast przekonanie, że państwowe przedszkole może temu dziecku dać więcej, niż dostałoby w towarzystwie kur, telewizora i niepiśmiennej matki. Stąd też i moje przekonanie, że przeniesienie pięciolatków z podwórka do przedszkola jest czynnikiem cywilizacyjnym – nie wyrównującym szanse, ale podnoszącym szanse tych najbardziej upośledzonych w stosunku do sytuacji, gdyby tego przedszkola nie było.

    Dzieci z dobrych rodzin moja argumentacja nie dotyczy – one i tak albo chodzą do nieobowiązkowego przedszkola dla czterolatków, albo mają zapewnioną edukację w domu od niań, guwernantek i rodziców, zdolnych do czytania dzieciom i dyskutowania z nimi na wszelkie tematy nie gorzej, niż robią to przedszkolanki.

  5. Kto jest przeciwnikiem autonomicznej szkoły, samodzielnych i samorządnych nauczycieli ? Kto jest przeciwnikiem radykalnych zmian w edukacji ? Kto jest przeciwnikiem rewolucji kopernikańskiej w oświacie ? Chciałbym, spotkać się z nimi, poznać ich argumenty ?

  6. Janina Huterska- Górecka

    Eeeech.
    Przed chwilą napisałam odpowiedź na powyższe posty, diabli „klik” podział gdzieś wszystko.
    Jeśli się powtórzę – proszę wybaczyć.
    Szanowna Pani Marzeno – dziękuję za to, co Pani napisała.
    To tak, jakbym słyszała siebie na szkoleniach dla nauczycieli wychowania przedszkolnego.
    Od 25 lat (tyle i do dziś) pełniąc funkcję doradcy metodycznego, przekonuję nauczycieli do organizowania warunków edukacji, w których „neurony nie będą umierały”.
    Nie nazywałam tego „neurodydaktyką”, ale chodziło o to samo.
    Pisze Pani o sprawach, które pięknie zostały ujęte przez prof. Danutę Waloszek w książce „Pedagogika przedszkolna.Metamorfoza statusu i przedmiotu badań”, Wydawnictwo Naukowe Akademii Pedagogicznej – Kraków 2006.
    Tam – o zabawie jako podstawowej strategii edukacyjnej, argumentach na rzecz strategii zadaniowej oraz „dzieciństwie zapomnianym i niczyim”, czyli dzieciach wsi – o których tu wyżej mowa.
    Pozwolę sobie powiedzieć „to są już wyważone drzwi”, i Pani także o tym wspomina.
    Pytanie – dlaczego, wobec dostępności takiej wiedzy, rzeczywistość jest mimo to, odległa?
    Odpowiedź tkwi w stwierdzeniu – jak my dorośli, postrzegamy dziecko i dzieciństwo? Jest -czy będzie Człowiekiem?
    Gdy obserwuję przestrzeń edukacyjną przedszkoli (bywa, klas I-III), poraża i przeraża mnie nadmiar ozdobników w postaci papieroplastyki wykonanej ręką nauczyciela (zalepione okna, wiszące u sufitu „oznaki zmian pór roku” i wszelkich „świąt”, pomalowane ściany z serii”bajka”), przy ewidentnym, zewnętrznym braku śladu aktywności własnej dzieci – pytam -„Kto tu rządzi? Dla kogo jest ta przestrzeń?Jakie warunki uczenia się dzieci?
    Wciąż infantylizujemy dzieciństwo.
    „Dzieciństwo to okres największej aktywności mózgu, tu można najwięcej zepsuć”.
    Fakt – dlatego, za Panią, uważam, że powinni tu być najlepsi nauczyciele.
    Do Szanownego Pana Ksawerego –
    – specyficzne podejście. Czy tylko dzieci „z dobrych domów” zasługują na prawdziwą uwagę?
    Co przedszkole może dać dzieciom z takich domów?
    Odpowiem,
    w moim odczuciu daje to,czego nie da guwernantka, niania i najlepsi rodzice –
    – doświadczenia społeczne. Zwykłe odkrywanie, że nie jest się „pępkiem świata”, bo obok są inni ludzie.
    Przedszkole to pierwsza grupa społeczna do uczenia „demokratyzacji życia”. Rodzina tego nie zastąpi.
    Rzecz w tym, by każde dziecko mogło zaistnieć w grupie zgodnie ze swoim potencjałem. I by temu nauczyciel sprostał z odpowiednią ofertą edukacyjną.

