Raport "Dziecko w szkolnej rzeczywistości"

Dziecko w szkolnej rzeczywistości

Założenia a rzeczywisty obraz edukacji elementarnej

Pod redakcją Haliny Sowińskiej

wyd. przez Wydawnicywo Naukowe UAM

 

Właśnie dostałam książkę – raport „Dziecko w szkolnej rzeczywistości. Założenia a rzeczywisty obraz edukacji elementarnej” pod redakcją Haliny Sowińskiej. Kilka miesięcy temu, gdy została wydana, było o niej bardzo głośno. Pytałam o ten tytuł w wielu księgarniach w Toruniu, Warszawie, Wrocławiu. Nigdzie nie dostałam. Z największej toruńskiej księgarni dostałam informację, że nie można książki zamówić w żadnej z hurtownii, z którymi sklep współpracuje. W końcu zamówiłam ją przez internet. Z przesyłką zapłaciłam 107 złotych. Ta informacja może się komuś wydawać zupełnie nieistotna, a jednak myślę, że w kontekście dyskusji o ACTA i dostępie do dóbr kultury, ma duże znaczenie. Bo czy przeciętny student zainteresowany tematem, może sobie na taki wydatek pozwolić? Dlaczego książki są u nas tak drogie? To tak na marginesie, bo dużo istotniejsza jest przecież treść! Choć przeczytałam jedynie kilkadziesiąt stron, jestem głęboko poruszona. Wszystkie znane mi dotychczas badania pokazywały, że w polskim systemie edukacji, najlepsza sytuacja jest właśnie w nauczaniu początkowym. Poniższy tekst składa się głównie z cytatów. Myślę, że dają dużo do myślenie i każą postawić  kilka zasadniczych pytań.

 Poziom stymulacji aktywności ucznia podczas zajęć szkolnych

Celem jednego z badań było sprawdzenie, w jakim stopniu nauczyciele stymulują aktywność swoich uczniów. W tym celu przez dwa dni obserwowano 101 nauczycieli uczących w klasie III szkoły podstawowej. Do badania użyto kwestionariusz obserwacji, w którym wyróżniono trzy kategorie:

1)      brak zabiegów wywołujących aktywność

2)      narzucanie aktywności

3)      stymulowanie aktywności.

W przypadku pierwszej kategorii nauczycielowi nie przyznawano żadnego punktu (0), w przypadku drugiej dostawał jeden punkt (1), a w przypadku trzeciej dwa punkty (2).

Następnie punkty sumowano, tworząc następującą skalę:

1)      0-4 – brak stymulacji

2)      5–9 – niski poziom stymulacji

3)      10-14 – przeciętny poziom stymulacji

4)      15-19 – wysoki poziom stymulacji

5)      20-24 bardzo wysoki poziom stymulacji

 

Po podsumowaniu uzyskano następujące wyniki:

 

Poziom stymulacji aktywności ucznia

Liczba nauczycieli

%

Brak stymulacji

Niski poziom stymulacji

Przeciętny poziom stymulacji

Wysoki poziom stymulacji

Bardzo wysoki poziom stymulacji

 

3

31

49

17

1

2,9

30,9

48,5

16,8

0,9

 

 

Renata Michalak, autorka tej części książki, podkreśla, że tylko jeden nauczyciel osiągnął minimalną ilość punktów, pozwalającą zaliczyć go do bardzo wysokiego poziomu stymulacji.

 

Z badania wyciągnięto następujące wnioski:

„Z analizy danych empirycznych wynika, że nauczyciele edukacji zintegrowanej nie tworzą w klasie środowiska interaktywnego, wyzwalającego zróżnicowane formy aktywności dzieci. Podejmują także niewiele prób stymulacji ucznia w tym zakresie. Najmniej takich zachowań przejawiają  na etapach początkowych zajęć i w momencie ich zakończenia. W momencie startowym zajęć, w którym nauczyciel powinien dążyć do jak najefektywniejszego wprowadzenia ucznia w nowe dla niego zagadnienie, aż 28,2% badanych nauczycieli nie przejawiało żadnych zachowań pobudzających dzieci do aktywności. Natomiast 23% badanych narzucało uczniom określony rodzaj aktywności. Taki sposób funkcjonowania nauczycieli świadczy o braku ich świadomości odnośnie do roli zainteresowań i ciekawości poznawczej w rozbudzaniu wewnętrzej motywacji dziecka do uczenia sie. Może też być wskaźnikiem ignorancji nauczyciela w tym zakresie, który przyjmuje prostą zasadę, że rolą ucznia jest po prostu uczyć się. Brak wzbudzania aktywności na tym etapie zajęć może być przyczyną braku zaangażowania ucznia na jego kolejnych etapach. Na pewno zaś jest powodem, dla którego uczniowie tak niechętnie przychodzą do szkoły i określają ją mianem nudnej, nieciekawej, skostniałej.”

 

W dalszej części Renata Michalak zajmuje się problemem oceny przez nauczycieli wiedzy, z jaką ci przychodzą do szkoły. Jak wiadomo wiedza tworzy spójną strukturę, tzn. że nowe wiadomości muszą zostać trwale połączone z tymi wcześniej zapisanymi w pamięci. Dlatego tak ważne jest oszacowanie, co uczniowie już wiedzą, co będzie dla nich nowe, a co zbyt proste. „Ten etap procesu kształcenia można określić jako rozpoznanie aktualnego poziomu i zakresu rozwoju kompetencji ucznia, które konieczne jest do zaplanowania odpowiedniego, edukacyjnego wsparcia. Wsparcie to można porównać do budowania ‘pomostu’ między tym, co uczeń wie, zna, potrafi, a tym, co ma dopiero poznać.”

Innymi słowy, bez dokładnej wiedzy na temat tego, co uczniowie już na dany temat wiedzą, nauczyciel nie może dobrze zaplanować i przeprowadzić lekcji. „Tymczasem, jak pokazują badania, aż 75,5% badanych nauczycieli nie przyjawiało żadnych zachowań stymulujących ucznia do podjęcia aktywności w tym zakresie. Nauczycieli, co pokazują wynki, nie interesuje uprzednie doświadczenie dziecka. Nie starają się rozpoznać tego, co uczeń już wie i potrafi w związku z tematem zajęć. Świadczy to zapewne o braku świadomości nauczycieli i wiedzy o psychicznych mechanizmach konstruowania przez dzieci wiedzy. Ignorując wagę tego etapu nauczania, pokazują, że zupełnie nie posiadają wiedzy dotyczącej procesu i strategii kształtowania się dziecięcych kompetencji.”

 

Ciekawa jestem, czy jesteście Państwo zainteresowani dalszymi wnioskami płynącymi z pracy pedagogów z UAM.

Jakie wnioski można wyciągnąć z podanych tu cytatów? Dlaczego nauczyciele uczą w sposób ignorujący wiedzę, zainteresowania i doświadczenia uczniów? Czy za zaistniałą sytuację to ich powinno obarczać się winą? Czy jest jakiś związek między opisanym sposobem nauczania, a kształceniem nauczycieli? Może warto przyjrzeć się tradycyjnemu, ale wciąż jeszcze stosowanemu, modelowi planowania lekcji i pisania scenariuszy, w których studenci uczą się co do minuty planować, co zrobią i powiedzą ich ucznowie?

 

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

Comments ( 0 )
  1. „Jakie wnioski można wyciągnąć z podanych tu cytatów?”
    Kilka uwag fizyka (o krytycznym rozumie) na temat badań społecznych.

    1. Próba 101 badanych osób, przy założeniu, że próba nie jest w żaden sposób obciążona (czyli, że jest wybrana w najlepszy mozliwy sposób) daje błąd statystyczny dowolnej estymaty częstości z próby (czyli oczekiwany błąd: różnicę pomiędzy wynikiem takiego pomiaru na całej populacji, a otrzymanym wynikiem) nie mniejszy niż 10%. Podawanie wyników z dokładnością 0.1% jest więc nie tylko bzdetem, ale świadczy o tym, że autor nie ma pojęcia o statystycznym opracowaniu danych doświadczalnych, albo chce manipulować czytelnikiem epatując go „wielką dokładnością badań”.

    2. W przytoczonym fragmencie (pożałuję 107 zł, żeby przeczytać całość…) nie ma ani słowa o tym, jakie kryteria zostały przyjęte dla zakwalifikowania lekcji do grup: brak zabiegów/narzucanie/stymulowanie aktywności. Znając rózne badania socjolometryczne, te kryteria były z palca wyssane i dalekie od intuicyjnego rozumienia tych pojęć. Tak czy inaczej, nie znając tych kryteriów (na których zaczepione jest całe badanie) nie możemy w ogóle przyjmować jego wyników jako znaczących.

    To jest zjawisko niezwykle częste w naukach społecznych (patrz przykład EWD…): tworzymy skomplikowaną metodę pomiarową, przywiązaną do mało sensownych danych pierwotnych, nadajemy wynikowi brzmiącą i nośną nazwę, wyciągamy wnioski, formułujemy je jeszcze bardziej nośnie i brzmiąco, wszyscy już zapomnieli, że badanie zaczepione jest na nieznaczących danych wejściowych i dyskutują o „aktywności”, zapominając o pytaniu, co znaczy słowo „aktywność” w kontekście tego badania. Bo może znaczyć (i zapewne znaczy) coś zupełnie innego, niż odbiorcy intuicyjnie rozumieją pod tą nazwą.

    3. tak osiągnięte liczby następnie interpretujemy w dowolny sposób (powołując się na naukowość: „z analizy danych empirycznych wynika…”), a czytelnicy, nie mając możliwości przeprowadzenia krytycznej analizy metody doświadczalnej muszą albo:
    a. przyjąć nasze wnioski na wiarę, popartą nieuzasadnionym przekonaniem, że wnioski te są „naukowe”;
    b. uznać to za paranaukową manipulację czytelnikiem;
    c. poprosić o uzupełnienie publikacji o przyjętą metodologię.

    I tu mamy kolejny przyczynek do sensowności wdrożenia (przy pomocy CEO) programu Understanding Science do polskich szkół tak, by każdy maturzysta miał uwewnętrzniony krytycyzm wobec takich publikacji.

    4. Abstrahując już od poprzednich uwag:
    publikacja podaje:
    „wysoki poziom stymulacji – 48.5% (najliczniejsza grupa)”

    A komentuje to jako:
    „Podejmują także niewiele prób stymulacji ucznia w tym zakresie.”

    Gratulować konsekwencji i wiary, że czytelnik nie umie czytać ze zrozumieniem!

