Kultura błędu, czyli o tym, czy Hania uczy się dzięki podkreślaniu błędów

Kulturę błędu wynosimy z domu i ze szkoły, ale potem towarzyszy nam przez całe życie. Wiele osób uważa, że uczymy się dzięki temu, że ktoś wytyka nam popełnione błędy i za nie karze. Sądzą, że bez tego niczego by się nie nauczyli. Przypomniał mi się obejrzany kiedyś program o przemocy domowej. Agresywny pan opowiadał, dlaczego „zdarza” mu się bić żonę. Twierdził, że ona już wie, za co dostaje i że zawsze istnieje jakiś obiektywny powód, np. niesmaczny obiad, nieposprzątane mieszkanie, itp. Ewa Drzyzga zapytała go wtedy, czy reaguje, jeśli obiad jest smaczny, mieszkanie posprzątane, zakupy zrobione.
– Nie! A po co, jeśli wszystko jest w porządku, to nic nie mówię, no i nie biję. I ona dzięki temu wie, co i jak ma robić.”
Filozof Andrzej Szahaj napisał książkę „Zniewalająca moc kultury”. Jest też wiele książek autorstwa różnych neurobiologów, którzy pokazują, jak w dzieciństwie chłoniemy wzorce kulturowe, które nas otaczają. I w rodzinnych domach i w szkole.
Szkolna kultura błędu polega na tym, że dostrzega się tylko błędy, a to, co dobre pomija milczeniem. I takie podejście wiele osób przenosi na inne aspekty życia.
Praca Hani i uwagi nauczycielki, która wypisała wszystkie błędy, a ani słowem nie wspomniała o tym, co dziewczynka zrobiła dobrze, wywołały falę komentarzy. Część osób uznała, że skoncentrowanie się na błędach jest czymś normalnym. Równie naturalne wydało im się oczekiwanie, że praca ośmioletniego dziecka będzie bezbłędna. Gdzieś się tego nauczyli i przez wiele lat żyli w takiej kulturze. Co zrobić, by chcieli przyjąć, że można inaczej? Rozmawiałam wczoraj ze znajomą dyrektorką szkoły, w której w klasach 1-3 nie ma ocen i gdzie ogromną wagę przywiązuje się do dobrych relacji. Opowiadała mi, na jak wysokim poziomie są dzieci kończące 3 klasę, wymieniała konkursy, w których wzięli udział i wygrali. Ale dla mnie nie to jest najważniejsze. Piękne, że dzieci są mądre, jeszcze piękniej, że lubią chodzić do szkoły i się uczyć, ale najważniejsze, że wiedzą, że do drugiego człowieka i jego trudu trzeba odnosić się z szacunkiem. Gdy ktoś ugotuje im obiad, to będą umiały to docenić. Jako rodzice i nauczyciele musimy pamiętać, że cały czas dostarczamy dzieciom wzorców zachowania. Być może dostrzegalibyśmy związki przyczynowo-skutkowe, gdyby w szkole rozwijane było krytyczne myślenie.

Comments ( 9 )
  1. Byłem nauczycielem matematyki. Matematyka szkolna jest bardzo „wdzięcznym polem” do skupianiu się na błędach = wpajaniu w uczniach lęku i poczucia zagrożenia = utrwalaniu psychozy na tle zrobienia błędu = paraliżu przed podjęciem decyzji = lęku przed matematyką = powszechnej opinii, że matematyka jest bardzo trudna. Czynnikiem niezwykle sprzyjającym ‚obsesji błędu’ jest nasza, nauczycieli matematyki, mania odpytywania uczniów ‚z pamięci’. Wystarczy zastanowić się: kiedy człowiek robi więcej błędów przy pracy umysłowej – gdy ‚wszystko’ musi zrobić z pamięci, czy gdy może korzystać z notatek własnych lub cudzych ? Gdy pozwalałem korzystać uczniowi z notatek+wzorów+własnych ściąg, zauważyłem pozytywne efekty: mniej błędów, większa pewność siebie, lepsza samokontrola i autokorekta, mniejszy lęk, lepsze emocje. Co więcej, im częściej uczeń mógł korzystać ze ściąg, tym rzadziej z nich korzystał, bo jakimś dziwnym trafem pamięć zaczynała mu funkcjonować lepiej i czasem sam był zaskoczony, że pisze ‚to coś’ z pamięci.
    Ciekaw jestem, czy podobne doświadczenia miewają nauczyciele historii, drugiego przedmiotu szkolnego sprzyjającego obsesji bezbłędności.

