Paradoks Moraveca

Trudno nam określić, kiedy nauczyliśmy się rozpoznawać uczucia innych osób. Jest to tak naturalna umiejętność, że może się nawet wydawać, że jest wrodzona. Niezwykle ciekawych wniosków dotyczących umiejętności interpersonalnych dostarczają  badania z dziedziny sztucznej inteligencji i robotyki. Z tzw. paradoksu Moraveca[1] wynika, że wysokopoziomowe rozumowanie nie jest w istocie rzeczy bardziej złożoną czynnością niż to, co dziś uznawane jest za „dziecinnie proste”, np. rozpoznawanie wyrazu twarzy, posługiwanie się łyżką czy odszukanie lekarstwa w szafce. (Pisałam o tym przed rokiem w tekście „Proste dla dziecka, zbyt trudne dla sztucznej inteligencji”.) Już w latach 80-siątych Hans Moravec, Rodney Brooks i Marvin Minsky sformułowali tezę, iż tzw. niskopoziomowa percepcja i zdolności motoryczne wymagają olbrzymiej mocy obliczeniowej. Zatem to wszystko, co wydaje się nam trudne, nie stanowi dla mózgu wielkiego wyzwania, a to, co uznajemy za łatwe i co często wykonujemy nieświadomie, w istocie rzeczy jest bardzo skomplikowane i wymaga dużej mocy obliczeniowej.

 

Wytłumaczenia paradoksu Moraveca badacze szukają w teorii ewolucji. W myśleniu abstrakcyjnym ćwiczymy się dopiero około 100 tysięcy lat, dlatego wydaje się nam rzeczą trudną. Za to prawdziwe mistrzostwo jako gatunek osiągnęliśmy w percepcji i zdolnościach motorycznych, na ich rozwój mieliśmy przecież miliony lat, twierdzi Hans Moravec. To, co przeciętnemu czterolatkowi nie sprawia większych kłopotów, jest często poza zasięgiem sztucznej inteligencji. Jej rozwój otworzył drogę do nowego postrzegania procesu myślenia. Paradoks Moraveca pokazuje, że sprowadzanie go do myślenia symbolicznego jest najprawdopodobniej poważnym błędem. Rodney Brooks wyjaśnia, że długi  czas badacze uznawali za trudne takie aktywności jak: gra w szachy, całkowanie symboliczne czy rozwiązywanie problemów algebraicznych. Prace nad sztuczną inteligencją pokazały, że dużo większej mocy obliczeniowej wymagają te aktywności, które uznajemy za łatwe i oczywiste. Ponieważ normalnie rozwiniętym osobom nie sprawiają one żadnego problemu, nawet badaczom trudno było zrozumieć stopień ich złożoności. Dopiero prace nad sztuczną inteligencją spowodowały zmianę w rozumieniu tego, co proste i tego, co trudne. Implikacją tej ewolucji w postrzeganiu złożoności różnych aktywności była zmiana kierunku badań nad sztuczną inteligencją. Wielu kognitywistów, jak również informatyków skłania się obecnie ku tezie, że aby dysponować prawdziwą inteligencją, maszyny muszą mieć ciała, które umożliwią im wchodzenie w prawdziwą interakcję ze światem. Bez doznań cielesnych nigdy nie będa mogły robić tego, co potrafią ludzie.

Paradoks Moraveca pokazuje, że w pewnych pracach maszyny będą mogły zastąpić ludzi. Generacja inteligentnych maszyn będzie mogła stosunkowo łatwo zastąpić analityków giełdowych, inżynierów czy pilotów, ale ogrodnicy, kucharze czy psychologowie nie muszą się bać o swoją przyszłość. Nauczenie maszyny rozróżniania smaków zdaje się dziś tak odległą, że wręcz niewyobrażalną perspektywą. Na ważny aspekt sprawy zwraca uwagę Marvin Minsky. Jego zdaniem najtrudniej jest stworzyć programy dla tych aktywności, które ludzie  wykonują nieświadomie. Obecnie zakłada się, że trudność w odtworzeniu ludzkich umiejętności przez maszyny jest wprost proporcjonalna do czasu, przez jaki ewoluowała ona u zwierząt.

 

Ciekawe, że zrozumienie, iż to, co trudne w rzeczywistości jest łatwe, a to, co wydaje nam się łatwe, w istocie rzeczy jest trudne, nie jest skutkiem badań nad człowiekiem, ale nad sztuczną inteligencją i robotyką. Dopiero próby stworzenia maszyn, które będą potrafiły robić to, co ludzie, naprowadziła badaczy na rolę, jaką w tzw. rozumowaniu wysokopoziomowym odgrywają doznania cielesne. Percepcja i zdolności motoryczne skutkują tworzeniem w mózgu sieci połączeń, w oparciu o którą może rozwijać się myślenie. Zrozumienie faktu, iż wszystkie ludzkie umiejętności, nawet te najbardziej abstrakcyjne, mają oparcie w biologii, jest zdaniem niemieckiego neurobiologa Geralda Hüthera kamieniem milowym w rozumieniu natury ludzkiego myślenia. Od tego, czy badaczom mózgu uda się dotrzeć z tą wiedzą do nauczycieli i osób odpowiedzialnych za edukację, zależy efektywność nauczania. W swojej najnowszej książce „Jedes Kind ist hoch begabt” Hüther twierdzi, że bez zrozumienia biologicznych podstaw myślenia abstrakcyjnego prawdziwe zmiany w edukacji nie będą możliwe. Sam jest jednym z inicjatorów powstałej w Berlinie inicjatywy „Schule im Aufbruch” (Budząca się szkoła), której celem jest znalezienie alternatywy dla tzw. szkoły transmisyjnej.

 

O paradoksie Moraveca więcej napisałam w „Neurodydaktyce”.

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

 

 


[1] H. Moravec, Mind Children, Harvard University Press 1988.

Hans Moravec jest austriacko-kanadyjskim naukowcem zajmującym sie sztuczną inteligencją i robotyką. Pracuje w Stanach Zjednoczonych na Carnegie Mellon Iniversity w Pittsburghu.

Comments ( 0 )
  1. Paweł Kasprzak

    Marzena,

    Te badania prowadzi się od lat i wnioski z nich były pierwszy zimnym prysznicem dla entuzjastów AI, jak Minsky na przykład. Wyobrażenia o możliwości konstrukcji myślącej maszyny znalazły niezły wyraz w Odysei konsmicznej Kubricka. Tam HAL 9000 grał w szachy, co rzeczywiście wówczas uznawano za przejaw wysublimowanej inteligencji, czyli czegoś „technicznie” trudniejszego niż np. czytanie z ruchu warg (to HAL również potrafił), czy najprostszą zdolność do rozumienia obrazu. W rzeczywistości HAL grał w szachy w sposób kompletnie nietechniczny. W scenariuszu użyto jakiejś opublikowanej rozgrywki szachowej. HAL nie tylko dał mata Dave’owi, ale zrobił to jeszcze „na sposób ludzki”, to jest wybrał wariant ryzykowny, w którym – gdyby Dave nie dał się nabrać – wygrana wymagałaby większej ilości posunięć. Dave dał się złapać i parta HALa była w ten sposób nie tylko skuteczna, ale i elegancko błyskotliwa.

