Szkolne lektury a poziom czytelnictwa w Polsce

Poziom czytelnictwa wśród Polaków, to poważny problem, o którym wprawdzie dużo się mówi, ale nie robi się nic lub bardzo niewiele, by poprawić sytuację. Wyniki badań czytelnictwa za rok 2010, przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową i TNS OBOP, nie podnoszą na duchu – mówi dyrektor BN dr Tomasz Makowski – szczególnie niepokoi fakt, że aż 20% osób z wyższym wykształceniem – czyli tych, którzy nas uczą, leczą, budują nam domy i mosty – w ogóle nie czyta, a więc nie podnosi i nie aktualizuje swoich kwalifikacji zawodowych.”[1] Zaledwie 44% badanych deklaruje jakikolwiek kontakt z książką, choć pytanie nie dotyczy jedynie literatury pięknej, ale obejmuje też wszystkie rodzaje książek użytkowych takich jak książki kucharskie, czy poradniki urody. Po raz pierwszy w przeprowadzonym w 2010 roku badaniu pytano nie tylko o książki, ale również o dłuższe niż trzy strony artykuły czy opowiadania przeczytane np. w internecie. Na tak sformułowane pytanie 46% respondentów w odniesieniu do ostatniego miesiąca odpowiedziało negatywnie. Badanie to pokazało, że 20% absolwentów wyższych uczelni oraz 27% uczniów i studentów nie czyta praktycznie nic. Wyniki te muszą wprawiać w zdziwienie, bo zazwyczaj młodzi ludzie właśnie ze względu na swoje edukacyjne obowiązki należeli do grupy osób czytających najwięcej. Okazuje się, że dziś można zdać maturę i studiować nie mając kontaktu z książkami.

Najczęstszą reakcją na badanie poziomu czytelnictwa jest załamywanie rąk i narzekanie, brak za to refleksji nad związkiem między tym stanem rzeczy, a sposobem nauczania języka polskiego i w szerszej perspektywie, miejsca, jakie książki zajmują w naszych szkołach. W tym kontekście warto przyjrzeć się choćby szkolnym bibliotekom.

Oto, co na ten temat napisała jakiś czas temu w swoim komentarzu Klaudia Winiarska:

„Jako literaturoznawca i wykładowca literatury (niemieckiej) chciałabym również powiedzieć słów kilka na temat zniechęcania uczniów w naszych szkołach do czytania tzw. literatury pięknej. Doświadczam tego faktu coraz boleśniej … bo kolejne roczniki studentów są w coraz gorszej kondycji … tak jakby ich szkoła kompletnie nie przygotowała do czytania i analizy książek! A nie polega to bynajmniej na braku inteligencji i wrażliwości!!! Po kilku prostych zabiegach okazuje się, że wrażliwość i inteligencja mają się całkiem dobrze … ci młodzi ludzie są po prostu na tyle zniechęceni do czytania lub na tyle nieprzygotowani do czytania, że nie wiedzą, na co w ogóle w książce należy zwracać uwagę … jeżeli książka nie bazuje na wyrazistej akcji i nie opowiada jakiejś niezwykłej historii, trudno im znaleźć w niej cokolwiek … a potem się jednak okazuje, że można to odkryć … i że bywa to fascynujące! Niezwykły jest zawsze dla mnie ten moment PRZEMIANY … i zawsze bardzo na to czekam, żeby nastąpił … i rzadko jestem zawiedziona! (…)Problem w naszych szkołach polega na tym, że PRZERABIANE (jak okropnie to brzmi!) lektury nie mają żadnego odniesienia do przeżyć i doświadczeń młodych (zbyt młodych) czytelników … i nie chodzi tu o to, że są nudne, bo brak w nich akcji (którą lubi młodzież!). Jeżeli młodzi ludzie piszą cudowne teksty poetyckie, to również są w stanie doświadczać podobnych wzruszeń w innych utworach literackich … ale na początku swojej czytelniczej drogi potrzebują jeszcze PRZEWODNIKA, który umiejętnie poprowadzi ich krętą ścieżką poprzez utwór i sprawi, iż ten odzwierciedli się w magicznych lustrach własnej duszy lub pozwoli się jej odezwać niczym harfa … A mówiąc o „duszy”, mam na myśli tę niezwykłą zdolność naszej psychiki, która przetwarza ZDARZENIA w PRZEŻYCIA.

O PRZEŻYCIA … o akt „budzenia dusz” powinno więc chodzić … kiedy młodego czytelnika chcemy wprowadzić w świat literatury. Ale jeżeli on u swoich początków nie doświadczy, że świat literatury jest również światem jego własnej duszy … że to takie szkło powiększające, w którym odbijają się również własne konflikty i rozterki wewnętrzne, własne marzenia, dążenia, lęki …, jeżeli odbierze lekturę jako nudną abstrakcję … traci często bezpowrotnie jedną z najważniejszych ścieżek rozwoju osobowości. (…)

Literatura … jak wszelka sztuka jest językiem duszy (mową serca) … i nie można jej po prostu odbierać jedynie tzw. rozumem. Na próżno więc będzie się dwoił i troił nauczyciel/wykładowca próbując WYTŁUMACZYĆ ucznion/studentom dlaczego dany utwór jest taki WIELKI, doskonały, piękny i mądry … jeżeli nie uda mu się odszukać i poruszyć w odbiorcach odpowiednich doświadczeń i przeżyć … to próżny trud i zmarnowane pieniądze, nic z tego nie zostanie na trwałe w pamięci … nie mówiąc już, że nie wejdzie w skład rozwijającej się osobowości!!! A o to chyba powinno chodzić … : – ))))

Czytanie literatury powinno być aktem wtajemniczanie w samego siebie! I warto przekonywać młodych ludzi, że „nie ma nic piękniejszego, nic mądrzejszego, nic lepszego, niż oni sami”. Nie tak łatwo to jednak odkryć … dlatego warto wspomóc się literaturą.

Do młodego, dorastającego człowieka wymiary społeczne, polityczne czy narodowe zawsze będą mniej trafiały niż wymiar indywidualny … dlatego moim zdaniem najpierw należy pozwolić młodym ludziom dorastać z ICH BOHATERAMI, a dopiero potem można się spodziewać, że niejedna osoba, jako dojrzała ukonstytuowana osobowość, będzie potrafiła zmierzyć się np. z „Dziadami”, zachwycić się „Lalką” lub „Nad Niemnem”.

Generalnie jednak zgadzam się z Panem Ksawerym, iż „lektury szkolne są anachronicznie zaściankowo-polskie. Żyjemy we wspólnej Europie, więc może mniej Słowackich i Żeromskich, za to trochę więcej Mannów i Ibsenów? Kto z dorosłych z własnej woli czyta Słowackiego? Ale klasykę światową – jak najbardziej tak.”
I słusznie pyta Marzena (mazylinska):

„Czy kanon powinien być narzucany uczniom z góry? Czy nie można im dać dłuższej listy do wyboru? Czy uczniom powinniśmy wszystko narzucać? Czy w ten sposób można wychować autonomicznie działających ludzi?”

Uważam, że nauczyciel powinien sam ze swoimi uczniami ustalać to, co będą RAZEM czytać i omawiać. Jako przewodnik po lekturze nie tylko powinien pomóc swoim uczniom ją ZROZUMIEĆ, ile również (lub przede wszystkim!) ją PRZEŻYĆ … a z czasem może i oni będą mogli odwdzięczyć się swojemu nauczycielowi podobnym PRZEWODNICTWEM …

Dopiero po takiej fazie rozwoju widzę sens podjęcia próby czytania takich dzieł, które uchodzą za ważne i wielkie w literaturze ojczystej i światowej. Teraz czas na INICJACJĘ KULTUROWĄ!”

 

Chciałabym, żebyśmy wrócili do problemu doboru lektur i spróbowali odpowiedzieć na pytanie, czy ich dobór ma wpływ na tak zatrważająco niski poziom czytelnictwa wśród Polaków. Klaudia podkreśla wymiar indywidualny, ale na liście lektur dla gimnzjum są „Dziady” Mickiewicza, „Syzyfowe prace” Żeromskiego, „Pieśń o Rolandzie” czy „Balladyna Słowackiego”.

Listę lektur mozna znaleźć na stronie:

http://wiki.wolnepodreczniki.pl/Lektury:Lista_lektur_wed%C5%82ug_spisu_MEN


[1] http://www.bn.org.pl/aktualnosci/230-z-czytelnictwem-nadal-zle—raport-z-badan-biblioteki-narodowej.html, 21.12.2011

 

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

Blogi Oś świata:
Jacek Strzemieczny Oś świata Jacka …
Danuta Sterna Moja oś świata
Marzena Żylińska Neourony w szkolnej ławce
Witold Szwajkowski Prawo do rozumienia
Wiesław Mariański Głos rodzica
Ewa Borgosz Do przyszłości
Ksawery Stojda Kolokolo Bird
Anetta, Grażyna Czas na przedszkole
Zofia Godlewska Patrząc na … szkołę
Strona główna blogów Oś świata

Comments ( 79 )
  1. Michał

    Skoro wracamy do tematu, to się powtórzę 🙂
    Póki nie uda nam się zmienić systemu, pokażmy nauczycielom, że można uczyć inaczej. Nim powiemy uczniom co mają przeczytać, omówmy z nimi epokę, postać autora, motywy i wątki, które się pojawiają. Wyjaśnijmy okoliczności, w której książka powstała nim każemy ją czytać! Inaczej taka „Lalka” jest durnym planem miasta napisanym przez niespełnionego architekta. A chyba nie o to w niej chodzi, prawda? Nie wiem, przeczytałem tylko pierwszy tom, a z streszczenia już nic nie pamiętam.

    Dlaczego młodzi ludzie nie chcą czytać?
    1. Nuda. Książki są nudne (bo są niezrozumiałe), a przynajmniej większość. Tego nas uczy szkoła. Ja zawsze kochałem czytać! Ale nie lektury. Jeśli po nie sięgałem to tylko wtedy, gdy miałem więcej czasu wolnego. Moja siostra jeszcze do niedawna stanowczo odmawiała dawania jej w prezencie książek – póki nie wymusiłem na niej przeczytania paru książek, które podobały się mnie w jej wieku. Z szkołą nie miały wiele wspólnego 🙂
    2. Cena. Mimo wszystko książki są drogie. 30zł to jeszcze niewiele, ale 50? 70? 100? A tyle kosztują książki akademickie.
    3. Czas. Szkoła wymaga od nas całych wolnych popołudni – oczywiście od tych, którzy są ambitni i chcą mieć dobre oceny. Z wiekiem to mija – mówię z doświadczenia. Jeśli mamy mnóstwo zadań domowych i sprawdzianów „na jutro”, to książkę spychamy na drugi plan. Ostatecznie nie da jej się przeczytać w jedną noc.
    4. Brak zainteresowania i ciekawości świata. Sam to zauważam u wielu osób. Na moim roku wiele koleżanek (jednak kierunek typowo kobiecy) narzeka, że nie ma kiedy czytać romansideł. Kiedy ja mówię, że dziennie staram się czytać 50 stron zawsze pada pytanie „co czytasz?”. Zobaczyć ich miny, kiedy dowiadują się, że czytam książki poświęcone różnicom międzykulturowych, efektywnej edukacji, czy prowadzenia szkoleń – bezcenne. Lepsze niż MasterCard.
    5. Zmiana mózgów wywołana zmianami społeczno-kulturowymi. To już zjawisko tyczące się najmłodszych. Skądś wiem (skąd?), że dzisiejsze dzieciaki nie są w stanie przechowywać w pamięci operacyjnej 7+/-2 jednostek informacji, a… 3+/-2. Z czego to wynika? M.in. z Internetu. W Internecie spotykamy się z informacjami skompensowanymi, treściwymi. Artykuły w sieci mają w przełożeniu na Worda maksymalnie 10stron. Maksymalnie. Jak się dziwić coraz większej liczbie osób, że nie są w stanie przebrnąć przez 200stron książki i pamiętać co było w jej różnych fragmentach?
    6. Lanie wody i maksymalna treściwość. To już tyczy się bezpośrednio książek akademickich. Ja wraz z znajomymi dzielę się zadaną literaturą i przygotowuję streszczenia. Najczęściej wygląda to tak, że z 120stron robimy 5 stron streszczenia, albo z 20 zadanych stron 15 stron streszczenia. Nasze podręczniki są albo zbyt naładowane informacjami, albo są traktowane jako możliwość spełnienia się w roli pisarza, o której marzyliśmy jako dzieci. Dla studentów obie formy są gorszą zmorą niż sesja. Poważnie.

  2. Ja bym tu zwrócił uwagę nie tylko na dobór lektur szkolnych, ale przede wszystkim na ich „przerabianie”. Przerabianie na papkę i bzdet. Jeśli przeczytanie jakiejś książki (zwłaszcza dobrej) wiąże się z jej późniejszym strywializowaniem, spłaszczeniem, przemieleniem i wynicowaniem, to nic dziwnego, że obrzydza to nie tylko tę konkretną lekturę, ale czytanie w ogólności.
    Czy po konieczności napisania ‚charakterystyki Klaudii Chauchat’, wzięłaby Pani do ręki z własnej woli „Mario i czarodzieja”? (Pani Klaudio, proszę wybaczyć mi to skojarzenie!)

    Fundamentalne pytanie do polonistów: po co przerabia się lektury?

    Nie dyskutuję z tym, że uczniowie powinni je przeczytać, ale po co jakiekolwiek, związane z nimi wypracowania? Po co analizy wierszy? Po co charakterystyki bohaterów i interpretacje porównawcze dzieł, mających się do siebie jak pięść do nosa? Po co wymuszona dyskusja na zadane tematy, powiązane z lekturą? Nie wystarczyłoby, żeby przeczytali tę książkę i mieli okazję do podyskutowania na temat, jaki sami uznają za istotny? A jeśli nie czują potrzeby takiej dyskusji, to niech nie dyskutują?
    A może uważamy, że lepiej, żeby wszyscy przeczytali pod przymusem i nabrali obrzydzenia, niż żeby połowa nie przeczytała wcale?

    Zgadzam się z Panią Klaudią, że znaczną większość kanonu lektur należałoby zostawić dla dużo doroślejszych ludzi, a w szkole proponować do czytania to z kanonu wielkiej literatury (znajdzie się wystarczająco wiele tych wielkich i ważnych), co przyciągnie zainteresowanie i pozwoli dorastać literacko.

    • mazylinska Post author

      Ksawery trafia w samo sedno stawiając pytanie: Po co przerabia się lektury?
      Jeśli chcemy wychować małych profesorów literaturoznawstawa, to trzeba znać genezę utworu, tło historyczne, pierwowzory postaci, wiedzieć, jaki to gatunek literacki, ile sylab jest w wersie, jakie rymy, itp. Inaczej rzecz się ma, gdy naszym celem nie jest wychowanie teoretyków literatury, ale wyrobienie nawyku czytania i umiejętności rozumienia literatury i pokazanie, jak przyjemnym zajęciem może być czytanie i dyskutowanie o książkach. Wtedy trzeba zadbać o to, by na lekcji toczyły się ciekawe rozmowy i spory. Nauczyciel chcący pokazać, że literaturę rozumieć może zwykły człowiek, powinien akceptować każdą logiczną i spójną interperetację, którą uczniowie potrafią poprzeć cytatami. Jeśli jednak chce się w uczniach wyrobić przeświadczenie, że sami swoimi rozumkami niczego nie są w stanie zrozumieć, wtedy za poprawne uznaje się standardowe banały z bryków.
      Gruntowne omawianie lektur rzeczywiście pozbawia je atrakcyjności, czyniąc z nich jedynie „przedmiot” jak każdy inny.

      Michał,
      bardzo Ci dziękuję za Twój komentarz. Co prawda Twoje słowa na temat „Lalki” Prusa ranią moje serce, ale jednak MUSZĘ przyjąć do wiadomości, że wiele osób z Twojej generacji TAK WŁAŚNIE odbiera utwory, które kiedyś odbierane były inaczej.
      Problem w tym, że osoby decydujące o liście lektur kierują się jedynie własnymi opiniami i do głowy im nie przychodzi, że dzisiejsi uczniowie mogą te same książki odbierać inaczej. Będę chciała rozwinąć ten wątek w następnym wpisie, piszę o tym teraz kolejny rozdział „Neurodydaktyki”. Czy mógłbyś mi podać kilka tytułów, które Twoim zdaniem są zupełnie nietrafione? Podoba mi się równiez Twój pomysł, by nauczyciel przez lekturą robił dla uczniów „wprowadzenie” do czytania.

      Wiesław,
      też masz dużo racji pisząc o bibliotekach. Pytanie, jak dziś wyglądają szkolne biblioteki? Czy można tam spędzać czas?

      Uwaga ogólna.
      zastanawiam się, czy wśród wielu osób czytających wpisy na tym blogu nie ma nauczycieli? Dlaczego piszą tak niewiele komentarzy?

  3. Danusia

    A może temat tej dyskusji leży blisko pytania: Czego i po co uczymy?
    Aż się boję o tym wspomnieć, bo „wielkie umysły” za tym stoją.
    Danusia

  4. Coś dla rozluźnienia atmosfery.
    Każdy minister edukacji powinien odpowiedzieć przed Trybunałem Stanu za dramatyczne obniżenie przyrostu naturalnego.
    Uzasadnienie wyroku: szkoła zniechęca do czytelnictwa + czytanie książek jest bardzo sexy -> spadek ilości urodzeń.
    Ile znajomości, ile związków urodziło się w czytelniach małych i wielkich bibliotek, ile miłości zaczęło się od pytania-zaczepki: co tam czytasz … ?

