Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi

Nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK właśnie ukazała się moja nowa książka „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi” Toruń 2013.

Neurodydaktyka

 

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

 

Wstęp

W przedwczorajszych szkołach wczorajsi nauczyciele przygotowują uczniów do rozwiązywania problemów, jakie przyniesie jutro.

 

Badacze mózgu przekonują, że szkoła w obecnej formule nie wspiera naturalnych procesów uczenia się i nie jest miejscem umożliwiającym indywidualny rozwój każdego ucznia. Oparta została na naszych wyobrażeniach o tym, jak przebiegają procesy uczenia się, jednak wnioski, jakie płyną z badań nad mózgiem, tych wyobrażeń nie potwierdzają. Mózg uczy się wprawdzie cały czas, ale inaczej, niż oczekuje tego szkoła.

Wielu neuronaukowców twierdzi, że szkołę trzeba wymyślić od nowa, ale najpierw trzeba wiedzieć, po co wysyłamy do niej dzieci, czego mają się uczyć, do czego chcemy je przygotować. Dzisiejsze podstawy programowe pełne są szczegółowych celów, ale próżno w nich szukać osi programowej, drogowskazu, który wytyczyłby kierunek i wyznaczył główny cel edukacji XXI wieku. Ponieważ nie wiemy, dokąd chcemy dojść, nie wiemy, jak oceniać osiągnięcia uczniów, nauczycieli i szkół. Dla ministerialnych urzędników liczą się przede wszystkim wyniki testów i tworzone na ich podstawie rankingi, jednakże dla rodziców i dzieci dużo ważniejsze jest pytanie, czy szkoła pozwala im się rozwijać, czy raczej marnuje ich indywidualne talenty. Dlatego najpierw należałoby postawić kilka kluczowych pytań. Czy chcemy przygotowywać młodych Polaków do roli kreatywnych, innowacyjnie myślących twórców, czy raczej będziemy wspierać naukę „po śladzie” i nagradzać tych, którzy potrafią powielać znane schematy i najlepiej się dostosować? Czy celem jest wychowanie ludzi umiejących wyrażać własne, czy cudze myśli? Czy szkoła ma ograniczać się do przekazywania informacji, czy powinna również rozwijać kreatywność, umiejętność pracy w grupie, czy zdolność wyszukiwania i selekcji informacji? Czy chcemy rozwijać u uczniów jedynie tzw. twarde kompetencje, które łatwo sprawdzić za pomocą testów, czy również te miękkie, o które coraz głośniej dopominają się pracodawcy? Czy miarą sukcesu edukacyjnego powinna być liczba zdobytych na teście punktów, czy raczej to, czy uczeń rozwinął w szkole swoje zainteresowania i zachował chęć do nauki? Ocena jakości obecnego systemu edukacyjnego nie jest sprawą prostą, właśnie dlatego, że wciąż jeszcze opiera się na przekonaniach, a nie na sprawdzonych i zweryfikowanych tezach. Problem jest tym trudniejszy, że mówiąc o szkole wszyscy mamy przed oczami tę, którą znamy, ale to przecież nie znaczy, że szkoły nie mogą wyglądać i funkcjonować inaczej. Transmisyjny model edukacji, w którym nauczyciel przekazuje „ukrzesłowionym” uczniom wiedzę, wielu osobom wciąż jeszcze wydaje się jedynym możliwym. Jednak trzymając się owego tradycyjnego modelu, stworzonego na potrzeby świata, którego już nie ma, zamykamy sobie – i co gorsza naszym dzieciom – drogę rozwoju. Trzymając się znanych wzorców, nigdy nie będziemy wiedzieć, czy inne rozwiązania nie byłyby bardziej skuteczne. Powstrzymuje nas strach przed eksperymentowaniem na dzieciach, ale czy obecny model wprowadzony został na podstawie jakichkolwiek zweryfikowanych empirycznie tez? Czy sprawdziliśmy, że jest skuteczniejszy i lepszy od innych? Nasze dzieci uczone są tak jak nasi pradziadkowie. Problem w tym, że w ten sposób trudno przygotować je do rozwiązywania problemów, z jakimi przyjdzie im się zmierzyć w przyszłości. Obecny model edukacji nie jest ani przyjemny, ani efektywny. Czyż nie powinniśmy traktować zgłaszanych przez nauczycieli problemów z motywacją, jak również licznych wyników badań, jako wskaźnika skuteczności szkoły, a raczej jej braku? Dlaczego każe nam się wierzyć, że mamy dobre szkoły, jeśli tak wielu uczniów nie chce do nich chodzić i właśnie tam traci motywację oraz chęć do nauki?

Warto zadać pytanie, czy tak niekreatywna instytucja, jaką jest dzisiejsza szkoła, może rozwijać kreatywność u uczniów? Czy sposób funkcjonowania obecnego systemu edukacyjnego ma związek z liczbą zgłaszanych w naszym kraju patentów? Czy możemy liczyć na to, że polska gospodarka będzie innowacyjna, jeśli młodzi Polacy przez dwanaście lat ćwiczą się głównie w stosowaniu algorytmów i udzielaniu najbardziej typowych odpowiedzi? Poruszając ten problem, nie sposób nie odnieść się do roli sztuki w szkole i wychowaniu. Dzięki postępowi neuronauk wiadomo, że ma ona ogromny wpływ na rozwój mózgu. Twórcze myślenie można rozwijać, choć wymaga to czasu. Ludzki mózg jest niezwykle plastyczny i rozwija te struktury, które są intensywnie wykorzystywane. To od rodziców, nauczycieli i wychowawców zależy, czy wychowamy nasze dzieci na kreatywnych i myślących innowacyjnie twórców, czy na biernych odtwórców trzymających się podanych schematów. Każda z tych postaw wymaga w mózgu innych połączeń, każda rozwija się dzięki zupełnie różnym typom zadań i aktywności.

Neuronauki dostarczają licznych przykładów na to, jak obecna formuła szkoły utrudnia mózgowi pracę. Jednym z celów książki jest dotarcie z tą wiedzą do nauczycieli, wszak, jak mówi Manfred Spitzer, mózg ucznia to ich miejsce pracy. W rozdziale pierwszym omówione zostały neurobiologiczne podstawy procesu uczenia się. Zebrane informacje pozwalają zrozumieć, od czego zależy jego efektywność. Rozdział drugi poświęcony został neuronom lustrzanym i roli, jaką w życiu i w procesie uczenia się odgrywają relacje międzyludzkie. Tematem rozdziału trzeciego są cyfrowi tubylcy i cyfrowi imigranci. Ta część książki dostarcza informacji na temat zmian, jakie zachodzą w mózgach dzieci pod wpływem nowych technologii. Przedstawione tu problemy dotyczą w równym stopniu nauczycieli, jak i rodziców. Dzisiejsi uczniowie to cyfrowi tubylcy, którzy nie potrafią uczyć się tak, jak robiły to poprzednie generacje. Szkoły powinny uwzględnić fakt, że w ławkach siedzą osoby mające nieco inną strukturę mózgu i inaczej przetwarzające informacje. Rozdział czwarty nosi tytuł „Szkoła przyjazna mózgowi, czyli poszukiwanie alternatywy dla edukacji transmisyjnej”. Podjęłam się tu zadania przeniesienia wniosków płynących z badań nad mózgiem na grunt systemu edukacyjnego. Jest to jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, jakiej szkoły dziś potrzebujemy, jak mogłaby wyglądać szkoła przyjazna mózgowi i w jaki sposób stworzyć środowisko edukacyjne wykorzystujące jego silne strony. Moją intencją nie jest zaproponowanie nowego, jedynie słusznego modelu, który miałby zastąpić obecny, ale raczej pokazanie, jak odchodzić od sztywnego, biurokratycznego gorsetu, w jakim tkwią dziś szkoły, a który uniemożliwia rozwijanie potencjału tak uczniów, jak i nauczycieli. Planowany rozdział piąty, pomyślany jako część praktyczna z przykładami lekcji różnych przedmiotów, tak się rozrósł, że zostanie wydany jako oddzielna publikacja.

Aby czytelnik mógł sobie lepiej wyobrazić sposób funkcjonowania mózgu, jego najważniejsze struktury zostały przedstawione na ilustracjach. Ponieważ w książce tego typu nie sposób uniknąć fachowego żargonu, wszystkie pojęcia, które mogłyby sprawiać trudność zostały zebrane i wyjaśnione w słowniku terminów.

Dzięki postępowi neuronauk możemy dziś zweryfikować stosowane w domach, w przedszkolach i szkołach metody nauczania. Neurobiolodzy obalają wiele wygodnych dla rodziców i nauczycieli mitów i pokazują, jak wiele zależy od nas dorosłych. To my, tworząc określone środowisko, decydujemy o tym, czym będą zajmować się dzieci. Ich aktywność znajduje odzwierciedlenie w strukturze sieci neuronalnej, można nawet powiedzieć, że rzeźbi ich mózgi. Dlatego z wnioskami płynącymi z neuronauk powinni zapoznać się zarówno rodzice, jak również nauczyciele i studenci kierunków pedagogiczych, wszyscy, którzy chcą się dowiedzieć, jak lepiej wykorzystać potencjał dzieci. Jeśli szkoła ma być źródłem prawdy o świecie, sama nie może ignorować wiedzy o tym, jak przebiegają procesy uczenia się.

Informacje o książce, streszczenie i spis treści można znaleźć na stronie Wydawnictwa Naukowego UMK

http://www.wydawnictwoumk.pl/prod_74250_Neurodydaktyka._Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

Link do rozmowy na temat „Neurodydaktyki” (piątek 18.10.2013):

http://bi.gazeta.pl/im/4/14805/m14805864.mp3


 

 

 

Comments ( 0 )
  1. Moje gratulacje!

    Widzę, że z poprzednim wydawnictwem zupełnie nie udało się…
    Ale uczelniane wydawnictwo to same plusy dla Ciebie — od akademickiego prestiżu, przez oprawę zrobioną przez grafika z wyczuciem smaku i umiaru, po całkiem rozsądny termin, w jakim udało Ci się to wydać.

    Czekam na następne Twoje książki!

  2. Marzena Żylińska Post author

    Dziękuję! Mam nadzieję, że po lekturze też będziesz zadowolony 😉
    A Wydawnictwo Naukowe UMK to nie tylko prestiż, ale przede wszystkim pełen profesjonalizm!!! Współpracy na takim poziomie życzę każdemu autorowi.
    Z okładki też jestem bardzo zadowolona 🙂
    A plany na kolejną książkę już mam. Chciałabym napisać tym razem o rozwoju dzieci w wieku przedszkolnym. Ale jednocześnie bardzo chciałabym wziąć się za tłumaczenie kilku niemieckich pozycji. Tam w dziedzinie neuronauk bardzo dużo się dzieje i dużo się pisze. Myslę, że warto by to spopularyzować. Niedługo ukaże się książka Spitzera „Cyfrowa demencja”, zobaczymy, jak się będzie sprzedawać.