    Ale w Odysei na temat HALa jest jeszcze jedna fajna intuicja. HAL mianowicie twierdzi, że jest „incapable of error” – niezdolny do błędu ze względu na samą logikę własnej konstrukcji. Działa algorytmicznie i zawsze poprawnie. Kiedy się HAL myli, jest jasne, że robi to celowo. W końcu ulega Dave’owi, co – jak pamiętamy – prowadzi do owej dość rozczarowująco naiwnej symbolicznej sceny, w której rodzi się nowy człowy, obdarzony kosmiczną świadomością. Prawdziwy rozum – sugeruje Clarke, autor scenariusza – wymaga błędów i jest czymś radykalnie różnym od najsubtelniej myślącej maszyny.

    To jeden z powodów, dla których prace nad sztuczną inteligencją okazały się trudniejsze niż kiedyś zakładano. Pisał o tym np. Penrose w Nowym umyśle cesarza, podając cały zestaw argumentów natury filozoficznej, naukowej i również – logicznej, ponieważ niewątpliwie znane uogólnienie twierdzenia Goedla pokazuje, że myśleć nie da się algorytmicznie. Wielu badaczy – w tym Penrose – uważa, że pomysł AI jest wykluczony z logicznych powodów, a sztuczny rozum, który rzeczywiście myśli, nie jest co prawda zasadniczo niemożliwy, ale wymaga nowej fizyki, której jeszcze nie znamy, ale która zasadniczo zmieni nasze poglądy na czas, determinizm w przyrodzie i parę innych rzeczy.

    Powód drugi jest ten, o którym piszesz, cytując Moraveca. To, o czym tu upowiadasz, uwzględnia się w projektach, jak np. dość już słynny COG z MIT:
    http://www.ai.mit.edu/projects/humanoid-robotics-group/cog/
    To robot, który ma np. mimikę i rozpoznaje ją u ludzi i w którego „wychowaniu” bierze udział zespół ludzi, w którym inżynierowie nie przeważają, a który zatrudnia m.in. przedszkolanki. Istotnie dziś bardzo dobrze wiadomo, że trzeba gigantycznych mocy obliczeniowych, by dwunożny robot nauczył się chodzić w mniej więcej każdych warunkach – nie wspominając o kwestiach związanych ze zmysłową percpecją itd. O tym również usiłowałem napisać we własnym wpisie. W rzeczywistości wiemy, że to wymaga potężnych mocy obliczeniowych od maszyn, a nie od ludzi. Sporo już wiemy o neurologicznych mechanizmach sterujących motoryką, ale nadal nie rozumiemy, jak to w nas działa. Akurat wyniki sesji neuroobrazowania nie pokazują, że w proces chodzenia zaangażowana jest tak potwornie duża ilość neuronów, jak by się mogło wydawać na podstawie doświadczeń robotyki. Komputery potrafią grać w szachy skutecznie, ale żaden z nich nie rozumie szachów, które rozumieją z kolei ludzie nawet wówczas, gdy przegrywają. Na czym polega rozumienie – nie mamy zielonego pojęcia. Z tych powodów porównywanie mocy obliczeniowej niezupełnie ma sens.

    Istotnie z tego punktu widzenia, wszystko, o czym myślimy, ma swoje cielesne podłoże. Wynika stąd – dla inżynierów – konieczny jak się wydaje postulat trenowania na przykład wspomnianego COGa w społecznym środowisku, wśród cielesnych bodźców. Ośmielam się sądzić, że z tego jednak niewiele wynika dla wychowywania dzieci.

    Kiedy sam wspomniałem, że szkoły budujemy dla ludzi, nie dla kotów, to nie postulowałem oczywiście szkoły, w której dziecięce mózgi tkwią w słoikach wypełnionych odżywczą substancją. W szkole jednak chodzi o budowę ludzkich, a nie kocich kompetencji, choć jest jasne, że każdy z nas ma w sobie właściwie nawet więcej z kota niż z człowieka (zwłaszcza, jeśli miarą służącą do oceny, czego jest więcej, mają być komputerowe symulacje funkcji żywych organizmów).

    Spostrzeżenie Minsky’ego o tym, że najtrudniej jest stworzyć programy wykonujące funkcje, które sami wykonujemy nieświadomie, jest dość oczywiste. Najtrudniej niekoniecznie dlatego, że one aż tak potężnych mocy wymagają – przede wszystkim dlatego, że nie mamy pojęcia, jak to działa. Do szachów stosuje się o również. Znamy reguły gry w szachy, ale nie mamy bladego pojęcia, na czym polegają ludzkie umiejętności rozumienia szachów.

    OK – szkoła jest dla dzieci, nie dla kotów. Nawet jeśli chodzenie jest „obliczeniowo” nieporównanie trudniejsze niż gra w szachy (na co w rzeczywistości dowodów nie mamy, choć to jest całkiem możliwe), to jednak nie chodzenia uczymy w szkołach dzieci. Pojmuję Twoje rozumowanie i je nawet w sporym stopniu podzielam: nie umiemy wskazać twardej granicy pomiędzy neurologicznymi procesami rządzącymy chodzeniem i grą w szachy. Być może taka granica w ogóle nie istnieje. To jest rzeczywisty powód, dla którego pomysł, by w ogóle rozważać zaproponowany przez Ksawerego absurdalny przykład myślenia o czasie zaprzeszłym bez związku z mózgowymi funkcjami niższego poziomu, może być nierealny. Jednak czas zaprzeszły nadal nie ma pojęciowego związku z czymkolwiek cielesnym. I przede wszystkim – choć istnieją powody do wiązania pewnych bardzo podstawowych (zbyt podstawowych moim zdaniem, żeby z tego cokolwiek poważnego miało wynikać) umiejętności typu matematycznego z wyobraźnią przestrzenną – nie istnieje ani jeden dowód na to, że trening w chodzeniu ułatwia grę w szachy, albo, że hipokampy taksówkarzy uczą się zdolności efektywnego odnajdywania tras w trakcie budowy szałasów, a nie w trakcie jazdy po mieście. Nie istnieje nawet poszlaka.

    Istnieją dobre powody do krytyki transmisyjnego paradygmatu. O pojmowanie tego ostatniego się kłócę. Transmisyjny paradygmat nie na tym polega, że dotyczy funkcji określanych mianem wyższego rzędu. To powinno być całkiem jasne. A nie jest. Moim zdaniem również nie na tym on polega, że dzieci nie eksperymentują samodzielnie – choć to jest oczywiście wada, tyle, że nie tak poważna, jak o tym sądzisz, a postulaty odwrócenia sytuacji są niezwykle niebezpieczne i to nawet widać w szkolnych podręcznikach. Problemem jest nuda i wypranie wszystkiego z treści, tajemniczości, wyzwań, piękna – tę listę można ciągnąć.

    Ale istnieje orócz tego jeszcze dobra baza empiryczna. Szkoły, w których ludzie się rzeczywiście uczyli, rozwijając własny intelekt, wiedzę i umiejętności, zdarzały się w historii. One nie bazowały na rozwijaniu wyobraźni przestrzennej i innych funkcji „niższego rzędu”. One wykorzystywały istniejące już i rozwinięte funkcje niższego rzędu, by budować te wyższe. O to mi chodzi – żeby o tym najzwyczajniej nie zapominać. Szkoły są raczej po to, by uczyć gry w szachy, a nie po to, by rozwijać przestrzenną wyobraźnię i podobne rzeczy. Wspominałaś również o zapóźnieniach rozwojowych – o tym należy również pamiętać, zgoda. Choć nie widziałem nigdy ani cienia dowodu, że tu się cokolwiek rzeczywiście da zrobić np. zajęciami w lesie, a choć wiele dobrego słyszałem np. o dogoterapii, to jednak nie sądzę, by to mogło znaleźć zastosowanie w szkole.