    Na taką pracę – na pewno nie wydam 107 zł.

  2. mazylinska Post author

    Drogi Ksawery,

    badanie przeprowadzone na 1000 nauczycielach z pewnością dałoby bardziej obiektywny wynik, niż to przeprowadzone na 100. Ale zważ, że nauczycieli obserwowano przez całe dwa dni! Ile osób trzeba by zaangażować, żeby mieć próbę 10 razy większą? Czy jeśli nie ma takich możliwości technicznnych i odpowiednich środków, to lepiej w ogóle z badań zrezygnować?

    Czy ja, muszę tłumaczyć takiemu inteligentnemu człowiekowi jak Ty, że w blogowym wpisie nie można przedstawić całej metodologii przeprowadzonych badań? Książka liczy prawie 600 stron i wszystko zostało dokładnie opisane.
    Twoje wprawne oko powinno również dostrzec, że z tabelką coś jest nie tak, bo po prawej stronie były cztery pozycje, a po prawej pięć. Nie wiem czemu blogowy program tak zmienił tabelkę. W wersji wordowskiej wszystko było w porządku, a ja nie sprawdziłam.
    Ksawery, bardzo cenię Twoją wiedzę, pedagogiczną intuicję i inteligencję, ale czasami zbyt szybko ferujesz druzgocące wyroki. Na razie przeczytałam ponad sto stron książki i zapewniam Cię, że nie masz racji 😉

    Pozdrawiam ciepło,

    m.

  3. Ja nie mówię, że badanie na 100 nauczycielach jest czymś błędnym!

    Oczywiście, jest to rozsądna próba przy ograniczonym budżecie.
    Ale z takiej próby nie ma najmniejszego sensu podawać wyników z dokładnością 0.1% To jest czyste nadużycie (lub głupota lub manipulacja czytelnikiem). Dokładność estymowania ze stuosobowej próby może być wystarczająca do snucia wniosków. Ale za tymi wnioskami powinna stać liczba 40% (lub: około 40%), a nie 38.8%, bo ta ostatnia sugeruje, że jest wyznaczona z dokładnością lepszą niż 0.2% (pozwalająca odróżnić 38.8% od 39%).
    Za taką interpretację wyników doświadczalnych studenci pierwszego roku fizyki dostają dwóję za ćwiczenie na „I Pracowni Fizycznej”.

    Jeśli tabelka Ci się źle sformatowała, to wycofuję jedynie ostatnią uwagę, choć też nie do końca:
    Przy rozkładzie (widzę, że poprawiłaś tabelkę): niski 30%, średni 50%, wysoki 20% (to są rozsądne zaokrąglenia dla tej wielkości próby), wyciąganie wniosków, że „Podejmują także niewiele prób stymulacji” jest nadal nadużyciem interpretacyjnym. Wyniki są odrobinę tylko poniżej średniej (nieznacząco statystycznie). Uprawniony wniosek mógłby być: „około połowy podejmuje działania”, „tylu samo podejmuje działania, co nie podejmuje”, „zmierzyliśmy, że tylko/aż w połowie przypadków działania były podejmowane”, etc.

  4. PS.
    Jeśli naprawdę zostało opisane, to streść co oni mierzą (czyli za co przyznawali swoje punkty). Ale nie w ogólniku, „za stymulowanie aktywności”, tylko w konkrecie – za co przyznawali punkty.

    Bo ogólnik jest wart tyle samo, co w przypadku EWD wyniki sprawdzianów mają wspólnego z jakością edukacji….

  5. PS 2.
    „Może warto przyjrzeć się tradycyjnemu, ale wciąż jeszcze stosowanemu, modelowi planowania lekcji i pisania scenariuszy, w których studenci uczą się co do minuty planować, co zrobią i powiedzą ich ucznowie?”

    Masz oczywistą rację, że to jest idiotyzm!
    Ale nie trzeba uzasadniać, że takie podejście jest złe i szkodliwe wątpliwymi badaniami. Jest złe i szkodliwe, niezależnie od tego, co poznaniacy zmierzyli, wyliczyli i nie opublikowali w arXiv, tylko sprzedają po 107zł.
    Wracając do ACTA na tym przykładzie:
    W przypadku badań naukowych nie sprawdza się reguła: im droższe tym lepsze. Wartościowe publikacje najczęściej dostępne są za darmo w internecie.

  6. Overdrive

    Autorka wysuwa wniosek, iż nauczyciele nie są świadomi i brak im wiedzy na temat psychicznych mechanizmów konstruowania wiedzy u dzieci. Ja mam jedno zasadnicze pytanie. Czy system szkolnictwa nastawiony jest na zbadanie wiedzy ucznia i rozpoczęcie nauki od tego momentu, biorąc pod uwagę jego umiejętności, predyspozycje i wiedzę o tym jak człowiek najefektywniej się uczy, czy na realizowanie programu bez zwracania uwagi na uczniów? Odpowiedź na to pytanie każdy zna. Zatem nie jest istotne czy nauczyciele są czegoś świadomi czy też nie, bo istotne jest to co zostało wpisane do dziennika czyli to, za co faktycznie nauczyciele dostają pensje. Za biurokrację.

    Drodzy Państwo, albo ruszycie się łaskawie jak cały stan nauczycielski długi i szeroki i zaprzestaniecie realizowania szkodliwych dla dzieci programów, czyli faktycznie postawicie się Państwu, albo całe to gadanie nie ma sensu. Albo działamy, albo zamilczmy, bo tracimy czas.

  7. Ezechiel

    O moim stanowisku do szkolnictwa podstawowego przesądził raport IBE, gdzie wykazano braki w wiedzy matematycznej w nauczaniu podstawowym.

    Brak korelacji między poszczególnymi etapami jest obecny wszędzie. Koledzy z Politechniki prowadzący wstępy do fizyki nie wiedzieli o zmianach w nowej podstawie programowej.

  8. Danuta

    Protestuję przeciwko obwinianiu nauczycieli.
    Najpierw daje im się programy nie do zrealizowania, potem nie daje im się wsparcia podczas studiów i po nich i do tego narzuca mnóstwo biurokracji, a na koniec rozlicza z wyników przygłupich testów.
    Na prawdę trudno się „wyrobić”…

    Marzeno. Do zobaczenia w Łochowie, już się cieszę.
    Danusia

    • mazylinska Post author

      Danusiu,

      właśnie dlatego napisałam ten tekst. Nasz obecny system jest całkowinie niekompatybilny. Z jednej strony oczekuje się, że nauczyciele będą dbać o ogólny rozwój dzieci, rozwijać ich kreatywność i autonomię (podstawa programowa), ale ocenia się ich na podstawie tego, jak uczniowie napiszą testy oparte na zero-jedynkowym kluczu. Jeśli więc nauczyciel zadba o rozwijanie kreatywności, innowacyjnego myślenia, autonomii, to jego uczniowie na teście wypadną raczej słabo. Nauczyciele zachowują się dziś racjonalnie i kładą nacisk na to, co podlega testowaniu. Wszystko, co nietestowalne, znika z pola widzenia, bo całego materiału zrealizować nie sposób. Problem w tym – i to pokazuje badanie, na które się powołuję – że tracą na tym dzieci i tracimy my wszyscy. Rozwój każdej gospodarki zależy bowiem od innowacyjności , która w systemie testocentrycznym jest raczej przeszkodą.

  9. Janina Huterska- Górecka

    Dołączam głos nauczycielki I-III, który wczoraj (po szkoleniu) otrzymałam pocztą:
    „Dziękuję za przesłanie scenariusza i tych kilka słów, które dały mi wiele do myślenia. Człowiek w tej całej gonitwie zapomina czasami o tym co jest najważniejsze. Myślę, że to nas nauczycieli uczono pracy pod dyktando i tak trudno nam się teraz oderwać, zacząć działać samemu, inaczej, z korzyścią dla dzieci. Ciągle nam mówiono jak mamy robić i co mamy robić. Myślę, że razem z dziećmi możemy się uczyć twórczego myślenia, bo czasami brakuje nam samodzielności . Trzymamy się ściśle tego co nam podają, a tym samym zabijamy w sobie spontaniczność, radość, nadzieję, itp. Chyba najwyższy czas wciąć sprawy w swoje ręce i uwierzyć w siebie i nie bać się, że coś może nie wyjść”.
    N.

    • mazylinska Post author

      @ Nina

      Piszę krótko, bo jestem na seminarium w Warszawie. Mail, który zamieściłaś, świetnie oddaje istotę rzeczy. W tym właśnie problem, że nauczycieli uczono i wciąż jeszcze na wielu uczelniach się uczy, że to oni muszą sterować całym procesem edukacyjnym, pisać konspekty, w których co do minuty zaplanują, co, w której minucie będą robić ich uczniowie. Dla mnie ta sytuacja jest po prostu schizofreniczna, bo albo sterowanie i praca pod dyktando, albo rozwijanie autonomii i zindywidualizowane nauczanie. Albo przekazywanie wiedzy, albo zgodne z podejściem konstruktywistycznym i badaniami nad mózgiem tworzenie przez uczniów własnej struktury wiedzy, w którym to procesie nauczycielom przypada zupełnie inna rola. A jeśli uczą w oparciu o najnowsze teorie, to co z przygotowaniem do testów opartych na zero-jedynkowym kluczu i wymuszających najbardziej schematyczne odpowiedzi? Przygotowywać uczniów do życia czy do testów, rozwijać potrzebne kompetencje na wybranych treściach, czy kłaść nacisk na wtłoczenie do uczniowskich głów jak największej ilości informacji, których wprawdzie nie zdążą przetworzyć, ale w teście dobrze zaznaczą A,B lub C.
      Nie zazdroszczę nauczycielom i nie wiem, co sama bym zrobiła, gdybym dziś pracowała w szkole. Serce mi mówi, że w tym zbiurokratyzowanym i odhumanizowanym tworze, jakim jest dzisiejszy system edukacyjny, ktoś musi bronić interesu dzieci. Dlatego nauczyciele powinni wziąć sprawy w swoje ręce 🙂

  10. No więc postawmy hipotezę i zweryfikujmy ją (czyli, niech zrobią to uczeni): uczniowie, którzy uczą się dobrze zgodnie z wymaganiami obecnego systemu żyją gorzej, niż uczniowie, którzy pracują w szkole wbrew owym wymaganiom.
    Tyko skąd wziąć tę drugą grupę ?
    Uważam, że dobre wyniki w nauce, w obecnej szkole, nie przekładają się zupełnie na sukces osobisty, zawodowy i publiczny. Wręcz przeciwnie, dobrzy uczniowie są złymi pracownikami, szefami, mężami i żonami, rodzicami, politykami, lekarzami, uczestnikami życia publicznego i kulturalnego, … .
    To ostatnie zdanie brzmi głupio, prawda ? To spróbujmy zastąpić je lepszym, bardziej klarownym, precyzyjnym i konstruktywnym.