    • Janina Huterska-Górecka

      🙂
      Ja także serdecznie gratuluję!
      I czekam na książkę o dzieciach w wieku przedszkolnym.
      Bardzo się cieszę, że będzie.
      Nina

      • Marzena Żylińska Post author

        Pani Nino,
        w tej też jest sporo o wieku przedszkolnym, szczególnie w kontekście nowych technologii i neuronów lustrzanych, ale to pierwsza książka na ten temat i chciałam najpierw ogólnie napisać o tym, co już wiemy o procesach uczenia się i zapamiętywania. Myślę, że „Neurodydaktyka” daje odpowiedź na pytania związane z wiekiem posyłania dzieci do szkoły.
        Jednak wiek przedszkolny jest tak ważny, że chciałabym mu poświęcić więcej uwagi, nie tylko w warstwie teoretycznej, co wynika z badań nad mózgiem, ale również opisać wiele praktycznych zadań. Szczególnie interesuje mnie rozwijanie intuicji matematycznych i wyobraźni przestrzennej, bo matematyka to od początku bolesny problem. W kazdym razie takie mam plany 🙂
        I dziękuję za inspiracje związaną ze „Spóźnionym Słowikiem”. Wykorzystałam to w książce!

        @ Joanna

        „od rodziców, nauczycieli i wychowawców zależy, czy wychowamy nasze dzieci na kreatywnych i myślących innowacyjnie twórców”, no i od tych, którzy maja wpływ na to, jak system edukacji został zorganizowany. Pytanie zatem brzmi tak: Czy system ułatwia rozwijanie kreatywności, innowacyjności i wyrażania własnych myśli?

        @ Grażka

        W książce wykorzystałam Pani doświadczenia, za co pięknie dziękuję 🙂

        • Janina Huterska-Górecka

          Marzeno 🙂
          Książkę będę czytać 🙂
          Dziś uzyskałam zapewnienie od kierownik naszej miejskiej Biblioteki Pedagogicznej,że dołoży wszelkich starań i zakupi ją oraz zamieści informację o „nowości wartej czytania”.
          Ja,z całą pewnością, będę wykorzystywać treści książki do spotkań metodycznych z nauczycielkami wychowania przedszkolnego (edukacji wczesnoszkolne), na ile będą mi dane możliwości („maleńki” etat doradcy, a nauczyciele zasypywani ofertami firm szkoleniowych i zaangażowani w projekty unijne, zwyczajnie, muszą wybierać „w natłoku” i „nadmiarze” jak sami twierdzą ).
          Rzecz w tym (jak pisze Pan Wiesław) byśmy chcieli „zapoznać się ” i dyskutować. Nakazu do czytania nie da się wydać :), ale budzić zainteresowanie i ukazywać związek konieczności poznania dla rozumienia potrzeb i rozwiązywania problemów współczesnej edukacji – może być „nakazem” wszystkich, którzy przychylają się idei zawartej w książce.
          Kamyk rzucony w wodę roztacza coraz większe kręgi.
          Ja wrzucę kamyk :)w swoim środowisku.
          Nina

  3. Joanna Brosiło

    Najserdeczniejsze gratulacje!
    „chcemy przygotowywać młodych Polaków do roli kreatywnych, innowacyjnie myślących twórców”,
    „celem jest wychowanie ludzi umiejących wyrażać własne … myśli”,
    „szkoła … powinna również rozwijać kreatywność, umiejętność pracy w grupie, czy zdolność wyszukiwania i selekcji informacji”,
    „To my, tworząc określone środowisko, decydujemy o tym, czym będą zajmować się dzieci. Ich aktywność znajduje odzwierciedlenie w strukturze sieci neuronalnej, można nawet powiedzieć, że rzeźbi ich mózgi”.
    „od rodziców, nauczycieli i wychowawców zależy, czy wychowamy nasze dzieci na kreatywnych i myślących innowacyjnie twórców”
    Polecam wszelkie inicjatywy CEO np. Szkołę z Klasą 2.0, zachęcam do zgłębiania wszelkich innowacyjnych pomysłów jakie realizują uczniowie wspólnie z nauczycielami. To jeden z programów edukacyjnych umożliwiających nie tylko „rzeźbienie mózgów” uczniów i nauczycieli 🙂 Nauczyciele również starają się poprzez samodzielnie tworzone innowacje aby nauka była rzeczywiście pomyślnym procesem fascynacji światem.

  4. Gratuluję, świetnie, że wreszcie jest.

  5. Bardzo jestem ciekaw jakim echem odbije się książka w środowisku nauczycielskim (czy jest coś takiego ?), czy będzie zauważona w mediach, czy dotrze do niektórych rodziców. Czy będzie się o niej rozmawiać w szkołach (czy w szkołach się rozmawia ?). Zdaję sobie sprawę że są dwie skrajne możliwości:
    – książka przejdzie bez echa
    – książka wzbudzi gorące dyskusje, spory, emocje; autorka będzie zapraszana na spotkania i „wieczory autorskie” w uniwersytetach i w wiejskich bibliotekach.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Wiesław,

      tak, tego nie wiadomo … Oczywiście chciałabym, żeby wywołała dyskusje w szkołach i gdyby tak sie stało, to już byłaby rewolucja, bo … w szkołach – jak sam piszesz – się nie rozmawia, bo trudno uznać za rozmowę ten jednokanałowy przekaz, gdy jeden mówi, a reszta słucha. Marzy mi się, żeby dyrektorzy dyskutowali z nauczycielami, nauczyciele z rodzicami i z uczniami, no i żeby tzw. góra …, no sam wiesz 🙂

      @ Beata
      Z perspektywy badań nad mózgiem zmiany, jakie wprowadziła nowa podstawa programowa są jedynie natury kosmetycznej, choć oczywiście są spore różnice między poszczególnymi przedmiotami (w historii zmieniło się sporo, w językach obcych tyle co nic). Ale potrząc na edukację z pewnej perspektywy, badacze mózgu twierdzą, że szkołę trzeba dziś wymyślić od nowa, bo ta którą znamy stworzona została na potrzeby świata, którego już nie ma. Dlatego nie przygotowuje uczniów do funkcjonowania w świecie, w jakim przyszło im żyć i dlatego przepaść, jaka dzieli szkołę i realne życie, jest wciąż większa. W mojej książce dokładnie to wyjaśniam.
      Cieszę się, że wstęp Panią zachęcił. Mam ogromną nadzieję, że książka wywoła dyskusje. Bo dziś jej dramatycznie brakuje, a nauczyciele i uczniowie raczej nie czują się podmiotami tzw. procesu edukacyjnego.

      • Joanna Brosiło

        @ Marzena,
        „badacze mózgu twierdzą, że szkołę trzeba dziś wymyślić od nowa, bo ta którą znamy stworzona została na potrzeby świata, którego już nie ma”
        Zgadzam się, iż system nie ułatwia rozwijania kreatywności, innowacyjności i wyrażania własnych myśli. Mający wpływ na to, jak system edukacji został zorganizowany są z przydziału politycznego.
        Od dziecka staram się być podmiotem tzw. procesu edukacyjnego pomimo matury w 1986 roku m.in. z tez na X Zjazd PZPR (w klasie matematyczno-fizycznej przedmiot Propedeutyka o Polsce i świecie współczesnym to było nie lada wyzwanie, sterta nieprzeczytanych „Rzeczpospolit” pod sufit; wylosowane pytanie „Rola polskiej inteligencji wczoraj i dziś …” umożliwiło rozwinąć skrzydła …).
        Dialog o jakim piszesz jest bardzo ważny. Mam nieodparte wrażenie, iż jest realne „żeby dyrektorzy dyskutowali z nauczycielami, nauczyciele z rodzicami i z uczniami” natomiast nie jestem przekonana, iż tzw. „góra” przyłączy się do tych dyskusji.
        Autopsja początku lat 90-tych i dwu-tygodniowego strajku w edukacji, rok 1998 i tworzone od 1999 r. gimnazja to „jednokanałowy przekaz”.
        Okręgowa Komisja Egzaminacyjna we Wrocławiu mieści się w budynku byłej Szkoły Podstawowej.

        • Marzena Żylińska Post author

          @ Nina

          I o to chodzi! Jeśli wielu ludzi zrobi jeden mały krok w dobrym kierunku, to przyniesie to ogromne zmiany 🙂

          @ Joanna
          Masz rację, z „górą” jest problem, bo od ponad 200 lat, gdy powstał pruski model edukacji, szkoła funkcjonowała w ten sposób, że wytyczne przychodziły z góry, a zadaniem dyrektorów, nauczycieli i uczniów było ich realizowanie. W tamtych czasach taki niedemokratyczny system nikogo nie dziwił. Dziś niedemokratyczne szkoły funkcjonują w demokracji i mają przygotować do życia w demokratycznym społeczeństwie. Od młodych pracowników oczekuje się kreatywności i innowacyjnego myślenia, które w szkole raczej przeszkadzają niż pomagają. Pytanie, czy już dojrzeliśmy do tego, by uznać, że do demokracji mogą przygotować jedynie instytucje oparte na demokratycznych fundamentach, że uczniowie mają słuchać, ale muszą też być słyszani. Do tego nawołuje dziś Wiesław 🙂

        • Polemizowałbym z Twoją definicją fundamentu demokracji: „obywatel ma słuchać, ale i być słyszany”.
          To raczej definicja komunizmu z ludzką twarzą, czyli takiego, w którym już nie stosuje się łagrów, a ludziom daje się wygadać.
          Gorbaczowowska głasnost.

          Jeśli chcesz pociągnąć tę dyskusję o fundamentach liberalnej demokracji — bardzo chętnie, ale zrób z niej proszę oddzielny wątek!

          Zadanie z fizyki na poziomie gimnazjalnym:

          Niech cała ludzkość wstanie, a potem nagle, wszyscy na raz, zrobią krok na wschód. O ile obróci się Ziemia? Przyjmijmy zdroworozsądkowe uproszczenia, jak równomierny rozkład ludzi na całej powierzchni Ziemi, wzięta z Wiki liczbę ludności, 80k g jako średnią masę człowieka, 1m jako długość tego „długiego kroku”, etc.