  5. Pięknie napisała Klaudia Winiarska (robię: kopiuj – wklej).
    1. To jest najlepsza ilustracja tezy, że lepiej jest uczyć dostarczając mózgowi karmy przyjemnej, a nie przykrej.
    2. Przeżycia, przeżywanie. Dlatego jestem przeciwnikiem klasycznych wycieczek szkolnych, wyjść do kina i wymiany międzynarodowej. Okazją do przeżywania jest: wycieczka do miejsca gdzie uczeń może działać rękami, nogami lub mową; wyjście do teatru; sadzenie lasu; działanie teatralne.
    3. Żeby lektura była przeżyciem dla nauczyciela, żeby pokazał to. Najwyższym stopniem przeżywania jest fascynacja. Nie ma nic piękniejszego niż nauczyciel i uczeń zafascynowani tą samą książką. Wystarczy, że to jest tylko jeden uczeń w całej klasie. A to jest przecież najbardziej przystępny przedmiot fascynacji, bo trudniej o to na chemii, matematyce lub geografii.
    4. Kanon lektur obowiązkowych, zmuszanie do czytania tej, a nie innej książki, jest złamaniem ZASADY SZACUNKU I DIALOGU. Naturalną konsekwencją akceptacji tej zasady jest przyjęcie kolejnej: ZASADY WYBORU. Nauczyciel i uczeń powinni mieć prawo i obowiązek (?) dokonywania wyborów, w tym lektur. Jeden ze sposobów wybierania już kiedyś tu przedstawiłem. No tak, ależ tak nie można, to będzie chaos – jak w życiu !
    5. Czytanie książek, to źródło rozwoju emocjonalnego, duchowego intelektualnego jednostki. Ale to także doskonała okazja do rozwoju społecznego. ‚Przerabianiu’ lektury towarzyszy dialog, słuchanie i obserwacja innych ludzi, budowanie pozytywnych elit.
    Najprostszy przykład dobrej elity: kto przeczytał całą Lalkę ? I już mamy poczucie bycia w elicie. Warunek: nie potępiamy pozostałych.
    6. Do tego wszystkiego konieczna jest zmiana modelu: z północno-koreańskiego na europejski. Mam nadzieję, że ‚W tym temacie’ spotkamy się 7 stycznia – Cele edukacji, 10 stycznia – postulaty-apel do MEN.

  6. Marzena:
    „Uwaga ogólna.
    zastanawiam się, czy wśród wielu osób czytających wpisy na tym blogu nie ma nauczycieli? Dlaczego piszą tak niewiele komentarzy?”

    ‚Ale numer !’ Przed chwilą rozmawiałem o tym samym z nauczycielem. Bo też mnie to martwi.
    Odpowiedź na to pytanie jest warta osobnej publikacji.
    Przyczyny: zniechęcenie + zagonienie + dziewczyno, szkoda czasu + nauczyciel nie jest przyzwyczajony do bycia uczestnikiem dialogu + to i tak ode mnie nie zależy + niech czytają ci co nad nami + do kogo z tym pójdę, do dyrektora, który jest zawalony robotą ? + brak motywacji + co z tego wyniknie ? + po co mam się denerwować ? + muszę robić, nie mam czasu czytać

  7. Ola

    Bardzo ciekawy artykul!

    O lekturach szkolnych osobiscie mam bardzo duzo do powiedzenia jednakze nie w aspekcie ich ‚nudnosci’, a kompletnego horroru jakie mi zrzadzily w dziecinstwie. Zaczynajac od spalonej w piecu Rozalki, po zlinczowanego na srodku wioski Janka Muzykanta, przez psa ktory jezdzil koleja i pod kolami pociagu zginal, Lyska z pokladu Idy co byl koniem i umarl w kopalni, a potem czytanie 10-ciu ksiazek o Zydach, holokauscie, gwaltach, robieniu mydla z ludzi. Generalnie NIC co by czlowiek chcial czytac. Sieczka z mozgu. Az strach sie bac siegac po jakakolwiek pozycje z listy lektur bo nie wiadomo o jakiej tragedii w kolejnej ksiazce beda pisac. Okrutne to wszystko bylo, a z tych mniej strasznych to byly gnioty typu ‚Nad Niemnem’ czy ‚ABC’, te wszystkie Orzeszkowe itp, jakies nowele, Medaliony itp. Wytlumaczyc komus, ze literatura rozwija, wzbogaca wyobraznie i, ze ksiazki moga byc ciekawe na tych lekturach sie zwyczajnie NIE DA. Da sie jednakze ludzi skutecznie zniechecic do czytania i zrazic na cale zycie. Chore! Do dzis mi sie krew w zylach gotuje na sama mysl. Zadna z lektur nie odwolywala sie do dzieciecych potrzeb, marzen, nie bylo w nich postaci, ktore moglyby byc wzorem lub moim bohaterem. A w kwestii omawiania/przerabiania wierszy? – Mi chyba nigdy nie udalo sie przeanalizowac wiersza tak, jak Pani od polskiego miala to w ‚kluczu’, ciezko bylo trafic w to ‚co autor mial na mysli’.

    Ps. W bibliotece bylam w zyciu pare razy, wiekszosci lektur nie przeczytalam w calosci lub w ogole, podczas studiow nie odwiedzilam bibllioteki ani razu natomiast kocham ksiazki (dzieki mamie i tacie) i czytam regularnie.

  8. Michał

    Po Medaliony sięgnąłem sam, po skończeniu Liceum (program podstawowy nie obejmuje Medalionów). Książka piękna – o dziwo moi znajomi z klasy humanistycznej jakoś jej nie lubili…

    Nietrafione utwory? Dla mnie takich nie było. Może dlatego, że ja kocham czytać, więc starałem się w każdej książce dostrzec tę „dobrą stronę”. Czasem było ciężko 🙂 Wiem, że moja klasa bardzo narzekała na „Dziady” Mickiewicza. W ogóle na ballady i wiersze. Chyba tylko Tetmajer jakoś przypadł ogółowi do gustu, może jeszcze Szymborska.
    Mogę za to powiedzieć co mi bardzo się podobało: „Kamienie na szaniec”, „Obcy”, „Dżuma”, „Quo vadis”, „Zbrodnia i kara”(!). To te, które od razu pojawiają mi się przed oczami.
    Pamiętam, że połowa klasy (dosłownie) przeklinała „Potop”, choć mi się osobiście bardzo podobał (w szczególności postać Zagłoby).

    Ola jednak ma dużo racji. Lektury odtrącają. Jak można zacząć czytać książki o holokauście bez omówienia tego okresu na lekcji historii? Przecież to holokaust! Temat, który w naszym kraju powinien być bardzo dobrze omawiany! A co robi się w szkołach? Żadnego wstępu do tego tematu – tak, jakby uczniowie sami mieli wyciągnąć sobie wiedzę z lektury. Bądźmy szczerzy – kiedy dziś słyszę „Marek Edelman”, to od razu staje mi przed oczami „Zdążyć przed Panem Bogiem” H. Krall, a pierwszą reakcją jest wstręt i odrzucenie. Dopiero później pojawiają się „poprawne” reakcje – wzruszenie, żal, zrozumienie. Niestety. Sposób omawiania lektur odrzuca nie tyko od nich samych, ale w ogóle od czytania!
    Jeśli jesteśmy przy temacie holokaustu i Żydów. Jedwabnem. Z pewnością wszyscy wiedzą co to za miejsce. Proszę sobie wyobrazić, że przez 18 lat żyłem nie znając tego słowa. Do końca mojej edukacji nie padło ani raz. Użył go mój dziadek w ogólnej dyskusji poświęconej relacjom polaków w stosunku do innych narodów. Do dziś zadaję sobie pytanie, dlaczego ani razu nie natrafiłem na Jedwabnem w mediach?

    Ja miałem to szczęście, że przyjaciel polecił mi Harrego Pottera, dziadek Juliusza Verne, kolega Tolkena, itd. Uwaga – żadnej z tych książek nie omawia się w szkole.

    A biblioteki? To piękne miejsca. W gimnazjum piłem tak kawę z wychowawczynią, nie tylko ja. W liceum przesiadywałem tam na lekcjach przygotowując się do olimpiady z filozofii. Ja miałem to szczęście, że udawało mi się tam „przesiadywać”. Nie miałem 10minutowej przerwy, w której musiałem coś zjeść, wypożyczyć książkę i jeszcze przepchać się w obie strony przez zatłoczony korytarz. Jednak same biblioteki nie zachęcają. Są bure, nijakie. Bardziej przypominają archiwa a nie biblioteki. Kiedy chodzę do czytelni w mojej bibliotece widzę tylko kilka osób: studentów piszących prace, polonistki, starszych panów i panie, a także pojedyncze osoby w różnym wieku. Zazwyczaj czytają literaturę dość specyficzną (ostatnio pan wczytywał się w wielkie tomiska o neurologii). Młodych ludzi, nastolatków tam się nie spotyka. Ewentualnie dzieci (na oko klasy 1-3).

  9. Ola

    Michal,

    Wlasnie to mnie w bibliotekach zawsze odrzucalo, sa ponure, smutne i dla mnie ciezko bylo tam cos znalezc, nie spotkalam sie z pomocna osoba, ktora by cos doradzila, byla chetna do rozmowy itp. Jesli ktos szuka konkretnej lektury to powiedza jaki numer rzedu lub ktora polka, ale dla ciekawego swiata dziecka potrzeba troche wiecej. Ja sie tam czulam obco i niemilo wspominam nieliczne wizyty.

    Co do samych ksiazek to uwielbiam czytac, potrafie ‚polknac’ kilka ksiazek w tygodniu, tez czytalam Harrego Pottera, sage ‚Zmierzch’ przeczytalam w ciagu jednego tygodnia, bardzo podobal mi sie ‚Swiat Zofii’ J. Gardnera, Tolkiena rowniez czytalam. Wspaniale ksiazki Fantasy (bo te mi sie najlepiej czyta) to tez te autorstwa takich pisarzy jak Terry Pratchett czy Terry Goodkind. Z polskiej literatury bardzo lubilam Joanne Chmielewska – o tym bym chetnie podyskutowala w szkole.

    Mam wrazenie, ze polska szkola to glownie patos, zal, smutek i tylko to sie ‚przerabia’. Ciezko mi jest sie utozsamic z dziecmi w obozach koncentracyjnych, czy tymi ktore pomagaly rodzicom ukrywac Zydow na strychu. Rownie ciezko mi utozsamic sie z Izabella z ‚Lalki’ czy Jankiem Muzykantem. Wszystkie te lektury byly zwyczajnie oderwane od rzeczywistosci i przytlaczajace. To troche tak, jakby w telewizji jedynymi programami byly wiadomosci o wojnach, wypadkach i tragediach ludzkich.

    Jedyna lektura szkolna, ktora mi sie podobala i pamietam, ze bardzo fajnie mi sie ja czytalo to byla ‚Karolcia’, ta z koralikiem, ktory spelnial zyczenia 😉 Kto by nie chcial miec takiego koralika! Achhh…

  10. stary

    Po uważnej analizie lektur doszedłem do kilku wniosków:

    – bardzo dobre są lektury w szkole podstawowej
    „Pinokio”, „Ten obcy”, „Księga Dżungli”, „Stara baśń”, „Opowieści z Narnii”, „Szatan z siódmej klasy”, „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Sposób na Alcybiadesa”, „W pustyni i w puszczy”. „Tomek w krainie kangurów”, „Przygody Tomka Sawyera”, „W 80 dni dookoła świata”
    Trudno sobie wyobrazić lepszy zestaw książek. Bohaterami są dzieci, język prosty.

    – W gimnazjum (nieszczęsne gimnazjum) lektury są już bardziej wyrafinowane. Biblia, Mitologia, Homer, Sofokles. Dzieci są już starsze, co nie znaczy mądrzejsze. W założeniu miały poznawać dziedzictwo światowej literatury. Niestety, niedorosły do tego.
    Młodzież nie czyta lektur. Przeciętnie dwie osoby w klasie przychodzą przygotowane na lekcje. Koleżanki zmieniły lektury na bardziej przystępne: coś z Jeżycjady Musierowicz, Harry Potter itp
    Dalej nie czytają.
    Na pewni nie chodzi tu o „przerabianie” lektur. Aby coś o książce powiedzieć trzeba ją przeczytać, a młodzi na to nie mają czasu.

  11. stary

    Jeszcze jedna sprawa.
    Na pytanie „Idziemy do kina?”, odpowiedź jest tylko jedna: „jeżeli film z napisami – to nie”.

  12. mazylinska Post author

    Michał napisał:
    „Jednak same biblioteki nie zachęcają. Są bure, nijakie. Bardziej przypominają archiwa a nie biblioteki.”

    To, jak wyglądają nasze biblioteki, pokazuje, jak nasze społeczeństwo traktuje książki. Jedne miejsca są atrakcyjne i zadbane, a inne są szare, zakurzone i przypominają magazyny. Wystarczy się rozejrzeć, żeby zobaczyć, na co nasi włodarze wydają pieniądze. I dzieci też to widzą! Czy można się dziwić, że nie mają książek w poważaniu?

    Ola pisze:
    „Mam wrazenie, ze polska szkola to glownie patos, zal, smutek i tylko to sie ‘przerabia’.”
    To prawda, wiele utworów poświęconych jest tragicznym wydarzeniom. Ale taki jest nasz polski patriotyzm. Pierwszy patriotyczny film, jaki widziałam, który zrobiony był w innej konwencji, to „Rewers”.
    Patriota, to ktoś, kto cierpi i umiera za ojczyznę. Ale przecież o patriotyzmie można pisać i myśleć inaczej, bez zadęcia, patosu i morza łez. Obecne czasy wymagają zupełnie innego rodzaju patriotyzmu, ale gdzie można się go nauczyć?

    Przeglądając listę lektur, zastanawiam się, z jakiego okresu pochodzi większość utworów. Który z nich jest najświeższej daty? Kiedy został napisany?

  13. Muszę ująć się za – przynajmniej niektórymi – małomiasteczkowymi bibliotekami, choćby moją w Grodzisku. Nowoczesne, jasne, sympatyczne miejsce, z bufetem z dobrą kawą, zorganizowane tak, że wypożyczalnia i internetowisko nie przeszkadzają czytelni, z sympatyczną, kompetentną i nie uchylającą się od od trudnych wyzwań obsługą. Jest xero, a skan kilku stron można zrobić za darmo jeśli ma się własnego pendrive’a. Kilka miesięcy temu prosiłem ich o ściągnięcie dla mnie pewnej niskonakładowej angielskojęzycznej naukowej książki, jak się okazało w Polsce dostępnej tylko w trzech uczelnianych bibliotekach. Znaleźli w systemie międzybibliotecznym, ściągnęli, zadzwonili, że czeka na mnie, byli gotowi nawet wypożyczyć do domu, o czym w BUW-ie nie mógłbym nawet marzyć.

    A ci, co czytają Pratchetta powinni kochać te stare, ciemne biblioteki z dębowymi szafami, wysokimi stołami, twardymi krzesłami, książkami przykutymi łańcuchami do stołów i Orangutanem bibliotekarzem.

  14. Ewa B.

    Ciekawa jest ta dyskusja. Nie chodzilam nigdy do posliej szkoły, „Na Nienem pochłonęłam w całości błyskawicznie i wracałam do tej ksiązki kilka razy, wszystkie lektury przeczytałam nie z przymusu, tylko dla siebie. I niemal wszystkie mi się podobały. Fakt, dawno to było, ale jednak. Może to, że nikt nie kazał mi nic interpretowac i przerabiać tak zadziałało?Może t,zew domu „się czytało do poduszki”. I się czyta. Może dlatego moi synowie czytali i czytają, chociaz już nie muszą?

  15. mazylinska Post author

    Problem, który poruszyła Ewa przewija się w wielu wypowiedziach. Czy fakt, iz jesteśmy zmuszani do przeczytania wybranych książek, czyni je nieatrakcyjnymi? Podświadomy przekaz może być taki: Skoro zmuszają mnie do czytania tej książki, to pewnie jest tak słaba, że z własnej woli nikt by jej nie chciał czytać.
    Słowa Michała zdają się tę tezę potwierdzać:
    „Po Medaliony sięgnąłem sam, po skończeniu Liceum (program podstawowy nie obejmuje Medalionów). Książka piękna – o dziwo moi znajomi z klasy humanistycznej jakoś jej nie lubili…”

    Więc może powinniśmy jednak przetestować system, w którym to uczniowie mogą sami wybierać lektury, które chcą przeczytać?
    Ludzie niechętnie robią to, do czego są zmuszani. Tak już to urządziła matka natura. Za to chętnie angażujemy się w sprawy, na które mamy wpływ.

    Niesamowite rzeczy pisze Ksawery o bibliotece w Grodzisku!!! Czy dużo jest takich bibliotek? Pozazdrościć!

    Ksawery pisze: „A ci, co czytają Pratchetta powinni kochać te stare, ciemne biblioteki z dębowymi szafami, wysokimi stołami, twardymi krzesłami, książkami przykutymi łańcuchami do stołów i Orangutanem bibliotekarzem.”
    Miłośnikom Pratchetta chyba nie chodziło o przybytki z dębowymi regałami i starymi, pięknie oprawionymi woluminami, pokrytymi kurzem, ale o ciemne klitki z ragałami ze sklejki, odrapanymi ścianami, socjalistycznym biurkiem i jednym kosśawym krzesłem, na którym siedzi pani bibliotekarka.