    • mazylinska Post author

      @ Wiesław

      Dwa dni nie miałam internetu! Tzn. miałam, ale tylko w komórce, więc mogłam zobaczyć, jakie ciekawe komentarze się pojawiają.
      Stawiasz bardzo ciekawą hipotezę! Nie raz już się zastanawiałam, że można by to sprawdzić, choćby w odniesieniu do sukcesów na studiach. Ciekawa jestem, czy osoby dobrze wypadające na maturze, są potem bardzo dobrymi studentami. Trochę trudniej z życiem! Logika mówi, że w życiu liczy się kreatywność, autonomia, innowacyjność. Tu nie ma gotowych odpowiedzi, z których trzeba wybrać tę poprawną, w życiu trzeba wykazać się własną inicjatywą. Czyli dokładnie odwrotnie niż na teście!

      @ W.Szwajkowski

      To bardzo ważne, by u dzieci rozwijać intuicję matematyczną! Bez tego nie umieją myśleć matematycznie. Znalazłam ciekawą (wydaną w Szwajcarii) książkę „Der Zahlensinn”, autor Stanislas Dehaene. Wyjaśnia on, że dzieci mają już zmysł liczenia, zanim nauczą się mówić. Pokazuje też, że dziecięca intuicja matematyczna, to dużo więcej niż liczenie. Niestety bez odpowiedniej stymulacji ów zmysł zanika. Dlatego, tak ważne jest rymowanie, rozwijanie poczucia rytmu, łącznie słów z muzyką. Ma Pan zupełną rację!!! Dużo pisze o tym Manfred Spitzer w książce „Musik im Kopf” (Muzyka w głowie).

      Do rozumienia słów i związków frazeologicznych mam wielką ochotę wrócić w kolejnym wpisie. Czytam dalej „Dziecko w szkolnej rzeczywistości” i znajduję potwierdzenie tego, co oboje wiemy, ale czego nie rozumie wielu rodziców i niestety, jak wynika z badań, również wielu nauczycieli: dzieci mają ogromne deficyty językowe, które skutkują problemami z wszystkimi przedmiotami. Okazuje się, że nawet złe wyniki z matematyki spowodowane są często tym, że uczniowie nie potrafią przeczytać zadania.
      Dlatego tak ważne są wszystkie otwarte zadania, które rozwijają kompetencję komunikacyjną i pozwlają na rozwijanie wrażliwości językowej.

      Nie wiem, czy zdążę dziś odpowiedzieć na inne komentarze, spróbuję później! Po dwóch dniach bez internetu mam same zaległości! Michał ma oczywiście rację, neurony lustrzane mogą – choć nie muszą – aktywizować się również wtedy, gdy uczymy się matematyki czy chemii. Przecież każdy ma przed sobą jakiegoś nauczyciela. Wcześniej czy później to wyjaśnię 🙂

  11. Michał

    @ Wiesław i Marzena

    Oczywiście takie badanie byłoby potrzebne. I ciekawe. Jednak! Co rozumieć pod termin „dobry student”? Chciałbym przedstawić Wam trzy osoby, które mogą posłużyć jako „definicje” dla terminu dobrego studenta.
    1. X była wzorową uczennicą, matura z wynikami bardzo wysokimi (tylko jedna poniżej 90%! Było to rozszerzenie, drugi przedmiot dodatkowy). Lubi metal i hard rock, uwielbia czytać, aktywności fizycznej brak. Jako studentka – zawsze przygotowana, wyniki egzaminów semestralnych bardzo dobre (stypendium naukowe). O aktywnościach poza studiami – informacji brak.
    2. Y był średnim uczniem, wyniki z matur podstawowych oscylowały w drugiej połowie „osiemdziesiątki”, przedmioty dodatkowe były rozszerzone – wyniki między 50 a 70%. Lubi rock, w szczególności „stary”, ale także pojedyncze piosenki z wielu gatunków. Czyta wiele różnych książek. Aktywność fizyczna znikoma (siłownia raz w tygodniu). Jako student – przeciętny. Zawsze przygotowany, ale nie zawsze dobrze. Wyniki egzaminów przeciętne (średnia jakoś powyżej 4). Aktywny w kole naukowym, wolontariat zgodny z kierunkiem studiów, jednostkowa aktywność pozauczelniana, uczęszcza na wiele kursów, prowadzi warsztaty dla uczniów i studentów. Spora wiedza z pogranicza studiowanego kierunku, czym czasem zaskakuje na zajęciach (nie znać odpowiedzi na pytanie z tekstu, a znać na kolejne pięć wykraczających poza materiał? Dziwne jak nic).
    3. Z jako uczennica… eksponująca wszelkie miejsca poza szkołą. Wagarowiczka. Matura bardzo dobra (wyniki nie mniejsze jak 85% z wszystkich matur, także rozszerzonych). Uwielbia powieści kryminalne. Wachlarz ulubionych zespołów nie do opisania. Aktywność fizyczna dość duża (biega, basen, snowboard). Jako studentka często nieprzygotowana do zajęć, ale kolokwia i egzaminy pisze bardzo dobrze (nie starała się o stypendium, ale okazało się, że kwalifikowała się na nie). Od dwóch miesięcy angażuje się w wolontariat zgodny z kierunkiem studiów.

    To opis moich znajomych z roku (4 semestr). Pomijając aktywność fizyczną, książki, czy muzykę, to mogą służyć za pewien obraz studentów. Nie poznałem póki co nikogo, kto łączyłby świetne wyniki z egzaminów z aktywnością w Kole czy wolontariatem (prócz pewnej dziewczyny na 4 roku – wyjątek od reguły?). Kto z nich zasłużył na miano „dobrego” studenta? 😉 Ciężki orzech do zgryzienia.

    @ Marzena
    Co do problemów dzieci i młodzieży z rozumieniem tekstów i nikim poziomem poprawności języka. Czytałem gdzieś, że wiąże się to z bardzo mizernym poziomem tekstów i artykułów zamieszczanych na portalach informacyjnych (onet, wp, gazeta, ect.), ale także z… Poprawianiem! Podobno dzieci, których błędy językowe są poprawiane uczą się wolniej niż dzieci, których się nie poprawia, ale rozmawia się z nimi poprawną polszczyzną. Gdybym tylko wiedział, gdzie znaleźć opis tych badań…

  12. „Dziecko w szkolnej rzeczywistości”, rzeczywistość czyli otoczenie. Ale jak to jest w innych rzeczywistościach? Chciałbym przybliżyć Państwu inną rzeczywistość. Proszę zatem o obejrzenie reportażu, który wraz z żoną nakręciliśmy w szkole, gdzie pracuję jako nauczyciel języka niemieckiego. Zapraszam.

    http://www.youtube.com/watch?v=U5-PuF3XtRs

    • mazylinska Post author

      @ Dawid

      Bardzo ciekawe!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Takie filmy i takie szkoły ogląda się z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony podziw, a z drugiej niestety zazdrość. Dlaczego w polskich szkołach nie ma sal przygotowanych do muzykowania, dlaczego dzieci nie uczą sie grać na różnych instrumentach, choć wiadomo, że to je bardzo rozwija. Dlaczego nie ma sal teatralnych, w których można by uczyć innego, żywego podejścia do literatury? Dramaty można czytać i omawiać, albo czytać i samemu wystawiać, albo nawet samemu pisać i wystawiać. Oboje wiemy, ile to pracy i ile satysfakcji! I ile zostało nam po tym wspomnień 🙂
      Do tego wprawdzie nie potrzeba sali teatralnej, my wystawialiśmy naszą sztukę w auli, ale … gdy jest specjalna sala, to taka metoda uczenia się przestaje być fanaberią, dziwnym odejściem od szkolnej rutyny, a staje się czymś oczywistym i naturalnym, jak lekcje matematyki czy biologii. I wtedy nawet najbardziej konserwatywne osoby zaczynają rozumieć, że takie zajęcia nie są przerwą w procesie uczenia się, ale właśnie najefektywniejszą metodą, jaką można sobie wyobrazić!
      Oglądając film myślałam też o stronie estetycznej, o wyglądzie korytarzy, sal, ogólnie dostępnej przestrzeni szkolnej. To przecież w tym wieku kształtuje się poczucie estetyki! Zastanawiam się, jaki wpływ na poczucie smaku młodych Polaków mają polskie szkoły.
      Świetny film!

      @ Witold Szwajkowski

      O tym, o co Pan pyta, jeszcze nie czytałam, ale książka ma prawie 600 stron. To bardzo ważne, jakimi narzędziami dysponują nauczyciele. Łatwo jest wymagać, a trudniej robić ciekawe lekcje, gdy ma się do dyspozycji jedynie tablicę, kredę i podręcznik.
      Teraz czytałam o kompetencjach językowych i mam wrażenie, że to się mocno wiąże z naszym słowikiem 🙂 Ponieważ nie ma (lub jest zbyt mało) lekcji umożliwiających rozwijanie wrażliwości językowej, wyczucie językowe dzieci jest bardzo słabe. Czy myśli Pan, że warto rozwinąć ten wątek?
      Jak tylko znajdę coś na temat, który Pana interesuje, na pewno napiszę 🙂

  13. W. Szwajkowski

    Pani Marzeno,

    przedstawienie na Pani blogu kolejnych wniosków z publikacji byłoby, z mojego punktu widzenia, bardzo interesujące. Czy jest tam na przykład mowa o narzędziach, jakimi dysponują nauczyciele, żeby w miarę szybko i dokładnie ocenić stan wiedzy i umiejętności uczniów? Wiadomo, że przed każdą lekcją nauczyciel nie ma możliwości przeprowadzić z każdym uczniem indywidualnej rozmowy, żeby ocenić stan jego wiedzy.

    Czy badano w jaki sposób nauczyciele wykorzystują środki i pomoce dydaktyczne do stymulowania zainteresowania uczniów omawianym zagadnieniem? Chodzi mi głównie o takie środki, do których każdy uczeń będzie miał indywidualny dostęp, a nie o takie, na które będzie mógł tylko popatrzeć z daleka. Czy badano, czy w ogóle funkcjonują w szkołach takie pomoce, które np. nauczyciel będzie mógł szybko rozdać na początku lekcji i zebrać pod koniec, bez obawy, że zostaną zniszczone zdekompletowane? Jeżeli tak, to jaki jest stopień ich wykorzystania?