          Oczywiście, nie twierdzę, że krok na wschód to dobry kierunek — ale dla kroku na zachód wyszłoby tyle samo.
          A z krokiem na północ albo południe to już wykracza poza gimnazjum, ale efekt przez to jest ciekawszy 😉

        • Ale, oczywiście, pytanie o to, czy dojrzeliśmy do tego, by uznać, że do demokracji mogą przygotować wyłącznie demokratyczne instytucje, jest jak najbardziej słuszne i na miejscu!
          Postawiłbym je wręcz mocniej: czy w demokratycznym społeczeństwie mają rację bytu niedemokratyczne instytucje formujące obywateli?

          Masz tu pełną rację.

          Moja odpowiedź mogła wyglądać jak czepianie się. Nie, wprost przeciwnie, nie czepiam się Twojej tezy, wprost przeciwnie, uważam ją wręcz za zbyt słabo postawioną, a Wiesławowe „wysłuchiwanie” za listek figowy…

          • Marzena Żylińska Post author

            To raczej definicja dialogu, a nie komunizmu 🙂
            Ale masz rację podkreślając wagę pytania o to, czy niedemokratyczne szkoły mogą przygotować młodych ludzi do funkcjonowania w demokratycznym społeczeństwie. Myślę, a raczej jestem przekonana, że dla wielu osób już samo formułowanie takiego pytania jest nie do przyjęcia. Więc pytanie, czy jako społeczeństwo dojrzeliśmy do zrozumienia absurdalności obecnej sytuacji, jest jak najbardziej zasadne!

  6. Beata Zwierzyńska

    Pani Marzeno,
    jestem zachęcona do przeczytania Pani książki. Nigdy nie miałam okazji zapoznać się z neurodydaktyką i z chęcią zrobię to teraz.

    Bardzo zaciekawił mnie wątek związany z podstawą programową. Osobiście uważam, że nowa podstawa w celach i umiejętnościach na każdym etapie edukacyjnym zrobiła krok milowy w stosunku do tego co było poprzednio.

  7. Xawery. Przyszłość zawsze jest nieznana. Problem jest taki: o czym rozmawiamy – o paradygmatach, imponderabiliach, aksjomatach – czy o chwili bieżącej, o tym co tu i teraz, w tej chwili ? Ktoś stawia mi wybór: możesz iść do szkoły, która:
    – deklaruje, że nie będzie prowadzić dialogu
    – deklaruję, że będzie prowadzić dialog
    – niczego nie deklaruje
    Xawery, nie masz czasu na zastanawianie się, musisz podjąć decyzję natychmiast, musisz zaryzykować, jak to zazwyczaj jest w życiu. Którą szkołę wybierzesz ? Ja wybieram drugą.
    Czy Ty proponujesz wybór „wszystko albo nic” ? Przecież to jest nierealne i nieskuteczne ! Ja uważam, że jakikolwiek dialog, niechby nawet kulawy i „figowy”, jest lepszy niż żaden. Jeśli jeden nauczyciel chce prowadzić dialog a drugi nie chce i ich zwierzchnik nie chce i system jest chory, to ja i tak wybieram pierwszego nauczyciela i chcę go wspierać bo uważam , że to ma sens.

    • „jakikolwiek dialog, niechby nawet kulawy i „figowy”, jest lepszy niż żaden.”
      — tu się zupełnie nie zgadzam.
      Z takiego samego powodu, z jakiego za PRL nie chodziłem na wybory: by swoim w niej udziałem nie firmować fikcji.

      Wolę już jawną autokrację niż demokrację fasadową.

      To nie jest wybór między kulawym dialogiem, a brakiem dialogu, tylko pomiędzy zakłamaniem i prawdą, pomiędzy uczestnictwem w grze pozorów, a przyjęciem rzeczywistości bez samooszukiwania się.

    • To jest dużo głębszy problem, niż prosta rozbieżność w niezbyt istotnej kwestii taktycznej. Nie da się oddzielić problemu „chwili bieżącej” od problemów podstawowych.

      Dotykamy tu fundamentalnego dla naszego myślenia o systemie szkolnym pytania, na które niestety wielu nie chce odpowiedzieć nawet samym sobie:
      1. Czy system szkolny jest w zasadzie dobry i wymaga tylko drobnych poprawek (doskonalenia warsztatu)?
      2. Czy raczej system szkolny jest do d… i wymaga zastąpienia go czymś innym, a co najmniej gruntownej przebudowy (cytując Marzenę: trzeba wymyślić szkołę od nowa)?

      Jeśli dajemy sobie odpowiedź (1) to, oczywiście, pytania jakie zadałeś mają rację bytu i prowadzą do jego doskonalenia.

      Jeśli jednak dajemy sobie odpowiedź (2) to dyskusja (czy też, używając Twojego ulubionego słowa: dialog) z funkcjonariuszami tego systemu w ramach tego systemu pozbawiona jest sensu. Jest wręcz szkodliwa, bo daje mu naszą autoryzację.
      Można (i warto) najwyżej dogadać się o istotne praktycznie dla nas szczegóły. Ale nie jest to żaden dialog, tylko negocjacje. Tak samo, jak lądując w areszcie odpowiadamy klawiszowi szczerze na pytanie, czy wolimy siedzieć w celi z palącymi, czy z niepalącymi, z grypsującymi, czy z niegrypsującymi, choć wolelibyśmy nie siedzieć ani z jednymi, ani z drugimi.

  8. WaldemarZ

    Marzeno,
    Gratuluję sukcesu z książką! Sądząc ze spisu treści (i z wielu dyskusji na tym blogu), trudno przecenić wartość Twojego wkładu w zrozumienie problemów współczesnej edukacji.

    @ Następna książka: “wiek przedszkolny jest tak ważny, że chciałabym mu poświęcić więcej uwagi … Szczególnie interesuje mnie rozwijanie intuicji matematycznych i wyobraźni przestrzennej”
    Gdzieś kiedyś czytałem, że umiejętności matematyczne w wieku przed-szkolnym (3-5) są blisko związane, także w mózgu, z umiejętnościami językowymi, zwłaszcza liczby i logika, być może mniej geometria i wyobraźnia przestrzenna. Co sądzisz o takim połączeniu?

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Waldek
      Czy to będzie sukces, to dopiero zobaczymy, ale bardzo bym chciała, bo to by oznaczało prawdziwe zmiany w szkołach.
      O połączeniu, o które pytasz, nie czytałam, jeszcze … Mam sporo książek, które czekają na przeczytanie.

      W „Neurodydaktyce” niestety nie ma części praktycznej, którą planowałam i do której przesyłałeś mi zadania z matematyki. Wciąż czeka na wydanie i powinnam się najpierw za to zabrać, bo te przykłady zadań są prawie gotowe. Jak kiedyś porozmawiamy, to Ci wyjaśnię dlaczego tak się stało. Teraz tego żałuję.

  9. Xawery, zgadzam się z Tobą co do diagnozy, mam inne stanowisko w sprawie terapii (dobrze, że mamy różne poglądy, dzięki temu możemy prowadzić dialog).
    Uważam, że szkoła nie nadaje się do poprawiania małymi krokami (analogicznie jak było to z Peerelem). Ale dialog wewnątrz szkoły, tej chorej szkoły, jest dobry i niezbędny. Dialog jest jednym z narzędzi, może nawet najważniejszym, które może rozsadzić obecny system. Dialogu wewnątrz szkoły nie ma prawie wcale, dlatego tak łatwo jest manipulować nauczycielem, uczniem i rodzicem. Natomiast o szkole i wokół szkoły dialoguje się sporo, ale zupełnie bezskutecznie.
    Dialog może być narzędziem obrony i walki, ale nie tylko. Napiszę o tym, czyli o SZKOLE SZACUNKU I DIALOGU, wkrótce osobno.

    • Mam wrażenie, że powtarzając swoje hasło szkoły szacunku i dialogu w kontekście dialogu fasadowego, w którym jedna ze stron z góry wie, że jakie słowa by w tym dialogu nie padły, to nie zmieni to jej postępowania, zapominasz o tym, że pozorowanie dialogu jest zaprzeczeniem szacunku dla drugiej jego strony, tudzież zaprzeczeniem szacunku wobec własnej uczciwości.

      Wydaje mi się, że za dialog, przybliżający upadek PRL uważasz spotkanie załogi z dyrekcją fabryki, na którym dyrekcja wsłuchuje się w głębokie i rzeczywiste potrzeby robotników, polegające na zapewnieniu im wody mineralnej i zapewnia solennie, że woda będzie. Po czym okaże się, że jak tej wody brakowało, tak nadal brakuje, bo w końcu tę wodę dostarcza inne przedsiębiorstwo, zgodnie z centralnym planem zaopatrzenia w wodę mineralną.

  10. WZ

    @Wiesław

    @ dialog
    Myślę, że te czasy kiedy można było zmienić cały system edukacji jednym dekretem minęły. Ostatnia szansa na taką zmianę była chyba jeszcze za czasów ministra Handkego w latach 1997-2000. Teraz to są różne grupy interesów, a MEN to tylko jeden głos w dyskusji i dialog też tutaj nic nie pomoże, ponieważ byłoby to udawanie, że śpiewamy w duecie, podczas gdy tak naprawdę śpiewamy w wielogłosowym chórze, czyli dyskutujemy w wielologu.
    [mono-log: jedna grupa mówi, dia-log: dwie grupy rozmawiają; wielo-log: więcej niż dwie grupy dyskutują]

    @ szacunek
    Według mnie, szacunek nie powinien być traktowany jako zadanie oświatowe. Jeśli szacunek będzie przed szkołą i po szkole, to automatycznie będzie i w samej szkole, i vice versa: jeśli nie ma go poza szkołą, to trudno ze szkoły robić jakąś oazę szacunku, a po wyjściu ze szkoły uczeń wraca do rzeczywistości.

  11. Ksawery, coś mi tu się nie zgadza. Jak bez dialogu nauczyciele mają rozwiązywać konflikty, porozumiewać się, współpracować, prowadzić spory ? Jak bez dialogu uzgodnić przebieg wycieczki, sposób zadawania i sprawdzania zadań domowych, rozprawić się ze szkolnym „chuliganem”, itp. ?
    Jak nauczyciele mają zmieniać szkołę bez dialogu ?
    Czy to jest w ogóle możliwe bez dialogu ? Oczywiście , że jest. Tak działają standardowe szkoły i standardowi nauczyciele.

    @WZ W sprawie szacunku mam zupełnie odwrotny pogląd. To właśnie szkoła może i powinna być najlepszym miejscem do uczenia się szacunku. Nie jestem w tym odosobniony. Wkrótce o tym napiszę „u siebie”.