  16. Michał

    Teraz jeszcze jedna rzecz przyszła mi na myśl. Odwiedził mnie dziś przyjaciel – taki jeszcze z podstawówki. Jest on dyslektykiem, ma więc pewne problemy z czytaniem. Kiedyś dałem mu na urodziny książkę. Nie przeczytał. Dwa lata temu ponownie chciałem spróbować z książką – dałem mu audiobooka (w końcu nie trzeba czytać). Nie przesłuchał. Jednak za tym drugim razem chyba nie chodziło o słuchanie, ale o sam szacunek dla książki. Zawsze był do niej przymuszany, a czytanie sprawiało mu trudność.

    Marzena pisze, że lepiej aby uczniowie czytali to, co chcą. Jednak, czy jest to dobre rozwiązanie? Wg mnie w klasie podstawowej tak! Może nawet w gimnazjum! Jednak w podstawówce, jak pokazał stary, lektury są dostosowane do wieku. A licea? Nie. Moim zdaniem szkoły pogimnazjalne są od tego, by pokazywać literaturę, która niesie coś ze sobą. Tak jak „Lalka”. Idealnie dopasowana to nurtu jaki wtedy panował. Co za strata, że dowiedziałem się jakie to ważne dopiero po tym, gdy nabrałem wstrętu do tej książki. Moim zdaniem to sposób przekazywania wiedzy powinien się zmienić, a nie stricte literatura. Choć i nad nią można popracować (choćby zmniejszając ilość pozycji wymaganych na rzecz książek dowolnych, uzupełniających).

  17. Janina Huterska- Górecka

    Trochę inaczej…
    Utkwił mi w pamięci cytat: „Otwórz książkę, by się dowiedzieć, co przeżywają i myślą inni. Zamknij książkę, żebyś pomyślał sam”.
    Nie pamiętam autora.
    Dla odprężenia poważnej dyskusji wyżej – zamieńmy się w np. trzecioklasistów.
    Czy „przerabianie” literatury może wyglądać tak?
    Cel – założenie: Utwór literacki może być źródłem twórczej zabawy i rozwijania własnych umiejętności wyrażania myśli i emocji.
     organizacja przestrzeni fizycznej i materialnej,
     sytuacja, która zaciekawia, intryguje, prowokuje,
    JAK?
    np.
     w sali: miejsca – warsztaty
     pudełko, (…???..moment zainteresowania),
     Wiersz „Spóźniony słowik” J. Tuwim
     Burza pytań:
    – O co możemy zapytać?
    ( pomocne piktogramy. Rysunki kierunkujące późniejsze zadania)
    – Do czego pytania nas prowokują?
    Zadania
     odkrycie problemu ( zakres naszej niewiedzy)
    – pojawiają się pytania
     Jak możemy wykorzystać wiersz do twórczej zabawy?
     W jaki sposób możemy to zrobić?
    wymyśleć (zmienić) teksty, ruch/gesty, obrazy,
     formułowane są zadania (kilka alternatywnych – możliwość
    wyboru),
     dostosowanie do różnic i możliwości dzieci.
    Zadania
     Wybierz miejsce pracy, partnera, środki,

     Stolik – „Twórczość słowna”
    – Co mogła mówić P. Słowikowa, kiedy płakała, JAK? (słowa, zdania, wykrzykniki wyrażające różne stany emocjonalne), jak wzywała pomocy?
    – Jakie inne przyczyny spóźnienia mogła założyć?
    – Jak inaczej mogła przywitać P. Słowika? ( radość, złość, miłość,
    oburzenie…),
    – Co innego (jak?) mógł powiedzieć P. Słowik, tłumacząc się?
    – Co mógł powiedzieć P. Słowik na przeprosiny?,
    – Akrostych – „Pan Słowik”,
    – Jak opisał „piękny wieczór” P. Słowik?
    – Jakie inne potrawy mogła przygotować P. Słowikowa? – „Wszystko
    stygnie…”
     Stolik „Ruch – gesty, mimika”
    – P. Słowikowa:
    „zaniepokojenie”, „czekanie”, „złość”, „radość spotkania”,
    – P. Słowik:
    „spacer”, „spotkanie z P. Słowikową”, „przeprosiny”,
    „taniec skowronków – rozbójników”,
    „ taniec miłosny P. Słowików”.
     Stolik „Dźwięki, muzyka”
    – „Muzyka lasu”,
    – „Piosenka Słowika”,
    – „Podkład muzyczny do tańca skowronków- rozbójników”,
    – „Podkład muzyczny do tańca pary Skowronków”,
    – Stolik Przyroda
    – opisz słowika własnymi słowami (tu zdjęcie),
    – sprawdź z opisem w atlasie ptaków,
     Stolik Matematyka
    – na planszach zegarów zaznacz różne wskazania na określenie
    „przed dziewiątą”, „po jedenastej”,
    – jak inaczej można to powiedzieć?

    Myśli i emocje przekazujemy za pomocą języka werbalnego i
    niewerbalnego.
    Każdy z nas może być twórcą nowego przekazu.

    A jaki wspaniały scenariusz prezentacji teatralnej może z tego powstać??
    I każdy uczeń (zdolny!) ma swój udział…

    Przepraszam, jeśli nie na temat, i zanudziłam.
    Nina

  18. mazylinska Post author

    Michał,
    ja nie napisałam, żeby uczniowie czytali, co chcą. Pewna zewnętrzna struktura jest potrzebna. Mnie chodzi o to, żeby dać im wybór i to oficjalnie, bo nieoficjalnie już go mają; mogą niby obowiązkowe lektury albo czytać, albo nie.
    W każdej epoce jest więcej dobrych utworów, niż ktokolwiek może strawić. Nie ma jedynie słusznego i obiektywnie właściwego kanonu. Nie ma takiej książki, która wszystkim się podoba. Dlatego na liście lektur może być więcej tytułów, a uczniowie mają sobie z tego wybrać te, które im wydają się interesujące.
    A na lekcjach, jak już o tym pisałam, można omawiać wybrane fragmenty. Sam wiesz, jak ważne są wprowadzenia i nakierowanie uwagi na najważniejsze aspekty. Ważne, by nauczyciel mówiąc o książce pokazał, że to fascynująca lektura. Gdy swoim zachowaniem pokazuje, że to kolejny tytuł, który trzeba „przerobić” omawiając po kolei wszystkie punkty, to trudno oczekiwać, że uczniowie z animuszem rzucą się do czytania. Postawa nauczyciela wobec lektur ma ogromny wpływ na zachowanie uczniów.

  19. stary

    Z tego co się orientuję, uczeń rocznie musi przeczytać około czterech książek. Nie przesadzajmy. Oni nie są nękani literaturą. Chcą czytać jeszcze mniej. Osiemnastolatek, człowiek dorosły, zdaje już sobie sprawę, że nauka to nie jest tylko zabawa.
    Niedawno usłyszałem wypowiedź osoby zasiadającej na wysokim stołku: „W swoim życiu nie przeczytałem żadnej książki”. Można i tak.
    Ceny książek poszły w górę, organy prowadzące likwidują biblioteki szkolne lub zmniejszają liczbę godzin bibliotecznych. Dowiaduję się teraz, że „nieczytanie” jest winą nauczyciela, bo „przerabia”. Aby coś przerabiać, to trzeba książkę przeczytać. Najczęściej nie czytają.

  20. mazylinska Post author

    Nino,

    nie zanudziłaś. Takimi lekcjami nie można zanudzić!!! Chciałabym, żeby ten komentarz był odpowiedzią, na Twój post i wypowiedź starego (Stary, jak masz na imię? Z trudem przychodzi mi taki sposób zwracania się do Ciebie 😉 Może zgodzisz się na inną formę?

    Nina pisze:
    „Czy „przerabianie” literatury może wyglądać tak?
    Cel – założenie: Utwór literacki może być źródłem twórczej zabawy i rozwijania własnych umiejętności wyrażania myśli i emocji.
    … dostosowanie do różnic i możliwości dzieci.
    Zadania
     Wybierz miejsce pracy, partnera, środki,”

    Po takiej lekcji uczniowie zapewne tylko czekają, kiedy będą mogli „omawiać” kolejny wiersz! I jakie to bliskie życiu? Jak często sami się denerwujemy, zamartwiamy, wymyślamy czarne scenariusze, a powód może być tak banalny, jak w przypadku Pana Słowika: „Wybacz złotko, ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotką!” Najczęściej martwimy się tym, co się naprawdę nie wydarzyło.

    Po takich lekcjach wiele dzieci musi pokochać poezję!
    Jestem przekonana, że nastawienie do nauki zalezy od tego, jak wygladają lekcje. Nie ma to być szukanie winy po stronie nauczycieli, ale stwierdzenie faktu. Moja koleżanka Klaudia Winiarska, która wykłada historię literatury niemieckiej, dobrze opisała, jak ważna jest fascynacja nauczyciela. Nauczyciel może zarażać swoim entuzjazmem, fascynacją i zaangażowaniem, albo może „przerabiać” materiał. Też już o tym pisałam – moje dwie nauczycielki chemii. Obie dobre, ale na lekcjach pierwszej chemię pokochałam, na druga, rzetelnie realizując i sprawdzając materiał, skutecznie mnie do chemii zniechęciła. Z badań nad mózgiem wynika, że chodzi o tę iskrę w oku! Ona działa na mózg!

    Nino, pięknie Ci dziękuję za wspaniały scenariusz lekcji!!! Czy mogę go wykorzystać w mojej :Neurodydaktyce”? Oczywiście z podaniem autorki 🙂

  21. „Niesamowite rzeczy pisze Ksawery o bibliotece w Grodzisku!!! Czy dużo jest takich bibliotek? Pozazdrościć!”

    Od kilku lat prowadzony jest program „Biblioteka+”, certyfikujący spełnienie nowoczesnych standardów przez biblioteki wiejskie i małomiateczkowe (w miastach do 15,000). Nie znalazłem nigdzie aktualnej listy certyfikowanych bibliotek, ale jak pamiętam, to rok temu certyfikaty otrzymało około 200 spośród 2200 uprawnionych bibliotek w gminach. Pytanie: czy to jest aż 10% czy tylko 10%.
    Biblioteki w troszkę większych miasteczkach 15,000-50,000 mieszkańców (jak mój Grodzisk) miały też swój program modernizacji, finansowany z unijnych środków – równolegle z Grodziskiem korzystało z niego kilkadziesiąt małych miast – grodziska biblioteka została otwarta w nowej formie w 2008.

  22. Janina Huterska- Górecka

    Pani Marzeno,
    dziękuję, ciesze się! Tak, proszę wykorzystać. To dla mnie zaszczyt.
    Scenariusz opracowałam na spotkanie szkoleniowe dla nauczycielek I-III i przedszkoli na temat „Indywidualizacja”. Staram się przekonywać nauczycielki do odchodzenia od frontalnego (to samo, tak samo, tym samym w tym samym czasie i niezmiennie w trzech rzędach ławek ) stylu pracy z dziećmi. Nie jest łatwo! Dyscyplina i „palec w górę” królują. Jedna z uczestniczek stwierdziła „na takiej lekcji (wg w/w scenariusza) będzie gwar, a dyrekcja wymaga (sprawdza) ciszy na lekcji. Pytam, co z kinestetykami??! Smutne. Inny argument: „sanepid nie pozwoli, by dzieci siedziały tyłem do okna (światła). Pytam, to jak prowadzona jest wymiana myśli, dyskusja, dialog, wzajemne przekonywanie się, „wchodzenie w słowo”, odbieranie komunikatów niewerbalnych, kiedy widzą całą twarz tylko swojej Pani, a plecy kolegów?
    Często spotykałam się ze zdaniem nauczycielek, że „na „takie” szkolenia powinni chodzić dyrektorzy, bo „pani tu wymyśla, a my mamy wykazać się wynikami”.
    Ale bywa i tak po szkoleniu: niedawny komunikat nauczycielki (I rok pracy) z oddziału przedszkolnego przy szkole podstawowej: „zastosowałam w swojej pracy z dziećmi wspólne planowanie dnia (porozumiewanie się z dziećmi, zawarcie umowy co do przebiegu dnia, uwzględnienie propozycji dzieci i ofert nauczyciela) – „to działa!! Jest zdecydowanie ciekawiej”. I chce mi się wierzyć, że nauczycieli podejmujących wysiłek „ku zmianom” będzie coraz więcej!
    Pozdrawiam serdecznie
    N.

    • mazylinska Post author

      Znów przychodzi mi na myśl powiedzenie Klaudii Winiarskiej, że to, co jest najbardziej szkodliwe dla człowieka, uznawane jest w naszych czasach za normalne. Tak ważne dla rozwoju człowieka neurony lustrzane, mogą rozwijać się tylko wtedy, gdy się nawzajem widzimy. Twarz, mimika, gestykulacja odgrywają tu ogromną rolę. Ale Sanepid ma inny punkt widzenia i o neuronach lustrzanych jeszcze nikt tam nie słyszał, ani ich nie widział. Więc uczniowie powinni siedzieć w ławkach i rozmawiać z sobą oglądając własne plecy! A może w szkole w ogóle nie trzeba z sobą rozmawiać?
      Gwar i rozmowy, bez których nie ma interakcji i uczenia się od siebie nawzajem (a badania pokazują, że uczniowie najwięcej uczą się od siebie nawzajem) też są podejrzane.

      Ja też w czasie szkoleń dla nauczycieli słyszę, że najpierw powinni to słyszeć dyrektorzy i wizytatorzy, którzy oceniają pracę nauczycieli. Wielu z nich boi się stosować metody aktywne, bo obawiają się zarzutów, że na lekcji jest za głośno, że uczniowie nie siedzą w ławkach, że są zbyt aktywni, a nauczyciel za mało pracuje.
      Dla mnie również niezmiernie ważne są informacje zwrotne od nauczycieli, którzy spróbowali inaczej i wyszło! Trudno w to uwierzyć, ale im więcej wolności dajemy uczniom, tym odpowiedzialniej się zachowują, im więcej od nich zależy, tym bardziej się angażują. Ale żeby się przekonać, że tak jest, trzeba najpierw spróbować 🙂

      Zaproponowałam blogowiczom uproszczenie form i przejście na ‚ty”. Czy możemy tu stosować tę formę?

      I pięknie dziękuję za zgodę na wykorzystanie tak wspaniałego pomysłu!!! W nowym roku pokażę to moim studentom. Może wymyślą coś podobnego.

  23. Janina Huterska- Górecka

    Marzeno 🙂
    wykorzystałam w tym scenariuszu schemat budowy scenariusza wg metody projektowania okazji edukacyjnych. Bardzo polecam ją nauczycielkom.

    • mazylinska Post author

      Nino 🙂
      Nigdy nie słyszałam o metodzie projektowania okazji edukacyjnych!!! Co to jest? Gdzie mozna o niej poczytać? Może mogłabyś ją opisać w komentarzu, a ja wstawię to jako nowy wpis i dopiszę teorię 🙂 Już widzę, jak to będzie mi pasować do informacji dotyczących sposobu przetwarzania informacji. Jeśli w szkole wykorzystujemy tylko kanał werbalny, to aktywne są jedynie wybrane struktury hipokampa, ale jeśli to, co dzieje się w szkole staje się ważnym wydarzeniem i przeżyciem, to uaktywniają się dużo efektywniejsze struktury korowe, a wtedy pamięć działa w najefektywniejszy sposób.
      Być może taka podbudowa teoretyczna przyda się równiez Tobie? Więc jeśli znalazłabyś trochę czasu i opisała tę metodę, to ja bym dopisała resztę i może wyszedłby z tego coś pozytecznego?
      Pozdrawiam ciepło i zabieram się za nowy wpis!

  24. „Uważam, że nauczyciel powinien sam ze swoimi uczniami ustalać to, co będą RAZEM czytać i omawiać.”

    Tak. Wszystkie podobnego typu pomysły sprawdzają się w szkołach prywatnych, społecznych. W szkole publicznej mamy innego rodzaju klienta. Uczę w gimnazjum od 13 lat. Gdybym miała zdać się na ustalenie listy lektur z uczniami, niestety stanęłoby na niczym. Mogłabym z chłopcami jeszcze ustalić listę gier, w które moglibyśmy razem zagrać, a z dziewczynkami… tu już trudniejsza sprawa. Dlaczego przyczyny problemów wynikających z kierunku rozwoju świata przerzuca się znowuż na nauczycieli? Ucząc w klasie nieczytających, słabo uczących się dzieci, jestem jedyną osobą mogącą wskazać im książki pisane dla nich, o których istnieniu nie mają pojęcia, bo komputer i inne rozrywki władają ich czasem wolnym.
    Zanim wyznaczę im termin przeczytania książki, organizuję lekcje mające zmotywować uczniów do, chociażby wypożyczenia lektury: czytam im fragmenty, puszczam filmy, przeplatam z czymś przyjemnym, przypominam w każdym tygodniu, przygotowuję prezentację, wymyślam metody pracy z lekturą…
    Niestety, w klasie pełnej dzieci z życiowymi problemami na lekcje przeznaczone spotkaniu z lekturą, zdarza się, że dwie osoby przynoszą książkę, i to często nieprzeczytaną. Ręce mi opadają, bo niestety, tradycyjne pojęcie „przeczytania” już nie funkcjonuje. No to znowuż, żeby chociaż coś w ich głowach zostało: opowiadam, bo lubią słuchać, puszczam filmy, rysujemy, zgadujemy, piszą pod dyktando, bo przecież treści ni w ząb, poza mną….
    Myślę, że nauczyciele stoją bezradni przed takim zjawiskiem. Zwłaszcza w klasach trudnych, słabych, życiowo pokiereszowanych.
    Czasem kończę takie lekcje z dziwacznym uczuciem, że jeszcze tylko śpiewać mi zostało, bo wszystko, co w szkole dostępne użyłam, by cokolwiek zapamiętali….
    Gorzej, że egzaminy nie uwzględniają żadnych podobnych trudności. Może dlatego wypadają coraz słabiej…. tak, jak zmienia się społeczeństwo…

    • mazylinska Post author

      @ Agnieszka
      Agnieszko,
      dziękuję za to, co napisałaś. Wiem, że wielu nauczycieli tak myśli, wielu o tym mówi, ale jakoś nikt nie chciał dotychczas o tym problemie napisać. A problem nazywa się „bezradność”. Kończę właśnie artykuł dla polonistów i nie mam teraz czasu na dłuższe pisanie, a chciałabym odnieść się poważnie do tego, co napisałaś. 7 i 10 stycznia będą opublikowane na blogach CEO inne, już wcześniej zaplanowane teksty. Ale potem chciałabym napisać nowy post rozpoczynający się Twoim listem i trochę to skomentować, może podsunąć pomysły. Dobrze rozumiem, o czym piszesz i wiem, jaki to trudny problem.
      Ale to dopiero w drugiej połowie stycznia, bo teraz mamy już zaplanowaną wspólną akcję.
      Pozdrawiam Cię serdecznie i mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy używały formy „ty”. Tak tu się blogując do siebie zwracamy 🙂

  25. „Dlaczego przyczyny problemów wynikających z kierunku rozwoju świata przerzuca się znowuż na nauczycieli?”

