Słowa to zbyt mało, czyli o tym, dlaczego konstruktywiści mieli rację

Pisząc o szkole w kontekście badań nad mózgiem często poruszałam problem dominacji kanału werbalnego. Zdaniem neurobiologów świat zamknięty w słowach jest dużo mniej przystępny niż to, co możemy zobaczyć i to, czego możemy sami doświadczyć. Manfred Spitzer, autor książki „Jak uczy się mózg” twiedzi, że gdyby rodzice uczyli swoje dzieci wiązania butów metodami typowymi dla szkoły – czyli poprzez definicje i opisy – nikt tej czynności by nie opanował. Na szczęście robią to zupełnie inaczej.

Szkoła bazuje na słowach. W podręcznikach są wprawdzie ilustracje, uczniowie czasami chodzą lub jeżdżą na wycieczki lub do kina czy teatru, niektórzy nauczyciele przygotowują eksperymenty, ale są to raczej wyjątki potwierdzające regułę, iż głównym kanałem poznawania świata jest w szkole kanał werbalny. Słowa, słowa, słowa ….. Wszystkie wpadają najpierw do hipokampa, małego i tymczasowego magazynu pamięci, skąd w procesie konsolidacji, zostają przeniesione do struktur korowych. Proces ten zachodzi jedynie wtedy, gdy mózg może odpocząć. Hipokamp, podobnie jak płuca czy serce, ma określoną wydolność. Gdy informacji jest zbyt wiele, struktury odpowiedzialne za zapamiętywanie przestają być wydolne. Natura nie przystosowała mózgu do takiej formy uczenia się, pojemność hipokampa jest mocno ograniczona. Wyposażyła za to ludzi w inne, dużo efektywniejsze struktury, służące uczeniu się, np. neurony lustrzane.

Układy neuronów lustrzanych aktywizują się wtedy, gdy możemy obserwować działania innych ludzi. Chętnie naśladujemy to wszystko, co uznajemy za atrakcyjne. W zależności od tego, jakimi talentami zostaliśmy obdarowani, dla jednych atrakcyjnych i godnych naśladowania wzorców dostarczy znany skoczek narciarski czy tenisistka, dla innych słynny astronom, lekarz czy mechanik samochodowy. Bez wątpienie stopień atrakcyjności danego wzorca podnosi się, gdy osoba dostarczająca modelu zachowania odnosi sukcesy. Dlatego po zwycięstwach Adama Małysza wielu chłopców zaczęło uprawiać skoki narciarskie, a dokonania Agnieszki Radwańskiej przekładają się na ilość dzieci chcących grać w tenisa. W klubach nie sadza się ich w ławkach i nie każe słuchać, jak powinno się skakać, czy trzymać rakietę tenisową, ale wszystko to jest najpierw demonstrowane, a następnie przyszli skoczkowie czy tenisiści sami zaczynają próbować naśladować tych, którzy skakać czy grać już umieją. Te mechanizmy są najbardziej efektywną formą nauki.

 

 

 

Konstruktywizm pedagogiczny

Prowadziłam ostatnio seminarium dla nauczycieli i w najbardziej dotkliwy sposób odczułam, jak mało przydatne są w pewnych sytuacjach słowa. Ponieważ szkolenie odbywało się w formułe blended Learning (fazy online przeplatane z tradycyjnymi spotkaniami), więc najpierw poznaliśmy platformę edukacyjną Moodle. Pokazywałam kolejno poszczególne narzędzia wyjaśniając krótko do czego służą, a następnie uczestnicy seminarium sami wchodzili w rolę nauczycieli i tworzyli własne zadania. Każde narzędzie poznawali zarówno od strony ucznia, jak i nauczyciela. W ten sposób kursy wypełniały się coraz bardziej udanymi przykładami zadań, co śledziłam z niemałą satysfakcją. Na końcu opowiedziałam, jak zacząć pracę z własnym kursem, co wymaga współpracy z informatykiem. Tego niestety nie mogłam już zademonstrować. Wyraz twarzy siedzących w sali, tak pilnych i pojętnych dotąd nauczycieli, nie pozostawiał złudzeń. Moje wyjaśnienia nie były zbyt jasne. Przedstawiłam cały, wcale nie tak skomplikowany, proces jeszcze raz. Choć starałam się omówić wszystko, jasno i zwięźle, a moi słuchacze starali się te wskazówki zrozumieć (na szkolenie poświęcili cały weekend, opanowali wszystko, co przez dwa dni ćwiczyliśmy, więc na pewno zależało im i na tym, by zrozumieć, jak wygląda początek pracy z platformą), to jednak nie udało mi się rozwiać ich wątpliwości.

Dlaczego tak się stało? Dlaczego wcześniej uczestnicy szkolenia nie mieli trudności ze zrozumieniam, a te pojawiły się w ostatniej fazie. Odpowiedź jest prosta. To wsztstko, co mogłam pokazać, a moi „uczniowie” mogli sami wypróbować i przetestować, nie sprawiało kłopotów. Na końcu zmuszona byłam ograniczyć się do słów. Tu pojawił się problem wynikający z różnicy doświadczeń. Ja pracuję z platformami edukacyjnymi już od wielu lat, dlatego nie mam problemu z pojęciami. Uczestnicy seminarium nie mieli moich doświadczeń, większość z nich dopiero zaczynała swoją przygodę z Moodlem. Dlatego nie zawsze rozumieli to, co starałam się wytłumaczyć. Był to klasyczny przykład sytuacji, o jakiej pisał i mówił twórca radykalnego konstruktywizmu Ernst von Glasersfeld. Jego zdaniem, większości zagadnień  poruszanych w szkole, nie da się wytłumaczyć słowami. I nie chodzi tu o dobrą wolę, chęci czy gotowość do nauki. Tych w opisanej przeze mnie sytuacji nie brakowało, ani po mojej stronie, ani po stronie nauczycieli biorących udział w seminarium. Prosty proces zakładania platformy i rejestrowania uczestników, w formie czysto werbalnej stał się tak skomplikowany, jak opis wiązania butów.