    • WZ

      Trochę niedokładnie się wyraziłem. Masz rację, szkoła powinna uczyć szacunku, w tm sensie, że okazywanie sobie nawzajem szacunku jest jedną z podstawowych norm życia społecznego, o których rozwijanie szkoła powinna dbać. Moje wątpliwości biorą się stąd, że uważam, iż źródłem braku szacunku między ludźmy nie jest sama szkoła i trochę się łudzimy, że okazywanie szacunku to jest jakaś szkolna umiejętność, której można kogoś nauczyć jak czytania i pisania.

      • Marzena Żylińska Post author

        Waldku,
        najprawdopodobniej szacunku uczymy się dzięki neuronom lustrzanym. One też odgrywają kluczową rolę w przekazywaniu wzorców i norm kulturowych. To znaczy, że szacunku lub jego braku uczymy się zawsze i wszędzie. Dzieci, które nie mają szans, by w domu nauczyć się, jak rozmawiać z innymi ludźmi, mogą nauczyć się tego w szkole. Dla niektórych osób z patologicznych rodzin jest to jedyna szansa na poznanie wzorców normalnych, oparych na szacunku i dialogu, wzorców relacji międzyludzkich.
        Nie włączam sie ostatnio do waszej dyskusji, bo jestem w miejscu, gdzie muszę daleko iść, żeby mieć trochę inernetu 🙂
        Czy ktoś już czyta „Neurodydaktykę”? Jestem bardzo ciekawa, co sądzicie o książce!

        • WZ

          Zgadzam się, że dla wielu dzieci szkoła to może być jedyne miejsce gdzie mogą się w tej sferze realizować i rozwijać. Dodałbym tylko, że oprócz szkoły i domu jest jeszcze trzeci obszar wpływu kultury i neuronów lustrzanych, tzn. cały obszar życia publicznego włącznie z mediami. Ten obszar wpływa nie tylko dzieci, ale też (i może bardziej) na rodziców i nauczycieli, a przez to pośrednio wtórnie też na dzieci.

          Jeszcze nie mam egzemplarza Neurodydaktyki, ale mam nadzieję przeczytać niedługo.

          • Marzena Żylińska Post author

            @ Waldek

            Tak, wszystkie sfery życia dostarczają wzorców postepowania. Dużą rolę odgrywają też media. Często zadaję sobie pytanie, czego uczą się dzieci oglądając dyskusje polityków.

            Odezwę się niedługo!

            @ Xawer
            Bardzo się cieszę, że „Neurodydaktyka” Ci się podoba. Ja też uważam, że pod względem edytorskim jest na bardzo wysokim poziomie. Ale najważniejsze, że nie ma błędów 🙂 Pani redaktor z Wydawnictwa Naukowego UMK zadbała o wszystkie szczegóły! Równie gładko przebiegło wydanie mojej poprzedniej książki, wydanej przez Feaszkę Edukacyjną. Czyli uogólniając można powiedzieć, że najczęściej mam szczęście do wydawców 🙂

      • ” Czy ktoś już czyta „Neurodydaktykę”? ”

        Mea culpa! Już dawno powinienem podziękować!
        I pogratulować raz jeszcze, bo wydane naprawdę dobrze, warto było zmienić wydawcę.
        A treść… już Ci przed jej wydaniem wysłałem tyle wybrzydzań, że teraz mogę najwyżej dodać z satysfakcją, że te moje ówczesne wybrzydzania się przydały…

  12. Chyba zgubiłem się w tym, o jakim poziomie dialogu rozmawiamy.

    Wydawało mi się, że chodzi Ci o dialog o celach (zaczynający się od Twojego pytania „po co tu przyszliście”, które oprotestowałem jako źle postawione.

    W sprawach drobnych szczegółów, ułatwienia sobie życia w szkole i uczynienia go znośnym, oczywiście dialog czy przyjazna rozmowa ma sens. Tak samo, jak ma sens dialog z klawiszem, pozwalającym nam wybrać celę z palącymi albo z niepalącymi.
    Ale taki dialog z klawiszem nie ma najmniejszego wpływu na to, czy my siedzimy, a inni będą siedzieć bez sensu — np. za zapalenie skręta.

    „Jak nauczyciele mają zmieniać szkołę bez dialogu ?”
    W ogóle. To nie nauczyciele mają ją zmieniać. Ani mogą, ani chcą. Podobnie jak nie klawisze mogą zmienić prawo karne, czy nawet zasady odbywania kary. Te są ustalane ustawami. I z decydentami, a nie z wykonawcami trzeba prowadzić dialog w sprawie zmiany systemu.

    Ale tak samo, jak klawisz nie jest władny wypuścić mnie z więzienia, tak samo nauczyciel czy dyrektor rejonowej szkoły nie są w stanie spełnić żadnego z moich oczekiwań, jakie miałbym wobec szkoły mojego dziecka.

  13. @Marzena.
    Najpierw przejrzałem książkę pobieżnie. – Co sądzę po przejrzeniu ? – Sądzę, że to jest książka typu „nosić ją przy sobie i ciągle do niej zaglądać”. To powinna być lektura obowiązkowa dla ……….. . Jetem ciekaw: kto ją będzie czytał, jakie wrażenie zrobi, kto i gdzie będzie cytował. Ale najważniejsze pytanie jest takie: czy książka wywoła jakieś spory. Mam nadzieję, że tak – że nie będzie znów jak w piosence: „… wszyscy zgadzają się ze sobą, a nadal będzie tak jak jest”.
    (Należy opracować zestaw lektur obowiązkowych oraz system testowo-egzaminacyjny dla wszystkich decydentów oświatowych).

    Postanowiłem czytać tę książkę od końca. Dzisiaj zacząłem.

    @WZ Dzieci uczą się w szkole matematyki, geografii i życia. Życia uczą się w każdej sekundzie, bo nasze zmysły i mózgi pracują bez przerwy. Dzieci uczą się szacunku i braku szacunku w obecnej szkole w każdej sekundzie – od nauczycieli zależy czego bardziej. Proces uczenia i uczenia się jest nieświadomy lub świadomy. Mi o to chodzi, żeby zwiększyć obszar edukacji świadomej, na przykład „świadomego uczenia się szacunku (lub matematyki, geografii)”.

    @Ksawery. Masz rację, że pojęcie dialogu może być różnie rozumiane. Mnie interesuję żeby dialog był w szkole wszechobecny, żeby był na każdy temat. Po to, między innymi(!), żeby wytworzyć postawę i nawyk prowadzenia dialogu (również wewnętrznego) wśród ludzi. Patrzę na dialog nie tylko jako na czynność i narzędzie, ale także jako na zasadę i postawę.

  14. Witold Kołodziejczyk

    Marzeno, dostałem nareszcie Twoją książkę, rzuciłem się do czytania i nie mogłem się od niej oderwać. WIem, że masz świadomość, że to książka bardzo ważna i bardzo nam wszystkim potrzebna. Powtórzę, to książka, która dokona przełomu w polskiej szkole. To brak odwagi, wizji i woli u odpowiedzialnych za nasz system edukacji sprawia, że szkoły tkwią feudalnych strukturach. Brakuje wiedzy na temat jej stanu i tego, co najważniejsze – na temat funkcjonowania dzisiejszych uczniów i nawyków ukształtowanych przez techonologię. Uczę się od Ciebie. Uczę się o funkcjonowaniu mózgu. Dziękuję za tę wyjątkową lekcję. Chciałbym, ale też wierzę, że dzięki Tobie i Twojej książce nastąpi prawdziwy edukacyjny przełom kopernikański. Ta książka zmini dotychczasowy, nieefektywny i wyeksploatowany do granic model naszej szkoły.
    Bardzo dziękuję!

    • Marzena Żylińska Post author

      Bardzo bym chciała, żeby wiedza o tym, jak funkcjonują nasze mózgi dotarła do szkół, by dzieci uczyły się nie tylko o układzie wydalniczym wypławka białego i układzie oddechowym żaby, ale i o tym, jak uczą się ich neurony. I marzy mi się, żeby tę wiedzę miały również osoby odpowiedzialne za edukację, eksperci tworzący programy nauczania, autorzy materiałów dydaktycznych. Wydaje mi się, że znając neurobiologiczne podłoże procesu uczenia się, nie można utrzymywać obecnego systemu, który tak skutecznie zniechęca dużą część uczniów do nauki. Ale ten system wydaje się być dość odporny na argumenty!
      Czy mając w ręku argumenty neurobiologów można głośniej dopominać się o zmiany?
      Jestem też głęboko przekonana, że wiedzę na temat neurobiologicznych podstaw pracy mózgu powinni mieć wszyscy nauczycieli. Dobrze ujmuje to Spitzer „Mózg ucznia to miejsce pracy nauczyciela” 🙂

      Znajomy przesłał mi dziś link do filmu, który doskonale pasuje do mojego rozdziału o cyfrowych tubylcach i imigrantach.

      http://www.youtube.com/watch?v=OINa46HeWg8&feature=youtu.be

      Chciałabym, żeby nauczyciele oglądąli go razem z uczniami w szkole i żeby wspólnie zastanowili się, jak smartfony zmieniają nasze życie.

      Ten sam znajomy podesłał mi jeszcze jeden link, też pasujący do mojego trzeciego rozdziału. Ten bark jakiejkolwiek refleksji jest zadzwiający.

      http://forum.pomorska.pl/szkoly-w-bydgoszczy-beda-cyfrowe-zamiast-ksiazek-laptopy-t136748/?p=1485996

      Co Ty o tym myślicie?