  14. W. Szwajkowski

    Mnie też podobał się film o szkole. Temat wrażliwości językowej zdecydowanie bym rozwijał. Niestety, dotyczy on nie tylko dzieci, ale też byłych dzieci, ukształtowanych 15 – 20 lat temu, np. obecnych dziennikarzy. Tylko z jednego reportażu w telewizji zdążyłem wynotować następujące sformułowania (rzecz dotyczyła śmierci Magdy z Sosnowca):

    To nie jest miejsce, gdzie mamy do czynienia z blokami, to jest boczne miejsce.
    Te śpioszki są usytuowane pod drzewem.
    Tutaj mamy co jakiś czas drzewa.
    To drzewo, to jest koniec drogi, która biegnie w to miejsce.
    Nie jest to teren absolutnie wyludniony.
    Na chwilę obecną mamy zabezpieczenie miejsca terenu.
    Ciało było przysypane gruzami.
    Budynek służył jako jeden z wielu budynków kolejowych.
    Ciało leżało na bardzo niskim mrozie.

    Niestety, bardzo wielu ludzi słuchając takiej relacji w ogóle nie wychwytuje większości błędów i absurdów językowych. I to popełnianych przez zawodowca, którego przydatność do zawodu dziennikarza ktoś musiał chyba weryfikować.

  15. Uczniowie chętnie chodzą do tej szkoły, gdyż lekcję odbywają się na bardzo wysokim poziomie – np. czytanie Kafki w oryginale w 5 klasie gimnazjum (nasza 2 liceum). Jednak najbardziej interesują uczniów i rodziców możliwości tej szkoły. A w tej mogą robić wszystko, co im tylko w duszy zagra. Uczeń w tej szkole musi się uczyć, nie ma zmiłuj się, ale dla takich warunków wkułbym wszystkie części Dziadów!!!

    Absolwenci tej szkoły zostają przyjaciółmi na całe życie, dlatego że, wspólnie wystawiali sztuki, wspólnie organizowali koncerty, wspólnie realizowali projekty ekonomiczne, biologiczne, itd. Wspólna praca, efektowna praca, sukcesy łączą ludzi. Ja tego doświadczyłem wystawiając z przyjacielem, dzięki i wspólnie z Panią Marzeną, sztukę w NKJO w Toruniu. I w tym duchu, zainspirowany na całe życie, realizuję następne projekty, tak jak ten film.

    Tak, wrażliwość językowa… Obecnie żyję miedzy 4 językami (niemiecki, holenderski, angielski, polski), a ciężko jest mówić bez przygotowania do kamery w bardzo krótkim czasie. Z drugiej jednak strony zawsze miałem akcent, gdyż zawsze żyłem między dwiema kulturami…
    W niedzielę byłem na próbie, gdyż biorę udział w tym muzikalu, i tak przy okazji pomyślałem sobie, że mógłbym Państwu tę szkołe pokazać. Spontaniczność w czystej postaci. I mam nadzieję, że mi Państwo te błędy wybaczą 🙂
    Nagrałem ten film zwykłym aparatem cyfrowym jaki można kupić w Lidlu. Zmontowałem w programie filmowym dostępnym w Windows 7, dograłem własną muzykę i udostępniłem Państwu na you.tube . Możliwe, bez profesjonalnego sprzętu. Jednak czy jest on nam potrzebny, gdy jako amatorzy możemy równie dużo?

    Jeśli znów będę bawił się w dziennikarza, zwrócę się do Pana o pomoc, Panie Witoldzie. Ale dziękuję, że mimo tych niedociągnięć film się spodobał.

  16. Kafkę? Boże… u nasz w Polszcze Kafki nawet w tłumaczeniu chyba nie czytamy…

    Rzecz jest (zapewne) w nauczycielach i filozofii działania tej szkoły.
    Nie przesadzajmy z gadżeciarstwem i warunkami. To, co najbardziej mi się spodobało z ichniego wyposażenia, to możliwość zamknięcia tablicy interaktywnej drzwiczkami, które z niej robią zwykłą tablicę. Wierzę, ze w 90% lekcji drzwiczki są zamknięte.

    Rozsądny nauczyciel nie potrzebuje gadżetów do przeprowadzenia dobrej lekcji. (Patrz nowy blog Witolda Kołodziejczyka, post o szkole w Kanadzie)
    My (Marzena, Dawid, ja) wszyscy pamiętamy doskonałe kółka teatralne w szkole, gdzie próby odbywały się w klasach, a przedstawienia na sali gimnastycznej. Nie potrzeba do tego (a śmiem twierdzić, że nawet szkodzą) reflektory, kurtyny i zapadnie wzięte z Teatru Narodowego.

    A w kwestii estetyki, tez nie popadajmy w zachwyt nad stylem biurowcowo-ikeowym. Naprawdę, XIX-wieczna szkoła wiejska w Kuklówce budzi we mnie cieplejsze uczucia estetyczne.

    @ Witold
    Z pomocami szkolnymi w Polsce zawsze było nieszczęście. „Pomoce” nie służyły pomocy w uczeniu, tylko były dumą szkoły i przede wszystkim należało je uchronić, więc nie dawać ich uczniom do ręki, bo popsują…

    A tak szczerze mówiąc, to ja najbardziej lubię pomoce improwizowane: w ogromnej większości przypadków nie musimy mieć kupionej jako pomoc naukowa „zwojnicy”, tylko możemy kazać uczniowi nawinąć 100 zwojów drutu wziętego ze złomu na plastikową butelkę. Nie tylko nie będzie nieszczęścia, jeśli uczniowie to popsują, ale poczują, że nauka nie wymaga bardzo specjalistycznego i drogiego sprzętu.

  17. W. Szwajkowski

    Panie Dawidzie,

    moje uwagi o języku dziennikarzy oczywiście nie dotyczyły Pana. Zgadzam się, że człowiek, który rzadko staje przed kamerą robi błędy, których w warunkach bezstresowych nigdy by nie zrobił. To naturalne. Ale rozpacz mnie ogarnie, jeżeli taki bełkot, jak przytoczyłem, serwuje nam zawodowiec, biorący za to niemałe pieniądze, a jego szefowie tego nie słyszą, albo nie chcą słyszeć.

    A oto kolejne kwiatki:

    Koordynował tą akcją.
    Uczestniczył podczas działań.
    Uznali jako zaginionego.
    Zidentyfikowano ich tożsamość.

    Ksawery,

    też zwróciłem uwagę na drzwiczki i miałem podobną myśl! O losie pomocy dydaktycznych sporo mieliby do powiedzenia nauczyciel fizyki. Mój dobry kolega, który objął kiedyś „katedrę” fizyki w liceum opowiadał mi, że na zapleczu znalazł nierozpakowane pomoce (oscyloskopy, mierniki, zestawy do mechaniki), które leżały tam ponad dziesięć lat. Było więc gorzej niż zauważyłeś, bo nikt tym sprzętem nawet nie chciał się pochwalić. Wiem, że nie jest to odosobniony przypadek.

    W kwestii bezużytecznych gadżetów wizerunkowych pełna zgoda, ale problem pomocy wymaga zdrowego rozsądku i nie przeginania w żadną stronę. Chodziłem kiedyś na wykłady z mechaniki lotu, na których wykładowca nie widział potrzeby, żeby wziąć do ręki model samolotu, na którym mógłby dynamicznie pokazać jak zmieniają się kąty natarcia i położenie samolotu w różnych fazach lądowania. Pracowicie rysował obrazki na tablicy, które można było zobaczyć w każdej książce.

    Kulek do wahadeł szukam, bo tu sprawa jednak o te kulki się rozbija.

  18. @ Drzwiczki…

    Obserwowałem lekcję różnych nauczycieli. Drzwiczki raz są otwarte raz zamknięte, co znaczy, że nauczyciele starają się urozmaicać swoje lekcję. Jeżęli jedną lekcję prowadzili w sposób tradycyjny, to kolejne są prowadzone komunikatywnie, raz wykorzystują dostępne medium, a raz nie. Als starają się co lekcja robić coś odrobinę inaczej. Po samych uczniach widać, że po 3 lekcji pracy wyłącznie z książką zaczyna im czegoś brakować. Dlatego w 4, 5, 6 wprowadzane są media lub inne metody.

    Jest to szkoła klasyczna, gimnazjum. Gimnazjum tutaj różni się od innych szkół poziomem ale i przedmiotami – łacina, greka. Bez tych dwóch przedmiotów nie może powstać gimnazjum. I mimo iż pracują tutaj bardzo tradycyjni i klasyczni nauczyciele, starają się urozmaicać swoje zajęcia dostępnymi im mediami, wyjazdami, wyjściami do teatrów, itp.
    Nie wiem jak to wyrazić procentowo… myślę, że jest to raczej fifty-fifty.

    Ale ci uczniowie, jak wspominałem, muszą się uczyć. Nie każdy zostaje przyjęty i nie każdy się tutaj utrzymuje. Są uczniowie którzy powtarzają dane klasy 2 razy i nie jest to tutaj uważane za wstyd, raczej za coś normalnego. I każdy uczeń jest traktowany indywidualnie. Jeżęli komuś nie idzie zbyt dobrze, od razu jest wyłapywany. Rozmawia się z nim i szuka rozwiązania. Dostaję on tzw. „A4 Rooster”, czyli kartkę a4 z dodatkowymi zajęciami. Na przerwach i po lekcjach ma on obowiązek kontaktować sie z danymi nauczycielami, którzy pomagają mu nadrobić materiał, itd. Uczeń tutaj otrzymuje wiele szans, gdy już nic nie pomoże, zostaje w klasie, gdy dalej nie widać zmian, opuszcza szkołę. Wiele razy słyszę w pokoju nauczycielskim o uczniu, który jednak się przemógł i zaczął współpracować. Nauczyciel tutaj nie odpuści, nie ma takiej siły, to uczeń sam decyduje, jednak trudno mu powiedzieć nie, gdy tylu nauczycieli go wspiera…

    Apropo wyłapywany: gdy nauczyciel widzi, że uczeń nie pracuje na zajęciach, dostaje ostrzeżenie, gdy to nie pomoże, nauczycyciel reaguje w następujący sposób – pakuj swoje rzeczy i idź do swojego koordynatora*, i wytłumacz dlaczgego cię wyrzuciłem z zajęć. Na koniec zajęć przychodzi do nauczyciela, który go wyrzucił z pismem, na którym jest napisane co ma za karę zrobić. Zazwyczaj nie ma już z nim problemów. Gdy jednak historia się powtórzy, wtedy wkracza psycholog, dyrektor i rodzice.

