Pedagogiczne uwolnienie dziecka, czyli o tym, co jest w szkole normalne i naturalne, a co sztuczne

Na drodze do nowej kultury edukacyjnej, kultury, która w przeciwieństwie do tej tradycyjnej nie traktuje dziecka przedmiotowo, warto wykorzystać filozofię edukacyjną Celestina Freineta. Ruch Freinetowski od wielu lat rozwija się również w Polsce, jednak wciąż jeszcze są to niestety szkoły niszowe. Z jednej strony warto przejąć od tego francuskiego nauczyciela i reformatora sposób patrzenia na wychowanie i edukację, a z drugiej w każdej szkole można korzystać z wprowadzonych przez Freineta twórczych techniki pracy. Freinet Frankiewicz

W książkach Freineta bardzo często powtarzają się takie słowa jak: swobodny, naturalny, ekspresyjny, pisze Wanda Frankiewicz autorka książki „Technika swobodnych tekstów jako metoda kształcenia myślenia twórczego”. Freinet uważał, że powinniśmy zerwać ze „szkolarskimi metodami nauczania i wychowania, t.j. z wykładem, przymusem i karą, z podręcznikami i oceną za wyuczone i łatwe do zmierzenia wiadomości. Trzeba ocenić inne wartości, m.in. głębokie rozumowanie, wysiłek pracy umysłowej, pomysły twórcze, inwencję.
Szkoła tradycyjna ‘rozwija tylko pewien abstrakcyjny model inteligencji, działającej poza realną rzeczywistością za pośrednictwem słów i pojęć utrwalonych w pamięci’, a nie uwzględnia zdolności dziecka ‘wchłaniania doświadczeń’.
Zgodnie z tak sformułowanymi celami nauczania i wychowania Freinet wprowadza metody, które nazywa ‘naturalnymi’ lub ‘normalnymi’ w przeciwieństwie do metod ‘sztucznych’ (podających). W jednej z ‘prawd pedagogicznych’ stwierdza, iż normalną drogą uczenia się wcale nie jest przyswajanie wiadomości przez wykład i pokaz, ale ‘doświadczenia poszukujące’, obserwacje, rozwiązywanie problemów i różne formy swobodnej ekspresji. To one – zdaniem Freineta – są drogą do zdobycia głębokiej kultury umysłowej. Nabywanie gotowych wiadomości przynosi poznanie powierzchowne i formalne i ‘jest mimo wszystko mniej ważną funkcją szkoły’”.

W obecnej kulturze edukacyjnej zadaniem uczniów jest słuchanie nauczyciela i korzystanie z podręczników, a w kolejnym kroku reprodukowanie usłyszanych, bądź przeczytanych wiadomości. Prowadzi to do bardzo powierzchownego, tzw. surfingowego uczenia się, któremu Celestin Freinet przeciwstawia uczenie się przez poszukujące doświadczanie, które jest częścią tzw. głębokiej kultury umysłowej. Dziś o taką kulturę upomina się w swoich książkach niemiecki neurobiolog Gerald Hüther, który wprawdzie używa innych niż Freinet pojęć i argumentów, ale postuluje dokładnie to samo. Żeby dziecko mogło wykorzystać swój naturalny potencjał, to, co dzieje się na lekcjach musi je poruszyć, dotkąć. Neutralne i sformalizowane treści podawane przez nauczyciela lub przeczytane w podręczniku nigdy nie wywołają w mózgach takich reakcji, jak zadania, które wymagają aktywności uczniów i kreatywności, czyli Freinetowskich „poszukujących doświadczeń”. Czytając kolejne książki neurobiologów odkrywam w nich postulaty sformułowane przed laty przez różnych reformatorów edukacji. Dzięki neuronaukom wiemy dziś, dlaczego koncepcja edukacyjna, którą stworzył Celestin Freinet jest lepsza od tradycyjnej szkoły transmisyjnej opartej na przekazywaniu wiedzy. Może dzięki argumentom badaczy mózgu będziemy wreszcie skłonni do odejścia od pruskiego modelu edukacji? Może wyjaśnienia Geralda Hüthera nakłonią nauczycieli ze szkół systemowych do odkrzesłowienia dzieci i stosowania „poszukujących doświadczeń” („Kim jesteśmy –a kim moglibyśmy być” G. Hüther).
kim_jestesmy_okladka klein