      • Wiesława Mitulska

        Pani Marzeno, czekałam na tę książkę od momentu, gdy zaczęłam czytać Pani bloga. Czytałam Neurodydaktykę powoli, dając sobie czas na przemyślenia, z poczuciem, że doświadczam czegoś bardzo ważnego, fundamentalnego wręcz dla mojego zawodu. Znam książkę Spitzera i zawsze interesowały mnie doniesienia naukowców badających możliwości naszego mózgu, ale w Pani książce znalazłam wiele odniesień do naszej polskiej szkoły i naszego systemu edukacji, czego brakuje mi zwykle
        w tłumaczeniach obcych autorów. Pani książka jest dla mnie wielką inspiracją. W trakcie czytania miałam wiele pomysłów jak tę wiedzę przełożyć na praktykę w pracy z moimi pierwszakami. Swoją drogą za największą frajdę w moim nauczycielskim zawodzie uważam możliwość takiego kreowania środowiska dydaktycznego, by każde dziecko mogło rozwinąć skrzydła. Wiele lat temu wymagało to ode mnie porzucenia sposobu myślenia, który zdobyłam na studiach, że metodykę należy traktować z największą czcią, bo wymyślili ją ludzie mądrzejsi od nas, że istnieją „prawidłowe” sposoby wprowadzania dodawania, czy tabliczki mnożenia i tu nic nie wolno zmieniać. Jako początkujący nauczyciel trzymałam się tych wytycznych, jak przepisów w książce kucharskiej do momentu, kiedy zauważyłam, że są dzieci, które w ten sposób nie potrafią się uczyć.
        Pani Marzeno, czy może Pani propagować Neurodydaktykę wśród swoich kolegów nauczycieli akademickich? O tym, jak uczy się mózg powinni dowiadywać się studenci – przyszli nauczyciele. Później trudno zmienić swoje nawyki i sposób myślenia. Ja mam doświadczenia z prowadzenia warsztatów dla nauczycieli pokazujących pracę z dziećmi metodami systemu „Edukacja przez ruch”. Nauczyciele zwykle wyrażają zachwyt systemem i możliwościami jakie daje w pracy z dziećmi jednak warsztaty zwykle kończą stwierdzeniem: „Kiedy my to mamy robić? My przecież MUSIMY REALIZOWAĆ PODSTAWĘ PROGRAMOWĄ!”
        Gratuluję Pani wspaniałej książki i życzę, by wywołała szeroką dyskusję o polskiej szkole. Z ciekawością czekam na następne książki.
        Pozdrawiam.

        • Marzena Żylińska Post author

          @ Wiesława
          Bardzo mnie cieszy to, że moja książka jest dla Pani inspiracją i że w trakcie lektury przychodziły Pani do głowy różne pomysły. O to mi właśnie chodziło, by każdy potrafił przełożyć sobie te informacje na potrzeby własnej praktyki. Moim celem jest zachęcenie nauczycieli do tworzenia środowiska, w którym uczniowie mogą rozwinąć skrzydła. Każdy na miarę własnych możliwości. Co do metodyki, to jako metodyk 😉 w pełni się z Panią zgadzam. Wszyscy zostaliśmy oszukani przez metodykę. Obiecywano nam, że pisanie konspektów i planowania – co do minuty!!! – tego, co mają robić i mówić uczniowie, przyniesie dobre rezultaty. Dziś wiadomo juz, że nie ma skuteczniejszej metody na niszczenie motywacji do nauki. Wystarczy pozbawić ludzi autonomii i w nic się już nie angażują.

          @ Ania
          Proszę do mnie napisać 🙂
          marzenazylinska@gamil.com

          @ Anna Grzegory
          Pani Anno, postawiła tu Pani niezmiernie ważne pytanie. Odpowiem na nie w następnym wpisie, bo mam wrażenie, że może interesować również inne osoby.
          Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za Wasze komentarze dotyczące „Neurodydaktyki”.

    • Książka jest świetna i bardzo ważna.
      „to książka, która dokona przełomu w polskiej szkole”
      Też o tym marzę.
      Jak wzbudzić działania prowadzące do przełomu ? Jak go przyspieszyć ? Kto to zrobi ? Czy możemy napisać kilka scenariuszy procesu przełamywania ?
      Książka wzbudzi dyskusje, może nawet gorące. Czy dyskusje doprowadzą do działań ? Zapewne tak, ale jakie to będą działania: skuteczne w skali mikro, czy makro ?
      Jeśli sami nie dokonamy przełomu, to przyjdzie on do nas z zewnątrz. Tak było w latach osiemdziesiątych XX wieku. W Polsce została uruchomiona lawina, która zmiotła fałszywy, nieefektywny i wyeksploatowany do granic model państwa i społeczeństwa w naszej części Europy. Gdzie ruszy oświatowa rewolucja kopernikańska XXI wieku – w Danii, w Niemczech, czy w Nowej Zelandii ? Blisko nas, czy daleko ? A może już ruszyła ? A może przyjdzie do nas w postaci dyrektyw i zaleceń Komisji Europejskiej (to byłoby bardzo wygodne) ?

  15. Ania

    Jak to dobrze, że zaczyna się o tym coraz więcej i częściej mówić i pisać. Pani Marzeno, czy można Panią zaprosić na spotkania z nauczycielami i rodzicami? Organizujemy różne szkolenia, a temat, który Pani porusza, jest szczególnie ważny. Jak można się z Panią skontaktować?

  16. Pani Marzeno
    Jestem logopedą, nauczycielką kształcenia zintergowanego, prowadzę terapię dysleksji. Mam też okazję uczyć się TIKania w grupie Superbelfrzy RP. Prowadzę swój szkolny blog logopedyczny, gdzie wspólnie z dziećmi umieszczamy dużo materiałów do nauki. Mam dylemat, który mnie coraz bardziej nurtuje i nie wiem, gdzie szukać odpowiedzi. Dotyczy wykorzystywania pomocy dydaktycznych analogowych i cyfrowych. Jak działa proces uczenia się dajmy na to podczas gry w memory na kartonikach, a jak to samo np w aplikacji komputerowej? Czy dziecko lepiej zapamięta wyrazy pisane długopisem, czy na ekranie? Co wybrać na zajęciach, w jakich proporcjach? Czy lepiej dziecko zapamięta wyrazy wyświetlane na ekranie, czy drukowane na papierze? Są już jakieś wiarygodne badania na ten temat?
    Dzieci przy użyciu komputera, tabletu łapią flow momentalnie i dużo dłużej utrzymują koncentrację uwagi i to niesie niebezpieczeństwo „przedawkowania”. Wiem, że należy urozmaicać zajęcia, kierować się rozsądkiem, ale intuicja to jedno, a wiedza drugie.

  17. Alojka

    Od dwudziestu lat zajmuję się rozwijaniem zdolności poznawczych uczniów. Uczę ich jak mają się uczyć, nie jak mają dać się nauczyć. Wiem ,że uczeń powtarzający klasę po raz trzeci w większości przypadków pogorszy swoją sytuację życiową. Wiem ,że słaba ocena sieje spustoszenie w głowie ucznia.Słyszę od uczniów: „proszę poczekać, ja to zaraz zrobię.” Pracuję przez sześćdziesiąt minut z jednym uczniem uważnie obserwując, gdzie jest próg jego możliwości na tę chwilę. Bo musi być troszkę trudniej, żeby coś się działo ale nie za trudno bo się podda. Do wielu wskazówek zawartych w „Neurodydaktyce ” doszłam sama w praktyce.Wiecie jak to cieszy! Podczytuję sobie o nauczaniu przyjaznym mózgowi jako pedagog nie dydaktyk.Czuję jak rozrastają się wypustki w moim mózgu, aż szumi! Profesor Kwieciński napisał 30 lat temu niewielką objętościowo pracę w oparciu o swoje badania ” Szkoła jako system wdrażania w kulturę pozornego wysiłku”. Od tamtej pory dopiero Neurodydaktyka tak bardzo poruszyła moją pedagogiczną duszę.

  18. Znalazłem w „Lapidaria” Kapuścińskiego:
    „Locke uważał, że tyle tylko wiemy, co doświadczamy. Berkeley idzie dalej: to tylko istnieje, czego doświadczamy”.
    Dorzucam: w szkole chodzi o to jak doświadczmy – w jaki sposób, z jaką intensywnością, w jakim kontekście.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Wiesław
      To ciekawe, ilu ludzi intuicyjnie czuje, w którą stronę powinniśmy iść!
      Gerald Hüther mówi, że dobra szkoła musi budzić fascynacje, treści muszą „wchodzić pod skórę” i zachęcać do działania. Bez możliwości doświadczania świata dostajemy spreparowaną papkę z drugiej ręki.

      @ Ania, której obiecałam odpowiedź

      Już zabieram się za pisanie. Wcześniej nie mogłam, bo pisałam artykuł. Tak sie porobiło, że pracuję nawet w soboty i niedziele, a lista ze sprawami do zrobienia wciąż się wydłuża 🙁

  19. Joanna Croisier

    Na świeżo po dzisiejszej konferencji nt. motywacji w warszawskim Buwie (miałam przyjemność powitać Państwa przy wejściu). Z zachwytem wysłuchałam Pani wykładu – który potwierdza moje intuicje i doświadczenia z podwórka lektorskiego i szkoleniowego. Ta nowa tendencja w myśleniu o nauczaniu języka zapowiada przeczuwany i wyczekiwany przewrót. Wreszcie… Bardzo dziękuję za inspirację!

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Joanno,

      ja też bardzo liczę na zmiany! Razem z moimi studentami szukamy nowych rozwiązań i testujemy je w praktyce. Mam już sporo materiałów, które powstały w oparciu o wnioski płynące z badań nad mózgiem. Po dzisiejszej konferencji nabrałam przekonania, że powinnam teraz napisać książkę poświęconą nauczaniu języków obcych w świetle badań nad mózgiem. Mogłabym w niej wykorzystać to wszystko, co wymyślamy na naszych zajęciach metodyki w toruńskim NKJO. Mamy na przykład wiele pomysłów na to, jak wykorzystywać telefony komórkowe do wprowadzania i ćwiczenia gramatyki lub słownictwa i całe mnóstwo materiałów nowej generacji.

      • Al

        Dzieciaki znajomych wykorzystują czasem komórki używając aplikacji typu supermemo do nauki słownictwa.
        Tak na marginesie zapytam, bo wiem, że nadszedł koniec NKJO – czy wasze badania mają szanse być kontynuowane? Moim zdaniem, wielka szkoda, że podjęto decyzję o likwidacji tych placówek, mamy bardzo dobre doświadczenia z nauczycielami kształconymi w NKJO, z tymi po filologiach jest prawdziwa loteria.

        • Marzena Żylińska Post author

          @ Al
          Czy to koniec kolegiów, tego jeszcze nie wiadomo. Dziś dotarły do mnie zupełnie nowe informacje. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Na razie pracujemy normalnie i ja skupiam się na pracy. Miło mi słyszeć, że nasi absolwenci mają dobra opinię 🙂 Też mi się wydaje, że dobrze przygotowujemy ich do zawodu.

      • Dorota

        P. Joanna Croisier wspomniała o konferencji „Motywacja w edukacji językowej”, więc dorzucę coś od siebie.
        Pani Marzeno, ja również z zachwytem wysłuchałam Pani wystąpienia i myślę, że pozostali uczestnicy konferencji także, o czym świadczyła burza oklasków po Pani wystąpieniu. Szkoda tylko, że wystąpienie trwało zaledwie 25 minut.
        Marzy mi się spotkanie z Panią co najmniej 2-godzinne, aby był czas na wykład i później ewentualnie na pytania publiczności. I aby takie spotkanie dostępne było dla wszystkich chętnych, a nie tylko dla osób związanych zawodowo z edukacją. To o czym napisała Pani w swojej książce i o czym mówi na spotkaniach, powinno przecież dotrzeć również do rodziców uczniów.
        Pomysł na nową książkę o nauczaniu języków obcych – znakomity. Proszę jak najszybciej go zrealizować :-).