    *Koordynator to osoba specjalnie zatrudniona dla uczniów. On rozmawia z nauczycielem klasowym, z psychologiem, dyrektorem, z uczniami. Jest koordynator dla 1,2,3,4 klas i koordynator dla 5,6. Jest też osoba „conciërge”, która czuwa nad porządkiem w szkole: zapisuje wszystkie spóźnienia, wyrzucenia z zajęć, itp.

    Zaangażowanie nauczycieli jest tutaj na skalę złota. Muszą przecież utrzymać renomę szkoły. A renomą szkoły są uczniowie i ich sukcesy!

    Nie każda szkoła w holandii tak postępuje. Są równie dobre i mniej dobre. Te gorsze też są, ale i tam jest o wiele lepiej niż w co niektórych polskich szkołach.

    Tak, nie potrzeba nam kurtyn i reflektorów, ale przynajmniej jakaś mniej więcej przystosowana sala by się przydała… Chociaż gadżety równie urozmaicają zajęcia. Tak lampa tupowo teatralna, lub kamera bardziej profesjonalna, czemu nie. Obsuga tego typu sprzętu jest równie ważna jak data przyjęcia chrztu. Szkoły głównie bronią się tym, że nie mają pieniędzy. Nie wiem jak w 40 mln kraju brakuje pieniędzy? Może by zrealizować coś w stylu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy ale dla Edukacji…

    Szkoła, która przedstawiłem zbierała latami pieniądze na remont, aż się doczekała. Walczyła o nie, oszczędzała…

  19. „Drzwiczki raz są otwarte raz zamknięte, co znaczy, że nauczyciele starają się urozmaicać swoje lekcję. Jeżęli jedną lekcję prowadzili w sposób tradycyjny, to kolejne są prowadzone komunikatywnie”

    Widzę dużą różnicę między nami w podejściu do pomocy naukowych. Nie użyłbym przeciwstawienia: „prowadzenie tradycyjne” – „prowadzenie komunikatywnie”. To właśnie tradycyjne prowadzenie ma być komunikatywne, a gadżety zazwyczaj psują komunikatywność! Podstawową kwalifikacją wykładowcy (nauczyciela) jest umiejętność poprowadzenia tablicowo-kredowej lekcji w sposób ciekawy, płynny, wciągający i interesujący. Atrakcją ma być to, co nauczyciel mówi i to jak to mówi, i to on ma na sobie i swoim wykładzie skupiać uwagę, a nie gadżety.
    Jestem tez absolutnie przeciwny „urozmaicaniu” lekcji. Doświadczenia, pokazy, etc. nie są „urozmaiceniem” (w kontrze do nudy zwykłej lekcji), tylko uzupełnieniem zwykłej lekcji o pokazanie czegoś bezpośrednio, zamiast o tym opowiadać.

    Oczywiście, nie mam nic przeciwko tablicom interaktywnym (choć chyba wolę po prostu duży ekran, albo projektor – i wyłącznie jako taki ekran te tablice wykorzystuję). Wiele lekcji warto zilustrować zdjęciami, rysunkami albo filmikiem. Na moich lekcjach internet jest wykorzystywany niemal zawsze: Wiki jest szybszym i lepszym sposobem znalezienia konkretnych danych (jaka jest stała siatki krystalicznej grafitu?) niż Encyclopaedia Britannica, a rysunek tej siatki krystalicznej w Wiki lepszy, niż ja mógłbym narysować na tablicy czy kartce. Bardzo często wykorzystuję też komputer do opracowania danych z doświadczeń – wykres w Root albo Gnuplocie można zrobić dużo szybciej, niż ręcznie na papierze milimetrowym, nie mówiąc już o rysowaniu go na tablicy, czy przekształceniu do innej skali. Ale te komputerowe gadżety nie są tu „urozmaiceniem”, tylko narzędziem, traktowanym tak samo, jak linijka do równego rysowania kreski na tablicy.

    Oczywiście, wyjścia do teatru, muzeów, etc. też nie są „urozmaicaniem” tylko podstawową misją szkoły, uczącej obcowania z kulturą.

    W pełni za to podzielam filozofię tej szkoły i ubolewam, że jest nie do przeprowadzenia w większości szkół publicznych w Polsce: uczymy tych, którzy chcą się uczyć. Zachęcamy i ułatwiamy im by chcieli, ale jeśli nie chcą – to do widzenia!

  20. Słowo „urozmaicenia” użyłem specjalnie, jako, że jest to szkoła klasyczna – uczenie typowo tradycyjne (nauczyciel, książka, tablica). Zajęcia typowo komunikacyjne, gdzie to uczniowie muszą coś zrobić sami, coś znaleźć, poszperać (autonomia, indywidualizm) są realizowane głównie poza zajęciami lekcyjnymi. Np. na lekcji języka angielskiego uczniowie jedynie czytają książki w tym języku, literatura tutaj jest najważniejsza. Ale są też tacy nauczyciele, którzy uczenie typowo komunikacyjne wprowadzają także na zajęciach.

    Dobrze, że traktujesz media jako narzędzia edukacyjne i co lekcja je wprowadzasz. Jest to na prawdę dużo, o wiele więcej niż ja miałem na zajęciach w szkole. I dobrze, że tych rzeczy nie traktujesz jako urozmaicenia, tylko jako coś normalnego.
    Jednak często piszesz o sobie, Ksawery, jak ty pracujesz, co ty wprowadzasz na zajęciach: JA…Czy np. twoi uczniowie też wykorzystują komputer i internet na zajęciach?

    Jestem jednak zdania, że nauczyciela głównie wyróżnia jego własny sposób prowadzenia zajęć. Jeżeli się sprawdza i własnymi metodami jesteśmy uczniom w stanie zapewnić sukcesy, ich rozwijać, poszerzać horyzonty, motywować, inspirować to na co te metody zmieniać? Należy je tylko ulepszać. Szkoła, która uczy różnymi metodami, tzn. ma nauczycieli, którzy są znakomici we własnych metodach, byłaby szkołą lepszą. Gdyby Ksawery uczył swojego przedmiotu po swojemu, a ja swojego po swojemu, jeszcze inny po swojemu, ale wszędzie byłby utrzymywany wysoki poziom, rzeczywistość polskich szkół by się zmieniła.

    Przedstawiona wyżej szkoła prowadzi się na najwyższym poziomie, jaki tylko można sobie wyobrazić. Ale strukturą niczym się nie rożni od innych, potrafi jednak tę strukturę tak wykorzystać, że powstaje arcydzieło. Autonomia ją wyróżnia, nauczyciele sami piszą programy dla swoich klas… Prowadzą zajęcia po swojemu… dożą by ich uczniowie byli kształcenia na najwyższym poziomie… Jestem zdania, że jedynie w szkole, gdzie każdy jest wolny, ale wszyscy mają wspólny cel, uczeń się rozwija.

  21. Oczywiście, że prawie zawsze to moi uczniowie muszą sami znaleźć coś w Wiki czy innych serwisach, sami też muszą pracowicie wklepać pomierzone dane, by zrobić z nich wykres, jeśli coś trzeba przy tym przeliczyć, to sami muszą napisać te kilka linijek programu. Wyłącznie za młodszych i niezainteresowanych informatyką to ja czasem piszę taki programik…

    Moi uczniowie też w szkole nie wykorzystują prawie wcale (albo wcale) komputerów. Między innymi właśnie dlatego przychodzą do mnie 😉

    Z Twoich wrażeń z tej szkoły chciałbym wybić dwa spostrzeżenia:
    1. Jest to szkoła na najwyższym poziomie, uczniowie wynoszą z niej bardzo wiele;
    2. Jest to szkoła klasyczna, większość zajęć to „nauczyciel, tablica, książka”.
    Jak widać połączenie jednego z drugim jest doskonale możliwe. Trzeba tylko chcieć i umieć. I nie ma potrzeby cudować z zabawami ruchowymi, dramą, neuronami lustrzanymi, gadżetami, etc. Problem leży nie w „atrakcjach” tylko w umiejętności zmotywowania uczniów do nauki. Mając tę motywację doskonale się uczą niemodnym, przestarzałym i pogardzanym przez wielu kanałem werbalno-hipokampowym. A „atrakcje” wcale nie motywują do nauki tylko do zabawy tymi atrakcjami.

  22. No to super jak mają taki kontakt z swoim nauczycielem, że mają do kogo przyjść! No jak jeszcze im ktoś specjalnie progam napiszę, to żyć nie umierać!

    Wnioski są słuszne, tak właśnie jest. Jest jeszcze ta inna strona: sami nauczyciele tej szkoły przyznają, że praca tymi metodami jest nieludzka. Za dużo klasyki, dlatego rotacja nauczucieli też jest duża. I często nauczyciele chorują. Pracują na najwyższym poziomie, bo tak chcą, inaczej nie potrafią, ale za jaką cenę. W tej szkole niektórzy nauczyciele już próbują coś zmieniać, wprowadzać więcej współpracy, więcej relacji z uczniami, więcej autonomii. Acha i jeszcze jedno: nauczyciele którzy tutaj pracują, chcieli być od początku nauczycielami, zostanie nauczycielem było ich celem życiowym…

    Myślę, że jest to również sprawa pokoleniowa, gdyż moje pokolenie wspomina szkołę bardzo źle. Najlepsze rzeczy które ja pamiętam, to właśnie zajęcia dodatkowe, z których więcej wyniosłem niż z samych lekcji, a byłem piątkowym uczniem (czerwone paski itd.) Naprawdę realizowałem się na próbach do przedstawień, projektach ekonomicznych itp. Dlatego mnie osobiście zabawy ruchowe, neurony lustrzane, gadżety, drama tak fascynują. I najlepiej wspominam nauczycieli, którzy byli charakterystyczni, którzy coś wymagali, dzięki którym potrafiłem pokonać własne granice. Pani z geografii co lekcja latała po klasie z globusem. Trzymała go, kręciła, podrzucała… aż każdy znas o globusie śnił i potrafił z zamkniętymi oczami wskazać Australię.