Podobne sytuacje należą do szkolnej codzienności. Nauczyciele starają się jak najlepiej wytłumaczyć nowe zagadnienia, a uczniowie ze swojej strony starają się je zrozumieć. Jednak różnica w doświadczeniu powoduje, że odbiorcy często nie potrafią dobrze zrozumieć pojawiających się w wyjaśnieniach pojęć, a skutkiem tego, ich mózg nie umie stworzyć nowych połączeń neuronalnych.

Wielu nauczycielom wydaje się, że jeśli gruntownie wyjaśnili nowe zagadnie, to uczniowie MUSIELI je zrozumieć. Jednak nauczać a uczyć się, słuchać a rozumieć, to dwa różne procesy. Pomimo dobrych chęci i woli zrozumienia, uczniowie z nauczycielskich werbalnych wyjaśnień czasami niewiele rozumieją. Z punktu widzenia mózgu nie ma w tym nic dziwnego. Neurony nie zostały przystosowane, by uczyć się w ten sposób. Jednak wielu nauczycieli nie dopuszcza takiej możliwości. Na wywiadówkach rodzice często słyszą: „Pani syn ma problemy, bo nie słucha. Jak będzie słuchać, to zrozumie.”

W czasie seminarium wspólnie doświadczyliśmy, że można uważnie słuchać i nie rozumieć. Dla nauczycieli to ważne doświadczenie! A z Moodlem na pewno sobie poradzą, tak jak poradzili sobie uczestnicy innych szkoleń, dla których wyjaśnienia były początkowo równie abstrakcyjne. Gdy zaczęli działać, notatki sporządzone w czasie seminarium, nagle okazały się zrozumiałe. W szkole sytuacja jest dużo trudniejsza, bo wszystko zaczyna i kończy się na słowach. W ten sposób hipokamp jest eksploatowany ponad miarę, a potencjał neuronów lustrzanych zwyczajnie się marnuje. Dlatego szkoły trzeba wymyslić od nowa! Te nowe muszą być dostosowane do możliwości ludzkiego mózgu. Dzięki metodom neuroobrazowania wiadomo już, że procesy uczenia się przebiegają zupełnie inaczej niż dotychczas przyjmowaliśmy.

 

Niedawno w w piśmie „kulturaenter” ukazał się mój artykuł „Doświadczenia a struktura mózgu”.

 

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

Comments ( 0 )
  1. Chyba, Marzeno, popłynęłaś…

    Wszyscy doskonale wiemy, że nasz mózg jest zaprojektowany do takich czynności (i uczenia się ich) jak zrywanie bananów, polowanie na króliki itp., których najlepiej uczymy się przez neurony lustrzane, a nie z pisanych instrukcji zrywania owoców.

    Cały jednak dorobek ludzkości cywilizowanej, odróżniający nas od szympansów (poza takimi osiągnięciami, jak skoki Małysza) – kultura, nauka, cywilizacja, życie społeczne – opiera się niemal wyłącznie na przekazie werbalnym, a nie na naśladownictwie i neuronach lustrzanych.

    Zadaniem szkoły jest przygotować młodych ludzi do życia w społeczeństwie, w którym wystarczy przeczytać tabliczkę „Uwaga głębokie wykopy” by w nie nie wpaść. Przygotować do życia w środowisku, którego osią i istotą jest przekaz werbalny, czy (jeszcze trudniejsze) pisemny.

    Choć masz pełną rację – gdybyśmy mieli okazję zobaczyć, jak ktoś wpada w dziurę, a potem umiera w długich męczarniach, nasze neurony lustrzane nauczyłyby się dużo szybciej i lepiej unikania takich dziur, niż gdy w nudny i hipokampowy sposób uczymy się czytać ostrzegawcze tabliczki.

    Żadnymi neuronami lustrzanymi nie nauczysz inżyniera projektowania mostów ani konstruowania samolotów. Ani nawet nie nauczysz gosposi obsługiwać nowoczesną pralkę, mającą kilkanaście programów. W najlepszym razie nauczysz Małysza skakać, a pańszyźnianego wieśniaka doić krowy (ręcznie, bo z nowoczesną dojarką to też już bez pisanej instrukcji obsługi nie da się poradzić).

  2. @Ksawery Stojda.

    … nauczysz.

    Studenci Architektury Bauhaus Universität Weimar uczą się na przykładach wielkiej Architektury, najpierw są prezentowane różne projekty, budynki, potem dostają zadanie np. zbudowanie Museum Bauhaus w stylu nowoczesnym. Co robią studenci: analizują poznane i szukają po bibliotekach ciekawych projektów. Potem zabierają się do projektowania swoich rzeczy. Więc neurony lustrzane tutaj też sprawnie działają.