    • Marzena Żylińska Post author

      Tak, ja też to zauważyłam! Moje doświadczenia dotyczą języków obcych. Każdy zawodowy tłumacz tłumacząc testy korzysta ze wszelkich możliwych słowników i leksykonów. Nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby kazać tłumaczowi ograniczać się do tego, co ma w głowie. Dlaczego zatem wymagamy tego od uczniów?
      Szkoła jest systemem opartym na perfekcjonizmie, a jak mówią psychologowie, obsesja perfekcjonizmu niesie z sobą wiele niebezpieczeństw.
      Zauważyłam też, że gdy piszę o tym, że dzieci mają prawo do błędów, bo dopiero się uczą, wiele osób jako kontrargument podaje lekarzy, którym prawa do błędów nie dajemy. Co sprawia, że siedmio- czy ośmioletnie dzieci, które dopiero rozpoczynają edukację są porównywane do osób, które całą drogę edukacji formalnej mają już za sobą.
      A z drugiej strony, lekarza nie oceniamy po charakterze jego pisma. każdy (chyba? – dziś niczego nie można być już pewnym) nie powie, że to zły lekarz, bo brzydko i niewyraźnie pisze.

      • No faktycznie, uczenie się języka obcego jest jeszcze lepszym przykładem ilustrującym problem. Dążenie do bezbłędności zabija uczenie się języków w szkole. Znam uczniów, którzy zbierają piątki i szóstki z anglika lub niemca i zarazem boją się odezwać po angielsku lub niemiecku. Nauczyciel j.obcego powinien uczyć przede wszystkim odwagi = nie lękania się błędów. Tylko robiąc błędy można szybko i skutecznie uczyć się mówić „po innemu”.

        • Marzena Żylińska Post author

          Moja koleżanka powiedziała mi ostatnio, że jej dziecko uczy się w szkole gramatyki nieznanego mu języka. Myślę, że to bardzo trafne stwierdzenie.

      • Aleksandra

        To zdanie z lekarzem jest (*&%), też zwróciłam na to uwagę. Idę o zakład, że osoba, która w ten sposób ripostuje dziecięce prawo do błędów, sama sobie takie prawo przyznaje!
        Lekarz prawa do błędu może i nie ma, ale ma leksykony, kolegów w przychodni, z którymi się konsultuje. Nikt nie każe mu stawiać diagnozy „z głowy”, jeśli nie jest pewien. W szpitalach chyba istnieją konsylia, a jeśli ktoś nie ma wystarczająco twardego charakteru, pewnej ręki i pewności siebie, to nie zostaje neurochirurgiem, więc nawet tu bywa różnie. Zatem chybiony argument. No ale uczeń to przecież co innego, musi być idealny.
        Mam taką myśl, że to oczekiwanie perfekcji w szkole to efekt ukrytych kompleksów nauczycieli i rodziców – my już wiemy, że nie osiągnęliśmy wszystkiego, co moglibyśmy, wiemy że jesteśmy niedoskonali i mamy nadzieję, że z naszych dzieci i uczniów wykrzeszemy więcej, jeśli tylko ich wystarczająco dociśniemy. To takie łaskawe dla nas wytłumaczenie. Pozostałe możliwe wytłumaczenie są mniej łaskawe…

        • Marzena Żylińska Post author

          Tak, porównywanie małego dziecka, które zaczyna swoją edukacyjną przygodę z lekarzem jest po prostu absurdalne.
          Też uważam, ze szkoła jest instytucją perfekcjonistyczną, tzn. nawet od małych dzieci na początku drogi oczekuje się, że będą bezbłędne i opanują wszystko, czego oczekuje nauczyciel. Taka perfekcjonistyczna instytucja musi być toksyczna. Tylko my tej toksyczności nie dostrzegamy.