    Gdyby w szkołach była osobna sala teatralna, sala prób, sala muzyczna i gdyby przedmioty typu drama, kreatywne pisanie były obowiązkowe, myślę że wiele osób byłoby zadowolonych. W szkole takiej byłoby zróżnicowanie: hipokamp i neurony lustrzane – przecież te dwie rzeczy równie znajdują się w jednym miejscu – głowie, dlaczego więc je rozdzielać w rzeczywistości?

  23. Michał

    Hipokampa i neuronów lustrzanych nie można rozdzielić ;P
    Wydaje mi się, że za bardzo krytycznie patrzysz na neurony i dramę, Ksawery. Nauczyciel, który potrafi zachęcić uczniów do nauki za pomocą kredy, tablicy i swojej osoby to nikt inny, jak ktoś, kto świetnie stymuluje i wykorzystuje neurony lustrzane! A jego sposób wykładania to znów nic innego, jak pewna odmiana dramy.

    Głównym problemem szkoły jest brak dobrej kadry, która potrafi uczyć i motywować samą osobą nauczyciela. To właśnie dla nich wykłada się wiedzę o neuronach, o dramie, zabawach edukacyjno-ruchowych, ect.
    To, czego Ci nauczyciele nie robią „naturalnie” mogą robić „metodami” – m.in. dramą.
    Część nauczycieli wykorzystuje te same struktury mózgu nawet o tym nie wiedząc, ponieważ mają naturalny talent do nauczania. Pozostali muszą pracować nad warsztatem. Jednym się udaje, drudzy korzystają z dramy, by móc się nauczyć.

    Kategoryzowanie jest dobre i pomocne, ale nie dajmy się złapać w błędne schematy! 😉

    • mazylinska Post author

      @ Michał

      Świetnie to ująłeś! Rzeczywiście, nauczyciel, który potrafi uczniów porwać, pociągnąć za sobą, pokazać to, co go interesuje, jako fascynującą rzecz, z pewnością działa na neurony lustrzane. Obserwując moją nauczycielkę od chemii, też chciałam robić to, co ona.
      Chciałam to jeszcze dopisać, ale teraz na nic nie mam czasu!

  24. Michał

    Mój post zabrzmiał, jakbym stwierdzał, iż osoby korzystające z dramy to kiepscy nauczyciele. Nie miałem tego na myśli!
    Drama to tylko jeden ze sposobów. Pewne uatrakcyjnienie. Pewien z wielu sposobów stymulacji mózgu do nauki. Świetny nauczyciel raz korzysta z dramy, raz z innej metody, ale każdą z nich potrafi dotrzeć do ucznia.
    To właśnie miałem na myśli 🙂

  25. Jasne, ze wszelakie pojecia sa zbedne, gdy nauczyciel wie co robi. Szufladkowanie pomaga jedynie by moc o tym mowic. Przez pojecia jest tez latwiej zrozumiec co drugi mial na mysli. Gdy ja widze u kogos elementy, ktore mnie interesuja wtedy mnie cos bardziej interesuje. Jako ze kazdy postrzega swiat inaczej, i gdy cos zobaczy, cos nowego, szuka od razu polaczen, by moc te nowosc lepiej pojac – neurony lustrzane. Nastepnie sie o tym dyskutuje i wyciaga wnioski, nie po to by wydobyc tego, ktory mial racje, ale by kazdy mial jakas racje dla siebie. A w metodyce nie jest tak latwo powiedziec ZLE! I to jest piekne.

    Mysle, ze im wiecej dana lekcja soba wyraza, im wiecej ludzi potrafi soba zainteresowac, im przejaw mieszanin metod wiekszy – tym lekca lepsza. Tak ja z wielkimi artystami, czy autorami – gdy dana ich ksiazka lub wiersz potrafi przetrwac pokolenia, wtedy mowimy o wielkiej sztuce, gdyz potrafi soba zainteresowac tysiace, bo kazdy znajdzie tysiac innych powodow dlaczego ta ksiazka jest tak dobra.

  26. Marzono, płyniesz w maliny!

    Obserwując swoją nauczycielkę chemii Twoje neurony lustrzane mogły Ci pomóc w przejęciu od niej mimiki, albo umiejętności potrząsania próbówką, ale nie w zrozumieniu na czym polega proces estryfikacji kwasu octowego z alkoholem etylowym.
    To, czego się nauczyłaś z chemii, nie ma nic wspólnego z neuronami lustrzanymi. Chyba, że skończyło się na „fascynacji tym, co robi nauczycielka”, ale bez efektu polegającego na tym, żebyś wiedziała co to jest ester etylooctowy. Jeśli wiesz co to jest ten ester i jak go wytworzyć, to ta wiedza nie ma nic wspólnego z neuronami lustrzanymi. Ta wiedza siedzi w Twoich płatach czołowych, a nie w korze motorycznej, gdzie możesz szukać neuronów lustrzanych.

    Nie dyskutuję z Twoimi wcześniejszymi tekstami o stymulacji wydzielania neurotransmiterów i znaczeniu takich czynników, jak zainteresowanie, fascynacja, sympatia do osoby nauczyciela dla procesu uczenia się. W pełni się z nimi zgadzam! Ale daj wreszcie spokój z mieszaniem neuronów lustrzanych do uczenia się mechanizmów estryfikacji, dzielenia wielomianów i ogromnej większości tej wiedzy, jakiej uczy szkoła!

    • mazylinska Post author

      @ Ksawery

      Z tego, co piszesz wynika, że naprawdę trudno zrozumieć Ci sposób, w jaki działają neurony lustrzane. Mówiąc obrazowo ich działanie można porównać do zarażania. Podoba nam się coś, co ktoś robi i chcemy też to robić. Imitowanie, naśladowanie innych leży w naszej naturze. Moja nauczycielka zafascynowała mnie chemią, więc poświęcałam chemii dużo czasu ucząc się i robiąc różne eksperymenty. Poszłam pokazaną przez nią drogą, robiąc własne eksperymenty. Ona uruchomiła w mojej głowie różne struktury. Oczywiście, że przez obserwowanie jej nie nauczyłam się, na czym polega proces estryfikacji kwasu octowego z alkoholem etylowym. To jasne i ja czegoś takiego nie napisałam! Ja podążając za jej przykładem sama zajmowałam się chemią. Jak zapewne wiesz, wiedzy nikomu nie można przekazać, strukturę swojej wiedzy każdy tworzy sam (potrzebne są do tego neuroprzekaźniki i tworzą się nowe połączenia). Dlatego aby się czegoś nauczyć trzeba być aktywnym.

      Ty myślisz o tym w sposób nazbyt analityczny. Widzisz dużo pojedynczych drzew, a nie widzisz lasu. Skupiasz się na czasem zupełnie nieistotnych szczegółach. Gdy piszę o zastosowaniu dramy na lekcji historii, to każesz mi tłumaczyć się z tego, że w ten sposób nie można nauczyć wielomianów. Trudno w ten sposób dyskutować.
      Jeśli czegoś nie rozumiesz, to napisz, że tego nie rozumiesz, a nie o „pływaniu w maliny”. 🙂 Ciekawa jestem, co Witold Szwajkowski powie o takim zwrocie 🙂

      Mam do Ciebie jeszcze jedno pytanie. Czy Ty byłeś w szkole typowym i przeciętnym uczniem? Czy to, w czym Ty byłeś dobry, było też łatwe dla innych? Czy to, co Tobie sprawiało kłopoty, sprawiało też kłopoty Twoim kolegom i koleżankom?

  27. OK.

    1. Racja. Dla Witolda: „popłynęłaś w szuwary” albo „poszłaś w maliny” – oczywiście masz rację, płynięcie w maliny było popłynięciem w nie przeze mnie 😉

    2.A. Jeśli twierdzisz tylko, że neurony lustrzane mają wyłącznie znaczenie do motywowania uczniów do nauki (czyli na wyższym poziomie – są odpowiedzialne za fascynację ucznia osobowością nauczyciela) – to nie dyskutuję więcej, przyznając Ci pełną rację.
    2.B. Jeśli natomiast twierdzisz, że mają bezpośrednie znaczenie w uczeniu się czegoś więcej, niż manualnych czynności i zachowań społecznych, to protestuję. Nie mają.

    3. Wydaje mi się, że myślenie przesadnie analityczne (z mojego punktu widzenia) zawarte jest w całej neurodydaktyce, ja się tylko dostosowuję to narzuconego przez Ciebie trendu. Jak dla mnie określenia typu „zaciekawiać”, „budzić zainteresowanie”, etc. są absolutnie wystarczające w dyskusjach o uczeniu się. To Ty uparłaś się mówić o „wyzwalaniu dopaminy” zamiast o „utrzymywaniu uwagi i zaciekawienia”. Niech będzie, dziś przyszła taka moda, mogę się jej poddać, nie ma w tym nieprawdy. Gdybyś się uparła, to mogę też mówić o zwiększeniu się średniej energii kinetycznej cząsteczek powietrza, zamiast powiedzieć, że dziś jest cieplej, niż było wczoraj.
    Ale protestuję przeciwko twierdzeniu, że neurony lustrzane są wykorzystywane w procesie uczenia się chemii, matematyki, czy historii – to już jest po prostu nieprawda: wiedza tego typu przechowywana jest w strukturach mózgu, w których neurony lustrzane nie występują. I jak sama słusznie kiedyś to wywiodłaś, te struktury zapełniane są informacją „kanałem hipokampowym”.

    4. Poprawność naukowa polega właśnie na skupianiu się na szczegółach.
    Różnica pomiędzy postępem fizyki czy medycyny, a brakiem efektów „postępów” pedagogiki polega właśnie na tym, że pedagogika toleruje prześlizgiwanie się nad „nieistotnymi szczegółami” i mieszaniem zdań o faktach z przenośniami. Tak długo jak pedagogika nie przyswoi sobie rygoryzmu logiczno-poznawczego, nie wyjdzie poza poziom „cargo cult science”. Skuteczna empirycznie nauka polega między innymi właśnie na rygorystycznym przestrzeganiu poprawności logicznej.

    5. Byłem bardzo nietypowym i nieprzeciętnym uczniem i miałem (mam dotąd) kłopoty z wieloma rzeczami, z którymi większość łatwo daje sobie radę, a z drugiej strony wiele osób miało kłopoty z tym, co dla mnie nie stanowiło żadnego problemu.
    Niemniej swoje uwagi opieram nie tylko na introspekcji, ale na doświadczeniu z uczenia innych, mniej odbiegających od mainstreamu osób.