        • Marzena Żylińska Post author

          Pani Doroto,

          dziękuję za miłe słowa! Po ostatnim cyklu wykładów wróciłam do domu bardzo zmęczona, ale gdy czytam takie maile i widzę, ile osób podejmuje pałeczkę i niesie dalej idee szkoły przyjaznej mózgowi, to wracają mi siły. To pewnie działanie dopaminy 😉
          Ja mam dużo spotkań z nauczycielami. Proszę napisać mi w mailu, skąd Pani jest. Może niedługo będę mieć spotkanie gdzieś niedaleko?

          marzenazylinska@gmail.com

          @ Joanna

          Myślę już o następnej książce, ale na razie mam tyle propozycji spotkań, że pewnie wezmę się do pracy za 2-3 miesiące. Ale razem z moimi studentami wciąż zbieramy materiały i opracowujemy pomysły na zupełnie inne, „niemetodyczne” lekcje.

  20. ewka

    ucze ponad 20 lat mam pewne spostrzezenia, dobrze ze nam emeryure oddalono moze zdąże wykorzystac doswiadczenia.
    parę rzeczy mi się zgadza: jesli jakis proces nazwiemy „glupio” śmiesznie to dzieci go wykonują, dużo „straconego” czasu na motywację wraca. Drobne ruchy nagradzające uczniów powdoują ze im się chce i dla pani zrobirą cos co normalnie by pominęli, strach się bac co się dodatkowo dowiem po pełnej lekturze:) pozdrawiam

  21. Joanna Croisier

    Taka książka teoretyczno – praktyczna, poświęcona nauczaniu języków obcych, oparta ana badaniach i z praktycznymi materiałami… Oj, brzmi zachęcająco. To czekamy 🙂

  22. Pani Marzeno, bardzo zależy mi na tym, żeby przyjechała Pani na powiatową konferencję dla nauczycieli do Pszczyny. Przeczytałam Pani książkę, obserwuję blog i jestem pod wielkim wrażeniem. Dzisiaj wysłuchałam również wywiadu z Panią. Miejscami miałam wrażenie, że wyciąga Pani moje myśli z mojej głowy. Jestem pedagogiem terapeutą biofeedback, 25 lat pracowałam w szkole jako nauczyciel nauczania początkowego. Eksperymentowałam i poszukiwałam nowych metod pracy z uczniami, rzucałam (symbolicznie i praktycznie) podręcznikami uciekając się do „tajnych kompletów”, spędzałam z uczniami noc w szkole, aby mogli poczuć, że szkoła może być też miejscem fascynującym, tajemniczym i ciekawym. Czytaliśmy nocą książki, robiliśmy nocne podchody z latarkami w poszukiwaniu ukrytych kopert z zadaniami do rozwiązania. Obserwowaliśmy tęczę na ścianie rzucając światło ze starego projektora do bajek, przez naciętą blaszkę i pryzmat, tworzyliśmy szkolne czasopismo, zamiast klasówek mieliśmy w klasie olbrzymie koło fortuny wykonane przez jednego z dziadków, moi uczniowie sami prowadzili aktywne lekcje nie tylko w naszej klasie, ale chodząc od klasy do klasy na zaproszenie innych nauczycieli, którzy chcieli ten sposób uczenia się przenieść do swoich klas. Moi uczniowie byli ekspertami, od których niejednokrotnie się uczyłam. Ochoczo i z własnej inicjatywy zapraszali do szkoły swoich dziadków i wujków, którzy dzielili się z nami swoimi pasjami, np. malarstwo olejne, rzeźbiarstwo, słownik gwary śląskie itp. Mogłabym tak wymieniać godzinami.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Grażyno,

      ale niesamowite rzeczy Pani robi!!! Piękne to wszystko i potrafię sobie wyobrazić, jak te Pani pomysły działały na uczniów.
      Zaraz napiszę do Pani maila 🙂

  23. Witam,
    Czytam Pani blog już jakiś czas. Tematem interesuję się wiele lat i wiele moich przemyśleń zostało potwierdzonych przez Pani teksty. Chętnie przeczytam Pani książkę, ale nie mogę jej nigdzie dostać. Moja prawie 6-letnia córka jest w edukacji domowej, a w tym roku poszła do szkoły demokratycznej. Demokracja jest wspaniała 😉

  24. Ewa

    Gratuluję! Słuchałam wywiady z Panią w radiu 1 listopada i już nie mogę się doczekac przesyłki z książką.
    Przypominam sobie, jak moje dziecko pracujące w przedszkolu metodą projektu poszło do szkoły i po kilku tygodniach wychowawczyni stwierdziła, że syn zadaje za dużo pytać, ciągle chce coś wiedzieć, a ona nie może prowadzić lekcji.
    Efekt – syn przestał zadawać pytania, a szkoła stała się nudnym miejscem, do którego chodził bez entuzjazmu. Zero motywacji.
    uważam, że Pani ksiązkę powinni przeczytać wszyscy nauczyciele , nie z obowiązku ale z chęci dokonania zmian. Pierwszymi czytelnikami powinni być pracownicy MEN i kuratorium.

  25. Dawid Gra

    Czytajac opis, powyzszy wstep w koncu mialem przed oczyma czlowieka dwurecznego, glowego i sercowego. Znow chodzi o czlowieka. Przez dlugie ostatnio czytajac akademickie, oswiatowe, rangowo swiatowe publikacje widzialem jedynie tabelki, wykresy, procenty, smieszne nazwiska, protokoly, dwukropki, i luki do wypelnienia. Nareszcie cos o NAS! Dziekuje.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Dawid
      Tak, proces uczenia się to coś, co wymaga ludzi i relacji międzyludzkich. Dobrze, że zwróciłes na to uwagę, bo patrząc na dzisiejszy model edukacyjny można odnieść wrażenie, że celem są liczby, wyniki, statystyki i wykresy. Nieważne, że dzieci w szkole już po kilku miesiącach tracą motywację do nauki, ważne w w jakimś teście polscy uczniowie osiagnęli lepsze notowania niż w poprzednim, że znów lepiej trzymają się schematów i algorytmów, a zupełnie gubią się, gdy cokolwiek zostanie zmienione.
      Mam nadzieję, że „Neurodydaktyka” pokazuje, że sukces szkolny wymaga skupienia się na uczniach, proces uczenia się to coś, co zachodzi między ludźmi. Czytam biografię Steve’a Jobsa i po raz kolejny uświadamiam sobie , jak trudno takim ludziom funkcjonować w szkole opartej na schematach i reprodukowania informacji. Ile kreatywności tracimy dziś bezpowrotnie ćwicząc uczniów przez 12 lat w udzielaniu najbardziej typowych informacji?

  26. Dawid Gra

    Ja mysle, ze nie tylko takim ludziom. Ogolnie wszystkim. Czesto spotykam ludzi, ktorzy nie wykrzesali w sobie zadnych pasji, nie inwestuja w siebie by rozwijac te pasje. Po prostu nie ma tej czesci zycia polegajacej na poznawaniu w ich zyciu. Jest zal wypelniany czynami zawisci. Nie mieli mozliwosci! Moze i spotkali ludzi z pelnymi worami mozliwosci, ale z wielu przyczyn nikt w nie nie zagladal, bo brakowalo i tutaj mozliwosci.

    pewno widziala Pani przemowe Ken Robinson o edukacji. Czlowiek tez ma dosc i opowiada o tym z wilkim poczuciem humoru. Porownalbym Pania do niego, jesli moge.

    http://m.youtube.com/watch?v=wX78iKhInsc#

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Dawid

      Takie porównanie bardzo mi schlebia 🙂
      Steve Jobs powiedział kiedyś: „Miałem ogromne szczęście, bo szybko odkryłem, co jest moją pasją.”
      Marzą mi się szkoły, które pozwolą uczniom odkrywać ich pasje. Jednak do tego trzeba nauczycieli, którzy mają swoje pasje.

  27. Mattis

    Pani Marzeno, jestem po lekturze Neurodydaktyki i jestem pod wielkim wrażeniem trafności Pani myśli.
    Zaraz po studiach na Politechnice uczyłem w Technikum Budowlanym – wytrzymałem rok, jednak bardzo dużo z tamtego roku pamiętam do dzisiaj…choćby rady starszych kolegów : co pan panie kolego jakieś eksperymenty wprowadza, uczniów należy karać, karać i jeszcze raz karać. Ale również pamiętam do dziś jak niesforna dość klasa bez okazji zaśpiewała mi ” we will rock you” rytmicznie waląc w blaty szkolnych ławek. Wyłgałam się przed dyrekcją że nieopatrznie zapytałem uczniów co ich interesuje, co lubią robić najbardziej.
    Pozdrawiam serdecznie

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Mattis
      Ciekawe doświadczenia 😉
      To ciekawe, dlaczego doświadczeni nauczyciele tak często traktują młodych, którzy chcą uczyć inaczej, powiedzmy, w pewien specyficzny sposób. Sama też tego doświadczyłam. Do dziś pamiętam te uwagi zaczynające sie od: „Koleżanka jest jeszcze młoda, więc …” Może teraz jest już inaczej??? Może strach i opresyjna dyscyplina to już przeszłość?

  28. Bożena Będzińska-Wosik

    Pani Marzeno,
    „Neurodydaktykę” czytam z wypiekami na twarzy! Po lekturze Spitzera Pani książką delektuję się jak znakomitym w smaku, wysublimowanym deserem. Jestem dyrektorem „podstawówki” i mam szczęście pracować z kilkoma nauczycielami, którzy powoli wraz z dziećmi wychodzą z ławek. Próbujemy zmieniać najpierw siebie, zaraz potem szkołę. Ileż z tym wiąże się problemów, nie muszę Pani mówić. „Neurodydaktyka” dodaje nam energii, inspiruje, napawa optymizmem. Pozdrawiam Panią serdecznie i czekam na kolejne książki.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Bożeno,

      będę się starać 😉 Proszę napisać, gdzie znajduje się Pani szkoła, może będę mieć gdzieś w okolicy jakiś wykład.

      Bardzo mi miło, gdy czytam takie słowa i zapominam o tym, ile trudu kosztowało mnie napisanie książki!