    Wydaje mi się, że nie „przerzuca się”, tylko „mnóstwo nauczycieli to przyjęło jako oczywistość”. Czy są jakieś formy zewnętrznego nacisku, na Ciebie, Agnieszko, byś tak postępowała?
    Jeśli tolerujesz to, że nie czytają i nie uczą się, a w zamian opowiadasz im, zdejmujesz z nich odpowiedzialność za uczenie się, a przyjmujesz na siebie odpowiedzialność za nauczenie ich (tryb dokonany!), to nie dziw się, że tak to wygląda.
    Lepiej będzie dla nich, jeśli zachęcisz ich w jakiś sposób do przeczytania czegokolwiek samodzielnie, niż jeśli masz opowiadać im lektury – to nie prowadzi do nikąd.

    Może spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: czy zadaniem nauczyciela jest:

    A. zachęcić ucznia do czytania, stworzyć mu warunki do ciekawej dyskusji;

    B. przy pomocy „śpiewania”, filmów i opowiadania uczniom o czym jest książka spowodować, żeby kazdy z nich miał w głowie asocjację Prus–Anielka.

    Ja zdecydowanie optuję za modelem (A)

    Pozostaje ubolewać, że większość nauczycieli – jak Agnieszka – czuje na sobie obowiązek nauczenia każdego, choćby wbrew jego woli i chęciom, odchodząc tym samym od odwiecznej roli nauczyciela: uczenia tych, którzy chcą się uczyć i z nauczycielem w tym procesie współpracują.

  26. Janina Huterska- Górecka

    Bardzo trafne spostrzeżenie Ksawerego. Takie zjawisko brania odpowiedzialności nauczycieli za uczenie się dzieci obserwuję w przedszkolach i edukacji wczesnoszkolnej. Zaangażowanie nauczyciela, by dziecko/uczeń „dobrze” (czyje „dobrze”?) wykonało zadanie przybiera często formę myślenia i działania za dziecko – „wskazywanie palcem”,gdzie, co, jak, przy pomocy czego…Efektem takiego postępowania jest, jak to określa prof. A.Brzezińska, „wyuczona bezradność”. Dzieci/uczniowie nie „ruszą” z zadaniem, dopóki Pani nie wyjaśni dokładnie „jak to zrobić”. A wyjaśnia często długo i szczegółowo, bywa zawile, wiele dzieci i tak się gubi. Taka postawa dzieci (bezradna) objawia się w pytaniach „proszę pani, czy tak? Czy tak dobrze? Co teraz mam zrobić?”. Dzieci uczą się, że „Pani wie najlepiej”, bo przecież tylko Pani osądza i ocenia…
    W okresie wczesnej edukacji (przedszkole, kl. I-III) autorytet nauczyciela jest niezwykle silny. Dzieci darzą swoją Panią bezgranicznym zaufaniem. O swojej mocy, potencjale dowiadują się właśnie od niej.Dlatego odpowiedzialność nauczyciela za rozwijanie umiejętności „uczenia się” i brania za nią własnej odpowiedzialności, jest ogromna!! Jeśli nie zainteresujemy się JAK nauczyciele uczą w przedszkolu i I-III, to na próżno będziemy poszukiwać odpowiedzi na pytanie „dlaczego nie czytają”, „dlaczego nie chcą się uczyć”. Z moich obserwacji wynika,że wiele trzeba by zmienić. Ale także trzeba zmienić myślenie rodziców i innych, którzy decydują o edukacji na temat ROLI nauczyciela (jak pisze Ksawery „odwiecznej”). Powinien „nauczyć” wszystkich tego samego, tak samo, czy odpowiada bezwzględnie za organizowanie warunków do „uczenie się!” dzieci i jakość tych warunków, w tym umiejętność wyzwalania motywacji wewnętrznej do uczenia się.
    Rozumiem Agnieszkę. W klasach „trudnych,życiowo pokiereszowanych” łatwo nie jest. Myślę jednakże, że i to”pokiereszowanie” nie zrodziło się nagle, w gimnazjum. I znowu – niezwykle ważny etap przedszkolny i wczesnoszkolny. Jeśli dziecko i rodzina otrzyma otrzyma dobre wsparcie, jest przynajmniej szansa, że w gimnazjum, w wielu przypadkach będzie łatwiej i mniej bólu, tak uczniowi jak i nauczycielowi. Przepisy już mamy, ale…
    Może za mało (wcale?) nauczyciele organizują zajęć, na których uczniowie sami zdefiniują, co to jest uczenie się, odpowiedzialność, podejmują jakieś decyzje i zobowiązania wobec siebie?
    Z własnej praktyki wiem, że rzeczywiście (jak podpowiada Ksawery) wystarczy zajmować się tymi, którzy chcą. Jeżeli jest ciekawie, dobry klimat, atmosfera, aplauz dla zaangażowanych, inni bardzo często szybko dołączają.

  27. „Może za mało (wcale?) nauczyciele organizują zajęć, na których uczniowie sami zdefiniują, co to jest uczenie się, odpowiedzialność, podejmują jakieś decyzje i zobowiązania wobec siebie?”

    Wątpię, czy takie zajęcia są potrzebne.
    Odpowiedzialności uczy się nie specjalnymi lekcjami „temat: odpowiedzialność”, tylko egzekwując tę odpowiedzialność. Nie przeczytałeś: twoja sprawa, dostajesz jedynkę i nie przeszkadzaj w dyskusji, prowadzonej w gronie tych kilkorga, którzy przeczytali lektury (w dzisiejszych czasach nie można niestety wyrzucić ucznia z klasy).

    Jeśli – nawet po lekcji o odpowiedzialności – w sytuacji gdy większość nie przeczytała, to zamiast dyskutować o książce z tymi kilkoma, którzy okazali się poważni, będziemy ją opowiadać tym, którzy odpowiedzialni się nie okazali, zaprzeczamy wymogowi odpowiedzialności i nagradzamy tę nieodpowiedzialność.

  28. Janina Huterska- Górecka

    Marzeno, myślę, że już dowiedziałaś się z Internetu o metodzie, ale napiszę kilka słów, może kogoś to zainteresuje.
    Metodę projektowania okazji edukacyjnych opracowała dr Jolanta Zwiernik (Wrocławska Szkoła Przyszłości),wywodzi się z nurtu tzw. edukacji alternatywnych, dla wychowania przedszkolnego. Nie widzę przeszkód do wykorzystywania jej dobrodziejstw w kl I-III.
    Główna idea tej metody, to maksymalizowanie szans rozwojowych dzieci, różnicowanie zakresu pomocy udzielanej dzieciom, nastawienie na rozwój aktywności własnej, aktywności twórczej, uczenie podejmowania decyzji (wybór) i odpowiedzialności za podjętą decyzje (zadanie). Oparcie się na motywacji wewnętrznej, a nie na przymusie nauczyciela. Ważne jest, że dziecko jest odkrywcą wiedzy i twórcą. Uczenie się przy okazji konkretnych działań dziecka. Metoda wpisuje się w konstruktywistyczną teorie o nauczaniu.
    Metoda ma swój stały schemat scenariusza. Składa się z pięciu elementów.
    Schemat scenariusza:
    1. Przedmiot odkrycia.
    2. Punkt wyjścia.
    3. Zadania.
    4. Warunki materialne.
    5. Element wymagający wyeksponowania.

    1.Przedmiot odkrycia:
    Hipotetyczny cel.
    Przedmiotem odkrycia – może być informacja, zdarzenie, zjawisko bezpośrednio dostępne w środowisku przyrodniczym lub społecznym, wzbogacone poznaniem pośrednim (książki, filmy, Internet itp..) Nauczyciel decyduje, , czy będzie to okazja do poznania czegoś zupełnie nowego, zrozumienia, nauczenia się posługiwania nowymi przedmiotami, narzędziami, słowami, czy tworzenia czegoś nowego.
    2.Punkt wyjścia
    – zaciekawienie, skupienie uwagi, skierowanie zainteresowania na zadania, wzbudzenie motywacji do dalszego uczestnictwa. Ważne, by dać dzieciom możliwość swobodnych wypowiedzi, wymiany myśli(także sprzecznych wewnętrznie). Prowokowanie do stawiania pytań, dzielenia się wątpliwościami.
    3. Zadania.
    Tu wymóg samodzielnego wyboru. Zadania otwarte, prowokujące do myślenia dywergencyjnego, choć mogą być i zamknięte. Tak formułowane, by można było wprowadzić nowe informacje. Dopuszcza się znaczną różnorodność sposobów uzyskiwania wyników jak i samych wyników. Oparcie się na aktywności bliskiej naturze i potrzebom dziecka- polisensoryczne poznanie/działanie, aktywność muzyczno-ruchowa, plastyczna, słowna.
    4. Warunki materialne.
    Nauczyciel musi się zastanowić się: gdzie najlepiej (dla danego celu) przeprowadzić zajęcia- sala/klasa, ogród, las, muzeum, podwórko wiejskie…, jakie potrzebne materiały i narzędzia zgromadzić (mogą być wcześnie przygotowane przez dzieci, rodziców…), jakie będą użyte nowe. Możliwość wyboru dla dzieci.
    5. Element wymagający wyeksponowania. Co szczególnie warte wyeksponowania.
    Nauczyciel
    obserwuje przebieg aktywności dzieci, udziela pomocy, wsparcia, wchodzi w interakcje z dzieckiem/zespołem, ustala, czego faktycznie nauczyły się dzieci. Po wygaśnięciu aktywności – pomaga uporządkować doświadczenia, uogólnić lub przetworzyć informacje.
    Uczestniczy w reorganizacji i restrukturyzacji wiedzy osobistej dzieci.
    Pyta o wrażenia z działań, zachęca do refleksji nad własnym działaniem, jego konsekwencją, do samooceny.

    Metoda ma niebywałe zalety. Warto wskazać jeszcze na inne:
    – możliwość wyboru aktywności zgodnie z zainteresowaniami/uzdolnieniami,
    – dziecko wybierze zadanie nie przekraczające jego możliwości – silna potrzeba sukcesu, który motywuje do działania,
    – nauczyciel zawsze ma możliwość ukierunkowania (zachęcenia) do podjęcia nieco trudniejszego zadania,
    – w zadaniach otwartych nie ma pojęcia „źle wykonane zadanie”. To niezwykle ważne dla powodzenia dalszej edukacji, by małym dzieciom nie drukować do głowy „źle!” . Będą się wtedy wycofywać z aktywności, nabiorą braku zaufania do siebie, a niska samoocena daje właśnie o sobie znać najmocniej w gimnazjum.
    – sytuacje, zadania otwarte to najlepsza okazja do prowadzenia obserwacji i stawiania diagnozy o potencjale i potrzebach dzieci.
    Pozdrawiam serdecznie, na pewno będę zainteresowana podbudową teoretyczną, którą Marzeno, opracujesz.
    N.

  29. „Metoda ma swój stały schemat scenariusza. Składa się z pięciu elementów.
    Schemat scenariusza:
    1. Przedmiot odkrycia.
    2. Punkt wyjścia.
    3. Zadania.
    4. Warunki materialne.
    5. Element wymagający wyeksponowania.”

    Widzę, że nie używając mądrych słów do nazwania tej metody bardzo często ją stosuję – w pracy ze starszymi dziećmi (liceum, gimnazjum).

    Kilka komentarzy:

    0. Bardzo nie lubię słów „schemat scenariusza” – to sugeruje konieczność sztywnego trzymania się założeń. Wolę to traktować jako „luźny i niezobowiązujący konspekt”. Bardzo często (w większości przypadków) tak pomyślane zajęcia z powodzeniem są kontynuowane w zupełnie nie zakładanym kierunku. To, oczywiście, wymaga od nauczyciela przygotowania wystarczającego do zaimprowizowania dalszego ciągu, podążając za uczniami.

    1. „Przedmiot odkrycia” powinien być ukryty przed uczniami (za wyjątkiem zadań zamkniętych), a i z punktu widzenia nauczyciela nie musi być bardzo precyzyjnie określony. Podanie go otwarcie zabija większość zabawy z odkrywania. „Płyniemy odkryć Amerykę” – to oksymoron. Albo „odkryć” albo wiemy, że tam jest Ameryka i ją znajdziemy, więc po prostu nudzimy się w podróży.

    2. Zgadzam się w całej rozciągłości!

    3. Cieszę się, że Pani podkreśla prymat zadań otwartych, zamknięte traktując tylko jako uzupełnienie!
    Podkreśliłbym tu podział zadań i dostosowanie aktywności do indywidualnych upodobań i wykorzystanie ich do współpracy. Doskonałym przykładem są tu moi uczniowie – bracia (12, 15 lat), z których młodszy zdecydowanie skupia się na techniczno-inżynierskiej stronie doświadczeń, a starszy na ich interpretacji.

    4. Często to okazja do wykorzystania warunków materialnych powinna być okazją do zaproponowania takich zajęć.

    5. Byleby nie przesadzać ze sztywnym trzymaniem się tego „obiektu do wyeksponowania”. Bardzo często (w większości przypadków…) to, co przewiduję na taki obiekt jest mniej warte wyeksponowania, niż coś, co samo wyszło uczniowi w czasie zajęć. Bądźmy gotowi na improwizację w takich przypadkach!

  30. Janina Huterska- Górecka

    Sz. Panie Ksawery – w pełni (pkt 1 – 5 ) się z Panem zgadzam!!! Ja po prostu nie doprecyzowałam objaśnień. Autorka metody też zakłada, że będzie to „luźny, niezobowiązujący konspekt”, ponieważ nie jesteśmy w stanie przewidzieć, które oferty zainteresują dzieci, na ile przyjmą je w postaci zaproponowanej przez nauczyciela, na ile (w jakim kierunku) zmodyfikują je po swojemu.
    Czynnik podstawowy metody – to m o ż l i w o ś ć w y b o r u.
    Fakt, słowo „schemat” kojarzy się źle, jako coś całkiem zamkniętego. Zapamiętam tę uwagę i w pracy z nauczycielkami zamienię np. na „propozycja organizacji i przebiegu zajęć”…
    Wskazana metoda odpowiada zasadom edukacji ku emancypacji wg prof.D Waloszek (Pedagogika przedszkolna) i demokratycznemu stylowi pracy nauczyciela:
    1. nieprzeszkadzanie rozwojowi dziecka;
    2. dowartościowywanie wysiłku i rezultatu działania;
    3. prowokowanie do działania (coraz bardziej zorganizowanego, celowego, trudniejszego)
    4.porozumiewanie się we wszystkich możliwych formach, sposobach i środkach tworzących warunki do działania.
    Piszę o tym dlatego, by powiedzieć, że teorię i metodykę dla edukacji najmłodszych mamy wspaniałą. Trudno mi zrozumieć, dlaczego nauczyciele wciąż upierają się przy praktyce, która krzywdzi dzieci.

  31. stary

    Niezbyt podoba mi się sposób w jaki została potraktowana Agnieszka. Dowiedziała się, że nie potrafi uczyć. Wyciągnęła też wniosek:
    o problemach się nie mówi, to źle świadczy o osobie mówiącej.
    Bardzo trudno jest zmotywować niektórych uczniów do nauki. Czasami jest to wręcz niemożliwe.
    Egzaminy zewnętrzne spowodowały, że ocenia się nauczyciela, nie uczniów. Rozumiem Agnieszkę.

    Zapytałem się dziewczyny z renomowanego liceum: Ile osób czyta lektury? Dowiedziałem się, że średnio 15%. Reszta zadawala się streszczeniami.
    O gimnazjum już nie będę wspominał.

  32. Jeśli to, co napisałem jest odbierane jako krytyka ad personam Agnieszki, to proszę przyjąć moje wyrazy ubolewania! Moim zamiarem w żadnym razie nie było demotywowanie Agnieszki, a wprost przeciwnie – zwrócenie uwagi, że (moim skromnym zdaniem) droga, jaką przyjęła prowadzi do nikąd i warto, by ją przemyślała.
    Jeśli była w tym nuta agresji – raz jeszcze przepraszam!