  2. EwkaK

    „W myśleniu abstrakcyjnym ćwiczymy się dopiero około 100 tysięcy lat, dlatego wydaje się nam rzeczą trudną. Za to prawdziwe mistrzostwo jako gatunek osiągnęliśmy w percepcji i zdolnościach motorycznych, na ich rozwój mieliśmy przecież miliony lat, twierdzi Hans Moravec.”

    Czy może wie Pani, skąd Moravec wziął te 100 tys. lat?

    Niezależnie od tego – czy uważa Pani, że szkoła powinna rozkładać akcenty zgodnie z tymi proporcjami? To znaczy, czy nauce myślenia wysokopoziomowego i abstrakcyjnego mamy poświęcać mniej uwagi, ponieważ ono nie jest tak złożone jak percepcyjne funkcje niskiego poziomu? Wydaje mi się, że może być nawet gorzej – o ile proces wykształcania niskopoziomowych funkcji był bardzo silnie wspomagany bardzo ostrą selekcją naturalną, to już myślenie abstrakcyjne rozwijało się w okresie, kiedy selekcja przestała działać aż tak bezwględnie. Ponieważ w dodatku myślenie abstrakcyjne nie przekłada się tak bezpośrednio na szanse przetrwania, jak np. celność rzutu oszczepem, można sądzić, że ta ludzka zdolność jest nie tyle nawet mało znaczącą odnogą w naszym ewolucyjnym rozwoju, ale wręcz wygląda na przypadek.

    „Zrozumienie faktu, iż wszystkie ludzkie umiejętności, nawet te najbardziej abstrakcyjne, mają oparcie w biologii, jest zdaniem niemieckiego neurobiologa Geralda Hüthera kamieniem milowym w rozumieniu natury ludzkiego myślenia.”

    Nie rozumiem, jaka myśl stoi za stwierdzeniem: „Hüther twierdzi, że bez zrozumienia biologicznych podstaw myślenia abstrakcyjnego prawdziwe zmiany w edukacji nie będą możliwe.”

    • Paweł Kasprzak

      Pani Ewo,

      „Ponieważ w dodatku myślenie abstrakcyjne nie przekłada się tak bezpośrednio na szanse przetrwania, jak np. celność rzutu oszczepem, można sądzić, że ta ludzka zdolność jest nie tyle nawet mało znaczącą odnogą w naszym ewolucyjnym rozwoju, ale wręcz wygląda na przypadek.”

      Chyba da się uzasadnić ewolucyjną przydatność abstrakcji, zresztą od czasu wynalezienia języka sens ma myślenie o ewolucji memów, co może przebiegać dość podobnie do biologicznej ewolucji. Rozumiem, że tkwi w tym Pani spostrzeżeniu intucja wiążąca przypadek, o którym Pani mówi, z czymś… – jak Stworzenie?

      Dogadaliśmy się na boku z Ksawerym co do uznania, które w nas obu budzi demonstrowana przez Panią otwartość – co wyznaję z pewnym zakłopotaniem, bo oczywiście jest to nasze uznanie podszyte stereotypowo niskimi oczekiwaniami w stosunku do katechetki. Pozwolę sobie wkleić fragment maila Ksawerego:

      „W każdym razie, gdybyś na blogu chciał dać jakieś wyrazy uznania dla
      niej — dołącz i moje.
      Prawosławny wraz z post-luterańskim libertynem cenią otwartość myśli u
      papistowskiej katechetki. Koniec świata.”

      • EwkaK

        Ach, bardzo Panom dziękuję, czuję się zakłopotana 🙂

        Pozostaje w tej sytuacji ustalić, Panie Pawle, które z nas nawróci Pana Ksawerego. Znam ze dwóch pastorów – może oni?

        Rzeczywiście ten przypadek, jak celnie Pan zauważył, wydaje mi się znaczący, ale przy tych znaczeniach wcale bym się nie upierała. Poza tym wydawało mi się, że o Stworzeniu byłoby jakoś niezręcznie mówić w towarzystwie 🙂 A już zwłaszcza po Pańskich wypowiedziach o tarzaniu się w lesie z przygodnie napotkanymi wiewiórkami. Byleby były rude – no, wstydziłby się Pan!

        Ale coś tu chyba tkwi w tym przypadku. Dawkins na przykład twierdzi, że idea Boga jest właśnie memem, rodzajem ewolucyjnej pomyłki. Nie sądzę, żeby to była intelektualnie poważna propozycja, ale gdyby nawet była, to abstrakcja moim zdaniem tylko z trudem mieści się w ewolucyjnym scenariuszu i tym bardziej wygląda na pomyłkę. Proszę sobie wyobrazić Arystotelesa, za którego plecami czai się szablozęby tygrys – facet jest ewolucyjnie bez szans, pochłonięty myślami o nie wiadomo czym! Malowidła w Lascaux z kolei. Te 18 tys. lat temu ludzie prawdopodobnie mogliby znaleźć sobie jakieś zajęcia praktyczniejsze z punktu widzenia przetrwania, zamiast tracić czas i cenne kalorie na malowanie tego wszystkiego.

        Wydaje mi się, że język jest właściwym tropem. Ewolucyjnie niewątpliwie się opłacał, ale też spowodował te rozmaite dziwactwa, jak abstrakcja, malowidła, zdolność odczuwania, czy też wymyślania sobie Boga – On jeden wie zresztą, jak było naprawdę. Osobiście rzeczywiście nie bardzo umiem patrzeć inaczej, niż z religijnej perspektywy i całe to zamieszanie wokół znaczenia języka kojarzy mi się z biblijną opowieścią o poplątaniu języków. Proszę zauważyć, że one się szczególnie plączą tam, gdzie ludzie budują szczególnie wysokie wieże, że tak powiem.

        • Paweł Kasprzak

          Pani Ewo, bardzo przepraszam Panią i wiewiórki – rzeczywiście nie powinienem był wygadywać takich rzeczy. Na szczęście chociaż wiewiórki tego nie czytały…

          Celna ta uwaga o poplątaniu języków w szczególnych miejscach, choć – proszę zauważyć – dominuje dyskurs globalizacyjny i w sensie dosłownym język się ujednolica. Tylko dogadać się jakby trudniej.

          Ksawery wygląda na beznadziejny przypadek, ale cóż jest niemożliwego w takich sprawach? Nie wiem – u Was abdykował szef (CEO, dokładniej mówiąc), więc może jednak my? Choć to jest Wasz teren, a u nas prozelityzm nigdy nie był w modzie. Wspomniała Pani Arystotelesa, ja sobie próbuję wyobrazić Ksawerego konfrontację z tygrysem. Ewolucyjnie jesteśmy w ogóle pomyłką, a już on na pewno!