      • Bożena Będzińska-Wosik

        Pani Marzeno,
        właśnie dziś omawiałam zajęcia w klasie trzeciej z nauczycielką, która „wyszła z ławek”. Rozmawiałyśmy o Pani (jest Pani naszym Mistrzem), o neuronach lustrzanych, ubolewając, że dość daleko z Łodzi do Torunia. Ma Pani, Pani Marzeno, wierny fanklub w Szkole Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi. Marzy nam się spotkanie z Panią! A ponieważ marzenia czasem się spełniają, miło by było, gdyby Pani zgodziła się przybyć do nas. Na razie pozostaje nam zazdrościć Pani studentom i cieszyć się radością naszych uczniów, których mózgi przetwarzają…(dziś pierwszaki mierzyły długość korytarza własnymi piórnikami). Nieśmiało proszę o informację zwrotną w sprawie ewentualnej wizyty w Łodzi. Pozdrawiam Panią w imieniu łódzkich fanek neurodydaktyki!

        • Marzena Żylińska Post author

          Pani Bożeno

          i jak wyszedł ten pomiar korytarza piórnikami? Czy dzieciaczki były zainteresowane, czy chętnie to robiły? Czy sądzi Pani, ze w ten sposób oswoiły się z określonymi jednostkami? Jak wyglądało to „wyjście z ławek”? Czy dzieci, które zostają odkrzesłowieone maja większą chęć do pracy, czy zmienia się ich zaangażowanie? Proszę coś o tym napisać!!!
          Ja robię też szkolenia dla rad pedagogicznych (wykład na temat neurodydaktyki – co wspiera, a co hamuje procesy uczenia się + warsztaty – temat do ustalenia). 15 lutego (sobota) będę w Łodzi. Proszę do mnie napisać, może mogłabym przyjechać dzień wcześniej.

          marzenazylinska@gmail.com

          Pani Karolino,

          jak patrzy Pani na nowe technologie po lekturze „Neurodydaktyki”? Czy coś się zmieniło? Jestem bardzo ciekawa Pani refleksji.

          Pozdrawiam serdecznie 🙂

          • Bożena Będzińska-Wosik

            Pani Marzeno,
            pierwszaki, które odmierzały długość korytarza piórnikami to najbardziej niesforna klasa w naszej szkole. Uczy ich młoda dziewczyna, która obrała sobie za mistrza nauczycielkę niezwykle kreatywną, stosującą na co dzień ocenianie kształtujące, poszukującą nowych ścieżek edukacyjnych. To właśnie ta ostatnia „pożegnała” ławki i podręcznikowe ćwiczenia jako pierwsza i zachęca do tego młode nauczycielki. A pierwszaki stwierdziły, że „matematyka jest fajna”, że „to była wspaniała lekcja” i że „zmierzą w domu swój pokój”. Czego chcieć więcej? „Odkrzesłowione” dzieci z klasy trzeciej lubią się uczyć, lubią siebie i są niezwykle ciekawe świata. Pracują najczęściej w parach (każdy tydzień z kimś innym) lub w grupach i myślę, że niejedno dziecko z klasy szóstej mogłoby się od nich uczyć jak się uczyć. A uczą się w działaniu i to aktywne uczenie się sprawia im tyle radości! Nie zapomnę ich rozpalonych twarzy, kiedy opowiadali o wizycie w piekarni, gdzie upiekli chleb i bułki, którymi mogli poczęstować rodziców. I jak to się ma do oglądania nawet najbardziej kolorowych ilustracji, czy przeczytania tekstu opowiadającego o pracy piekarza w podręczniku?
            Pani Marzeno,
            proszę zarezerwować sobie czas 14 lutego. Z wielką radością będziemy Panią u nas gościć.

          • Dzieci w angielskiej szkole mierzą różne odległości używając butów, kijków i łańcuszków. Jest to okazją nie tylko do mierzenia, ale i do wyjaśnienia tradycyjnych miar brytyjskich: foot, rod, chain, i do opowiadania o ich pochodzeniu. Choć, oczywiście, tylko buty mają choć w przybliżeniu właściwą wielkość: rod to ok. 5m, a chain to ok. 20m.

            Polskie dzieci mogłyby mierzyć odległość w łokciach: by uzyskać łokieć, taki, jak stosowany przez ponad 4000 lat, od sumeryjskich czasów, trzeba zgiąć rękę w łokciu, wyprostować dłoń, a wzorcem jest długość od łokcia do czubka środkowego palca. Średniowiecznym wzorcem był dorosły mężczyzna — i to u Kazimierza Wielkiego, który zestandaryzował polski łokieć, musiał być bardzo wysoki i mieć długie ręce, więc łokieć kazimierzowski, równy ok. 62cm to zdecydowanie więcej, niż tak utworzony łokieć pierwszaka. A może Kazimierz po prostu uznał, że jego królewski łokieć musi być większy od hanzeatyckiego i ogłosił taki wielki nie odwołując się do żadnej konkretnej osoby jako wzorca i nie przejmując się realizmem antropologicznym — w końcu nie jestem krótkorękim kurduplem, a mój łokieć jest krótszy o 15%?

            A ja z moimi znajomymi przedszkolakami mierzyliśmy kiedyś ogródek i sprawdzaliśmy, czy rogi tego ogródka mają kąty proste przy pomocy egipskiego sznura mierniczego (sznur z węzełkami w równych odstępach, w Egipcie co ok. 5m, u nas trochę gęściej, bo i ogródek mniejszych od pól zbożowych nad Nilem). Była nie tylko zabawa z mierzenia, ale i długa opowieść historyczna o starożytnym Egipcie i zagadka egipskiego trójkąta (sznur mierniczy układa się w trójkąt o bokach 3-4-5 albo 6-8-10 węzełków i kąt między bokami 3 i 4 jest prosty!) — dla przedszkolaków takie odkrycie geometryczne jest całkiem inspirujące.

    • Pani Bożeno, z iloma dyrektorami innych szkół Pani współpracuje ?
      Czy dobrze przypuszczam, że Pani i wasza szkoła jesteście w centrum zainteresowania władz oświatowych, że jest Pani zapraszana na konferencje, konsultacje, że jest Pani promowana przez wspomniane władze. Czy Pani działania wywołują entuzjazm uczniów, rodziców, nauczycieli i zwierzchników ?

      • Bożena Będzińska-Wosik

        Panie Marianie,
        nasze działania wywołują radość uczenia się u naszych uczniów. No i pewnie Pan się nie zdziwi, jak powiem, że nie wszyscy moi nauczyciele są do końca przekonani do słuszności działań swoich koleżanek i kolegów, którzy poszukują. Na szczęście efektów tych działań, zwłaszcza entuzjazmu dzieci, nie sposób nie zauważyć! I nasza grupa entuzjastów szkoły „zdrowego rozsądku” powoli się powiększa. Właśnie dziś odbyło się pierwsze spotkanie naszego nauczycielskiego klubu „Synapsa”. Zamierzamy bardzo „zarażać”. Co do entuzjazmu rodziców – Panie Marianie, przecież oni pamiętają swoją szkołę! Wszelka inność w tej materii to dla nich problem. Na szczęście niektórzy mają krótką pamięć i podzielają radość dzieci oraz naszą satysfakcję.Pozdrawiam ciepło.

        • Marzena Żylińska Post author

          Pani Bożeno,

          Wiesław (co prawda Mariański, ale Wiesław 🙂 pyta oczywiście ironicznie, bo zna realia i wie, że entuzjazm u uczniów łatwo obudzić, ale dalej jest już trudniej! O zwierzchników nie pytam …, ale proszę napisać, jak na te nowe pomysły reagują rodzice dzieci. Jestem tego bardzo ciekawa, bo wiem z doświadczenia, że z ich strony zapotrzebowanie na złą szkołę i złą edukację jest czasami bardzo duże.

          Za chwilę odpiszę na Pani maila, przepraszam, że tak długo to trwa, ale dostaje ich tyle, że nawet przy najlepszych chęciach, czesto nie daję rady odpowiedzieć na wszystkie.
          Pozdrawiam ciepło!

          • Bożena Będzińska-Wosik

            Oj, dużo by opowiadać na temat rodziców. Mam wiele zrozumienia dla ich, niektórych zdumiewających, zachowań. Ostatnio trzy mamy uczniów klasy drugiej wyraziły swoje oburzenie, że dzieci nie siedzą w ławkach. Ich zdaniem tylko „klasyczne” ustawienie ławek gwarantuje dyscyplinę na lekcji, a tym samym efektywność nauczania. Na moje pytanie, czy dzieci podzielają zdanie mam, zareagowały kolejną falą oburzenia: „od kiedy dzieci decydują o takich sprawach?!!!”. Pozostał tylko argument dotyczący autonomii nauczyciela w zakresie m.in. doboru form i metod pracy. Minął miesiąc i na razie cisza. Ale żeby nie demonizować są i inne postawy. Rodzice jednej z klas trzecich (tej „odkrzesłowionej”) już teraz zatroszczyli się o przyszłość swoich dzieci w II etapie edukacyjnym. Zwrócili się do mnie z prośbą, aby od września 2014r. oddać ich dzieci „w ręce” nauczycieli OK!. Nie jest źle – jak mówią moi okejowcy – świadomość w narodzie wzrasta!

          • Marzena Żylińska Post author

            Ja myślę, że to co Pani pisze o rodzicach jest bardzo ważne i że ich też trzeba edukować i warto zapraszać na spotkania, w czasie których dowiedzą się, że mózg uczy się najefektywniej wtedy, gdy zapomina, że się uczy. Wiem, że wielu rodziców ma zupełnie wypaczony obraz tego, czym jest efektywna nauka, niektórzy uważają wręcz, że szkoła musi być opresyjna, bo inaczej nie można młodych ludzi wychować. Pisząc „Neurodydaktykę” myślałam również o takich rodzicach i chciałam dostarczyć dobrym i kreatywnym nauczycielom argumentów na rzecz wprowadzanych zmian. Myślę, że nauczyciele mogą czasami przeczytać na spotkaniach z rodzicami odpowiednie fragmenty z mojej książki, które wyjaśnią np., dlaczego odkrzesłowione dzieci uczą się efektywniej.

            @ Xawer
            Świetne rzeczy napisałeś w ostatnim komentarzu! Jak będę miała wolna chwilę, to Ci odpowiem, bo te propozycje są bardzo zgodne modelem matematyki przyjaznej mózgowi 🙂

          • Nie chciałbym, żeby ten komentarz został odebrany jako deprecjonujący dla pomysłu, zapewne znacznie lepszego od rutynowego postępowania według gotowego programu, ani tym bardziej jako odnoszący się osobiście do nauczycielek w to zaangażowanych — komentuję raczej szkołę z jej stylem działania.

            Chciałbym zwrócić uwagę przy okazji tego mierzenia na dwie dość istotne rzeczy:
            Wiek dzieci i infantylność polskiej szkoły — sama piszesz, że nie
            sposób nauczyć się czegokolwiek, co nie jest w najmniejszym stopniu wyzwaniem intelektualnym.