    Da Vinci na samym początku był uczniem Variochio. Co robił Da Vinci? Naśladował ruchy i styl mistrza nim go przerósł. Więc neurony lustrzane.

    Światowi pisarze bardzo dużo czytają by lepiej pisać. Zanim wyrażą coś własnymi słowami napiszą tysiące słów, które tak naprawdę nie są ich.

    Muzyk najpierw gra muzykę innych nim wymyśli coś swojego…

    Cywilizacja: Ile Ameryki jest w Polsce, a ile Polski w Ameryce?

    i tak dalej…

    Kultura to naśladownictwo. Sęk w tym by zrobić to tak, by każdy myślał, że to coś oryginalnego 😀

  3. Ksawery, mam wątpliwości … . (jestem ciekaw co powie Marzena)
    Przykład: pojęcie objętości, objętość figur przestrzennych.
    Najsprawniej i „najskuteczniej” można nauczyć werbalnie: definicja, wzory, regułki, przykłady zadań, ćwiczenia. W ten sposób część uczniów nic nie rozumie, ale sprawnie rozwiązują zadania „na objętość”.
    Ale można inaczej: układać kostki, kroić prostopadłościany, wsypywać, przelewać. Niestety, traci się przy tym dużo czasu.

    Zapewne istotne jest, o którym etapie edukacji mówimy – wstępnym, czy zaawansowanym. Bo, na przykład, całki – to już chyba tylko werbalnie.

  4. Da Vinci był malarzem i wizjonerem. Nie PRZELICZYŁ ani jednego ze swoich pomysłów helikopterów i łodzi podwodnych. Były pięknie narysowane, ale nie pływały ani nie latały.
    Od inżynierów wymagamy, by ich łodzie nie tonęły, helikoptery unosiły się w powietrze, mosty nie waliły się, a ślimaki podjazdów na węzłach dróg były wyprofilowane lepiej, niż ten na zjeździe z Mostu Siekierkowskiego na Wał Miedzeszyński, czyli w zgodności z trasą łatwego prowadzenia auta.

    A tego nie uczysz się naśladując Wielkich Architektów, tylko ślęcząc nad podręcznikiem rachunku różniczkowego i paru innych dziedzin wiedzy, przekazywanych wyłącznie werbalnie.

    Różnica pomiędzy kulturą Zachodu a kulturą australijskich Aborygenów polega na tym, że w świecie Zachodu używamy przekazu werbalnego (pisanego) do gromadzenia wiedzy, co pozwala budować samoloty, promy kosmiczne i latać na Księżyc, a Aborygeni używając edukacji opartej głównie o wykorzystanie neuronów lustrzanych nie wyszli poza szlifowanie perfekcyjnych bumerangów.

    Oczywiście, że układanie kostek i robienie rysunków jest istotną częścią nauki geometrii. „Elementy” Euklidesa są najstarszą książką z ilustracjami. Ale jest to drobny dodatek do przekazu werbalnego. Ale nawet on nie ma nic wspólnego z neuronami lustrzanymi i naśladownictwem.

    Oczywiście – neurony lustrzane potrzebne są by dziecko w przedszkolu (dlaczego nie w domu????) nauczyło się wiązać buty i jeść nożem i widelcem. Ale po wyjściu z przedszkola (nauczania początkowego) mają się nijak do wszystkiego, czego uczy (i powinna uczyć) szkoła, poza jej marginesem, jak muzyka, gimnastyka i rysunki.

  5. Głównie chodzi o to by neuronów lustrzanych nie wykluczać całkowicie, a starać się znaleźć takie metody nauczania by je móc za każdym razem wykorzystać. Dopełnić przekaz werbalny. Jako, że dziś wiemy o mózgu więcej niż Aborygeni.

    Nie chodzi także o zastąpnie przekazu werbalnego przez neurony lustrzane. Każda z metod nie zawsze sprawdza się w osamotnieniu. Razem mogą więcej.

    Spór między inżynierami a architektami jest wszechznany. Ci jedni coś sobie wymyślą, a ci drudzy muszą tak pogłówkować by się ten wymysł nie zawalił. Ale pracują razem i ten patent działa.

    Wiedza o neuronach lustrzanych jedynie wzbogaci naszą wiedzę, urozmaici, ulepszy zajęcia. Więc pomyślmy lepiej nad metodami umożliwiającymi.

  6. Michał

    Myślę, że rozumienie funkcji neuronów lustrzanych poszło za bardzo w stronę edukacji szkolnej, a nie edukacji społecznej, którą właśnie jest.
    Neurony lustrzane działają już u niemowlaków – zjawisko „zarażenia płaczem”. Dziecko słyszy płacz, płacz to reakcja na „zagrożenie”, więc skoro słyszę płacz, to istnieje jakieś zagrożenie, czy deficyt. Dziecko nie jest jeszcze samoświadome, więc płacze razem z innymi dziećmi 🙂

    Dopiero później, wraz z rozwojem, neurony spełniają trochę bardziej zaawansowane zadania. Jednak nadal chodzi o nauczanie społeczne, wzajemnych relacji, sposobów zachowania.