        • Robert Raczyński

          Przepraszam, że się wtrącę w sam środek, ale wydaje mi się, że ulegacie najczęstszym złudzeniom w stosunku do ewolucji. Ona, po pierwsze, nie ma żadnego celu, a po drugie nie jest progresywna.
          Mówienie o pomyłkach ewolucji jest nadużyciem i wypacza jej sens. Ludzka pogoń za „postępem” nie ma nic wspólnego z działaniem ewolucji. Pojawienie się myślenia abstrakcyjnego, czy języka, tylko z naszego punktu widzenia jest czymś oczywiście lepszym niż ich brak…

          • Marzena Żylińska Post author

            A kto mówił o pomyłkach ewolucji?

          • Robert Raczyński

            EwkaK – „Nie sądzę, żeby to była intelektualnie poważna propozycja, ale gdyby nawet była, to abstrakcja moim zdaniem tylko z trudem mieści się w ewolucyjnym scenariuszu i tym bardziej wygląda na pomyłkę.”
            Nie czepiam się, chodzi mi o to, że antropocentryzm zakłóca perspektywę – żadna cecha organizmu nie pojawia się „na zamówienie”.

          • Marzena Żylińska Post author

            Rzeczywiście, z wypowiedzi EwkiK wynika, że jest jakiś ewolucyjny scenariusz. O ewolucji dużo ostatnio czytałam, niesamowite, ile kwestii jest jeszcze niewyjaśnionych! Im bardziej wgłębiam sie w temat, tym bardziej widzę, jak często myślimy, że wiemy. Im wiecej czytam, tym bardziej nie wiem!
            „Wiem, że nic nie wiem”, tego powinna uczyć każda dobra szkoła.

          • EwkaK

            Panie Robercie,

            To ja przepraszam za nieporozumienie – to był trochę żart z tą pomyłką w ewolucji: przekomarzaliśmy się z p. Pawłem. Oczywiście wiem, że kiedy się mówi o ewolucji, wszelkie antropomorfizujące i zwłaszcza teleologiczne ujęcia są błędem. Częste – również wśród naukowców, jak zauważyłam – są takie ujęcia, w których ocenia się stopień przystosowania organizmów, jakby to on właśnie był celem. Chodzi oczywiście o te cechy organizmów, które miały bezpośrednie znaczenie dla ich przetrwania w specyficznych warunkach środowiskowych albo o takie, które tego znaczenia nie miały lub ich związek z przetrwaniem był mniej bezpośredni i nie miał aż tak krytycznego charakteru. Żarty dotyczyły ludzkich skłonności refleksyjnych, które być może są konieczną pochodną języka. O ile zdolność komunikacji zapewniła człowiekowi ewidentną przewagę ewolucyjną, o tyle towarzysząca jej skłonność do „filozofowania” nie wydaje się mieć znaczenia tego rodzaju – czego ilustracją miał być obraz tygrysa pożerającego Arystotelesa zajętego w tym czasie rozstrząsaniem problemu niesprzeczności. Proszę zauważyć, że np. Dawkinsowi, który usiłuje konsekwentnie widzieć wszystko w mechanistycznych, ewolucyjnych kategoriach, dla krytyki religii i biologicznych uzasadnień jej powstania potrzebna była dodatkowa kategoria memu i właśnie ewolucyjnej „pomyłki”, czyli pojęcia spoza języka ewolucji. Nie Dawkins jeden oczywiście popełnia tego rodzaju zabiegi. Engelsa pomysł o moralności jako o cesze wysoko zorganizowanych struktur białka jest kolejnym szerzej znanym przykładem.

            Ma Pan oczywiście rację: żadna cecha organizmu nie pojawia się „na zamówienie”. Ale proszę zwrócić uwagę, że w argumentach „wojujących ewolucjonistów” obraz jest taki, że koniecznie wszystkie cechy organizmów muszą mieć związek z walką o przetrwanie, a wszelkie cechy zbędne z tego punktu widzenia natychmiast zanikną. Trochę to tak wyglądana w cytowanym tu kiedyś artykule Crabtree i oczywiście tak to wygląda u Dawkinsa – to dlatego potrzebował sztuczek, by uzasadnić różne dodatkowe rzeczy.

          • Marzena Żylińska Post author

            @ EwkaK
            Zna Pani książkę „Humanizm ewolucyjny” Michaela Schmidta-Salomona? Niedawno ukazała się po polsku. Bardzo ciekawa i porusza problemy, o których Pani pisze.
            Na ewolucję można spojrzeć również z punktu widzenia Alfreda Russela Wallace’a.

          • EwkaK

            Pani Marzeno,

            Schmidta – Salomona i jego wojujące manifesty niestety znam (w oryginale tytuł tej książki był właśnie manifestem). Muszę to znać, bo np. uczniowie mi takie rzeczy przynoszą i z im większej przekory to robią (jestem katechetką) tym bardziej mnie to cieszy zresztą. Schmidt – Salomon jest dla mnie nierozróżnialnie podobny do Dawkinsa. Doceniam oczywiście wysiłek budowania humanistycznej etyki bez „mitów podszytych strachem”. To jednak zdecydowanie nie moja bajka – nie dlatego, że sama podzielam te mity (choć je podzielam), ale dlatego, że uważam te rzeczy za mało rzetelne. Jeśli chodzi o ewolucyjną psychologię, zdecydowanie wolę np. Davida M. Bussa (też wyszedł po polsku), choć on przecież ani nie dowodzi, że wyewoluowaliśmy od Adama i Ewy, ani że Kazanie na Górze zawiera prawdę o świecie, co tak zajmuje Schmidta – Salomona. Jeśli chodzi o relacje nauka – wiara, to np. Filozofia wszechświata M. Hellera wydaje mi się dobrą lekturą i nie dlatego, że pisze to ksiądz, tylko dlatego, że pisze o czymś, co dobrze zna i pisze z rozwagą.

          • Paweł Kasprzak

            Pani Ewo,

            Ależ da się ewolucyjnie uzasadnić abstrakcję. Ludzie ciekawi świata wymyślali łuk, strzały, żyroskopowy mechanizm utrzymujący włócznię w uporządkowanym locie itd. Ich mniej rozumni współplemieńcy z pewnością dostrzegali związek między ekscentrycznymi zachowaniami wynalazców, a użytecznością ich wynalazków. Stąd być może rozum i poznanie stały się cechami docenianymi dla siebie samych. Docenianymi nie przez ewolucję tym razem, ale przez społeczność osobników, którzy nauczyli się komunikować. Arystoteles zanim został pożarty przez tygrysa zdołał się podzielić kilkoma przemyśleniami. Zresztą przecież żaden tygrys go nie zabił w celu konsumpcji. To Archimedesa zabił żołdak w celu zabicia. Co przy okazji potwierdza tezę Roberta, że ewolucja nie ma progresywnego charakteru. Sugeruje również przy okazji, że być może jednak to nie bezrefleksyjna zdolność do rzutu oszczepem, ale kulturowe kompetencje są tym, co powinno interesować szkołę. Zresztą przecież jedno nie wyklucza drugiego – bylebyśmy tylko znali miarę, rzut oszczepem jest ok.