    „z renomowanego liceum: Ile osób czyta lektury? Dowiedziałem się, że średnio 15%. Reszta zadawala się streszczeniami.”

    Widzę to w zbliżonych liczbach – przynajmniej w klasach innych, niż humanistyczne.
    A czy więcej, niż 15% dzisiejszych maturzystów – nawet z renomowanych liceów – zasługuje na miano „inteligentów”? I czy zadaniem szkoły jest promowanie tego, by więcej, niż te 15% lubiło czytać książki, czy przyjmujemy perspektywę egzaminacyjną: naszym celem jest, by wszyscy znali streszczenie „Lalki”?

    To jest cena, jaka płacimy za masowość edukacji. Wszyscy mają dyplomy, ale tyle samo osób reprezentuje pewien poziom wykształcenia, co 100 lat temu. Wtedy też około 15% populacji miało maturę. Tyle, że wtedy matura była miarodajnym certyfikatem tej erudycji, a dziś nie jest.

    • mazylinska Post author

      Ja się bardzo cieszę, że Agnieszka opisała problem z punktu widzenia nauczyciela uczącego w słabych klasach. To bardzo ważne, żeby o tym mówić, bo jeśli się nie widzi problemu, to nie można go rozwiązać. A problem naprawdę jest i dotyczy dużej grupy uczniów! Sytuacja z punktu widzenia wielu nauczycieli jest patowa. Pracują zgodnie z tym, jak ich do zawodu przygotowano, wielu wkłada w przygotowanie lekcji naprawdę dużo pracy, a oczekiwanych efektów brak. Do tego, tak jak pisze stary (szkoda, że nie chce podać swojego imienia lub innej ksywki 😉 wynik egzaminów, to również ocena pracy nauczyciela. Trzeba powiedzieć sobie jasno, nauczyciele nie zostali przygotowani do uczenia takich uczniów, jacy dziś siedzą w szkolnych ławkach i w obliczu problemów pozostawieni są samym sobie. Bo czy z opisanymi problemami można się gdzieś zgłosić po pomoc? Czy system przewidział, że uczniowie odmówią współpracy? Łatwo powiedzieć, że nie powinno się pewnych rzeczy robić za uczniów. Agnieszka dobrze wie, że oni powinni czytać lektury sami. Problem w tym, że zrobiła wszystko, co mogła, a oni nie czytają, więc im opowiada. Jeśli lektur na egzaminie nie będa znać, to będzie to wina nauczyciela.
      Ksawery, nie do końca rozumiem, jak Ty widzisz sytuację. Z ostatniego wpisu wynika, ze Twoim zdaniem własnie 15% populacji to osoby, które można zachęcić do czytania (więc próżne trudy starających się nauczycieli), a z drugiej strony wcześniej pisałeś, że uważasz, że nauczyciel powinien nakłonic klasę do samodzielnej lektury. Mnie się wydaje, że przed wojną dużo mniej osób miało maturę. Może ktoś znajdzie te dane?

      @ Nina
      Pięknie Ci dziękuję za opis metody!!! Już mi się podoba, ale zajmę się tematem troszkę później, myślę, że uda się jeszcze w styczniu. Widzę, że decyzja o prowadzeniu bloga, była ze wszech miar słuszna. Dzięki temu mogę poznać wspaniałych ludzi i wiele się nauczyć!

  33. Twierdzę, że tych 15% nie trzeba specjalnie zachęcać, ale nie wolno ich zniechęcać. Należy premiować i nagradzać to, że czytają, a nie zniechęcać ich, pokazując, że wyszli na frajerów, czytając coś niepotrzebnie, bo my teraz streścimy lekturę na potrzeby pozostałych 85%, mających literaturę głęboko gdzieś i sprowadzimy dyskusję do poziomu dostępnego dla nich po wysłuchaniu streszczenia. Streszczając i opowiadając nie zachęcimy do czytania tych, którzy nie przeczytali – utwierdzimy ich tylko w przekonaniu, że postąpili właściwie czytając streszczenia i bryki. Za to tym, którzy czytali wykażemy, że postąpili bez sensu.

    Należy dyskutować z tymi 15%, a resztę zachęcać do tego, by się do czytania przyłączyła. Na pewno nie zachęcimy ich do czytania opowiadając im, streszczając i podając w brykowej formie wszystko to, co jest wymagane do zdania testu.

    „Mnie się wydaje, że przed wojną dużo mniej osób miało maturę.”
    Masz rację, przesadziłem ponad dwukrotnie. Nie znalazłem pełnego spisu powszechnego on-line, ale w roku 1937 szkoły powszechne ukończyło 240,000 uczniów, a maturę uzyskało 15,000. Zakładając, że nie było wielkiej dysproporcji między liczebnością roczników, dawałoby to trochę ponad 6%. Pewnie było trochę więcej, bo maturzyści 1937 to rocznik 1919 – ciągle niż zawieruchy wojennej.

  34. Aga

    Po przeczytaniu tego artykułu chciałam podzielić się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi poziom czytania u dzieci. Mam młodszą kuzynkę, która ma obecnie 10 lat i uczęszcza do 4 klasy. Mianowicie zaobserwowałam, że po każdym powrocie do domu zdejmuje ona kurtkę i od razu zajmuje miejsce przed telewizorem i potrafi spędzić tam nawet do 5 godzin dziennie. Jest to dla mnie bardzo niepokojące, gdyż jak do tej pory całkiem inaczej wyobrażałam sobie przebieg dnia takiego dziecka. Z mojej obserwacji wynika, że jest to wina rodziców, którzy, zaangażowani w swoją pracę, nie poświęcają uwagi swoim dzieciom i tym samym doprowadzają do złych nawyków. Uważam, że zadaniem rodziców jest motywowanie dzieci do sięgania po książki, a także WSPÓLNE czytanie. Tylko dzięki temu dziecko może pokochać książki.

  35. Iwo

    Moim zdaniem problem z czytaniem lektur wynika przede wszystkim z tego, że lektury „trzeba” czytać. Z przyjemnością sięgam po pozycje „nieobowiązkowe”, te które uważam za warte przeczytania, godne uwagi. Problem z przymusowym czytaniem tego, co jest zadane zauważyłam także u mojego brata. Razem z mamą próbowałyśmy namówić go na przeczytanie chociażby opracowania lektury. Niestety nie dawało to żadnego efektu. Wtedy wpadłyśmy na pomysł, by czytał te streszczenia w wersji elektronicznej, jako że spędza większość wolnego czasu przed komputerem. Ku mojemu zdziwieniu brat, w przerwach między grami, spoglądał na streszczenie lektury na komputerze.
    Pisząc o tym chciałam pokazać, że komputer to nie tylko „wróg czytania”, który odciąga dzieci i młodzież od książek. Dzisiejsza młodzież żyje w świecie komputerów i internetu. Nie zabierajmy im tego narzędzia pracy, bo odciągając ich od tego, co lubią, możemy ich tylko zniechęcić.

  36. Monika

    Pani Agnieszko, Czy próbowała Pani porozmawiać z uczniami o problemie z czytaniem książęk. Może udałoby się wspólnie znaleźć rozwiązanie? Może spróbowałby Pani porozmawiać z nimi zapytać co oni sądzą o sytuacji.

  37. Ojej:)
    Marzeno (bo tak mogę już powiedzieć:) co jest bardzo sympatyczne) ależ jestem ciekawa Twoich tekstów:)

    Jestem też zadziwiona aż taką reakcją na mój komentarz. To co myślę i mówię głośno o pracy w szkole to najbardziej potoczne doznania większości nauczycieli. Mówimy o tym głośno od lat: między sobą w pokoju, na radach, nawet na towarzyskich spotkaniach, na kursach i szkoleniach. Każdy normalnie funkcjonujący w gronie pedagogicznym dyrektor wie o tym, że tak wygląda proza życia polskiej szkoły. Zna problemy, z którymi się borykamy, zna stopień naszej frustracji z powodów zmieniających się przepisów lub niedostosowania systemu do tychże paragrafów zawierających nowe wytyczne zgodne z nowymi koncepcjami pedagogicznymi, ale niemające racji bytu w rzeczywistości. Zna naszą bezradność wobec sytuacji bez możliwości rozwiązania, a to z powodu braku przepisów, a to z powodów typowo ludzkich, bo przecież w naszej pracy kierowanie się rozumem i sercem jest jednym z najważniejszych funkcji – i do tego nie potrzeba żadnej ideologii, nowoczesności czy europejskich traktatów, a co za tym idzie polskich planów strategicznych. Cała prawda o pracy nauczyciela zatrzymuje się w gabinetach dyrektorskich, bo tak jest skonstruowany system oświaty: nie wolno wykazać, że szkołą ma problemy. Wiem z doświadczenia, bo nawet zorganizowaliśmy w naszym gimnazjum debatę z ludźmi odpowiedzialnymi w naszym mieście za finanse, politykę i bezpieczeństwo i po przedstawieniu naszych bolączek z uczniami trudnymi, podchodzącymi pod kodeksy karne – ale skończyło się to dla nas niekorzystnie: straszono nasz wizytacjami, w mediach dyrektorzy innych szkół wypowiadali się, że u nich nie ma takich problemów, a w maju część z nas dostała pod pozorem braku etatów umowy o zgodę na zmniejszenie godzin lub wypowiedzenie z pracy. Wszystko skończyło się w miarę dobrze, bo część nauczycieli poszła do sądu i nagle etaty się znalazły, ale cośmy przeżyli to nasze…. a cośmy się nauczyli o sposobach funkcjonowania systemu, to też „nasze”.

    W Polsce wprowadzane są zmiany ciągle odgórnie. Nikt nie zapyta samych zainteresowanych, czego im tak naprawdę do pracy potrzeba. Jako nauczycie z pasją powiem, że kwestię wypłaty postawiłabym na końcu. Nikt z ministerstwa nie robi żadnych ankiet wśród nauczycieli, gdzie potrzebne są zmiany, jakie potrzebne są zmiany, jakie warunki powinny się zmienić, by móc dobrze wykonywać pracę. Że wizytacje i ewaluacje i kontrola zarządcza – która się obecnie stałą zmorą szkół? To tylko kontrola i lepiej niech wyjdzie dobrze, bo mogłoby się skończyć źle dla szkoły – a często zupełnie niepotrzebnie.

    Na resztę spraw odpowiem za kilka godzin – bo jest na co odpowiadać:)
    Teraz muszę lecieć na radę. Z kilka godzi na niej zejdzie:)

    Do poczytania.

    Agnieszka

  38. Przepraszam za niezgodności stylistyczne w środku komentarza, chciałam dużo powiedzieć pod wpływem emocji – zawsze wtedy troszkę się gubię – i kończąc rozpoczętą myśl, nie przeczytałam jej początku:)

  39. Ksawery powiedział
    „Jeśli tolerujesz to, że nie czytają i nie uczą się, a w zamian opowiadasz im, zdejmujesz z nich odpowiedzialność za uczenie się, a przyjmujesz na siebie odpowiedzialność za nauczenie ich (tryb dokonany!), to nie dziw się, że tak to wygląda.
    Lepiej będzie dla nich, jeśli zachęcisz ich w jakiś sposób do przeczytania czegokolwiek samodzielnie, niż jeśli masz opowiadać im lektury – to nie prowadzi do nikąd.”

    Myślę, że źle mój komentarz. Powiedziałam, że stosuję sporo sposobów, by zachęcić uczniów do czytania, a opowiadanie im lektur jest na samym końcu, kiedy z całej klasy 28-osobowej lekturę przeczytała 1 osoba. Czy zdejmuję z nich odpowiedzialność opracowując lekturę w taki a nie inny sposób? W sytuacji takiej jak opisałam powyżej zostają mi dwie drogi:

    – machnąć ręką i pójść dalej – (tylko tak naprawdę gdzie) – bo jak rozmawiać z uczniami o bohaterach, których nie znają – i nie przejmować się, że dzieci nie znają lektury podawanej przez podstawę programową – czym przecież odstępuję od moich obowiązków;

    – zrobić wszystko, by z treścią książki i bohaterami byli jak najbardziej obeznani, by umieli wykorzystać wydarzenia, postacie i ich postawy do napisania rozprawki, która jest przecież jednym z podstawowych wypracowań, wymaganych na egzaminie chociażby, czy na lekcjach polskiego w szkole średniej, – i mieć poczucie dobrze wypełnionego zadania, zgodnego z moimi obowiązkami.

    Wybieram drugą opcję. Nie mogę bazować jedynie na uczuciach żalu czy pretensji do uczniów i zlekceważyć ich tak, jak oni z racji swego wieku czy młodzieńczej głupoty lekceważą swoje obowiązki. Moim zadaniem w takiej sytuacji jest doprowadzić ich do konkretnego celu, nadać „doprowadzeniu” formę, w której uczniowie odnajdą się i przyswoją informację po to, by móc je potem wykorzystać twórczo w dalszej pracy – a to do stworzenia prezentacji, do napisania twórczego opowiadania, do zaprojektowania plakatu z określonymi hasłami, do napisania dedykacji, do posługiwania się danymi pojęciami, do kojarzenia potem we współczesnej kulturze podobnych zjawisk. Bez zapoznawania ich z książką nic nie mogę potem zrobić.

    Ksawery pisze dalej tak:
    „Pozostaje ubolewać, że większość nauczycieli – jak Agnieszka – czuje na sobie obowiązek nauczenia każdego, choćby wbrew jego woli i chęciom, odchodząc tym samym od odwiecznej roli nauczyciela: uczenia tych, którzy chcą się uczyć i z nauczycielem w tym procesie współpracują.”

    Pracuję w szkole masowej, publicznej – nauczanie (jak dobrze, że zastosowałeś to słowo – bo na nim mi właśnie zależy) należy do moich podstawowych obowiązków, wyznaczonych przez dyrektora. Chcę nauczyć każdego – współpraca jest mojej postawy jednym z jej elementów. Pracując w takich warunkach nie mogę mieć jednego modelu nauczania, jednego sposobu pracy. Zbyt mocno są zróżnicowane klasy (nie mówiąc o różnorodności uczniów w samych klasach), by móc postawić tylko na model promowany przez współczesnych teoretyków – ideowców, nie mających żadnych kontaktów ze szkołą w jej najbardziej niesprzyjających warunkach – bo okazjonalne lekcje w wybranych klasach czy prowadzenie lekcji w wybranej szkole z wyselekcjonowaną klasą nie są dla mnie poważną praktyką nauczycielską, z którą można dyskutować.
    Współpraca i pewnego rodzaju zaufanie uczniowskim chęciom pojawia się u mnie zawsze, kiedy uczniowie wyrażają na to chęć i gotowość. Dzięki temu udało mi się zrobić z dziećmi kilka ciekawych lekcji, kilka fajnych projektów, nawiązać z kilkoma uczniami bliższe więzi, dać szansę mi i im wzajemnego poznania. W sytuacji, kiedy pracuję z dziećmi zaburzonymi psychicznie, emocjonalnie i życiowo, a niestety cechy te są ze sobą często sprzężone, moim obowiązkiem jest stworzenie im takich warunków edukacyjnych, by czuły się bezpieczne, akceptowane, rozumiane i docenione – a to wymaga innego nastawienia ode mnie niż liczenie na to, że oni zechcą ze mną współpracować ot tak, bo stworzę im sprzyjającą im atmosferę. Być może są nauczyciele, którzy to potrafią i z dziećmi o sprzężonych dysfunkcjach + niedostosowanie społeczne + nałogi robią – mając oczywiście takie zakres obowiązków w szkole jak ja – rzeczy, o których mi się nie śniło. Podziwiam ich i szanuję, ale skoro nie mam w sobie takiej mocy, ani umiejętności jak oni – muszę wykonywać swój zawód w taki sposób, jak najlepiej umiem to robić ja.
    Żeby nie było: nie utyskuję na swoją pracę, ani się nie żalę na taki a nie inny stopień jej trudności – pokazuję tylko typowe – tak mi się wydaje – trudności i problemy, z jakimi borykam się w szkole w codziennej pracy, którą lubię i od której dostaję bardzo dobre informacje zwrotne. Nie jestem typem narzekającego nauczyciela, lubię pracę w klasach trudnych, ale nie mam nic przeciwko pracy w klasach dobrych:)

    Wracając do cytatu z wypowiedzi Ksawerego – nie wyobrażam sobie, by nie próbować trafić do każdego dziecka – choć są i przypadki, do których nie trafi nic (ot, choćby jak jeden z pierwszoklasistów, który właśnie wrócił do szkoły z dwumiesięcznego pobytu w psychiatryku i którego mama – będąc w ciężkiej sytuacji życiowej – nie może zmusić do brania leków, i niestety dochodzi w klasie do różnych sytuacji, odwracającej moją i innych uczniów uwagę od toku lekcji). Jeszcze raz powtórzę: czy zdejmuję z nich przez to odpowiedzialność? Myślę, że nie. A na pewno nie odpuszczam odpowiedzialności swojej.

    I proszę mi wierzyć, że dyktowanie i opowiadanie nie jest jedynym sposobem pracy. Powiem jeszcze tyle, że właśnie po takich lekcjach często słyszę „To ja to jednak przeczytam” . I oto przecież w tym chodzi.

  40. Janina Huterska powiedziała:
    „Bardzo trafne spostrzeżenie Ksawerego. Takie zjawisko brania odpowiedzialności nauczycieli za uczenie się dzieci obserwuję w przedszkolach i edukacji wczesnoszkolnej. Zaangażowanie nauczyciela, by dziecko/uczeń „dobrze” (czyje „dobrze”?) wykonało zadanie przybiera często formę myślenia i działania za dziecko – „wskazywanie palcem”,gdzie, co, jak, przy pomocy czego…Efektem takiego postępowania jest, jak to określa prof. A.Brzezińska, „wyuczona bezradność”.”