  28. Michał

    Ciężko jest zdefiniować „bezpośrednie uczenie się”, ponieważ na nie w sposób ścisły składają się… wyłącznie neurony, neuroprzekaźniki i struktury mózgu!
    Sam proces czytania książki z historii, czy rozwiązywania zadania z matematyki nie jest bezpośrednim sposobem uczenia się. Można czytać książkę z historii, ale informacje tam zawarte (nie mówię nawet o rozumieniu, a o zapamiętywaniu) są „obrabiane” przez nasze schematy poznawcze, heurystyki, motywację, zasoby uwagi, sen(!), i wszystko to, co dzieje się wewnątrz organizmu.
    Jeśli liczę zadanie z matematyki, to też nie uczę się bezpośrednio. Po pierwsze mogę tylko odwzorowywać sposób rozwiązania podobnego zadania z zeszytu. To nie jest uczenie się, ponieważ jak nie rozumiem i nie zapamiętuję. Mogę próbować rozwiązać to zadanie inaczej, ale bezpośredni wpływ na nauką mają moje wcześniejsze doświadczenia i wcześniej zdobyta wiedza.
    Drama jest tak samo niebezpośrednim sposobem uczenia się, jak czytane, słuchanie, liczenie, czy mówienie z anglikiem!

    Ksawery, neuronauki (w tym neurodydaktyka) to dziedzina wiedzy, która potrzebuje dwóch podejść:
    1. Greckiego redukcjonizmu, dedukcji i logicznej argumentacji
    2. Wschodniego, konfucjańskiego, całościowego spojrzenia na zagadnienia/problem.

    Tego drugiego nie znajdziesz w matematyce, fizyce, chemii. One pochodzą z pierwszego, europejskiego nurtu. Tego pierwszego ciężko szukać w pedagogice, ponieważ jest tam tylko pozorny.
    Moim zdaniem psychologia łączy oba spojrzenia, ale to pewnie mechanizmy obrony samooceny i działające schematy każą mi tak myśleć 😉

  29. Michale, jeśli chcesz powiedzieć, że „neuronauki” nie aspirują do bycia naukami, czyli używania ścisłych terminów w sposób ścisły, jednoznaczny i odpowiedzialny i odnoszenia swoich twierdzeń do empirycznie badalnej rzeczywistości, to powiedz to wprost (choć wolałbym, żeby to padło z ust Marzeny) i zapominamy o całej dyskusji.

    Ale jeśli „neuronauka” ma być nauką, to musi spełniać wymogi naukowości. W szczególności, gdy używa terminów dość precyzyjnie zdefiniowanych w nauce (np. „neurony lustrzane”) to powinna ich używać zgodnie z ich znaczeniem. A nie epatować terminami wziętymi z nauki, używanymi luźno i „w konfucjańsko-holistycznym” spojrzeniu. Przykro mi, jeśli Cię to zawiedzie, ale nie ma nauk „konfuncjańskich”. Są wyłącznie greckie. Reszta tylko nauki udaje, ale ich efekty są takie, jakie widać po pedagogice.

    W żadnym wypadku nie oczekuję, żebyś definiował ściśle „bezpośrednie uczenie się”. Uważam, że to niepotrzebne i że neurodydaktyka przesadza z interpretowaniem tego uczenia w mechanizmach neurofizjologii. Jest to tak samo niepotrzebne, jak tłumaczenie, że za odwilż odpowiada wzrost średniej energii kinetycznej cząsteczek powietrza. Choć dla kogoś, kto liznął odrobinę termodynamiki i odrobinę neurofizjologii, takie tłumaczenia, mimo że przesadne, są zrozumiałe. Przyjąłem, że taka moda zapanowała i mogę się bawić w tę grę. Zrozumiałe i sensowne są jednak tylko tak długo, jak używają tych pojęć poprawnie. A neurony lustrzane mają do uczenia się tyle samo wspólnego, co średnie odległości międzycząsteczkowe do odwilży.

    (gdybyś nie umiał zinterpretować średnich odległości międzycząsteczkowych w ludzkich słowach, to odpowiada to gęstości powietrza, czyli przy ustalonej temperaturze – ciśnieniu)
    Podobnie o zjawiskach psychologicznych możemy mówić słownikiem neurofizjologii. Proszę bardzo – byle poprawnie.

  30. Michał

    Oczywiście, że nie mam tego na myśli!
    Jednak musisz zauważyć, że aktualne specjalizacje w danych dziedzinach nauki przestają być pogłębiane tak bardzo jak kiedyś. Tworzy się coraz więcej interdyscyplinarnych kierunków, co wymaga niekiedy przedefiniowania części określeń.
    Ja, jako student kierunku ani to humanistycznego, ani ścisłego, jestem przyzwyczajony do tego, że każdy termin powinno się definiować w rozmowie, że w książce powinna być podana jego definicja. Jak dane słowo rozumie badacz, czy autor. To jest ważne.

    Jeśli mielibyśmy stworzyć definicję neuronów lustrzanych, która obejmowałaby ich całościowe funkcjonowanie i budowę, to byłaby to ogromnie obszerna definicja. Dlatego przyjmuje się ogólnie jej wąską wersję: grupa neuronów lustrzanych aktywna podczas obserwacji zachowania innych osobników lub wykonywania pewnej czynności.
    To jest najprostsza definicja, którą mogę przekazać dowolnej osobie z wykształceniem średnim i wiem, że ją zrozumie.
    Jednak, czy oznacza to, iż neurony lustrzane nie są aktywne podczas uczenia się? Nie. Uczenie się jest to wykonywanie pewnej czynności, a więc jedna z funkcji neuronów.

    Nauczanie to przede wszystkim praktyka. Nie można odnosić języka i metod naukowych na praktykę w 100%, a przynajmniej ja nie widzę takiej możliwości.
    Dla przykładu: istnieje tyle szkół i nurtów psychoterapii, które na wiele sposobów mogą interpretować jakieś zachowanie. Większość tych interpretacji miałaby podstawy naukowe (opisane badanie eksperymentalne, bądź post facto). Nie oznacza to jednak, że w diagnozie czy terapii mam stosować się do nauki! Ludzkie zachowanie jest na tyle skomplikowane, że nie pozwala mi na „przejrzenie na wskroś” drugiego człowieka. By znaleźć jego problem i mieć możliwość pomocy w rozwiązaniu go, muszę odwoływać się do wielu teorii i nurtów, patrzeć na wiele (często na pierwszy rzut oka wykluczających się) badań.
    I to da się robić, ale należy patrzeć holistycznie i z pewnym dystansem do nauki.

    Tego brakuje naszej nauce – dystansu. Mózg, to nie zbiór struktur, które nie mają ze sobą kontaktu. Nadmierna aktywność jednej z nich działa na inną, a to może dać nieprzewidziany wcześniej efekt.

    Przykład zastosowania neuronów lustrzanych w nauce:
    1. Naucz dziecko wiązać buty za pomocą słów. Bez pokazywania czy instruowania przy ich wiązaniu.
    2. Poproś kogoś, by odwrócił się do Ciebie plecami i instruował Cię jak przerysować pewną figurę. Piekielnie trudne zadanie, jeszcze nigdy nie widziałem dobrze odwzorowanej figury.
    Dlaczego tak jest? Ponieważ każdy człowiek posiada inne definicje i skojarzenia związane ze słowami. Pobudza to różne struktury. Jeśli w podstawówce miałem wredną polonistkę, to będę miał natychmiastową awersję do polonistki w gimnazjum. Dopiero jej ZACHOWANIE, a nie nauczanie, pozwoli mi zaangażować się w proces nauki, która będzie efektowna i zapamiętana na dłużej, niż do matury.

    Ja nie chcę negować wartości myślenia logicznego, stałych i pewnych definicji (to byłoby zbyt piękne by było prawdziwe), itd. Chcę tylko pokazać, że spojrzenie redukcyjne nie jest właściwe w kontekście dydaktyki. Ani spojrzenie holistyczne. Właściwym spojrzeniem na dydaktykę, jest użycie obu metod.

  31. W. Szwajkowski

    Jestem za „wpuszczaniem w maliny”. Chodzi oczywiście o znacznie tego zwrotu.

  32. 1. Kierunki interdyscyplinarne nie oznaczają, że odchodzi się od fundamentów metodologii naukowej (logicznej spójności, używania terminów w ich ustalonym znaczeniu, etc.) Nie ma też niczego takiego jak „przedefiniowanie określeń” (poza lacanowskim bełkotem)

    Swoją drogą jakoś nie widzę tych interdyscyplinarnych kierunków. Raczej wprost przeciwnie. 150 lat temu lekarze zajmowali sie eksperymentami z fizyki i biochemii. Dzis onkolog nie ma pojęcia o leczeniu grypy.

    2. „Jeśli mielibyśmy stworzyć definicję neuronów lustrzanych,”
    A nie wystarczy: http://en.wikipedia.org/wiki/Mirror_neuron ?
    Oczywiście, można głębiej. Głębiej, ale nie sprzecznie z prostą ecyklopedyczną definicją.

    3. „istnieje tyle szkół i nurtów psychoterapii, które na wiele sposobów mogą interpretować jakieś zachowanie. Większość tych interpretacji miałaby podstawy naukowe”
    Istnieją. Ale ŻADNA nie ma podstaw naukowych. Zaczynając od najklasyczniejszej psychoanalizy.
    Nie odbieram komukolwiek prawa do snucia pomysłów jak uczyć. Sam to robię na swój własny i moich uczniów użytek. Ale nie mieszajmy do tego nauki!!! Te metody wynikają wyłącznie z naszych intuicji i przemyśleń, nie sa poparte żadną metoda naukową. To są intuicyjne przekonania, a arkumentacja paranaukowa bywa do nich sztucznie dorabiana. I to podpieranie tych idei (z którymi się zgadxzam) „mądrymi” słowami jak ‚neurony lustrzane’jest nadużyciem. Jest też przeciwskuteczne – prowadzi do ośmieszenia idei. Gdy Marzena mówi mi, że jest głęboko przekonana, że jakaś metoda uczenia jest skuteczna, to zazwyczaj się z nią zgadzam. Ale gdy słyszę, że skuteczność jakiejś metody wynika z ‚zaangażowania neuronów lustrzanych’, to (z całym szacunkiem) to jest bzdura. Nie wynika. Co nie znaczy, że metoda jest bez sensu. Ale uzasadnienie jest błędne.

    4. „Naucz dziecko wiązać buty”
    Boże!!! Toż cała ta dyskusja jest nie o wiązaniu butów (czyli przedszkolu) tylko o dzieleniu wielomianów i przebiegu wojny trzydziestoletniej, czyli nauce w szkole. Wiązanie butów (trzymanie łyżki, etc) to jedyne umiejętności, uczone przez te neurony. Ale szkoła chyba nie zajmuje się uczeniem umiejętności typu wiązanie butów?