            Schmidt trochę się różni od Dawkinsa. Dawkins zwalcza religijność w wersji hardcore, jakby wszyscy wierzący byli kreacjonistami, a Schmidt wyróżnia religijność w wersji light. Uważa przy tym, że jego krytyka np. Kazania na Górze, o której Pani wspomniała, jest wymierzona w samo centrum religijnej hipokryzji ponieważ cisi są tam błogosłowieni nie dla samej wartości ich pokornych serc, ale dla egoistycznie motywowanej nadziei zbawienia, co jest spostrzeżeniem jakoś trafnym, choć nijak się nie ma do treści samego Kazania, ani do teologii w ogóle. Obaj panowie są tym dla promocji racjonalnego myślenia, czym np. Coelho jest dla promocji literatury pięknej – można się na to złościć, można doceniać. Jeśli chodzi o te tytaniczne wysiłki budowy humanistycznej etyki bez mitów, to sam cenię tu choćby Fromma, którego np. Anatomia ludzkiej destrukcyjności opisuje podobne rzeczy do tych, o których pisał Buss, kiedy analizował ewolucyjne podstawy ludzkich morderczych instynktów – co Fromm robił z nieporównanie większą rzetelnością i zniuansowaniem, choć Fromm to już klasyka i choć znaczną część własnych konkluzji zdołał jeszcze sam zweryfikować, co dotyczy np. pierwotnego matriarchatu i podobnych rzeczy. Rozumiem, że ani Schmidt, ani Dawkins niezupełnie mają się szansę zmieścić w interesującym Panią kontekście dialogu nauki z wiarą – głównie dlatego, że sobie tę wiarę ustawiają w wygodnym do własnych ataków narożniku. Ciekaw jestem – czy np. Fromm Pani zdaniem może? Jego krytyka religijności jest być może nawet ostrzejsza, Lutrowi i protestantom dostaje się w niej szczególnie ostro, ale spostrzeżenia Fromma pozostają ważne dla całego chrześcijaństwa.

          • Robert Raczyński

            Pani Ewo, chcę uspokoić, że litentia poetica do mnie dotarła 🙂
            Nie mogę się jednak zgodzić, że twierdzenie iż ewolucja to jedynie walka o byt i przetrwanie najsilniejszego jest bronią „wojujących ewlucjonistów”; to kolejne uproszczenie i stereotyp wmawiany ewolucjonistom. Być może jest nadużywane przez rozmaitych amatorów prostych rozwiązań, ale nie przez biologów. Dawkinsa cenię, ale czasami się za bardzo rozpędza…

          • EwkaK

            Panie Robercie,

            Teraz z kolei ja chcę uspokoić. Rozróżniam pomiędzy ewolucjonistami, do których sama się przecież zaliczam, a wojującymi ewolucjonistami. Ponieważ poinformowano mnie o odkryciu Darwina (i Wallace’a) oraz o tym wszystkim, co te odkrycia potwierdza, nie będę powtarzała historii o lepieniu z prochu, z żebra, czy z czegokolwiek. Protestując przeciw wojującemu ewolucjonizmowi sprzeciwiam się różnym rzeczom, które popełnia np. Dawkins, spychając m.in. mnie na pozycje kreacjonizmu tylko dlatego, że wygodniej mu jest z nich atakować. Ze Schmidtem problem mam odrobinę większy. Być może p. Paweł ma rację, dostrzegając u niego nieco więcej subtelności. Przyznam, że sama nie dostrzegam ich wiele, ale chodzi mi przede wszystkim o rodzaj jego zaangażowania. Fundacja Giordano Bruno, z którą on jest związany, jest mi zupełnie obca (a do mnie ona ma jawnie wrogi stosunek), ale przecież – co by nie mówić – my rzeczywiście spaliliśmy mistrza Giordana i z tego powodu pierwszym odruchem, jak również powinnością chrześcijanina poczuwającego się do solidarności z katolicką tradycją jest uderzyć się we własną pierś w poczuciu skruchy, wstydu i żalu i najpierw uważnie posłuchać, a potem ostrożnie odpowiadać. Czytałam uważnie, co łatwe nie było, bo to strasznie prościutki obraz świata – duzi chłopcy powinni już raczej wiedzieć o świecie więcej.

            Ale w tutejszym kontekście chodzi rzeczywiście o problem, którego Pan dotknął. Czy da się czytać naukę o ewolucji w ten sposób, który istotę człowieczeństwa redukuje – to jest według mnie właściwe pytanie i ono (wydaje mi się, że mogę o tym Pana zapewnić) nie ma związku z pytaniem o istnienie Boga ani nawet z pytaniem o pochodzenie świata. Wiele racji przemawia przecież za uznaniem Engelsa poglądu o świadomości jako o funkcji odpowiednio wysoko zorganizowanych struktur białka. Przyjąwszy ten punkt widzenia choćby tylko na próbę, nie da się jednak – wydaje mi się – długo w nim pozostać w opisie tej świadomości, bo to strasznie redukuje obraz człowieka.

            Tu rozmawiamy o szkole i siłą rzeczy wchodzimy w antropologiczne rozważania. To jest nawet momentami zabawne, jak bardzo i w jaki sposób wchodzimy, ale przecież tak powinno być – powinniśmy wiedzieć kogo i czego uczymy. Oraz po co. Pan Paweł był łaskaw wygłosić tu swój manifest w obronie werbalnej kultury i jeśli tylko takie przeciwstawienie naprawdę ma miejsce, ja ten jego pogląd bardzo stanowczo popieram. Za ten manifest jestem mu osobiście i bardzo wdzięczna, bo sobie zadał sporo trudu, by oddzielić subtelne prawdy (w tym nawet takie, których sam nie podziela) od zbyt łatwych uproszczeń, w których naprawdę czai się sporo zagrożeń. Zrobił to z precyzją zasługującą na uznanie – choć przecież nie napisał ani niczego specjalnie odkrywczego, ani co za tym idzie kontrowersyjnego. Myślę jednak – taką mam przynajmniej nadzieję – że tej opisanej przez niego kontradykcji w rzeczywistości tutaj nie ma, a doszło jedynie właśnie do nadmiernych uproszczeń.

            Wśród neuronauk pojawia się na przykład neuroestetyka – co o tyle mnie frapuje, że czekam na pewne moim zdaniem pojawienie się neuroreligioznawstwa. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje neurofizjologicznych źródeł percepcji, jasne jest również, że kontemplacja malarstwa czy muzyki lub poezji ma właśnie w neuronach swoje źródła. Ale żeby klecić z tego dyscyplinę badawczą i twierdzić, że ona formułuje istotne prawdy? Ktoś na to tutaj już zwracał uwagę – proszę z kolei spojrzeć, jak za zupełnie oczywiste i uprawnione wszyscy uznają te komputerowe porównania, twierdząc już wprost, że ludzkie mózgi działają podobnie i nawet używając szacunków obliczeniowej złożoności itd. Coś, co oryginalnie było ekstrawagancką i poznawczo płodną, choć na ogół jawnie żartobliwą figurą myślicieli w rodzaju naszego Lema, nagle stało się oczywistością i faktem. A tamte żarty klasyków bywają zniekształcane i powykręcane nie do poznania. Moim zdaniem np. z ewolucyjną psychologią może być podobnie. Wolę Bussa od Denetta, ale nie mam specjalnych złudzeń, że kiedy Buss proponuje ewolucyjne spojrzenie jako wspólny język pojęć dla coraz bardziej się atomizujących szkół i dziedzin psychologii, to w efekcie pojawi się mnóstwo dyscyplin, których siłą będzie wyjaśniająca wszystko moc uproszczeń. Nie rozmawiamy przecież o tym, co wyjaśnia pochodzenie gatunków. Wiemy, że ewolucja.