            Samo mierzenie różnych rzeczy różnymi przedmiotami to odkrycie poznawcze dla trzy- czterolatków — temat na Ulicę Sezamkową:
            http://www.youtube.com/watch?v=R_cWUlRab5w.
            Angielskie dzieci idą do szkoły dwa lata wcześniej, niż polskie, jako pięciolatki, a i dla nich to mierzenie jest tylko fragmentem dużo bardziej rozbudowanych zajęć.
            U moich zaprzyjaźnionych przedszkolaków też był to głównie pretekst do opowiadania o historii, i dygresji na luźno powiązane tematy (np. dlaczego prędkość statków określa się w węzłach i jak się ją mierzyło w czasach żaglowców).

            Tymczasem tutaj znacznie starszym dzieciom już „utrudniono przez ułatwienie” — jedyne, co robiły (zapewne poza wygłupianiem się…) to mierzenie, nawet narzędzia pomiarowe (piórniki) miały dane gotowe, nie musiały ich same wykonać (moje znajome maluchy przynajmniej same wiązały węzełki na swoim sznurze pomiarowym i przycinały kijki do kompletu).
            To, co robiły te dzieci z piórnikami, nie stanowi wyzwania ani intelektualnego, ani manualnego dla normalnego siedmiolatka.

            Ten infantylizm ciągnie się przez całą szkołę: podstawówka traktuje dzieci jakby były przedszkolakami z najmłodszej grupy, gimnazjalistów traktuje jak siedmiolatków, a w końcu na maturze dostają zadania typu „Jasio ciągnie zabawkę”, a pojęcia, jakie 100 lat temu mieściły się spokojnie w programie 6-klasowej szkoły powszechnej, dziś zostały uznane za zbyt trudne dla liceum.
            No to i nie dziwmy się, że na studiach potem mamy ludzi o dojrzałości intelektualnej szwedzkiego czternastolatka.

            Widzę tu zachwyt nad formą (odkrzesłowieniem i zabawą), w abstrakcji od treści. Dzieciakom pewnie się podoba, bo jest mało rutynowe. Pozostaje jednak pytanie, czy poza tym, że im się podoba, to czy coś z takich lekcji wynoszą, czyli na ile rozwijające jest takie mierzenie korytarza piórnikami. Wyjście do wesołego miasteczka zamiast lekcji też by je odkrzesłowiło i było dla nich atrakcyjne.
            Tymczasem chodzi o to, żeby to treść zajęć była atrakcyjna, a nie o ubieranie banału w atrakcyjne opakowanie.

            Drugą rzeczą, jakże typową dla szkoły (zwłaszcza polskiej), jest poszatkowanie tematów i niezdolność do choćby cienia interdyscyplinarności. W programie na dziś jest mierzenie, to mierzymy i koniec. Mieszać to z historią? Z geometrią? Z arytmetyką? Z biologią? Nigdy! Inne zagadnienia przerobimy na innych lekcjach.

            Wracając do mierzenia różnych rzeczy łokciami: bardzo polecam to zwłaszcza mieszkańcom śląskich miasteczek. Nie tyle jako samo mierzenie, ale jako odkrzesłowioną lekcję historii — trzeba pójść na rynek i sporządzić tam własne miarki. Aż do XVIII wieku jednostki miar nie były jednolite: każde miasto w zasadzie miało swoje, czasem mocno różne od sąsiadów. Zwłaszcza w Rzeszy te jednostki miały bardzo lokalny zasięg obowiązywania. W niemieckich miasteczkach panował zwyczaj, że na ścianie ratusza, kościoła, gildii kupieckiej, albo podobnego budynku przy rynku wmurowywano żelazny pręt, wyznaczający wzorzec łokcia, a kupcy musieli swoje miarki dopasować do tych wzorców. Widziałem takie wzorce w kilku śląskich miasteczkach. Najsłynniejsze są na ratuszach w Bremie i w Lubece — tamtejszy „kurze Elle” był stosowany przez Hansę na zmianę z długim łokciem duńskim. Na ścianie wiedeńskiej Stephansdom są nawet dwa wzorce — starego średniowiecznego łokcia wiedeńskiego i dłuższego nowego cesarskiego, który wprowadzono w ramach ujednolicania miar w całym Cesarstwie w XVIII wieku.
            Aż trochę dziwię się, że w krakowskich Sukiennicach nie zainstalowano takiego — ale wyraźnie zwyczaj ogłaszania wzorców miar w ten sposób funkcjonował tylko w Rzeszy i miastach Hansy.

          • Mini konkurs dla Czytelników, którzy umieją biegle mierzyć różne rzeczy:
            jaką głupotę wciśnięto biednemu Elmo i oglądającym go przedszkolakom przy okazji mierzenia go?

            Sesame Street zazwyczaj jest dość uważne i rzadko im się zdarzają ewidentne błędy, ale tym razem dali plamę.

        • Bożena Będzińska-Wosik

          Spieszę przeprosić, Panie Wiesławie, za pomyłkę w imieniu. Późna pora zrobiła swoje.

  29. Karolina

    Pani Marzeno,

    po lekturze Spitzera, sięgnęłam po Pani Neurodydaktykę.

    Wspomina Pani, że napisanie tej książki kosztowało Panią wiele trudu… Możliwe, ale trud ten przyniósł efekt – lektura jest interesująca. Ledwie zaczęłam czytać, już skończyłam! Zresztą nie tylko książkę czytałam – marginesy zyskały wielobarwne oznaczenia i komentarze.

    Neurodydaktyka jest dla mnie pozycją istotną zarówno ze względu na fakt bycia matką, ale jednocześnie nauczycielem moich dzieci. Ponadto drugi rok bierzemy udział w programie związanym z wykorzystywaniem w procesie edukacji TIK (technologie informacyjno-komunikacyjne).

    Przesyłam pozdrowienia
    Karolina Żelazowska

  30. Beata Kreci

    Pani Marzeno

    Słuchałam dzisiaj audycji z Pani udziałem w radiowej Trójce. Bardzo inspirująca rozmowa i podobnie jak wielu słuchaczy niezmiernie się ucieszyłam, że są autorytety w dziedzinie dydaktyki, którzy z tak otwartym umysłem zajmują się tą tematyką. Nie jestem pedagogiem (co prawda skończyłam Nauczycielskie Kolegium, ale nie pracuję w zawodzie) ani nawet rodzicem, ale procesy nauczania to bardzo ciekawa tematyka, myślę dla każdego, kto chce się rozwijać przez całe życie, a nie tylko w okresie edukacji.

    Szkoły podstawowe, gimnazja i szkoły średnie to jeden temat (…), nie lepiej przedstawia się sprawa w szkolnictwie wyższym. Brakuje inspiracji na każdym poziomie nauczania. Nie chciałabym jednak dostrzegać tylko negatywnych stron, bo w swoim życiu spotkałam kilku wspaniałych pedagogów, którzy robili wszystko co w ich mocy (na miarę przygotowania pedagogicznego-dydaktycznego zdobytego na studiach i w toku kształcenia zawodowego) by zarazić swoją pasją uczniów.

    Podsumowując: Pani książkę zamówiłam on-line i z niecierpliwością oczekuję przesyłki.

    Łączę pozdrowienia
    Beata

  31. Monika

    Pani Marzeno,

    Sledze z zainteresowaniem Pani blog i miałabym skromną prośbe dotyczącą kilku kwestii.Czy mogłabym prosić o przybliżenie następujących rzeczy w telegraficznym skrócie?

    · jakie czynniki wspierają, a jakie hamują naturalne procesy uczenia się – w świetle współczesnych badań neurodydaktycznych;
    · jakie są sposoby skutecznego wykorzystania kanałów uczenia się jawnego i utajnionego;
    · jakie warunki powinien spełniać nauczyciel języka obcego, by poprawić poziom zaangażowania uczniów i ułatwić im zapamiętywanie materiału językowego.
    Z góry dziekuje

  32. Staszek

    Pani Marzeno,

    Zabierałem się do przeczytania Pani książki jak do „jeża”. Wiedziałem, że dowiem się dużo na interesujący mnie temat – bo zawsze mi się wydawało, że coś jest nie tak ze szkolnictwem – ale myślałem, że to ja jestem jakiś dziwny.
    Niestety, rozwiała Pani wszelkie wątpliwości. Za co dziękuję.
    Czytało mi się tą książkę jak niezłą powieść. Na szczęście nie jest ona napisana sterylnym akademickim językiem – co wcale jej niczego nie ujmuje. Referencje są więc można sobie samemu pogrzebać za detalami.
    Gerenalnie, wysadziła Pani w powietrze dzisiejszą szkołę ale przydałby się rozdział z konkretnymi krokami – co i jak robić żeby było lepiej. Ale mogę poczekać na nie w formie obiecanej osobnej pozycji.

    Pozdrawiam i dziękuję,
    Staszek

    • Marzena Żylińska Post author

      Staszek

      Dziękuję za miłe słowa 🙂 Bardzo zależało mi na tym, by język „Neurodydaktyki” był klarowny. Bardzo się cieszę, że książkę czytał Pan jak powieść. We mnie te tematy budzą fascynację i miałam nadzieję, że uda mi się przekazać je czytelnikom. Funkcjonowanie i struktura mózgu, mechanizmy procesów uczenia się to dla mnie najciekawsze tematy na świecie. Już sama synapsa to istny cud! Synapsy to „łączniki” między neuronami, łączniki, które są ….. przerwą. Jest to przecież szczelina synaptyczna. Łącznik, który dzieli! Najlepszy łącznik na świecie, bo nie łączy „na sztywno”, ale w taki sposób, że wciąż można dopinać lub usuwać nowe elementy.

      A co do kolejnej książki …. Hmm …. to trudna sprawa, bo ja wciąż jestem w biegu, a pisanie książki wymaga bardziej osiadłego stylu życia 🙂 Ale pracuję teraz w mojej nowej firmie (Young Digital Planet) nad materiałami dla nauczycieli opartymi na wnioskach płynących z badań nad mózgiem. Myślę, że pierwsze będą gotowe przed wakacjami. Mam wreszcie zaplecze i wsparcie wielu młodych i otwartych na zmiany ludzi. Jak tylko coś już będzie gotowe, zaraz napiszę o tym na blogu.

      A dlaczego zabierał się Pan do książki jak „do jeża”? Czy tytuł działał na Pana odstraszająco?

      Przepraszam, że ostatnio nie odpowiadałam na Wasze (bardzo ciekawe!) komentarze, ale znów nie mogę się odgruzować.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.