    W edukacji powinny być wykorzystane nie do uczenia się jako procesu, ale do uczenia się, jako umiejętności i stylu myślowego, pewnego schematu zachowania. Mam nadzieję, że piszę w miarę jasno – zarwane noce źle wpływają na jasne formułowanie myśli.
    Dawniej każdy przyszły geniusz jako uczeń miał nie tylko książki, czy przekaz słowny, ale i swego Mistrza. Mistrz nie tylko przekazywał wiedzę (ba! Od czasu druku już nie musiał tego robić!), ale przede wszystkim przekazywał postawy do nauki, do uczenia się, do kontaktów społecznych. Dlatego nauczyciel powinien przede wszystkim pokazać jak ważna jest nauka, jak ważne jest samodzielne uczenie się, uczenie się w grupie, przy pomocy innych ludzi.
    Neurony lustrzane nie przydają się przy czytaniu, czy rozwiązywaniu różniczek, logarytmów, rachunku prawdopodobieństwa, itd. One zapisują schemat społecznego podejścia do tych zagadnień.

    A teraz zaprzęgam efekty moich neuronów lustrzanych do dalszego samokształcenia 😀

  7. mazylinska Post author

    Witaj Ksawery,

    Miło, że znów się odezwałeś 🙂
    Może i popłynęłam, ale w jak dobrym towarzystwie 🙂
    Joe Cullen pisze tak: „Recent neuroscience has suggested that we do not learn in the ways we always thought we did. Discoveries in how mirror neurons work, suggest what defines us as humans is our capacity for imitation.”
    Oczywiście, nie on jeden. Odkrycie neuronów lustrzanych dopiero zaczyna “być konsumowane”, bo z wolna dociera do badaczy, jak wielki jest ich potencjał (początkowo ograniczano ich działanie do sfery zachowań społecznych). Chodzi więc o porównanie wydolności struktur przetwarzających słowa i tych aktywnych wtedy, gdy obserwujemy innych ludzi i „zarażamy się” tym, co oni robią.
    Twoja reakcja jest jak bardzo typowa (oj, tu się chyba obruszysz ;-). Poprzez socjalizację jaką odebraliśmy definiujemy proces uczenia się w określony sposób, który właśnie został podważony przez ostatnie odkrycia. W świetle tych odkryć szkoła okazuje się zupełnie nietrafionym rozwiązaniem!
    Sam zresztą zauważyłeś pewne prawidłowości. Dzieci matematyków nie mają trudności z matematyką. I nie dzieje się tak dlatego, że rodzice robią im wykłady, ale dlatego, że dostarczają swoim pociechom pewnych wzorców postrzegania świata. Każdy z wielkich naukowców miał swojego mistrza, który zaraził go swoją pasją i pokazał, jak podchodzić do problemów. Pamiętasz moją nauczycielkę chemii ze szkoły podstawowej? Ja po pierwszej lekcji wiedziałam, że chcę być chemikiem, bo tak mi się podobało, to co nam pokazała i sposób, w jaki mówiła o chemii. Dzięki neuronom lustrzanym możemy się nawzajem „zarażać” i właśnie owo pozawerbalne i intuicyjne „zarażanie” ma tak wielką moc i wyzwala w nas chęć pójścia określoną drogą.
    Przepraszam, że tak późno odpowiadam, ale dopiero co wróciłam z kilkudniowego seminarium w Warszawie (teraz mam fazę online) i próbuję wszystko ogarnąć.

  8. Dzięki Michale!
    Ująłeś to znacznie lepiej, niż ja próbowałem.
    Neurony lustrzane są pomocne w przyswajaniu podejścia, postaw, stylu i wartości, ale są zupełnie bezużyteczne w procesie samego uczenia się.

    Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na (fundamentalny w moim przekonaniu) aspekt nauczania, zupełnie ignorowany przez współczesną szkołę:

    By nauczanie było efektywne, nauczyciel musi być Mistrzem, a nie urzędnikiem, realizującym program. Musi sam mieć pasję do uczenia SIĘ, a nie do uczenia innych, by neurony lustrzane uczniów tę pasję i motywację odtworzyły. Musi też być zafascynowany przedmiotem, którego uczy, by tę fascynację przekazać. Kochać go, czuć go i żyć nim i uczyć się go nawet na miesiąc przed emeryturą. A nie wypełniać recepty metodyki danego przedmiotu przy braku własnego nim zainteresowania na poziomie przekraczającym następny etap edukacyjny po tym, na jakim uczy.
    Nauczyciel matematyki musi być matematykiem i kochać matematykę! Bez tego, niezależnie jak bardzo kochałby uczenie i jak bardzo byłby nauczycielem, nigdy nie wywoła w swoich uczniach zainteresowania, fascynacji i nie nauczy ich matematycznego stylu myślenia.
    Najwyżej nauczy ich na pamięć, że $x = over{-b pm sqrt{b^2-4ac}}{2a}$

    PS. Marzeno! każ sobie uruchomić wzory na swoim blogu, żeby wzór się wyświetlił w ładnej, książkowo-typograficznej postaci…

    PS2. Michale – miłego dalszego samokształcenia w przekazie werbalnym!

  9. mazylinska Post author

    @ Ksawery
    Piszesz: „By nauczanie było efektywne, nauczyciel musi być Mistrzem, a nie urzędnikiem, realizującym program. Musi sam mieć pasję do uczenia SIĘ, a nie do uczenia innych, by neurony lustrzane uczniów tę pasję i motywację odtworzyły. Musi też być zafascynowany przedmiotem, którego uczy, by tę fascynację przekazać. ”

    Gdy nauczyciel nie jest Mistrzem, a jedynie osobą realizującą program, ogromny potencjał neuronów lustrzanych nie może się ujawnić, a wtedy tylko tradycyjne kucie i ……. hipokamp ledwo zipie 😉
    Następny tekst powienin być o tym, jak uczyć, by wykorzytac potecjał neuronów lustrzanych i dlaczego tradycyjną dydaktykę moża odesłać ad ACTA, albo ad kosz 🙂

  10. Marzeno,
    będę dyskutował z twierdzeniem, że „szkoła jest nietrafionym rozwiązaniem”.
    Z całym szacunkiem dla Cullena i jemu podobnych, oni też swoje twierdzenia przekazują i nauczają ich w sposób czysto werbalny. Niech więc nie deprecjonują tej formy przekazu i edukacji!