    Zapewniam, że branie odpowiedzialności nauczycieli za uczenie się dzieci nie musi polegać na narzucaniu uczniowi nauczycielskiej interpretacji czy sposobu podejścia do lektury i z pewnością nie polega na wskazywaniu palcem co, gdzie, jak. I na pewno nie jest związane z tym, co powiedziałam na temat opracowywania lektur. Jestem przeciwniczką podawania uczniom wszystkiego na tacy i pierwsze 2-3 miesiące w pierwszej klasie to przede wszystkim wysiłek w przestawienie trzynastolatków na tory samodzielnej pracy, do czego nie są niestety przyzwyczajeni. Wysiłek daje jednak rezultaty i w pewnym momencie możemy razem zrobić kolejny krok i przejść do etapu pracy metodami wymagającymi współpracy i odpowiedzialności za swoje działanie.
    Myślę, że tak jak w przypadku Ksawerego – nie do końca Janino mnie zrozumiałaś.

    „Z własnej praktyki wiem, że rzeczywiście (jak podpowiada Ksawery) wystarczy zajmować się tymi, którzy chcą. Jeżeli jest ciekawie, dobry klimat, atmosfera, aplauz dla zaangażowanych, inni bardzo często szybko dołączają.”
    Czas ucieka. Nie czeka na „wykluczonych”, tych, którzy stoją z boku i zajmują się swoimi sprawami. Nie mogę zajmować się tylko tymi, którzy chcą, którzy potrafią swoje chcenie wyrazić głośno. Nie pominę w swoim nauczaniu cichutkiej Oli z drugiej klasy, o której istnieniu nikt by w czasie lekcji nie wiedział, gdyby nie lista obecności; nie pominę nadpobudliwego Michałka z trzeciej, przeżywającego w domu katorgę od starszego brata, którego trzeba czasem nauczyć czytać trudniejszych wyrazów i wysłuchać o umierającym psie i zapracowanej mamie, która w końcu dostała nadgodziny; nie pominę Wojtka z trzeciej ze zdiagnozowanym FAS-em, z którym można jedynie porozmawiać o grze „Wiedźmin” i bajce „Jak wytresować smoka”; nie pominę niesamowicie sympatycznego Kamilka z trzeciej i nie będę czekać na jego „chęci”, bo pod wpływem częstych chorób z dziwnych przyczyn przychodzi tak rzadko do szkoły, że wykorzystuję każdą jego obecność, by jednak czegoś się nauczył, zanim znowuż zniknie. Nie pominę siedemnastoletnich dziewczyn, mających jednak nadzieję na skończenie gimnazjum, próbujących poskromić swoje podwórkowe aroganctwo, by porozmawiać o Alku, Rudym i Zośce, choć za chwilę pójdą znowuż poszukać na przerwie miejsca do brojenia…
    Nie oznacza to, że zajmuję się tylko dziećmi na pozór „niechcącymi”. Bo to często pozór tylko…
    Ot, z Anitą z drugiej planujemy projekt fotograficzny w ramach akcji „Młodzież w działaniu”, zaraz podeślę jej odpowiednie linki i będzie szukać chętnych do swojego pomysłu; z szóstką drugoklasistów za chwilkę podejdziemy do drugiego etapu programu Młodzi Przedsiębiorcy; za dwa tygodnie dostanę od Zuzi sprawozdanie z jej wolontariatu w ramach programu „Poczytaj mi przyjacielu”, z tego co wiem i Miranda chce pójść do przedszkola zobaczyć, czy da radę; Jedenaścioro z pierwszej zakończy w lutym międzynarodowy projekt w eTwinningu; a w czwartek przedstawię na rzutniku mojej drugiej klasie przygotowaną przeze mnie prezentację w ppt o Inwokacji i poszukamy razem, bazując na ich pomysłach tematy do ich prezentacji, jako jednego ze sposobu zapamiętania i zgłębienia treści, problematyki „Pana Tadeusza”…. i tak mogłabym jeszcze przez chwilkę popisać w tym stylu.

    Dzieci są różne. I wymagają różnego podejścia z mojej strony. Skupianie się na jednej strategii, na jednym rodzaju motywacji – choćby uważanym za niesamowicie nowoczesne i zgodne z bieżącymi tendencjami w psychologii i filozofii – jest według mnie niedobre i jednostronne. Pobudza tylko znowuż jedną stronę aktywności umysłowej dziecka, a przecież chodzi o rozwój jak najszerszy.
    Pewnie powiem coś znowuż niepopularnego wśród tutejszych komentatorów, ale – obserwując ostatnich pierwszoklasistów – nawet uczenie gramatyki się przydaje – choćby potraktowane jako ćwiczenie na skupienie, rozwój logicznego myślenia i pamięci – a z tymi trzema sprawami dzieci mają coraz większy problem.

  41. Ksawery napisał:
    „Odpowiedzialności uczy się nie specjalnymi lekcjami „temat: odpowiedzialność”, tylko egzekwując tę odpowiedzialność. Nie przeczytałeś: twoja sprawa, dostajesz jedynkę i nie przeszkadzaj w dyskusji, prowadzonej w gronie tych kilkorga, którzy przeczytali lektury (w dzisiejszych czasach nie można niestety wyrzucić ucznia z klasy).”

    Oj, i dobrze, że nie można wyrzucić… bo przynajmniej ma się ich na oku i nic się w szkole takiego nie stanie, przynajmniej kiedy jest na lekcji…

    Proszę mi wierzyć, że jedynki dostają za nieprzeczytanie, ale co ja bym z tego miała, gdybym poprzestała na wstawieniu jedynek? Na wczoraj pierwsza b miała przeczytać (przez miesiąc czasu) książkę Tolkiena „Hobbit, czyli tam i z powrotem” . Na 28 osób przeczytały 2. Mogłam wstawić 26 jedynek. I co z tego by było? Po pół roku wiem, że nic. Wzruszenie ramion. Taki panuje teraz styl wśród nastolatków mających obniżony próg ambicji i wiary w siebie. Przecież dostali jedynkę za „Harry Potter i kamień filozoficzny”, za „Przygody Odyseusza”, pewnie dostaną też za „Ronję, córkę zbójnika”. Powiesz Ksawery, że lektury nie te? Zapewniam Cię, za „My dzieci z dworca ZOO” też posypałoby się ich sporo. Pratchett? Zapomnij. „Ala ma kota”? Nie ma o czym mówić.
    Może gdyby był komiks z graczami w Tibię…. albo książka z mocnymi, brutalnymi scenami, o szkolnych bandziorach. Może…
    Wracam do głównego wątku myśli: myślisz, że ci dwaj chłopcy chcieli „dyskutować o książce”? A wiesz, co zaczynało się robić w klasie, kiedy próbowaliśmy o niej rozmawiać? Mam pod opieką 28 trzynasto-czternastolatków z kilkoma starszymi chłopcami. Nie mogę sobie pozwolić na rozprężenie 26 uczniów po to, by z dwoma „podyskutować”.

    Ksawery w jakiego rodzaju uczysz szkole?

  42. odnośnie komentarza Starego.

    Dzięki:) Faktycznie komentarze Ksawerego i Janiny odebrałam najpierw jako ocenę mojej postawy, i jako kobieta kierująca się emocjami – poczułam się niezrozumiana i niesłusznie ściągnięta do poziomu dyktującej belferki o ograniczonym pojęciu tego, co ważne w procesie nauczania, ale… nie pierwszy to mój komentarz na czyimś blogu i udział w dyskusji, więc wiem, że pierwsze wrażenie jest bardzo często mylne i lepiej rozmawiać odkładając na bok wrażenia – posługując się jedynie rzeczowymi argumentami. Jeśli one nie trafią i nie znajdą posłuchu… cóż, trudno. Skoro uznaję różnorodność dzieci, czemu nie miałabym tolerować różnorodność myślenia u dorosłych;)

    • mazylinska Post author

      Agnieszko, tak jak ja to rozumiem, to ani intencją Ksawerego ani Niny nie była krytyka Twojej osoby. Im chodziło raczej o to, że trzeba jednak szukać innych dróg dotarcia do uczniów i nakłonienia ich do aktywności. Ja dobrze rozumiem opisaną sytuację i bezradność nauczycieli. Prowadzę dużo seminariów i szkoleń i często słyszę podobne opinie.Wielu nauczycieli nie wytrzymuje sytuacji, ale z punktu widzenia uczniów problem wydaje się równie dotkliwy. Ten system jest niszczący dla wszystkich stron, między innymi dlatego, że nie dopuszcza do przyznania, że jest dysfunkcyjny. Świetnie to sama opisałaś! „Cała prawda o pracy nauczyciela zatrzymuje się w gabinetach dyrektorskich, bo tak jest skonstruowany system oświaty: nie wolno wykazać, że szkołą ma problemy. Wiem z doświadczenia, bo nawet zorganizowaliśmy w naszym gimnazjum debatę z ludźmi odpowiedzialnymi w naszym mieście za finanse, politykę i bezpieczeństwo i po przedstawieniu naszych bolączek z uczniami trudnymi, podchodzącymi pod kodeksy karne – ale skończyło się to dla nas niekorzystnie (…).”
      To jest dla mnie kluczowy problem, dlaczego osoby odpowiedzialne za edukację NIE CHCĄ WIDZIEĆ PRAWDZIWYCH PROBLEMÓW SZKOŁY, dlaczego wolą fikcję? W rankingach nie wypadamy źle, po co pytać uczniów i nauczycieli, skoro mamy statystyki?
      A jednak wierzę, że można inaczej, ale wymaga to zejścia ze znanej ścieżki – która, jak widzi każdy, kto ma do czynienia ze szkołą, , prowadzi na manowce – i wytyczenia nowych, odpowiadających potrzebom dzisiejszego świata.
      Dziś muszę jeszcze sprawdzać prace studentów, ale jak obiecałam, napiszę później (pod koniec stycznia), co mnie chodzi po głowie. Jeśli chodzi o języki obce, to mam mnóstwo pomysłów, które testujemy razem z moimi studentami w szkołach. Ale na pewno da się znaleźć rozwiązania dotyczące języka polskiego. Trzeba próbować, a coś wymyślimy 🙂 Ale wymaga to odejścia od tradycyjnej metodyki.
      Tylko najpierw trzeba mieć dobrą diagnozę i otwarcie mówić o problemach! Im więcej nauczycieli będzie to robić, tym większa szansa na szybkie zmiany.

  43. Marzeno: świetnie mnie zrozumiałaś, co widzę w ostatnim Twoim komentarzu. Właśnie o to chodziło.

  44. „myślisz, że ci dwaj chłopcy chcieli „dyskutować o książce”? ”
    Myślę, że przynajmniej byli na to gotowi i otwarci. W „Hobbicie” jest mnóstwo tematów do podyskutowania z trzynastolatkiem. Szczerze mówiąc, z podanych przez Ciebie książek, to jedyna o jakiej podjąłbym się podyskutowania z gimnazjalistami. Ale – jak rozumiem – dyskusji nie było, bo reszta nie przeczytała. Mam nadzieję, że ci dwaj chłopcy nie dostali w efekcie trwałej awersji do Tolkiena, ani że nie zostali zupełnie zdemotywowani do poważnego traktowania przygotowywania się do lekcji – w końcu to oni wyszli na durniów, którzy marnowali czas na czytanie lektury, której nawet nie omówiliście, a tych, którzy zignorowali swoje obowiązki nie spotkały żadne konsekwencje, a lekcję przeprowadziłaś pod kątem nie tych obowiązkowych, tylko pod kątem leserów. Olewactwo popłaca, spełnianie obowiązków i wypełnianie zaleceń nauczyciela to frajerstwo.

    „Ksawery w jakiego rodzaju uczysz szkole?”
    Nie uczę w szkole. Ucząc prywatnie naprawiam zniechęcenie i obrzydzenie u tych uczniów, którym szkoła odbiera tę niewielką motywację, jaką jeszcze w sobie mają i których szkolny walec stara się wyrównać w dół i wwalcować w magmę bylejakości, olewactwa, nudy i bezsensu.
    Stąd moje apele, by działaniami nastawionymi na chory cel, jakim jest przeciąganie przez egzamin gimnazjalny wszystkich tych, co mają wszystko gdzieś, nie czytają, nie chcą czytać i nic ich nie interesuje, nie obrzydzać literatury, wiedzy i nauki tym, którzy szkołę chcieliby traktować poważnie i przychodzą do niej po to, by się czegoś w niej nauczyć i się rozwinąć.

    • mazylinska Post author

      Ksawery pisze:
      „Stąd moje apele, by działaniami nastawionymi na chory cel, jakim jest przeciąganie przez egzamin gimnazjalny wszystkich tych, co mają wszystko gdzieś, nie czytają, nie chcą czytać i nic ich nie interesuje, nie obrzydzać literatury, wiedzy i nauki tym, którzy szkołę chcieliby traktować poważnie i przychodzą do niej po to, by się czegoś w niej nauczyć i się rozwinąć.”

      Ale to nie jest ani wina, ani decyzja nauczycieli!!! Ktoś podejmuje decyzje, a nauczyciele muszą je realizować. Pytanie, czy wymagania wobec nich są realistyczne? Szczycimy się wysokim wskaźnikiem skolaryzacji (prawie 7o% uczniów podchodzi do matury). Żeby zdać maturę wystarczy 30% . W technikach, gdzie egzamin składa się z 3 części, praktycznej trzeba uzyskać co najmniej 75% możliwych do uzyskania punktów.
      Najwięcej osób oblewa część praktyczną. Tu jest prawdziwe sito.

      Kosztem owego „podniesienia” poziomu kształcenia jest takie jego obniżenie, by większość mogła zdać.
      Pytania:
      1. Czy w interesie społeczeństwa jest przygotowywanie 70% każdego rocznika do studiów?
      2. Czy tak duża grupa ma odpowiednie predyspozycje, by chodzić do szkoły typu liceum ogólnokształcące? Czy może tam rozwijać swoje talenty i uzdolnienia?
      3. Czy matura powinna być egzaminem „demokratycznym” (każdy może zdać, dlatego mamy tak niski próg), czy raczej elitarnym?
      4. Kto jest beneficjentem obecnego systemu?
      5. Dlaczego nie ma dobrych szkół przygotowujących do zawodu? W okolicy Torunia wszyscy szukają hydraulików!

      Doświadczenie pokazuje, że nie cenimy tego, co może mieć każdy! Skoro wykształcenie ma być dostępne dla wszystkich, to przestaje być pożądanym dobrem. Stąd problemy z motywacją.

  45. Wybacz Ksawery, ale nie rozumiesz nic z tego, co piszę. Trudno. Może potrzebujesz praktyki w przeciętnym gimnazjum w swoim mieście. Szkoda również, że poza najbardziej popularnym Tolkienem nie znasz innych wartościowych książek – czy to z klasyki literatury dziecięcej (wspaniała „Ronja…), czy z tego, co młodzież czyta pod ławką.

    Trudno prowadzi się rozmowę z kimś, kto patrzy na problem tylko jednostronnie i nie bierze pod uwagę wielu czynników na niego się składających.

  46. Marzena powiedziała:

    „Trzeba próbować, a coś wymyślimy 🙂 Ale wymaga to odejścia od tradycyjnej metodyki.”

    Zgadzam się. Trzeba szukać nowego, bo są nowe dzieci. Zapewniam Cię, że to robię.

  47. „Ale to nie jest ani wina, ani decyzja nauczycieli!!!”
    Ależ nie winię o to nauczycieli (a Agnieszki w szczególności) tylko system szkolny. Jednak podobnie jak Wiesław nie dziwię się, że większość nauczycieli akceptuje system w którym pracują i nie dąży do jego zmiany.

    1. Nie. Oni i tak nie są przygotowani do studiów. Mają papier, zwany „maturą”, nie poświadczający niczego (a zwłaszcza dojrzałości) ale w ogromnej większości do studiów nie są przygotowani. W żadnym społeczeństwie nie ma zresztą 70% populacji, która chciałaby studiować. Jeśli idą na studia, to nie po to, by studiować, ale by dostać dyplom.

    2. Nie. I nie chodzi tu o poziom inteligencji i zdolności, ale o uwewnętrznioną potrzebę rozwijania się i uczenia.
    Wydaje się, że w niektórych elitarnych liceach (również publicznych) można rozwijać się z pomocą tej szkoły, mimo obciążenia idiotyzmem przygotowania do testowej matury. Stąd moja, często tu powtarzana, obrona szkół elitarnych z selekcją kandydatów i wymaganiami.

    3. Demokratycznym – w tym sensie, że szkoła do niej prowadząca powinna być dostępna (w materialnym i organizacyjnym sensie) dla każdego chętnego. Nie miałbym nic przeciwko stypendiom szkolnym albo bezpłatnym internatom dla dzieci z biednych rodzin, pozwalającym na utrzymanie się w dużym mieście – tak, by chętni i zdolni ze wsi albo małych miasteczek mogli uczyć się w pierwszoligowych wielkomiejskich liceach.

    Elitarnym – w tym sensie, że poświadczającym stosunkowo wysoki poziom wiedzy i erudycji.

    4. Nikt. Poza tą liczną częścią nauczycieli, dla których święty spokój i nieruszalne stanowiska rutynowej i zbiurokratyzowanej pracy są istotną wartością. No i oczywiście, beneficjentami jest też cała ogromna rzesza urzędników ministerialnych, kuratoryjnych, metodyków, etc.