            Też uważam, że jeśliby np. w szkoły miał się wtrącać Fromm, to wolę to, niż żeby z Dawkinsa, czy Schmidta – Salomona wyprowadzać wnioski. Bardzo dobrze rozumiem, że obecność religii w szkołach dla wielu uzasadnia posługiwanie się wyrazistymi poglądami.

          • Paweł Kasprzak

            Robert,

            Zgadzam się z Panią Ewą – przecież nie ma tu sporu pomiędzy ewolucjonistami, a np. kreacjonistami. Spór dotyczył oryginalnie prawidłowości wyprowadzania wniosków z nauce o ewolucji i granic ich stosowalności.

          • Robert Raczyński

            Ja tak tylko dla „porządku”, bo to mój czuły punkt 🙂 Sporu rzeczywiście nie ma, a na dodatek nie dyskutujemy o ewolucji…

      • Pewien pastor już próbował z mizernym skutkiem, a z innymi udało nam się ustalić pewien consensus w sprawach etycznych, jednak eschatologię musieli mi odpuścić. Choć muszę przyznać, że zdecydowanie mi bliżej do luterańskiej wizji nie tylko etyki, ale i religijności, niż do katolickiej, czy pawłowej — prawosławnej.
        Ale nawet ogromny dla mnie zaszczyt, jakim było osobiste poznanie i kilka dyskusji z ks. Józefem Tischnerem, choć niewątpliwie wpłynął na moją formację światopoglądową, do nawrócenia nie doprowadził. Co — broń Boże — nie znaczy, że wymawiam się od dysput teologicznych, wprost przeciwnie!

        Trudne wyzwanie z tym nawracaniem mnie, ale zapraszam!

        Dawkins — trudno go traktować do końca poważnie w jego agresywnej erystyce. Ale akurat kwestii Boga jako memu walczącego w ewolucyjnym procesie ja bym nie odrzucał a priori. Ta koncepcja jest dla mnie (jeśli ją obrać z erystycznej otoczki) całkiem sensowna i przekonująca. Wielka szkoda, że to Dawkins ze swoją retoryką ją wysunął, a nie ktoś klasy Russella — wtedy mogłaby liczyć na poważną dyskusję.

        „Proszę sobie wyobrazić Arystotelesa, za którego plecami czai się szablozęby tygrys”
        — tu widzę największy błąd w założeniach Crabtree, cytowanego przez Marzenę a później i szerzej przez Pawła. Crabtree przyjął jako założenie, że to właśnie leśno-łowieckie warunki premiowały intelekt, a cywilizacja miejska nie. Wydaje mi się, że jest przeciwnie: cywilizacja miejska zdjęła z nas nie tylko presję ewolucyjną walki z tygrysami i niedźwiedziami i gubienia się w lesie, ale w ogóle presję dużej sprawności manualnej i fizycznej. Ale jednocześnie zaczęła premiować osiągnięcia intelektualne i społeczne, a nie tylko odporność na choroby, przywoływaną przez Crabtree.
        Trywializując: mądry i sprytny miał duży harem i stać go było na wychowanie mnóstwa dzieci, a głupi nie miał tej szansy reprodukcyjnej.
        Tezie Crabtree o degeneracji intelektualnej ludzi po przejściu na tryb osiadły przeczy zresztą bardzo nikła, a jeśli już to premiująca osiadłość, korelacja intelektu z leśnością-miejskością wśród ludzi współczesnych. Gdyby założenie Crabtree było prawdziwe, to Noble z fizyki dostawaliby Indianie, Inuici i Czukcze, korzystający z kilku tysięcy lat wyprzedzenia ewolucyjnego. A jakoś nie widać ich na uniwersytetach, choć nie można tego zrzucić na bariery społeczne. Na tych uniwersytetach widzimy niemal wyłącznie ludzi z grup etnicznych osiadłych najdawniej: od Żydów, przez Chińczyków po Europejczyków.

        • Paweł Kasprzak

          Crabtree pisze o rozrodczym premiowaniu intelektu – są u niego argumenty, że to tak nie zadziałało. Jeden z nich jest taki, że tego rodzaju selekcja, choć istnieje, jest niczym w porównaniu z ostrą selekcją w lesie. Która zresztą nieporównanie dłużej trwała. W jego rozumowaniu najistotniejsze znaczenie ma właśnie ta hipoteza o szczególnej kruchości genetycznego ładunku determinującego potencjał intelektualny. To z tego wynika teza, że selekcja naturalna musiała być tak wyjątkowo brutalna. Również na tej podstawie Crabtree twierdzi, że umysłowo musiał nas ukształtować las, a nie miasta, że miasta nie miałyby jego zdaniem szans. Crabtree twierdzi też, że owszem, dzisiejsi koczownicy wyglądają na szczególnie dobrze wyposażonych intelektualnie, a wiemy też, że demonstrują daleko posuniętą bezbronność wobez infekcji. Sam od kilku lat mieszkam w lesie, ale ni diabła mnie to nie rozwinęło – no, ale na mnie już jest pewnie za późno. Natomiast – to fakt – rozmnażanie w moim przypadku wymagało sporego sprytu o raczej ulicznym, a nie leśnym charakterze 🙂

        • Tak jak ja rozumiem tekst Crabtree, to poświęca się on degeneracji i regresowi ewolucyjnemu przez ostatnie kilka tysięcy lat (po wyjściu z lasu i osiąściu na roli).
          Przy tej perspektywie wcześniejsza ewolucja intelektu (niezależnie, jak długo trwała) ma takie samo znaczenie, jak wyjście z wody i odejście od samodzielnego fotosyntetyzowania.

          Jeśli teza Crabtree o bardzo dużej podatności intelektu na szybką ewolucję (nie podważam tej tezy), w połączeniu z drugą teza Crabtree o dominującym nad innymi znaczeniem dla intelektu leśnego czynnika selekcyjnego (uważam ją za błędną i zupełnie bezpodstawną) byłyby prawdziwe, to mielibyśmy komitet noblowski pełen Indian i Czukczów. Przez te kilka tysięcy lat od początków egipskiej niewoli szybko postępującej ewolucji powinni przegonić Żydów w potencjale intelektualnym tak, jak gepardy przeganiają spasionego domowego kota. Tymczasem tych różnic nie widać niemal wcale (politycznie poprawne jest mówić, że w ogóle ich nie ma), a jeśli już badać wnikliwie średnie i mediany, to raczej można znaleźć większe zdolności matematyczne u Żydów, Hindusów, Chińczyków, Europejczyków niż u Czukczów i Irokezów. Z całym szacunkiem dla Czukczów i Irokezów.

          „Crabtree twierdzi też, że owszem, dzisiejsi koczownicy wyglądają na szczególnie dobrze wyposażonych intelektualnie”
          Ciekawe, skąd ta obserwacja. Bo jeśli już miałbym zauważać jakąkolwiek korelację widoczną gołym okiem, to w przeciwną stronę.