  2. Aleksandra

    Dawno nie odwiedzałam bloga, a tu jeden z moich ulubionych tematów! Oboje Państwo mają rację. W naukach inżynieryjnych, których mam szczęście być przedstawicielką, mamy takie powiedzonko „trzeba mieć jakąś podkładkę”. Chodzi o to, żeby projektant przystępując do zadania przejrzał dostępne rozwiązania, normy, standardy. Paradoksalnie wcale nie ogranicza to kreatywności, przeciwnie! Jest o tym cała nauka, inwentyka. Dalej, wykonując obliczenia czy rysunek nadal sięga się do norm, wzorów, tabel. Nawet najczęściej używaną stałą czasem warto sprawdzić, dla upewnienia. Doświadczony inżynier ma do tego prawo, co więcej, gdyby tak nie postępował, odmówilibyśmy mu profesjonalizmu. Ale uczniom odmawiamy prawa do działania w ten sam sposób. Mają wiedzieć „z głowy”. Sprawdzać wręcz nie powinni. No może w domu, ale w szkole już nie. W szkole ma działać jak automat z napojami na monety.
    W jaki sposób dziecko, które ma jakąś pasję „pozaszkolną”, zdobywa wiedzę na swój ulubiony temat? Sprawdza, czyta, ogląda, rozmawia i tak w kółko. Nie dąży do zapamiętania, nie „uczy się”, nikt go nie odpytuje, a jednak po jakimś czasie wie przysłowiowe „wszystko”. Jak to możliwe? Bez nieodzownego „uczenia się na pamięć”?
    Wszyscy się zgadzamy, że „repetitio est… itd.” Rzecz w tym, że na potrzeby szkoły rozumiemy powtarzanie w zupełnie idiotyczny i nieżyciowy sposób. Czy sprawdzanie, korzystanie z notatek i źródeł w trakcie rozwiązywania zadań nie jest w istocie powtarzaniem? Raz, drugi, siódmy uczeń sprawdzi, bo nie pamięta, za którymś razem sam zdziwiony stwierdzi, że już nie sprawdza, bo… zapamiętał! Sama nauczyłam się matematyki w ten sposób, odpisywałam zadania z rozwiązań, powtarzałam, patrzyłam, jak to zostało rozwiązane, i jeszcze raz i jeszcze i sprawdzałam i tak w kółko, i mimo że nigdy nie byłam szczególnie uzdolniona matematycznie, nauczyłam się matmy na tyle, że nigdy nie stanowiła problemu a niektóre działy opanowałam znakomicie.
    Mój syn, obecnie (i pewnie w przyszłym roku też) uczeń 3 klasy gimnazjum, który ma olbrzymie problemy szkolne, ma właśnie takie idiotyczne podejście wyniesione ze szkolnej „kultury błędu”: Nie umiem, bo nie umiem, a skoro nie umiem, to jak mam się nauczyć. To naprawdę tragedia, kiedy nie sposób dziecku wytłumaczyć, że może nie umieć! Że może nie pamiętać albo nie wiedzieć jak i że po to jest właśnie uczenie się. Lęk przed popełnieniem błędu jest naprawdę paraliżujący, tym bardziej że można dostać w zeszycie słynny komentarz „co za bzdury” albo „brak słów”.
    Czemu od uczniów, którzy z założenia mają się dopiero nauczyć, wymagamy cudów, których nie wymagalibyśmy od dorosłych?
    A ja pamiętam jeszcze zdanie genialnej germanistki, dzięki której niemiecki stał się mi prawie tak bliski jak język ojczysty „przeczytaj to kilka razy, przyjrzyj się, jak zostało użyte. Użyj tak samo, a potem spróbuj użyć to jakoś inaczej. Możesz sobie podglądać.”
    Ot i cała teoria uczenia i kreatywności ujęta w jednym zdaniu.
    O tej nauczycielce mogłabym zresztą długo, więc już kończę 🙂

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani pisze o inżynierach, a ja się zastanawiam, jak to by było, gdyby tłumacze tłumacząc książki nie mogli korzystać ze słowników, kompendiów i innych książek. A uczniowie na maturze z języka obcego nie mogą. I myślę, że mało kto dostrzega absurdalność takich wymagań.

      • Aleksandra

        To pewnie z lęku, że uczeń, który obcego języka „ni w ząb”, napisze nagle maturę na 5, bo miał słownik. Pochodna wszechobecnego lęku w szkołach, żeby Boże broń nie „zawyżyć” oceny. Mało to inteligentne podejście. Nie pamiętam, jak było za moich czasów, starej matury. Wydaje mi się, że miałam słownik. Nie jestem jednak pewna. Jeśli teraz nie wolno, to zupełnie nie wiem, jaki jest tego cel. W zasadzie to ciągle to samo. Czy test, kartkówka, egzamin czy matura – sprawdzane jest zupełnie nie to, co stanowi o istocie nauki.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.