  7. mazylinska Post author

    Pani Janko,
    Taki długi komentarz Pani napisała i to drugi raz. Tym bardziej dziękuję, bo to bardzo ważne!
    To prawda, neurodydaktyka niczego nowego nie odkrywa, a jedynie dostarcza naukowych i namacalnych dowodów potwierdzających to wszystko, co od dawna głoszą reformatorzy edukacji. Od lat – ba, od stuleci -głoszą i od lat nic się nie zmienia!!!! Wiesław Mariański pyta w swoim komentarzu, gdzie są owi przeciwnicy zmian, komu zależy na tym, żeby z uczniów robić biernych odbiorców wiedzy, komu zależy na tym, by jeszcze bardziej skrócić czas aktywnego rozwoju i jeszcze wcześniej posadzić w szkolnej ławce?
    Pisze Pani wiele mądrych rzeczy. Bardzo podoba mi się spostrzeżenie dotyczące przestrzeni edukacyjnej przedszkoli i klas I – III.
    Pięknie pomalowane ściany, wycinanki w oknach, a wszystko to praca nauczycielek! A przecież ten się uczy, kto jest aktywny! Wszystko to, co zrobiły panie nauczycielki, tego nie mogły zrobić przedszkolaki i uczniowie.
    Myślę, że to skutek wciąż jeszcze pokutującego poglądu, że w edukacji liczy się nie sam proces uczenia się, a produkt. Rysunki dzieci nie byłyby tak perfekcyjne, wycięte przez nie ozdoby, być może nierówne! A ma być ładniutko i równo! Tyle tylko, że malując, wycinając, a potem przylepiając, dzieci bardzo dużo by się nauczyły, a potem jeszcze mogłyby być ze swojej pracy dumne. Być może pokazałyby udekorowane przez siebie oko mamie i tacie, być może w ten sposób odkryte byłyby jakieś talenty?
    Tak, to wielka szkoda, że przedszkolne sale są dziś świadectwem talentów , pracowitości i zaangażowania pracujących tam nauczycieli.

  8. Michał

    W pełni zgadzam się z Panią Janiną!
    Panie Ksawery, moim zdaniem dzieci z wzbogaconych środowisk tracą równie dużo nie chodząc do przedszkoli, co dzieci z rodzin ubogich. Z pewnością nie aż tyle, ale jednak. Zarówno przedszkole, jak i szkoła, powinny dawać równe warunki do rozwoju społecznego(!), kształtując umiejętności interpersonalne. Po szkole nie spotykamy się tylko z osobami podobnymi do nas, ale także tymi różnymi od nas. Musimy mieć wykształcone takie umiejętności, które pozwalają na rozumienie innych, aktywne słuchanie, przetwarzanie informacji, przyjęcie czyjegoś punktu widzenia (na marginesie – z chęcią obejrzałbym program, gdzie politycy parafrazują swoich przeciwników).
    Inną sprawą jest rozwój intelektualny poszczególnych dzieci, który powinien być dostosowany do zdolności dzieci.
    Jeśli dobrze pamiętam w Stanach działa pewien program pozwalający na taki indywidualny rozwój w klasie, gdzie nikt nie musi gonić, czy czekać na pozostałych. Polecam ten filmik:
    http://www.ted.com/talks/lang/pol/salman_khan_let_s_use_video_to_reinvent_education.html

    Wszystkim polecam TED – to naprawdę bardzo obszerne źródło ciekawych pomysłów i poglądów, które pozwalają zobaczyć, że wiele jest osób mających nadzieję i chęci na zmianę systemu edukacji.

  9. „Panie Ksawery, moim zdaniem dzieci z wzbogaconych środowisk tracą równie dużo nie chodząc do przedszkoli, co dzieci z rodzin ubogich.”
    No i znowu wkłada mi się w usta zupełnie coś innego, niż mówiłem…
    Ja tylko argumentowałem, że pięciolatkowie z biednych rodzin z pewności tracą mnóstwo, spędzając ten swój piąty rok życia między kurami a telewizorem, a nie w przedszkolu. Ergo, obniżenie wieku szkolnego będzie dla nich dużym pożytkiem.
    Zastrzegałem się, że nie chcę wdawać się w dyskusję, czy dzieci z biednych czy bogatych rodzin zyskują w przedszkolach więcej, ani czy przedszkola wyrównują szanse…

    Poruszył Pan temat Khana i jego Akademii. Wczoraj w TOK-FM offCzarek rozmawiał z prof. Lechem Mankiewiczem (fizykiem teoretykiem), który próbuje rozkręcić projekt spolszczenia Akademii Khana. Polecam wysłuchanie:
    http://bi.gazeta.pl/im/3/10728/m10728663.mp3
    i współapeluję o wsparcie akcji!

  10. Michał

    Zatem przepraszam, że nie miałem tego na celu 🙂

    I dziękuję za link, z chęcią wysłucham!

  11. BTW – L.Mankiewicz był gadżeciarzem jeszcze w czasie studiów 😉
    Nie do końca podzielam jego fascynację Akademią Khana jako formą szkoły (na naszym portalu też padało sporo krytycznych głosów na temat e-szkoły i e-eee-tam…), ale z pewnością Akademia może być doskonałym materiałem uzupełniającym, pomocą dla osób uczących się samodzielnie, w nauczaniu domowym, dokształcających się dorosłych, etc.
    Więc ideę spolszczenia jak największej liczby wykładów – jak najbardziej popieram.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.