    W dawnych czasach mieliśmy rozróżnienia: szkoła uczyła przekazem werbalnym, majster uczył czeladnika neuronami lustrzanymi. Ale cała niemal kultura i cywilizacja opiera się na tym przekazie werbalnym. Od Biblioteki Aleksandryjskiej po Wikipedię, od szkoły na wsi po Oxford. Być może błędem jest objęcie szkołą 100% społeczeństwa. Ale to szkoła i przekaz werbalny tworzą cywilizację i kulturę.

    Wyższa skuteczność nauczania werbalnego nad nauczaniem „neuronami lustrzanymi” została dowiedziona sukcesem cywilizacji Zachodu, Chin i Japonii w porównaniu niepiśmiennymi Aborygenami i Yanomani, którzy częściowo bazują na naśladownictwie, a częściowo na przesłaniu werbalnym (bardzo rozbudowanej mitologii), a jednych i drugich cywilizacji nad stadami pawianów i szympansów (z całym szacunkiem dla szympansów), nie posługujących się przekazem werbalnym ani trochę.

  11. PS.
    Moje zdanie o tradycyjnej „dydaktyce” i „metodyce” chyba znasz (a jeśli ktoś z czytelników nie zna, to delikatnie mówiąc mam je za bzdet).

    Oczywiście – domagam się, by nauczyciele byli fascynatami, a co najmniej by wykazywali pozytywny stosunek do swoich dziedzin. Nie by „demonstrowali” pozytywny stosunek, ale by „mieli uwewnętrznione zainteresowanie” wobec przedmiotów, jakich uczą. Stąd moje powtarzane apele o lepsze merytoryczne (nie dydaktyczne) przygotowanie nauczycieli i moja inicjatywa „matematyki dla przedszkolanek”.

  12. OK… dam Ci się wciągnąć w neuro-retorykę …

    „Gdy nauczyciel nie jest Mistrzem, a jedynie osobą realizującą program, ogromny potencjał neuronów lustrzanych nie może się ujawnić, a wtedy tylko tradycyjne kucie i ……. hipokamp ledwo zipie ”

    Prawda. Ale neurony lustrzane nie są tu włączane w proces uczenia się jako takiego, tylko zwiększają motywację do uczenia się werbalnego (kanałem hipokampowym) i przez to odciążają hipokamp od zajmowania się kopiowaniem do pamięci trwałej przekazów takich jak kolor sukienki (i forma jaką przyjmuje pod nią biust) koleżanki o dwie ławki dalej, dźwięki dobiegające z za okna, własne błądzące myśli, etc., a motywują się do skupienia na lekcji.

  13. mazylinska Post author

    @ Ksawery

    Tak, dyskutować zawsze warto 🙂
    Ale nie ograniczaj działania neuronów lustrzanych do Aborygenów! Zwróć uwagę, jak kiedyś funkcjonowały uniwersytety, gdy były jeszcze prawdziwymi uniwersytetami (czym są dziś, trudno powiedzieć). Wtedy małe grupki studentów miały swojego Mistrza, profesora, autorytet, który wskazywał im nie tylko drogę naukową, ale był wzorem pod każdym względem. Gdy byłam w Cambridge, opowiadał mi znajomy, że kiedyś profesor nie mógł zawierać małżeństwa (nie mógł tez być katolikiem, ale to inna bajka 🙂 Miał spędzać możliwie dużo czasu ze swoimi studentami. I miał ich zarażać swoją miłoscią do książek, słów, chemii, historii czy matematyki. Nic przeciw słowom. Dla pewnej, ograniczonej grupy ludzi, słowa są najlepszym materiałem i tworzywem. Ale dla innych tworzywem jest co innego i oni dziś w szkole potrzebnych wzorców nie dostają. Pamiętasz przykład Wiesława M.? Stań kiedyś w drzwiach wielkiego sklepu i popatrz na lprzechodzących ludzi. Jak różne mają talenty! Nie możesz wszystkich mierzyć własną miarką, bo Twoje talenty nie są typowe. I dobrze, że natura każdego wyposażyła w inne uzdolnienia!
    Szkoła nie dość, że zapomniała, jak ważne jest „zarażanie” i dostraczanie różnorodnych wzorców, to jeszcze działa tak, jakby słowa były JEDYNYM środkiem poznawania świata. Dziś wiadomo już, że tak nie jest i sprowadzanie wszystkiego do kanału werbalnego jest ewidentnym zubożaniem i ograniczaniem potencjału, jaki dała nam natura.
    Błędem jest ograniczanie działania neuronów lustrzanych do sfery społecznej! Fakt, że dziś nie są w szkole wykorzystywane, nie świadczy o ich ograniczeniach, ale o ograniczeniach szkoły.