Celestin Freinet wiedział, że dzieci i młodzież chcą i lubią się uczyć, ale nie tak, jak wymaga tego tradycyjny system edukacji. Lektura książek neurobiologa Hüthera pozwala lepiej zrozumieć Freinetowski postulat wprowadzenia do szkół naturalnych i normalnych metod nauczania. Użyte przez Freineta określenia „naturalne” i „normalne” są jak najbardziej słuszne, bo właśnie preferowane przez niego formy pracy umożliwiają dzieciom pełne wykorzystanie ich potencjału. Trzymanie dzieci w „bolesnej bierności” i bezruchu, zmuszanie do słuchania i reprodukowania wiedzy jest właśnie czymś sztucznym, niezgodnym z naturą i w konsekwencji mało efektywnym. I niczego nie zmienia fakt, że niektóre dzieci łatwo się podporządkowują i dają sobie łatwo wybić z głowy wszelkie twórcze skłonności.
My dorośli dokonujemy wyborów w imieniu dzieci. Stworzyliśmy im szkoły, w których nie mogą uczyć się poprzez własną aktywność i doświadczania, nie mogą też wykorzystywać wszystkich zmysłów, naukę ograniczyliśmy do słownego przekazu „z drugiej ręki” uatrakcyjnionego kilkoma ilustracjami. Dzieci dostają okruchy wiedzy, zbiór informacji, których nie mogą zastosować w praktyce, a do tego muszą pracować pod ciągłą presją czasu. W tych warunkach najlepsze wyniki nie są udziałem najbardziej kreatywnych, twórczych, zorientowanych na działanie; te dzieci w obecnym modelu szkoły męczą się – i co gorsza często dostaję etykietkę uczniów trudnych – najlepsze wyniki osiągają zaś te, które potrafią przystosować się do nauki surfingowej, do ślizgania się po wiedzy, płytkiego przetwarzania, połykania ogromnych ilości niepowiązanych z sobą informacji i ich reprodukowania. Gerald Hüther w swojej książce „Kim jesteśmy – a kim moglibyśmy być – każe nam zadać sobie pytanie, kim mogłyby stać się nasze dzieci, gdybyśmy stworzyli szkoły, do których lubiłyby chodzić i w których mogłyby wykorzystać swój potencjał. Kim mogłyby się stać, gdyby w szkołach mogły być twórcze i aktywne, tak, jak o tym marzył Celestin Freinet.

O Freinetowskiej technice swobodnych tekstów napiszę innym razem. Zainteresowanych tematem zachęcam do lektury książki Wandy Frankiewicz „Technika swobodnych tekstów jako metoda kształcenia myślenia twórczego.

Comments ( 5 )
  1. Joanna

    Mój synek ma prawie 7 lat. Pisze książki, maluje, rysuje komiksy. Wszystko w ramach swobodnego, twórczego wyrazu. Lubi konkursy tylko takie, w których wszyscy wygrywają i dostają medale za udział. Bo liczy się, że robi coś przyjemnego i pięknego, sam akt twórczy, działanie. Wierzy, że jak mówił Picasso, każde dziecko jest artystą. Chodzi do zerówki w szkole, jego pani rozbudza w dzieciach twórcze pasje, nie stawia na rywalizację. Ale boję się, że rozczaruje się w czwartej klasie…

    • Marzena Żylińska Post author

      No właśnie! Nawet sześcio- czy siedmioletnie dzieci potrafią tworzyć własne teksty, pisać i ilustrować własne książki, a potem w szkole mają wpisywać w luki literki lub słowa. Szkoła, która tak zaniża poziom dzieci staje się dla nich nudnym i opresyjnym miejscem. Dla wielu dzieci napisanie własnej bajki jest zadaniem łatwym i ciekawym, a uzupełnienie luk w zeszycie ćwiczeń zadaniem nudnym i trudnym. Trudnym, bo zbyt łatwym.

      I pełna zgoda co do konkursów, uczą rywalizacji. To też coś, od czego w BSS odchodzimy. zamiast słowa konkurs wprowadziliśmy słowo „edugranki”. W konkursach wyłania się zwycięzcę, w edugrankach chodzi o udział i zabawę.