    5. „Poproś kogoś, by odwrócił się do Ciebie plecami i instruował Cię jak przerysować pewną figurę.”

    A. użycie rysunku i informacji wzrokowej nie ma nic wspólnego z neuronami lustrzanymi.

    B. jeśli uczyłbyś się geometrii na Euklidesie, to nie miałbyś z tym najmniejszego problemu. Właśnie na tym polega matematyka Euklidesa, że figury są konstruktami intelektualnymi, a nie kreskami na tablicy. I choć dzieło Euklidesa jest ilustrowane, to cała struktura jest wyłożona słownie. A ilustracje, to tylko poglądowe ilustracje.

  33. Michał

    1. Od samego początku zaznaczam, że nie neguję wartości metodologii naukowej, więc nie zarzucaj mi tego.
    Co do definiowania terminów: to jest potrzebne. Wybierz kilka podręczników czy książek z kierunków humanistycznych – definicje terminów tam zawartych różnią się, nie bardzo, ale jednak. Część terminów ma podane definicje „szerokie” i „wąskie”. W matematyce czy fizyce raczej tak nie jest, ale filozofia (z niej narodziła się psychologia), filologia, czy pedagogika niosą w swej tradycji wieloznaczność terminów. Dlatego większość podręczników i książek (przynajmniej te, z którymi ja mam styczność) zawiera definicje używanych terminów.

    Rozumiem, inny przykład: neurolog, który skończył psychologię kliniczną. Mamy neuropsychologa, ale nie oznacza to, że jest psychiatrią, czy psychologiem społecznym, czy pracy.
    Tworzy się coraz więcej zawodów, które łączą wiele kierunków, ale siłą rzeczy nie mogą specjalizować się we wszystkich dziedzinach nauki „macierzystej” z danych kierunków.

    2. Definicja z wiki nie różni się znacznie od mojej, a jest bardziej rozbudowana.

    3. Akurat klasyczna psychoanaliza nie jest aprobowanym sposobem terapii. Psychologia posiada wiele podstaw naukowych, ale nie wszystkie teorie mają takie potwierdzenie. Między innymi wiąże się to z etyką, czy poziomem wiedzy o mózgu. Nie wszystko możemy potwierdzić empirycznie, nie zawsze możemy dobrze zinterpretować zachowanie, albo go przewidywać z 100% pewnością. Przecież nie zamknę 100 tysięcy osób w naukowym obozie, by razić ich prądem i sprawdzać reakcję na stres. Podobne eksperymenty były dawniej przeprowadzane (przez fizjologów, czy psychiatrów, a później przez pierwszych psychofizjologów), ale odeszło się od nich. To nie fizyka – my przeprowadzamy badania na człowieku. Tak samo dydaktyka.

    4. Tu akurat mam zupełnie inne zdanie. Uczenie się, to także umiejętność, którą trzeba nabyć. Nie każdy uczeń pierwszej klasy potrafi dobrze trzymać długopis – nie wytłumaczysz mu tego inaczej, jak pokazując i prosząc, by spróbował w ten sposób.
    Nie rozumiem też dlaczego negujesz wartość nauki przedszkolnej? Dziecko, które idzie do szkoły nie jest pozbawione wcześniejszych doświadczeń. Ma już swoje schematy, swoje skojarzenia, doświadczenia.

    Najłatwiej nauczysz przyszłego kucharza gotować, kiedy będzie obserwował pracę innych i sam próbował nowej czynności.

    Nie mam pojęcia czy ktoś przeprowadzał już eksperyment sprawdzający efektywność i szybkość uczenia się przez obserwację w opozycji do nauki wyłącznie z książką. Nawet matematykę łatwiej pojąć, jeśli ktoś Ci tłumaczy gdzie masz błąd w zadaniu, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie.

    5. To zadanie nie służy rysowaniu, czy przetwarzaniu informacji wzrokowej, ale komunikacji. Ludzi nie potrafią się komunikować. Powiedz komuś, by narysował „długą poziomą kreskę”, albo „pięciocentymetrową poziomą kreskę”. Ani jedna, ani druga nie będzie równa z pierwowzorem.

    Powtórzę się – uczeń, to nie maszyna. Ma swoje skojarzenia i wydarzenia. Może inaczej rozumieć słowa niż jego nauczyciel.
    Omawiając w szkole trójkąty nie podaje się tylko ich definicji, ale prezentuje rysunki. Nauczyciel rysuje, uczeń rysuje. Pobudza się wiele struktur mózgu.

  34. 3. To, ze w jakiejś dziedzinie nie można przeprowadzić kontrolowanych eksperymentów, a jedynie obserwować stan zastany, nie wyklucza poprawności metodologicznej w badaniach i sukcesu epistemologicznego, predykcyjnego i praktycznego danej nauki. Od kosmologii, przez astrofizykę, astronomię po geologię nauka opiera się wyłącznie na danych obserwacyjnych i nie musimy razić płyt kontynentalnych prądem, by sformułować i zweryfikować teorię dryftu kontynentów.
    Pedagogika używa czegoś gorszego niż badanie przez rażenie prądem 100,000 osób: narzuca miliardom ludzi przymus prawny uczestniczenia przez kilkanaście lat w procesie, w którym ani „badany obiekt” ani uprawnieni (w innych dziedzinach) do decydowania za niego rodzice niekoniecznie chcieliby uczestniczyć i bawi się wyciąganiem z tego wniosków tak odkrywczych jak choćby EWD.

    4. Ależ wprost przeciwnie: nie neguję wartości przedszkoli. Wręcz uważam je za najistotniejszy etap edukacji!
    Neguję tylko prawomocność i sens przenoszenia metod i celów właściwych przedszkolu do gimnazjum i liceum, a nawet do starszych klas szkoły podstawowej. Nie jest zadaniem gimnazjum uczenie umiejętności manualnych typu wiązania butów. (poza znów, uznawanymi przeze mnie wyjątkami, gdzie „metoda neuronów lustrzanych” jest w pełni prawomocna: szkoły sportowe, artystyczne i zawodowe). Podstawowym celem szkoły głównego ciągu nie jest jednak uczenie umiejętności manualnych, tylko intelektualnych. I tu neurony lustrzane mają się zupełnie nijak.

    5. Przyznam, że nie rozumiem o co Ci chodzi. O to, że ludzie nie umieją narysować kreski równej na tyle, żebyś je uznał za równą? Czy że nie rozumieją pojęcia „długa pozioma kreska”?
    Nigdy nie twierdziłem, że przekaz werbalny jest jedynym, jaki powinien być stosowany. Wprost przeciwnie: rysunek, mapa, eksponat, doświadczenie, etc. są niezbędne. Ale dalej nie mają one niczego wspólnego z neuronami lustrzanymi. Pobudzają różne struktury w mózgu, ale NIE NEURONY LUSTRZANE.
    Więcej, jeśli uczeń na lekcji geometrii powtarza (neuronami lustrzanymi…) konstrukcję wykonywaną przez nauczyciela, a nie tworzy ją w zeszycie samodzielnie, bazując na własnym pomyśle albo przepisie podanym werbalnie, to znaczy, że w ogóle nie rozumie jej sensu i sprowadza geometrię do rysowania trójkątów i kółek. Czym bynajmniej geometria nie jest.

  35. Michał

    3. Tutaj się zgadzam. Jeśli nauczanie ma być obowiązkowe, to powinno odbywać się na innych zasadach – np. poprzez możliwość wyboru między szkołami prezentującymi różne sposoby nauczania, a nie jeden, narzucony przez MEN schemat (może wtedy powstałyby nawet szkoły gimnazjalno-licealne, 6 letnie? Ciekawy twór).
    Nie wiem czy pozbycie się obowiązku uczenia się do pełnoletności byłoby całkowicie dobrym rozwiązaniem. Nie wiem do jakich argumentów się odnieść.
    Jednak zgadzam się z Twoim stanowiskiem.

    4. W części się zgadzam. Moim zdaniem instytucje stopniowo powinny odchodzić od metod „przedszkolnych” na rzecz bardziej abstrakcyjnych, intelektualnych. Także o ile w szkole podstawowej byłyby one zrozumiałe, o tyle w liceum mniej.
    Zgadzam się też do tego, że neurony lustrzane nie przydadzą się w rozwiązywaniu wielomianu czy zadania z fizyki, ale mają zastosowanie w projektowaniu eksperymentu, „starej” maturze ustnej (aktualnej jeszcze dwa lata w postaci wystąpienia publicznego – prezentacji), czy choćby w wzbudzaniu motywacji i zainteresowania nauką. A to moim zdaniem jest część procesu uczenia się.

    5. Chodziło mi o to, że ludzie posiadają różne reprezentacje słów, a ich spostrzeganie i percepcja są subiektywne. Dla mnie 5cm może wynosić obiektywnie 4cm, dla kogoś subiektywne 5cm będzie 7cm mierzonymi od linijki.
    Zgodzę się, że eksperyment czy mapa nie aktywuje neuronów lustrzanych, ale zachowanie nauczyciela podczas wykonywania eksperymentu, czy prowadzenia zajęć z mapą pobudza owe neurony. A zachowanie nauczyciela w moim mniemaniu jest częścią nauczania.
    Przykład z geometrią także jest trafny. Jednak prócz samego przerysowywania uczeń obserwuje zachowanie nauczyciela, który może wykazywać zainteresowanie i ciekawość, jaką można czerpać z zadania, bądź lekceważący sposób jego ważności, przez co uczeń może przejawiać później ten sam styl zachowania mając na uwadze rozwiązywania zadań.

    Pozwolę sobie wysnuć takie stwierdzenie:
    Neurony lustrzane nie biorą udziału w procesie rozwiązywania zadań, asymilacji czy akomodacji informacji zdobywanej podczas uczenia się, ale pełnią ważną rolę w prezentowanym zachowaniu dotyczącym tego procesu.
    Może nie jest to w pełni zgodne z moją postawą co do wpływu neuronów na uczenie się, ale jestem w stanie zaakceptować takie stanowisko, które może doprowadzi do jakiegoś wspólnego rozwiązania tego problemu 🙂

  36. Wohh exactly what I was searching for, regards for posting .

  37. hey there i stumbled upon your internet site looking about the internet. I wanted to say I enjoy the appear of items about here. Maintain it up will save for confident. 378371

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.