          I znów spamujemy Marzenie…

        • Paweł Kasprzak

          Crabtree to przecież żaden mój kumpel, ja tylko usiłowałem zrelacjonować, co on rzeczywiście napisał. Mnie się wydaje, że w jego wywodach o tym, że to z lasu pochodzi „większość” naszej inteligencji (niekoniecznie stosując komputerową miarę dla większości), jakiś sens jest. Jego ocena prawdopodobieństwa mutacji, która dała w rezultacie ten, a nie inny układ genów dzisiaj identyfikowanych jako warunkujący inteligencję była tym powodem, dla którego sam ten tekst sobie znalazłem. Rozczarowałem się, bo tam są mniej niż szacunki, choć opis tego układu genów jakiś pogląd na sprawę daje. Nie umiem tego porównać z innymi genetycznymi cechami – ale jeśli Crabtree twierdzi, że to jest tak małe prawdopodobieństwo, że tylko straszliwa rzeź, z której uchodzą bardzo nieliczni, a nie tylko selekcja, mogła coś takiego ukształtować, to przyjmuję to do wiadomości. Zwłaszcza, że on wyraźnie mówi, że to jest tylko hipoteza, zaznaczając, że ona się wydaje dziwna większości jego kolegów po fachu. Na tej podstawie on sądzi, że to się musiało stać w lesie, a nie w osadach.

          Mnie przyszło do głowy, że zarazy w miastach miały również szansę być bardzo ostrym sitem selekcyjnym, ale tu efekt był inny i chyba jest obserwowalny (podatność „dzikich” na „europejski katar”) – rzeczywiście wygląda na to, że prokreacyjna wartość atrakcyjności intelektualnej nie byłaby w stanie dać porównywalnego efektu.

          Mnie również przekonuje argument o braku Indian w komitecie noblowskim. Crabtree pisze o tym, że ich rzeczywistego potencjału nie da się mierzyć. To dla mnie niezrozumiałe i nieprzekonywające. Byłem u Siouxów w rezerwacie i nieźle znam również sytację tych poza rezerwatem (mam skłonność do gett i marginesu :)). Ci, którzy Ci natychmiast odpowiedzą, że Siouxowie nie mają społecznych szans, będą mieli bardzo wiele racji. Moim zdaniem mechanizm społecznych upośledzeń nie jest tak prosty i wśród Siouxów należałoby się spodziewać bardzo wielu wyjątków od ponurej społecznej normy, a jeśli ich nie ma, to chodzi o głębsze rzeczy i ja nawet mniej więcej wiem jakie, choć to jest osobny temat.

          Crabtree chyba coś wspomina o jakichś badaniach inteligencji „dzikich” i mnie się wydaje, że być może ktoś coś u nich znalazł głęboko w farfoclach prawych półkul, co silnie koreluje z czymś, co według silnych przekonań kogoś innego stanowi podstawy myślenia matematycznego. Nie wiem – nie chcę wymyślać, Crabtree tu nie jest jasny, a śladami jego bibliografii tych szczegółów nie sprawdzałem. Ale zauważ, że jeśliby on miał rację i najsilniejszych mózgów należałoby szukać wśród Czukczów, to znaczenie tego faktu przy absencji Czukczów na Uniwersytetach (jeden z moich kolegów ma matkę Czukczę i ona jest po doktoracie – nie wiem, z czego – on sam jest fizykiem, ale nie najzdolniejszym, może dlatego, że za młodu więcej siedział w aresztach, niż w instytucie PAN, gdzie pracował) – to znaczenie byłoby odwrotne, niż to sugeruje Marzena. Pokazywałoby to właśnie, jak bardzo o wszystkim decyduje kultura, czy też może – jak Ty sugerujesz – ostatnie, rolnicze etapy ewolucji.

          Natomiast Twoja niepoprawność polityczna w końcu kiedyś ściągnie na Ciebie karę: nie dość, że się z Tischnerem zadawałeś, to jeszcze uważasz, że Żydzi są zdolniejsi od Irokezów – a, fe!

      • Jeszcze odrobina spamu (Marzeno, wybacz!):

        „Chyba da się uzasadnić ewolucyjną przydatność abstrakcji, zresztą od czasu wynalezienia języka sens ma myślenie o ewolucji memów”

        Oj, wrzucając oba do jednego worka ocierasz się tu o śliskość łysenkizmu o poziom wyżej niż Marzena!
        Czynnik selekcyjny memów nie ma a priori nic wspólnego z z czynnikiem selekcyjnym działającym na geny osobników będących ich nosicielami, a jednocześnie przekaźnikami memu.
        Choć, oczywiście w społecznościach wysoce konformistycznych, oba te czynniki selekcyjne mogą do pewnego stopnia korelować: będąc spalonym na stosie traci się genetyczną zdolność reprodukcyjną. Ale też sam mem może na tym auto-da-fé nawet zyskać.

        • Paweł Kasprzak

          Nie, oczywiście, że to są dwie różne bajki – źle się wyraziłem. Abstrakcja może być przydatna w genetycznej ewolucji, bo np. pozwala wymyślić cechy optymalnego krzemiennego toporka bez prób i błędów. Natomiast memetyczna ewolucja, w której wartość czystego intelektu i czystej abstrakcji zaczyna być doceniana w grupie dzikusów sama dla siebie jest oczywiście innym procesem.

          Ryzyko otarcia o łysenkizm podjąłem zresztą głównie po to, by zagadnąć p. Ewę 🙂

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Ewka

      Przeszkodą w rozwijaniu myślenia abstrakcyjnego dla sztucznej inteligencji jest brak ciała i związanych z nim doznań cielesnych, twierdzą badacze zajmujący się robotyką. Mózg zamienia myśli, odczucia i wszelkie doznania na biologię, a to znów ma wpływ na to, co czego jesteśmy w stanie dokonać i jak się czujemy, twierdzi Hüther. W ten sposób dostajemy odpowiedź na pytania o dualizm duszy i ciała. Jedno wynika u człowieka z drugiego. Duch i materia nawzajem się przenikają i dopełniają. Neurobiologia daje dziś odpowiedź na fundamentalne, filozoficzne pytania, powiedział Hüther, w jednym ze swoich wykładów. Jesteśmy zdolni do myślenia abstrakcyjnego dzięki temu, że mamy ciała, które zbierają odpowiednie doświadczenia i odczucia. Pyta Pani, jakie to ma znaczenie dla szkoły. Nie wiem dokładnie, ale czuję, że ogromne. Od ponad 10 lat zajmuję się wnioskami płynącymi z badań nad mózgiem. W tym czasie moje rozumienie procesu uczenia się diametralnie się zmieniło. Im więcej czytam na ten temat, tym bardziej do mnie dochodzi, że człowiek jest całością, że każdy aspekt naszego bycia człowiekiem jest ważny, że nie ma co mówić, że to jest ważniejsze od tamtego. Bo, gdy się buduje dom, to co jest ważniejsze, cegły czy zaprawa, która je trzyma? Dlatego tak mnie boli jednostronność dzisiejszej szkoły, która ogranicza rozwój potencjału dzieci. Nie można rozwijać intelektu bez dbania o doznaia cielesne. Wiedzieli to starożytni Grecy, dzisiejsza szkoła o tym zapomniała.
      Najnowsza książka Hüthera określana jest jako manifest humanistyczny. Bardzo bym chciała, żeby została przetłumaczona na polski, bo świetnie pokazuje, że nasze najbardziej wysublimowane kompetencje zależą od bardzo podstawowych doznań. Nie można budować dachu, gdy nie ma solidnych fundamentów i dobrych ścian.

  3. Wchodzimy tu na dość grząski grunt definicji „rozumienia”, „rozumu” i „myślenia”. Nikt dotąd nie potrafił zdefiniować tych pojęć na tyle dobrze, by były w miarę ścisłe, a jednocześnie odpowiadały potocznemu i zdroworozsądkowemu znaczeniu. Może być tak, że „rozum w maszynie” jest dla nas wręcz podświadomym oksymoronem, bo w pole znaczeniowe „rozumu” podkładamy osadzenie go w naszej (bladawczej) cielesności.