  2. Aleksandra

    Mój synek, tak – ten problemowy – w pierwszej klasie gimnazjum miał napisać wypracowanie na dowolny temat. Pani chciała sprawdzić, jak dzieci piszą. Nie narzucała tematu ani formy. Ucieszyliśmy się, bo wiemy, że szansa na „zrobienie po swojemu” niezwykle go motywuje, a już wtedy pojawiały się problemy nerwicowe i zniechęcenie. Młody napisał naprawdę piękne opowiadanie o młodym pilocie. Dawno nie widziałam go tak zaangażowanego. Staraliśmy się być oszczędni w zachwytach, ale czytało się to z zapartym tchem. Dumny zaniósł do szkoły. Niestety było na ocenę – dostał 4, z komentarzem, że wprawdzie dobrze się to czyta, ale… (tu wyliczenie błędów, nawet nie ortograficznych, ale kompozycyjnych itp.)
    To był ostatni raz, kiedy pisał coś z zapałem. Żeby było jasne. Nie miałabym pretensji do nauczycielki, gdyby to była np. rozprawka w ramach przygotowań do egzaminu. W takiej sytuacji nauczyciel musi wypunktować błędy, taki mamy system, trudno. Ale jeśli zadaje dzieciom swobodną wypowiedź, która ma służyć zaprezentowaniu się uczniów, to czy nie mógłby zrezygnować z oceniania i weryfikacji, ograniczając się do recenzji pracy?
    Ech. A mogła zachęcić ucznia do kolejnych prób literackich…
    Odnosząc się do idei, aby lekcja dotykała tego, co ważne dla dziecka, bo tylko wtedy naprawdę się uczą – mam pod ręką aktualną historyjkę o mojej córce. Ona lubi swoją szkołę, nieźle jej idzie, oceny różnie, ale to tzw. dobre gimnazjum, więc jest ciężko, ale nie ma problemów. Kilka tygodni temu: łazi skwaśniała po domu i narzeka, że musi napisać pracę z angielskiego – akurat brali tryby warunkowe – na temat „gdzie wolałabyś mieszkać, na wsi czy w mieście”. Dla dorosłego żaden problem, więc tłumaczę jej, to nie chodzi o sens, tylko o gramatykę, napisz co bądź. To nie przemówiło, dalej stęka, robi się coraz później, zadanie nie odrobione, dziecko zmęczone, ja poirytowana. Aż pomyślałam o „Budzącej się” i wszystkich przeczytanych książkach – relacje, emocje, myślę i oświeciło mnie: a pomyśl o świnkach: co dla nich byłoby lepsze? (Córka aktywnie działa na rzecz świnek morskich w adopcyjnym stowarzyszeniu, ma własne świnki i to jest jedna z ważniejszych rzeczy w jej życiu).
    Było po problemie. Oczka się zaświeciły, poleciała pisać. Mózg się odblokował. Namachała długą pracę, gdzie opisała, co mogłaby zrobić dla świnek, mieszkając na wsi, czego nie może zrobić, mieszkając w mieście. Oczywiście zastosowała te zagadnienia gramatyczne, które powinna była zastosować. Piszę tu o dziecku, które nie ma problemów z językiem i lubi przedmiot. Jak muszą reagować dzieci, którym nie idzie tak dobrze?
    Wystarczyło odnieść się do tego, co dla dziecka istotne, co kocha. To naprawdę niewiele i nie wymaga ani wielkich kursów, ani zmian w szkole, ani nie wiadomo jakich kompetencji nauczycielskich i jest do zastosowania w każdym wypadku. Zamiast tego mamy słowo wytrych „trudno taki jest program” „nie musi cię wszystko interesować” „twoje zdanie nie jest ważne, masz zrobić”.
    A że w każdej klasie znajdą się jacyś Jaś i Hela, którzy umieją się wpasować w taki układ, to i szkoła ma dowód na to, że nic nie trzeba zmieniać, bo jeśli ktoś chce, to potrafi…

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Olu,

      ależ piękne przykłady Pani podała!!! Dziękuję! Wykorzystam najpierw na fb, potem na szkoleniach dla nauczycieli, a potem w …. nowej książce. Jeszcze raz dziękuję! Przykład dotyczący języka świetnie pokazuje, jak czasami mała zmiana zmienia wszystko. Ja często pracowałam w taki sposób z moimi studentami. Braliśmy typowy temat z podstawy programowej, np. „Mój dzień”. To temat nudny, banalny, typowy, a więc taki, który „zamyka mózg”, bo kompletnie nie budzi zainteresowania. I zastanawialiśmy się, co zrobić, jak go zmienić, by uczniów poruszał, by budził chęć do pracy. I potem studenci te swoje pomysły testowali na lekcjach prowadzonych w ramach praktyk i widzieli, jak te zmiany wpływają na motywację. A przy okazji powiem, ze podstawy programowe do języków obcych to mistrzostwo świata w zniechęcaniu do nauki. Wierzyć się nie chce, że można to robić tak systemowo, choć jestem pewna, ze nie jest to działanie celowe.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.