  14. mazylinska Post author

    @ Ksawery

    Kochany, ja mam fazę online, pracować muszę, a Ty mnie wciągasz w … neuroretorykę 🙂

    Piszesz: „Prawda. Ale neurony lustrzane nie są tu włączane w proces uczenia się jako takiego, tylko zwiększają motywację do uczenia się werbalnego.”

    Jak działają, tego nie wiemy! Ale powodują uwalnianie różnych neuroprzekaźników i peptydów, powodują, że w procesie uczenia się biorą udział dużo efektywniejsze od hipokampa struktury korowe.
    Twoje doświadczenia są właśnie przykładem na to, jak wprowadzać pojęcia. Można przeczytać definicję, albo zobaczyć dane pojęcie w działaniu, np. magnetyzm. Nasze mózgi zostały stworzone do tego, by abstrahować reguły z otaczającego nas świata. Tylko muszą mieć ku temu okazję!!!
    Sam robisz cudowne eksperymenty, bo intuicyjnie czujesz, że rzecz warta jest całych Twoich starań. To, co robisz, pokazuje, że intuicyjnie rozumiesz potęgę działania neuronów lustrzanych, tylko sobie tego jeszcze nie uświadamiasz 😉

  15. 1. Nigdy nie byłem w Cambridge, ale Oxford wygląda tak samo. Mogę się też zgodzić z wykluczeniem katolików 😉 Uczony musi uważać własny rozum, a nie autorytet nieomylnego Papieża, za ostateczną instancję prawdy.

    2. Nie twierdzę, że należy wszystko sprowadzać do kanału werbalnego. Ale szkoła jest odpowiedzialna właśnie za ten kanał.
    Tak samo, jak nie należy wszystkiego sprowadzać do wyglądu. Ale fryzjerzy są za to odpowiedzialni, a nie za Twój potencjał poetycki. Zadaniem szkoły jest uczenie kanałem werbalno-hipokoampowo-lewopółkulowym. Niech trenerzy tańca zajmą się neuronami lustrzanymi w prawej półkuli. Głównym i podstawowym zadaniem szkoły jest wyrobienie zdolności do funkcjonowania (idealnie: współtworzenia) w społeczeństwie opartym na prymacie przekazu werbalnego.

    3. W pełni z Tobą się zgadzam, że szkoła nie spełnia oczekiwań w zakresie „zarażania, zaciekawiania, etc.” Wprost przeciwnie. I tu, (znów pełna z Tobą zgoda) ogromna rola neuronów lustrzanych u uczniów i pasji u nauczycieli. Cała moja aktywność na tym blogu właśnie pobudzeniu tej pasji ma służyć…

  16. mazylinska Post author

    @ Ksawery

    Piszesz: „Nie twierdzę, że należy wszystko sprowadzać do kanału werbalnego. Ale szkoła jest odpowiedzialna właśnie za ten kanał.”

    Tu nie ma zgody! Szkoła jest dla wszystkich, a nie tylko dla przyszłych profesorów i ma wszystkim dać szansę rozwijania ich potencjału! To leży również w interesie całego społeczeństwa. Jeśli szkoła ogranicza się jedynie do rozwijania wąskiej grupy uzdolnień, a resztę pomija, to mamy, to co mamy. Dla profesorów są uniwersytety, szkoły powinny dać możiwość rozwoju wszystkim uczniom.

  17. Fryzjer tez jest dla wszystkich. I trener tenisa. Fryzjer zajmuje się włosami, trener tenisa rozwojem fizycznym (za pomocą neuronów lustrzanych) a szkoła rozwojem intelektualnym (za pomocą hipokampa i lewej półkuli).
    Jedni spędzają więcej czasu u fryzjera (i więcej tam zyskują) a inni w szkole czy bibliotece.

    Ale nie zgodzę się na stwierdzenie: „ponieważ większość ludzi nie ma zdolności werbalnych, a my upowszechniliśmy szkołę, to powinniśmy odwerbalnić szkołę”. Nie! Jeśli już, to powinniśmy zrezygnować z powszechności szkoły i zostawić ją w elitarnej formie, w jakiej sprawdzała się przez ostatnie dwa tysiące lat. A odwerbalnione formy nauki zostawić reszcie uczniów terminujących u murarza albo szewca – i nie likwidować tego werbalnego kanału uczenia, na jakim stoi nasza cywilizacja w imię egalitaryzmu.

  18. Michał

    Sądzę, że specyfikacja półkul została zbyt mocno rozdmuchana przez media i sprzedawców kursów „które pomogą rozwinąć prawą półkulę!”.
    Podział mózgu na półkulę prawą i lewą oraz to, że każda półkula ma jakieś „priorytety” w działaniu (mówienie, myślenie logiczne, kreatywność, ect.) jest faktem. Jednak sama dominacja którejś z półkul nie determinuje kogokolwiek na niezdolność do korzystania z umiejętności drugiej półkuli. Wszystko zależy od ćwiczeń (nie miesiąc, nie dwa, ale całe życie ćwiczymy obie półkule – tylko w różnym stopniu świadomie i różnie robi to szkoła).
    Dyskusja nad półkulami nie powinna zajmować się tym, czy każdy powinien chodzić do szkoły, jak przekazać wiedzę tym „myślącym półkulą prawą”, itd. Dyskusja powinna toczyć się wokół problemu: jak przekazywać wiedzą różnymi sposobami! Zarówno werbalnie, ruchowo, obrazowo, muzycznie, z użyciem kolorów, itd.