    Mi osobiście w tej „filozofii maszyn myślących” od Rogera Penrose’a czy Athura C. Clarke’a, zdecydowanie bliższy jest Stanisław Lem ze swoją „Summa Technologiae” i (przepełnionymi większą literacką swadą, choć nie mniejszą głębią filozoficzną) rozważaniami w „Bajkach Robotów” i „Cyberiadzie”.

    Z Penrosem nie sposób się zgodzić w kwestii „nowej fizyki” niezbędnej dla maszyn „myślących” — indeterministyczne maszyny liczące można doskonale budować w oparciu o całkowicie deterministyczne, sekwencyjne krzemowe komputery, trzeba im tylko dodać źródło prawdziwie przypadkowego szumu. Ale takie źródła entropii informacyjnej ma dziś nawet każdy tani laptop. Nie potrzebujemy ani komputerów kwantowych ani cudeniek Penrose’a.

    „Na czym polega rozumienie – nie mamy zielonego pojęcia. Z tych powodów porównywanie mocy obliczeniowej niezupełnie ma sens.”
    Porównywanie mocy obliczeniowej rzeczywiście nie ma większego sensu, nie wiem też o czym miałoby świadczyć. Podobnie jak porównywanie efektywności naturalnych i sztucznych zmysłów. To, że psie nosy są skuteczniejsze od jakichkolwiek chemicznych analizatorów, skonstruowanych ludzką ręką nie świadczy o niczym, co mogłoby jakkolwiek wpływać na edukację. Poza, oczywiście, dowartościowaniem psów.
    Znacznie poważniejszy problem jednak stoi za pierwszą częścią tej kwestii: „Na czym polega rozumienie – nie mamy zielonego pojęcia.” Budzi ono we mnie wittgensteinowski opór. Powiedziałbym raczej: „nie umiemy sensownie zdefiniować pojęcia ‚rozumienie'”. A dopiero gdy je zdefiniujemy, będziemy mogli pytać o stojące za nim mechanizmy.

    Póki co w ocenie ‚rozumienia’, ‚myślenia’, etc. skazani jesteśmy albo na nienawistny wielu behawioryzm, odnosząc się jedynie do efektów owego „myślenia” (w tej perspektywie Deep Blue myśli bardziej, niż Kasparow), albo na intuicje i wyczucie, narażone na bycie skażonymi introspektywą bladawca, białkowego kisielu, zawieszonego na wapiennych kościach, więc a priori odmawiającymi tego ‚rozumu’ jakiejkolwiek blaszanej maszynie.

    Zupełnie nie rozumiem jaki związek miałyby mieć zagadnienia złożoności obliczeniowej i wyższości (nawet jeśli przystaniemy na jakiekolwiek wartościowanie) umiejętności chodzenia nad umiejętnością gry w szachy z edukacją.
    W końcu dzieci uczą się chodzić bez pomocy szkoły czy nawet przedszkola i robią to całkiem nieźle. A same z siebie nie umieją czytać ani pisać. Szkoła jest od tego, by uczyć tego co NIENATURALNE, a kulturowe. Naturalnych rzeczy nie trzeba w ogóle uczyć. Choćby były bardziej przyjazne mózgowi od tych kulturowych.

    • Paweł Kasprzak

      Wittgensteinowski opór jest bardzo słuszny. I nawet na kilka sposobów. Np. wittgensteinowskie w sporym stopniu jest Kłakówny rozumienie kompetencji językowych, co ona umie przekładać na szkolną praktykę w sposób, który wywołuje u mnie kompleksy. Z tego powodu coraz mocniej umacniam się przekonaniu co do fundamentalnego znaczenia właśnie językowych kompetencji dzieci.

      Penrose – on jest specyficznym przypadkiem. Poza ks. Hellerem on chyba najsilniej skłania się do platońskiego rozumienia abstrakcji i ich obiektywnej obecności w świecie. Jego intuicje o nowej fizyce wynikają z przekonań co do samej fizyki. Co do problemu psychofizycznego intuicje Penrose’a są tyleż silne, co bardzo egzotyczne – zgadzam się. I – tak właśnie jest w jego przypadku, jak to opisujesz – silnie naznaczone jego osobistą introspekcją. Zresztą każdy, komu się zdarzyło z nagła „zakumać” coś na tyle trudnego, że się początkowo wydawało kompletnie niezrozumiałe, powinien znać z własnych „iluminacyjnych” doświadczeń rzeczy, o których Penrose pisze. Ale Penrose uważa, że z pojmowaniem czasu coś jest nie tak z powodów fizycznych, a nie psychologicznych. Niezależnie od tego, Penrose’a krytyka silnej AI pozostaje ważna i raczej nie budzi wątpliwości, co ma spory związek z oceną procesów myślowych przy pomocy złożoności ich komputerowych odpowiedników.

      Złożoność obliczeniowa – obaj o tym mówimy – to śliska sprawa, bo ona może wynikać i prawdopodobnie wynika z naszej niezręczności w projektowaniu. Zwłaszcza w stosunku do procesów, które „zaprojektowały się same” w ewolucji. Ale też widziałem już ileś urządzeń np. żonglujących spodeczkiem na kijku z wykorzystaniem sieci neuronowych, fuzzy logic w analizie obrazu, czy innych sygnałów itd. Z kilkoma stawałem do zawodów i przegrałem. Nie mam pojęcia, ile moich neuronów do tych zawodów wystawiałem przeciw ilu switchom komputera – wiem, że to porównanie nie ma sensu.

  4. Trochę na marginesie tej dyskusji: obiecywałaś, że Twoja książka wyjdzie w kwietniu. Mamy połowę maja i ani Empik ani Merlin nic o niej nie wiedzą.

    Może więc z kopii autorskich jakaś się znajdzie? Poproszę o dedykację za uporczywe wytykanie Ci wszystkich błędów, jakie znalazłem w tych fragmentach, które tu publikowałaś 😉

    • Marzena Żylińska Post author

      Nie tylko Empik i Merlin nic nie wiedzą o mojej książce, ja też nic nie wiem 🙁
      21 kwietnia wydawca dostał ode mnie wydruk z poskładową, ostateczną korektą i poinformował mnie, że jeszcze w kwietniu książka będzie wydrukowana. Niestety do dziś nie dostałam egzemplarzy autorskich i nie wiem, co się dzieje. Dla mnie jest to ogromny problem, np. ze względu na spotkania czy seminaria, których terminy uzależniłam od terminu wydania książki.

      Ponieważ pytania o termin wydania „Neurodydaktyki” zadaje mi wiele osób, zainteresowanych odsyłam do wydawnictwa.

      Gdyńskie wydawnictwo WYSPA
      http://wyspa.edu.pl/wydawnictwo/

      Jest mi bardzo przykro, że wciąż ludzi zwodzę podając kolejne terminy (poprzedni to 16 kwietnia, kiedy to w Toruniu organizowaliśmy dużą konferencję), ale to naprawdę nie zależy ode mnie. Po prostu powtarzałam informację, jakie miałam od wydawcy. Teraz już nie wiem, jak odpowiadać.

Reply to Paweł Kasprzak CANCEL?

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.