    • mazylinska Post author

      Ja też bym chciała, żeby system edukacyjny był demokratyczny na wejściu (dobra edukacja dostępna dla wszystkich) i elitarny na wyjściu (egzamin maturlany powinien być prawdziwym egzaminem).

  48. klaudia winiarska

    Drogi Panie Ksawery,

    odpowiadam z dużym opóźnieniem … przepraszam … ale okres świąteczno-noworoczny spędzałam na marginesie cywilizacji … i byłam często poza zasięgiem … : – )))

    Napisanie charakterystyki Kławdii Chauchat nie uważam za bezsensowne przedsięwzięcie … ale z pewnością nie sprosta temu młody człowiek bez odpowiedniego przygotowania i odpowiedniego przewodnictwa … w dodatku wychowany na krytykowanym tu wielokrotnie kanonie lektur.
    Natomiast, jeżeli nauczycielowi-przewodnikowi uda się „użyć” tej niezwykłej postaci, jaką jest Kławdia Chauchat, jako ZWIERCIADŁA duszy swoich podopiecznych, to sami będą chcieli pisać taką charakterystykę w poszukiwaniu nieodkrytych dotąd tajemnic własnej psychiki. Może być to fascynująca podróż w głąb samego siebie w takim duchu, jak wyraził to Novalis:

    „do wewnątrz poprowadzi tajemnicza droga. Wieczność z jej światami, przeszłość i przyszłość są w nas, albo nie ma ich nigdzie ….”, zapewne „nigdy nie pojmiemy siebie całkiem, ale możemy zrobić ze sobą coś więcej – i zrobimy …”

    Lub w duchu bardziej współczesnym:

    „Jeżeli podróże kształcą, to wyprawa w głąb samego siebie jest bodaj najbardziej kształcąca. Człowiek powraca przekształcony, zdolny do zrozumienia drugiego człowieka i związku istoty ludzkiej z kosmosem. Człowiek powraca z tej podróży tolerancyjny i życzliwy, albowiem zetknął się w swoim wnętrzu z treściami skłaniającymi go do zajęcia takiej postawy […]. Z takiej podróży człowiek powraca już nie taki, jak wszyscy, ale niepowtarzalny, a więc ktoś, o kim powiada się, że posiada osobowość, że jest indywidualnością, już nie numerem w masie ludzkiej. Ten człowiek – indywidualność, ale nie indywidualista – będzie szczególnie wartościowy dla zbiorowości, ponieważ dzięki osobistemu doświadczeniu psychicznemu pozna obowiązek ‘pojedynczego’ wobec ‘ogólnego’” (Krzak Z., Kowalski K., Tezeusz w labiryncie)

    Tak, czy inaczej, aby móc zrozumieć tajemnice „Czarodziejskiej góry” i dostrzec wewnętrzne powiązania postaci i odnaleźć je we własnej psychice, polecałabym (trudne również) lecz prostsze w swej konstrukcji opowiadanie „Tonio Kröger“. Łatwiej tu młodemu człowiekowi dostrzec i przeżyć, to wszystko, co wciąż powraca w prozie Tomasza Manna. Chyba kiedyś napiszę o tym jakiś dłuższy tekst … : – )))

    Serdecznie pozdrawiam i życzę wielu nowych odkryć w Nowym Roku!

    Może wspólnymi siłami znajdziemy odpowiedź na słusznie przez Pana zadane i przez wiele osób tu rozważane pytanie:

    „Po co przerabia się lektury?”

  49. Marzena powiedziała:

    „Dlaczego nie ma dobrych szkół przygotowujących do zawodu? W okolicy Torunia wszyscy szukają hydraulików!”

    Ano przez kilka ostatnich lat, nie wiadomo dlaczego, był nacisk na to, by likwidować szkoły zawodowe, bo niby źle kształciły i proponowane przez nich zawody nie miały racji bytu na rynku, a także dlatego, że uczniowie nie kończyli szkoły maturą, że był niski poziom itd. Czytałam artykuły w GW znawców od oświaty na ten temat i zawsze po takim tekście przychodziła mi go głowy myśl rodem ze spiskowej teorii dziejów: komu zależy na tym, byśmy za kilka lat nie mieli wykwalifikowanych murarzy, hydraulików, budowlańców, kelnerów, recepcjonistów, kucharzy i pielęgniarek (przecież pozamykano tzw. medyki). I po co jest takie parcie na to, by każdy miał maturę skończoną w liceach. Po co miesza się młodym ludziom w głowie, pchając ich na siłę do szkół, po których zostają tylko z papierkiem ukończenia szkoły średniej, zamiast nie pomaga w ogarnięciu przez nich swoich predyspozycji i zainteresowań do wykonywania w przyszłości jakiegoś zawodu.
    Patrząc z punktu widzenia praktyki życiowej na Zachodzie nie robią kariery polscy maturzyści po ogólniakach lub absolwenci licencjatu z marketingu i zarządzania tylko ludzie z konkretnym fachem w ręku: po technikum budowlanym, elektrycznym, elektronicznym, mechanicznym, gastronomicznym, z egzaminem z zawodu fryzjerki czy kosmetyczki.
    Ileż razy obserwowałam zgubienie moich byłych uczniów kończących nawet ze świetnym wynikiem lo i jednocześnie łądnie ułożoną karierę zawodową moich wychowanków, kończących zawodówki.
    Myślę, że niechęć do zawodówek czy techników w Polsce jest wynikiem jakiegoś naszego narodowego kompleksu, zapyziałości lub wady. Dobre pole popisu dla socjologów lub psychologów pracy;P;) Tak mało cenimy konkretną umiejętność przekładającą się na pracę, a taką dużą wagę przykładamy do pozornego blichtru tytułów, stanowisk i certyfikatów.
    Od lat mówię dzieciom w trzeciej klasie, by nie bały się posłuchać tego, co w ich duszy gra, do czego mają zamiłowanie czy dryg. Od lat tłumaczę, że w narodzie potrzebny jest pan profesor i lekarz po studiach, ale również pani sprzątaczka, pani kasjerka, kucharz, czy szewc, bez których umiejętności żadne wysoko wyuczone społeczeństwo nie mogłoby funkcjonować. Polacy mają bardzo dziwne nastawienie do różnych rodzajów pracy i ludzi ją wykonujących. Tak, jakby stworzyli sobie jakiś taki mit człowieka wykształconego, któremu sama matura i studia dają możliwość wejścia w wyższe=lepsze=szczęśliwsze rejony obcowania z życiem.
    Szkoda, że w gimnazjum nie ma = NIE MA – żadnych zajęć rozwijających umiejętności potrzebne do codziennego życia: nie ma szycia, gotowania, stolarki, dłubania w komputerach, elektronice, planowania konkretnych imprez typu wycieczka i realizowania ich. I że w czasie tworzenia gimnazjów zlikwidowano klasy do naszego dawnego zetpete, bo nawet, jeśli chcę prowadzić kółko kulinarne w szkole- nie mam gdzie, nie mam do tego warunków. Gimnazjalista musi podjąć decyzję, co z sobą zrobić dalej. Szkoła mu w tym nie pomaga, najwyżej określi go na podstawie kolejnego wirtualnego testu predyspozycji zawodowych, których posiadanie nijak tenże uczeń nie może w gimnazjum sprawdzić.

  50. Pani Klaudio!

    Ależ w całości z Panią się tu zgadzam – zarówno co do niemożliwości omawiania Czarodziejskiej Góry w szkole (był to po prostu pierwszy przykład wielkiej literatury, jaki przyszedł mi do głowy, czytając post z Pani podpisem…) jak i co celu, jakim powinna być „podróż wgłąb siebie” inspirowana przeczytaną książką!
    W tę podróż nie pojedziemy jednak z brykowym streszczeniem.

    Oczywiście, nie mam nic przeciwko pisaniu rozprawki psychologiczno-filozoficznej, zaczepionej o postać Kławdii.
    Mój protest przeciwko „charakterystyce Kławdii” wynikał z przyjętej w szkole formie „charakterystyki”. Z własnej perspektywy ucznia sprzed 40 lat wspominam jako koszmar cztery formy, do których mnie zmuszano: „charakterystykę postaci”, „analizę wiersza”, „analizę porównawczą dwóch utworów”, „jakieś zagadnienie w literaturze okresu…”. Wszystkie potrafiły mi obrzydzić utwór. Rozmawiając teraz z dzisiejszymi uczniami widzę, że niewiele się w tym względzie zmieniło. Szkolna „charakterystyka” nie ma być analizą psychologiczną postaci, ani tym bardziej rozważaniami, opartymi o analizę własnej duszy odbitej w tej postaci, ale wypełnieniem prostego schematu.

    PS: za moich zamierzchłych czasów „Tonio Kröger” był omawiany w liceum.

  51. Janina Huterska- Górecka

    Agnieszko 🙂
    Doskonale Cię rozumiem! Podziwiam zaangażowanie i z szacunkiem podchodzę do dostrzegania psychicznych, emocjonalnych potrzeb dziecka/ucznia! Napisałaś: „Czas ucieka. Nie czeka na „wykluczonych”. Zranioną godność, niespełnione potrzeby, codzienne przeciwności – skorupy rozbitego (młodego!!) życia dziecko/uczeń niesie ze sobą w „tornistrze” do szkoły, a nauczyciel ma tego cały wór! Wiem coś o tym, prywatnie. Wrażliwi nauczyciele wiedzą, że nie będzie się dobrze (wcale?) uczyć dziecko, które ma nie (źle) spełnione potrzeby warunkujące uczenie się. Myślę, że moja wypowiedź „wpisuje się” w Twoje stwierdzenie:
    „pierwsze 2-3 miesiące w pierwszej klasie to przede wszystkim wysiłek w przestawienie trzynastolatków na tory samodzielnej pracy, do czego nie są niestety przyzwyczajeni”. Zależy mi na tym, by właśnie od najwcześniejszych lat edukacji (przedszkole, I-III, ) wykorzystać czas na rozwijanie i kształtowanie postaw samodzielności, odpowiedzialności za własne uczenie się. To się zdarzy (jest szansa!), jeśli nauczyciel nie będzie „przymuszał”, a da możliwość doświadczania,że „wybór należy do ciebie, ale konsekwencja też”. W kontekście omawianego tu tematu/problemu (literatura), zawsze do dzieci w przedszkolu mówiłam: „kto chce słuchać i i o tym rozmawiać, zapraszam do mnie. Inni mają się zajmować swoimi sprawami cicho, by nie przeszkadzać”. Bywało różnie, także i tak, że bawiący się klockami w odległym kącie Jaś włączał się do rozmowy, z czego ja wnosiłam, że doskonale słyszał, o czym mowa. I w tym momencie to było ważne, że słyszał i wie. Gdybym go przymusiła do „wspólnego słuchania”, zamknął by się, zwyczajnie, z oporu na przymus. Powoli! Jeśli będziemy umiejętnie zawierać umowy z dziećmi (wspólnie wydyskutowane, wynegocjowane), to wypracujemy i taką, że istnieje prawo do wolności ale i obowiązek powinności np. każde dziecko raz na (???) czas opowie o treści nowej (dla siebie) książeczki.
    Zdaję sobie sprawę,że moje”wywody”, dalekie są od odpowiedzi na potrzeby poruszanej tu dyskusji. Nie odstąpię jednak od przekonania (póki co),że wszystko, co potrzebne do życia człowiekowi (w tym nastawienie na własny rozwój, naukę) kształtuje się (ma szansę!!) rozwinąć w dzieciństwie. I wiem, że nauczyciel „na polu”, nie powiem „walki”, bo to się źle kojarzy, nie powinien zostać sam.
    Podoba mi się też wpis, mówiący o potrzebie „szkół dla każdego” – tak to skróciłam. Szczęśliwość życia osobistego nie zawsze buduje się na dyplomach.

  52. klaudia winiarska

    Panie Ksawery,

    doskonale Pan to ujął! Rzeczywiście „brykowe streszczenia” nie są właściwym wehikułem, by udać się w podróż wewnętrzną … : – ))) A całkowicie uniemożliwić ją mogą wymienione przez Pana cztery zmory lekcji języka polskiego, których doświadczył Pan wiele lat temu jako uczeń, a które całkiem dobrze się mają po dzień dzisiejszy. Osobiście miałam to szczęście, że ich w mojej szkole (w małym kaszubskim miasteczku) nie spotkałam … ale cały czas spotykam młodych ludzi, którzy są żywym dowodem na to, że te zmory nadal istnieją … dlatego potrafię doskonale zrozumieć, że można mieć alergię na samą myśl o charakterystyce postaci, z której dla ucznia nic nie wynika, analizie porównawczej dwóch utworów bez przekonującego celu, po co to należy zrobić, analizie wiersza, by „odkryć”, co poeta miał na myśli … itp.

    Jeżeli chodzi o charakterystykę postaci, to przypomina mi się pewna „przygoda” z zajęć poświęconych „Operze za trzy grosze” Brechta. Nie uprawiam z moimi studentami klasycznych charakterystyk postaci, ale pewne cechy muszą zostać odsłonięte, bo inaczej nie sposób odczuć i zrozumieć wymowy utworu. No i właśnie omawiając postać Jenny (Piratki) pojawił się spory kłopot z odbiorem jej emocji wyrażonych w songu, który zaczyna się od słów:

    Moi państwo, widzicie jak kufle tu zmywam
    I łóżka w numerach wam ścielę.
    I dajecie mi napiwki,
    Oglądając po całych dniach ten parszywy hotel
    I na mnie ten parszywy łach.
    Ale wiecie o mnie tak niewiele.
    Ale wiecie o mnie tak niewiele.
    Aż raz w porcie wieczorem będzie krzyk
    Spytacie – co to za krzyk w porcie?
    Czy to jakiś znak?
    I ktoś widząc jak z uśmiechem zmywam kufle
    Spyta – co ją rozśmieszyło tak?
    A tu okręt o siedmiu żaglach i czterdziestu armatach podpłynął pod brzeg.

    Poniżej link do całości utworu w wykonaniu Elżbiety Wojnowskiej:

    http://www.youtube.com/watch?v=4LAkcwLkE9c

    Ten song się może podobać, ale mimo to nadal trudno odkryć w sobie Jenny Piratkę, która w istocie jest pomywaczką … i marzy o tym, że kiedyś nadejdzie JEJ dzień. A nawet jeżeli uda nam się to zrozumieć, to trudno się przyznać do takich emocji i je zaakceptować … chociaż nikt od tego nie jest wolny.

    Kiedy wpadłam na pomysł, żeby studentom pokazać wykonany kiedyś przez mojego męża (zafascynowanego Brechtem) fotoobraz „Jenny Piratka”, do którego posłużyłam mu jako modelka … o dziwo wszystko się odmieniło! Reszty dokonały wspólnie słuchane (i na ile umieliśmy) wyśpiewywane songi … nie tylko z „Opery za trzy grosze”. Przy tej okazji narodziło się kilka nowych wielbicieli i wielbicielek Brechta. Jedna z nich napisała niezwykłą parafrazę songu o Jenny Piratce, co świadczy dla mnie o dużej odwadze odkrywania własnej duszy i zmierzenia się z tak trudnymi emocjami.

    Poniżej podaję link do obrazu „Jenny Piratka” w galerii Fotoprojektu NKJO Toruń „Inspiracje – Imaginacje – Interpretacje” oraz do załączonego pod obrazem tekstu studentki („Współczesna Jenny Piratka-Wariatka”).

    http://158.75.129.10/?pid=6&spid=68&gid=110

    Tak NIEWIELE czasami trzeba, by TYLE zmienić!

  53. Pani Klaudio – wielkie gratulacje za ten portret! No i gratulacje dla Pani Moniki Furman za wiersz!

    Nigdy nie zastanawiałem się nad Jenny Piratką i przyznaję, że nie potrafię jej w sobie odkryć. Tym razem to nie szkoła mnie do niej zniechęciła, ale złożenie dwóch czynników: po pierwsze, Brechta poznawałem w czasach, gdy marksizm straszył zza każdego węgła, więc moja dusza burżuja z łatwością odbijała się w lustrze rosyjskiej arystokratki w zblazowanej atmosferze szwajcarskiego kurortu, za to widząc uciśniony lud pracujący z krwiopijcy stawałem się wręcz wampirem i lustro proletariatu nie dawało żadnego odbicia.

    Po drugie Brechta nigdy nie czytałem, a poznawałem teatralnie. Oba wystawienia „Opery…” (z Fronczewskim w Teatrze TV i z Wilhelmim w Ateneum), jakie widziałem, były co najwyżej średnie. Nie widziałem, niestety tego wystawienia Teatru STU, skąd pochodzi wykonanie E.Wojnowskiej. Podobnie nie mam serca do „Matki Courage”. W efekcie jedynym Brechtem, jakiego naprawdę lubię, jest „Arturo Ui” – tu oba wystawienia wzbudziły moje uznanie: zarówno Walczewski sprzed lat, jak i Peszek (w reżyserii Szulkina). Zdecydowanie łatwiej mi więc widzieć swoje psychopatyczne odbicie w Arurze, niż w Jenny…

    Liczę, że Pani portret zadziała jako złagodzenie mojego stosunku do Brechta – w 20 lat po upadku komunizmu, moja dusza już czasem daje blade odbicie w proletriackim lustrze. Obiecuję obejrzeć następne wystawienie, gdy tylko się pojawi, a recenzje nie sflekują go zaraz po premierze.

    PS. Jestem pod wrażeniem całej galerii. Proszę przyjąć wyrazy uznania!

  54. A tak zupełnie inne pytanie (słuchając magicznego głosu Lotte Lenya):

    Dlaczego polska Jenny ma tak małe ambicje?
    Dlaczego tylko 7 żagli i tylko 40 armat?