    Nasz mózg nie zapamiętuje jedynie kanałem słuchowym i wzrokowym, a informacje werbalne nie są jedynym rodzajem informacji. Co więcej, zarówno wykład jest najmniej efektywnym sposobem przekazywania wiedzy (kanał słuchowy), jak i informacja werbalna jest najtrudniej zapamiętywana. Jeśli ma jakiś związek z uczącym się, ma rytm, kolor, ruch, łączy się z informacjami już posiadanymi, to staje się coraz łatwiejsza. Dokładnie widać to w nauce wierszy – po pewnym czasie pamiętamy tylko strofy i pojedyncze słowa.

    Pisałbym jeszcze, lecz pociąg nie będzie na mnie czekał. Miłego dnia!

    Ps. Dziękuję! Mam nadzieję, że mój hipokamp pracował w czasie snu bardzo owocnie i nauka dała efekt 😉

  19. an_nick

    Pan Ksawery Sojda pisze:
    „Elementy” Euklidesa są najstarszą książką z ilustracjami. Ale jest to drobny dodatek do przekazu werbalnego.”
    To twierdzenie niezgodne z wiedzą historyczną. Nauka hellenistycznej Grecji była ściśle powiązana z technologią; rozdział pomiędzy matematyką a naukami eksperymentalnymi wówczas nie istniał, a w każdym razie nie istniał w tak radykalnej formie jak dziś. Ówczesne techniki dowodowe były ściśle powiązane z metodami konstrukcyjnymi, np. sporządzaniem rysunku za pomocą cyrkla (polecam: L. Russo, „Zapomniana rewolucja. Grecka myśl naukowa a nauka nowoczesna”, Kraków 2005).

    Pani Marzena przyczynia się więc w istotnym stopniu do stopniowego odzyskiwania utraconego dziedzictwa – gratuluję!

    Ogólnie rzecz biorąc, nieuprawnione wydaje się separowanie działania na symbolach od innych działań. Aby rozwiązać zadanie matematyczne, musimy aktywować pewne złożone programów działania, które określają, jakie wzory i w jakich sekwencjach należy w danej sytuacji zastosować. Tych programów nie da się wyczerpująco przedstawić w formie werbalnej, o samym ich przyswojeniu nawet nie wspominając (podobny argument w odniesieniu do kształcenia przyszłych naukowców można znaleźć już u Thomasa Kuhna w jego opublikowanej w 1962 r. „Strukturze rewolucji naukowych”).

    Pozdrawiam wszystkich Państwa

    • mazylinska Post author

      @ an_nic

      Bardzo podoba mi się Pani zdanie: „Ogólnie rzecz biorąc, nieuprawnione wydaje się separowanie działania na symbolach od innych działań.” Z punktu widzenia mózgu tak własnie jest!

      Za odchodzeniem od nauczania rozumianego jako przekaz czysto werbalny przemawia również fakt, iż większość procesów myślowych zachodzących w naszych mózgach przebiega bez udziału świadomości. Nieświadomego, intiucyjnego myślenia wymaga również kreatywność. Jeśli zależy nam na jej rozwijaniu, to na lekcjach należy dopuścić oparte na neuronach lustrzanych, intuicyjne poznanie.

      @ Ksawery
      Ksawery, piszesz: „W hellenistycznym świecie w ogóle nie istniały nauki eksperymentalne, więc trudno mówić o ich rozdziale od matematyki.”
      To budzi moje zdziwienie. Bo jak w takim razie wznosili swoje budowle, wytyczali szlaki, budowali okręty i machiny wojenne? Nie było wiedzy praktycznej potrzebnej to tworzenia tego wszystkiego? Czy Grecy nie używali matematyki do tworzenia planów budowli czy statków? Nie umiem sobie tego wyobrazić!

      • mazylinska Post author

        @ Ksawery

        To niezmiernie ciekawe, co piszesz! Czysta wiedza praktyczna wystarczyła Grekom, żeby np. zbudować ogromne teatry, w których mieściło się kilka tysięcy osób i gdzie akustyka była tak wspaniała, że nawet w ostatnich rzędach słychać było szept aktorów stojących na scenie. Dziś, dysponując ogromną wiedzą teoretyczną, nie potrafimy zrobić czegoś takiego. Podobnie z piramidami. Bez prądu, dźwigów i innych urządzeń budowli z tak ogromnych bloków skalnych byśmy nie zbudowali. Jak więc udało się to Egipcjanom? Czy ich wiedza praktyczna była w przypadku skuteczniejsza niż nasza dzisiejsza teoria?
        Czy to oznacza, że można się obyć bez teorii? Być może wystarczy wiedza praktyczna? Ależ to pociągająca hipoteza!!!!! Do dziś podziwiamy to, co stworzyli Grecy i możemy o takim poziomie jedynie marzyć. A oni zrobili to wszystko bez teorii, opierając się jedynie na intuicji! Czy można znaleźć lepszy argument na rzecz intuicji, którą dziś w naszej edukacji konsekwentnie pomijamy?
        Ciekawa jestem, co na to powie Pani an_nic???