  55. klaudia winiarska

    No właśnie, Panie Ksawery, ja też już się nad tą ilościową różnicą zastanawiałam … doprawdy nie wiem … : – ))) Popytam mądrzejszych od siebie … jak tę zagadkę rozwiążę, to się z Panem podzielę informacją.

    Serdecznie Panu dziękuję za wspaniały wywód … zawsze czytam Pańskie słowa z dużą przyjemnością … inspirują mnie do przemysleń i niezwykłych odkryć. Dzięki Panu odkryłam pewne podobieństwo między Kławdią i Jenny Piratką … : – )))

    A tak nawiasem mówiąc do niedawna Brechta postrzegałam podobnie jak Pan … nie należał do moich ulubionych autorów … i pewnie nigdy do nich nie dołączy … ale powoli dojrzewam do innego odbioru przesłania jego sztuk. Zawdzięczam to w dużej mierze moim studentom.

    Cieszę się też ogromnie, że spodobał się Panu portret Jenny … i że zajrzał Pan do naszej galerii. Dziękuję za wyrazy uznania … : – )))

  56. Proszę spróbować przedyskutować ze studentami to zagadnienie.
    Temat zajęć: „co się stało z żaglem i dziesięcioma armatami?”

    Ja mam już dwie teorie:

    1. Polacy wszystko kradną. Tłumacz zamówił książkę pocztą, a gdy do niego przyszła, to już było ich mniej. Brakujące można odkupić na bazarze Różyckiego.

    2. Jenny doskonale wie, że jeśli te marzenia by się spełniły, to na tym statku i tak będzie zajmować się cerowaniem żagli i pucowaniem armat. Polskie sprzątaczki są nie tylko bardziej leniwe, ale i bardziej cwane od niemieckich, więc zadbała, żeby sobie trochę zmniejszyć ilość roboty.

  57. Chyba warto wydzielić analizę porównawczą „Czarodziejskiej góry” i „Opery za trzy grosze” w oddzielny wątek: http://osswiata.nq.pl/stojda/2012/01/06/kto-podpieprzyl-dziesiec-armat/

    Marzeno! Wybacz kradzież kolejnego tematu!

  58. mazylinska Post author

    @ Ksawery

    Wybaczam 😉

  59. Lena

    Myślę, że nie tyle spada poziom czytelnictwa w ogólnym tego słowa znaczeniu co poziom czytania lektur szkolnych. Tak jak zostało wcześniej powiedziane, uczniowie dostają szereg lektur do przerobienia i zostają z tym sami, a wspólne spotkanie nauczyciela i ucznia przy danym tekście następuje dopiero przy omawianiu sprawdzianu z treści książki Ustalenie listy lektur z uczniami byłoby świetnym pomysłem choć nie wiem czy wykonalnym. Nie chodzi mi o usunięcie obowiązującej listy lektur, ale może o zredukowanie jej do tych naprawdę ważnych i potrzebnych książek, a w miejsce pozostałych można wstawić propozycje uczniów. A gdyby już tych najmłodszych zachęcać do czytania i pokazywać, że lektury szkolne-nie takie straszne jak je malują- to możliwe, że i dalszy rozwój czytelnictwa byłby w lepszym stanie. To prawda, że lektury szkolne bardzo często nie idą w parze z rozwojem uczniów. Trudno jest im się odnieść do treści, trudno ją zrozumieć bo przeżycia jakie ukazuje autor są im obce. Nie są jeszcze na takim etapie rozwoju. Skoro młodzież czyta książki poza szkołą to oznacza, że nie w człowieku problem leży tylko w doborze książek i w spotkaniu odpowiedniego przewodnika bo krętych ścieżkach utworu..

  60. Iwona

    Sądzę, że głównym problemem z czytaniem lektur szkolnych jest brak motywacji. Wiadomo, nikt nie lubi robić czegoś, do czego jest zmuszany… Jestem osobą lubiącą czytać książki. W podstawówce i gimnazjum pochłaniałam również lektury. Aż do momentu, w którym polonistka stwierdziła, że zrobi coś, żeby uczniowie czytali książki, a nie tylko opracowania. Wybrała chyba najgorszą z „metod motywacyjnych”, mianowicie sprawdziany. Nie sprawdzały one jednak wiedzy, jaką przysporzyła nam dana lektura. Nauczycielka sprawdzała naszą umiejętność zapamiętywania szczegółów (typu kolor rękawiczki, czy kolor brody jakiegoś jegomościa). Brakowało w tych sprawdzianach tylko poleceń typu: „zacytuj 4 ostatnie słowa 7 linijki na stronie 90”. Dzięki takim działaniom polonistki, do tej pory nie wiem o co chodzi w „Lalce”. I, co najgorsze, nie chcę wiedzieć…
    Któregoś dnia mój brat poprosił mnie o pomoc w zrozumieniu treści „Lalki”. Nie potrafiłam mu w tym pomóc, bo nie pamiętałam o co chodzi w książce. Poprosił więc, żebym mu powiedziała, co wiem na temat „Lalki”. Moja odpowiedź: ” wiem, że pies był stary i wabił się Ir”. :O
    W swoim komentarzu dążę do tego, że, tak jak napisała Lena, uczniowie potrzebują „odpowiedniego przewodnika po krętych ścieżkach utworu…”. Przewodnika, który zachęci do przeczytania i zrozumienia treści danego utworu.

  61. Ja po przeczytaniu „Lalki” też nie bardzo wiedziałam o co w niej chodzi. „Ouo Vadis” w szkole nie czytałam wcale. Lalkę przesłuchałam jako audiobook a Quo Vadis przeczytałam dopiero w zeszłym roku – dobre 10 lat po zakończeniu nauki w Liceum. Obie pozycje mnie zachwyciły. W czytaniu lektur najgorszy jest ten przymus.

    Pani Agnieszko gdyby wszyscy nauczyciele podchodzili z takim zapałem i werwą do nauczania jak Pani to świat byłby piękniejszy. W moim liceum mieliśmy różnych polonistów i dopiero jak dostaliśmy Panią z zasadami – poprzedniczce wszyscy wchodzili na głowę i przez cały rok przerabialiśmy jedną epokę i zawsze wszystko było źle – zaczęliśmy lubić polski i chociaż z szacunku do niej trochę się przykładać.

    Panie Ksawery więcej zrozumienia – można by „olać” nieczytających uczniów i tym którzy sobie bimbają jesli szkoła nie byłaby obowiązkowa i taki delikwent poprostu po niezaliczeniu roku zostałby odesłany na zieloną trawkę. Uczniowie niestety wykorzystują, że tego nie można zrobić i mają w nosie jakies „głupie lektury”.

    Co do „Ronji córki zbójnika” moja 5 letnia córka jest nią zachwycona, a jak czytałam jej „Anię z Zielonego Wgórza” to dziadkowie stwierdzili, że jest to dla niej za poważna lektura. Takie podejście przekłada się na świat późniejszy i dla dzieci oglądających horrory i filmy poprostu nie dla nich np. „Plastusiowy pamiętnik” jest poprostu dziecinny
    i nie wart zainteresowania.

    • Kolecjo:)

      Mogę zapewnić w 100 %, że „Ronja, córka zbójnika” to świetna książka również dla nastolatków, czujących dreszczyk emocji obserwując rodzącą się ni to przyjaźń, ni to miłość między głównymi bohaterami. W rankingu książek przerabianych w tym roku – pierwszaki woleli ją od „Hobbita…”. Kilku chłopaków stwierdziło, że dobrze, że dali się do niej namówić różnymi sposobami;)

      pozdrawiam, chociaż już maj:)

  62. i love your blog, i have it in my rss reader and always like new things coming up from it.

  63. Jako nauczyciel języka polskiego od lat zastanawiam się nad „zestawami lektur obowiązkowych”. Mnie samą jako nauczyciela ratuje możliwość wyboru lektur dodatkowych, bo tego wszak nikt mi nie zabroni! Obserwując, jak niechętnie dzieci czytają „O krasnoludkach i sierotce Marysi” (przed kilkoma laty lektura obowiązkowa), zapytałam dzieci, co było dla nich trudne w tej książce. Oczywiste – język. One, w klasie IV nie rozumiały, co czytały. Wybranie i „roztłumaczenie” ciekawszych fragmentów, „przerobienie” ich na bazie przepięknego słuchowiska z udziałem plejady najlepszych aktorów polskich, trochę zabawy wokół bohaterów i refleksji nad problemami postaci wzbudziło zainteresowanie dzieci. W mojej opinii istnieje klasyka literatury, o której w szkole nie należy zapominać. Niemniej pamiętać trzeba i o tym, że prócz niej istnieje mnóstwo innych książek wartych przeczytania i zatrzymania nad nimi. Ok. Był czas, kiedy niemal każde dziecko sięgało po Harrego Pottera. Dlaczego? Bo ktoś mu zrobił świetną reklamę. A kto zrobił podobny szum wokół książki B. Pitzorno „Poliksena i prosiaczek” albo „Hani Humorek” Megan McDonald czy „Małomównego i rodziny” M. Musierowicz? Moi uczniowie czytają. Proponuję na początku roku listę lektur dodatkowych – 15 pozycji. Listę otwartą – uczniowie mogą ją uzupełniać. Gromadzę na niej to, co wydaje się być warte przeczytania, choć bywa już zapomniane (jak „Uwaga, czarny parasol! Bahdaja) + nowe pozycje, które staram się wyszukiwać w księgarniach, przeglądać wnikliwie, czytać. Uczniowie mają szansę zaprezentować w wybrany przez siebie sposób przeczytaną książkę kolegom: w formie prezentacji multimedialnej, plakatu, krótkiej wypowiedzi, zredagowanego tekstu „reklamy”, ostatnio również na blogach. Nie żałuję im za to najwyższych ocen. To jednak zachęca (przynajmniej na początku) do sięgania po książki. Dziś często mamy do czynienia z seriami, dziecko, które przeczyta jedną część, sięga po kolejną. Przemycam również książki lub audiobooki przy okazji konkursów wewnętrznych i tych organizowanych na zewnątrz. Przekonałam się jednak, że własny przykład służy najbardziej i najbardziej przekonuje dzieci do czytania. Jeśli ja, stara baba, mówię: „Ale fajna ta książka!”, dzieci, dziwiąc się, ze takiej starej babie się podoba, myślą, że może warto to jednak przeczytać. Dużą rolę spełnia biblioteka szkolna, w której takie książki powinny być. Na to również ma lub może mieć wpływ nauczyciel. A sposób „podania” lektury, to już zupełnie inna bajka…

    • mazylinska Post author

      @ Kasia
      Bardzo ciekawe przemyślenia! Czytając Pani komentarz przyszła mi do głowy pewna myśl. Wydaje mi się, że lista lektur mogłaby by być bardzo obszerna i zawierać wiele propozycji do wyboru (bez pozycji obowiązkowych). Uczniowie musieliby przeczytać np. jedną czwartą.
      Albo można zupełnie zrezygnować z zalecanej listy, postawić na dowolność i pozostawić wybór książek nauczycielowi i uczniom. Niech czytają, co sami uznają za interesujące. Przynajmniej w młodszych klasach, gdzie celem powinno być w pierwszym rzędzie wyrobienie nawyku czytania i przekonanie dzieci, że to atrakcyjne zajęcie. Jeśli test byłby naprawdę testem kompetencyjnym, to niezależnie od tego, co uczeń czytał, dałby sobie radę z zadaniami. Jeśli chce się sprawdzić, czy uczeń potrafi napisać charakterystykę postaci literackiej, to nie ma znaczenia, jaką postać wybierze. Niestety znane mi dotychczas testy, nawet jeśli sprawdzają kompetencje, to w połączeniu z konkretną wiedzą, np. znajomością określonej lektury.
      O kanon zawsze można się spierać. Kto może powiedzieć, jakie książki są najbardziej wartościowe? Myślę, że zastosowana przez Panią metoda – myślę tu o możliwości uzupełniania listy lektur przez uczniów – jest niezwykle wartościowa!
      A własny przykład zawsze

  64. Kasia

    Pani Marzeno,
    pomysł na otwartą listę lektur w klasach młodszych – świetny! To naprawdę gro sukcesu w „zaszczepianiu” bakcyla czytelnictwa. W starszych klasach szkoły podstawowej, gimnazjum i dalej – myślę,że jednak jakieś minimum klasyki literatury polskiej, obcojęzycznej i młodzieżowej powinno się znaleźć, ale… czy jest to na pewno i dla wszystkich „Tomek w krainie kangurów”??? Wszak nie każdy jest pasjonatem podróży i ciekawostek ze świata. Dziś mamy inne przykłady niezłej wcale, choć bardziej powszechnej czy upowszechnionej językowo literatury podróżniczej, która także może pobudzać ciekawość świata i uczyć o jego niezwykłości i różnorodności. Wśród zalewających księgarnie książek nie wszystko jest wartościowe. Jest jednak niemało naprawdę niezłej literatury dla dzieci i młodzieży. Nasze ulubione książki, moje ukochane (np. „Tajemnica zielonej pieczęci” H. Ożogowskiej) są odbierane przez dzieci jako przedpotopowe. Moja córka, dziś gimnazjalistka, na etapie szkoły podstawowej nieraz prosiła mnie o podsunięcie książki. Szybko się zorientowałam, że to, co jeszcze dziś budzi mój sentyment, niekoniecznie robi na współczesnym dziecku wrażenie. Z wielu powodów: język nie ten, fabuła, akcja mniej wartkie… To znak czasów. Postawa mojej córki, ocierająca się w pewnej chwili o zniechęcenie do czytania, zmusiła mnie i zmobilizowała do zmiany podejścia do podrzucanych własnemu dziecku książek. Przeniosłam to doświadczenie na uczniów. Jeśli uda nam się trafić w ich upodobania, zainteresować, przekonać ciekawą książką ( a jest to zawsze rzecz indywidualna ) – będą po książki sięgać i sięgają. Przynajmniej niektórzy. Niemniej jednak – podejście do zestawów lektur szkolnych wymaga zdecydowanej zmiany idącej ku uczniowi, a nie przeciw niemu.
    Pozdrawiam, Kasia

    • mazylinska Post author

      @ Kasia
      Właśnie, to rodzic albo nauczyciel, osoba mająca kontakt z uczniami, może ocenić, jakie książki są dla uczniów odpowiednie i jakie chcą czytać. Wiele osób myśli jednak, że dzieci i młodzież można zmusić do przeczytania książek, które ich zdaniem są szczególnie ważne czy interesujące. Ja, podobnie jak Pani, obserwując moje dzieci i rozmawiając o lekturach ze studentami, często otwierałam oczy ze zdziwienia, jak inaczej oceniają literaturę. Cóż z tego, że mnie jakaś pozycja się podoba, jeśli młodzi uznają to za nudną ramotę. Mogę ich zmusić do przeczytania jednej czy drugiej książki, ale przecież zniechęcam ich w ten sposób do czytania.
      Eksperci układający listy lektur, nie mając kontaktu z uczniami, nawet przy najlepszych chęciach, nie mogą podejmować dobrych decyzji, bo te wymagają kontaktu i rozmów z uczniami. Jestem przekonana, że lepszym rozwiązaniem byłaby lista zalecanych książek. Trzeba zaufać nauczycielom i uczniom, oni sami będę wiedzieć, co jest dla nich najlepsze. Często słyszę od nauczycieli, że możliwość wyboru lektur bardzo pozytywnie wpływa na chęć czytania.
      Myslę też, że wiele osób wciąż jeszcze nie rozumie, że uczniów tak naprawdę do niczego nie można zmusić. Szkołę można zmienić tylko wtedy, gdy uzna się ten fakt.

  65. Zuzanna

    Dobry wieczór,
    Zgadzam się,że sposób prowadzenia zajęć z języka polskiego i lista lektur mogą zniechęcać do literatury i czytania w ogóle, ale problem jest moim zdaniem szerszy. Na świecie zanika kultura czytania, nie jest to już sposób spędzania wolnego czasu, więc skąd młodzi ludzie mają wynieść zamiłowanie do literatury? Jeśli w domu książka nie jest obecna to jest bardzo trudno o zachęcenie do czytania. Nie jest to jednak niemożliwe.

  66. Kiedy byłam dzieckiem, uwielbiałam czytać i czytałam naprawdę dużo książek. Czytałam też lektury, niektóre z przymusu, ale zaciskałam zęby i czytałam. Sporą część lektur lubiłam, jednak nie miałam szczęścia do nauczycielek od polskiego i mój zapał do zgłębiania treści lektury przepadał w trakcie notowania i powtarzania utartych sloganów na lekcji języka polskiego. Jeśli stworzymy nową listę lektur i będziemy je tak samo nauczać jak Potop czy Pana Tadeusza, to również one staną się znienawidzonymi tytułami wśród dzieci. Może więc na początek zabrać się za model nauczania języka polskiego, tak by zachęcać do czytania.

  67. Mama ośmiolatki, która już nie lubi szkoły

    Wszystko to prawda, ale co zrobić, gdy jako rodzic widzimy, że nasze dziecko traci w szkole chęć do uczenia się i wiarę w siebie, a nauczyciel w kółko powtarza, że musi realizować program? Co zrobić, gdy nauczyciel widzi tylko podstawę programowa, a nie widzi dzieci i ich problemów? Nauczycielka mojej córki mówi, że ona w szkole realizuje program, a my rodzice, jeśli chcemy, żeby dzieci nadążały za szkolnym tempem, musimy z dziećmi pracować w domu. Macie dla mnie jakąś radę?

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.