  20. Olga

    Witam serdecznie,
    z góry przepraszam, że właśnie tutaj umieszczam to pytanie jednak, nie mogę znaleźć opcji kontaktu z Panią Marzeną Żylińską. Mianowicie chciałabym poprosić o kontakt mailowy w do Pani. Piszę obecnie pracę magisterską z zakresu neuronauki i pedagogiki. W większości korzystałam z literatury anglojęzycznej. Czy jest możliwość zapoznania się z Pani książką „Neurodydaktyka”.
    Z wyrazami szacunku
    Olga Kamińska

  21. W hellenistycznym świecie w ogóle nie istniały nauki eksperymentalne, więc trudno mówić o ich rozdziale od matematyki.
    Nie widzę natomiast co to ma wspólnego z moim twierdzeniem, że Euklidesa wykład matematyki jest niemal czystym przekazem werbalnym, uzupełnionym rysunkami? Bierzemy do ręki książkę („Elementy”), studiujemy ją, i element po elemencie przyswajamy sobie werbalną argumentację, dokładającą coraz to kolejne cegiełki do struktury pojęciowej, zwanej matematyką.

    Techniki dowodowe, nie tylko ówczesne, ale aż do Newtona (włącznie) były oparte o konstrukcje. Tyle, że „konstrukcje” nie mają niczego wspólnego z używaniem cyrkla – są zupełnie wyidealizowanymi, abstrakcyjnymi operacjami, dziejącymi się w świecie platońskich idei obiektów geometrycznych i liczb. Operacjami zdefiniowanymi słownie – rysunek wyłącznie je ilustruje. Ale całość konstrukcji, jej dowodu, argumentacji i wyjaśnienia jest tekstem, który byłby zrozumiały i równie ważny bez tego rysunku.
    Cyrkiel ma dla nich znaczenie podobne, co kałamarz dla poezji – służy wyłącznie przeniesieniu idei na papier.

  22. Była wiedza praktyczna i były nawet elementy zastosowania praw geometrii w niektórych urządzeniach (np. dźwigach). Niemniej te matematyczne elementy w wiedzy rzemieślniczej były marginalne.

    Ale nie każda wiedza praktyczna jest nauką eksperymentalną! Grecy nie mieli żadnych modeli matematycznych, służących projektowaniu budowli. To była czysta wiedza praktyczna, a znajomości geometrii używali wyłącznie do sporządzenia rysunków-planów, albo do (opartego o mistyczne, a nie naukowe przekonania) wprowadzenia pewnych proporcji do swoich budowli. Podobnie ichnie szkutnictwo nie było bardziej naukowe, niż szkutnictwo niepiśmiennych Eskimosów (choć budowali większe okręty) – nie mieli żadnej teorii, dlaczego okręt powinien mieć taki kształt, a nie inny.
    Ze statkami dałaś bardzo trafny przykład – tak fundamentalne dla naukowego podejścia do budowy okrętów prawo, jak prawo Archimedesa powstało dość późno (w III w. pne), ale nawet wtedy nikt nie interesował się nim w tym kontekście! Archimedes sformułował je jako narzędzie badania własności (gęstości) niewielkich ciał, całkowicie zanurzonych w płynie. Pierwsze zastosowanie prawa Archimedesa w obliczeniach, dotyczących okrętów, to XVI wiek w stoczniach w Holandii.

    Jeśli pominiemy astronomię, to różnica pomiędzy grecką nauką, a nauką empiryczną polegała na tym, że Grecy formułowali swoje twierdzenia dotyczące zachowania natury w oparciu o spekulacje myślowe, nie przejmując się ich weryfikacją doświadczalną – dopóki nie były oczywiście sprzeczne z codziennym doświadczeniem, przyjmowali je bez weryfikacji. Dopiero Galileusz zadał sobie trud, by zrzucić różne przedmioty z wieży, falsyfikując tym powtarzane bezkrytycznie twierdzenia Arystotelesa o spadaniu ciał. I dopiero od Galileusza można mówić o ‚nauce empirycznej’ (ok. zalążki pojawiły się troszkę wcześniej w końcu Średniowiecza).

    Bardzo polecam „Historię Fizyki” Andrzeja Kajetana Wróblewskiego (PWN, 2007).

  23. Nie we wszystkim można się obyć bez teorii. Samą wiedzą praktyczną możesz zbudować Colosseum, ale już nie dach nad tej wielkości stadionem.
    Nie zapominaj też o cenie. Ogromna większość postępu technologicznego wynikała nie z potrzeby zrobienia czegoś nowego, ale raczej z potrzeby zrobienia czegoś już znanego, tylko dużo taniej.
    Nauczony wyłącznie wielopokoleniowym doświadczeniem stolarz robi lepsze i ładniejsze meble, niż IKEA. Ale IKEA dostępna jest dla każdego, a meble wersalskie tylko dla Ludwika XIV.
    Pamiętaj o cenie nie tylko pieniężnej – nie zapominaj o tych wszystkich budowlach, które zawaliły się (więc ich nie podziwiamy) i statkach, które wywróciły się przy lekkim sztormie, a na których to błędach przednaukowa inżynieria zdobywała wiedzę praktyczną.

  24. an_nick

    Powtórzę: świadectwa wskazują, że Grecy okresu hellenistycznego harmonijnie łączyli abstrakcję z zainteresowaniami technicznymi. Nie byli Pitagorejczykami; w mistycznym sosie zanurzyli ich dopiero renesansowi neoplatonicy i to dlatego, że po prostu niewiele ze szczątków dzieł hellenistycznych uczonych potrafili zrozumieć. Russo przekonująco pokazuje, że myśliciele renesansowi zwyczajnie nie byli w stanie odtworzyć kontekstu sytuacyjnego, w którym analizowane przez nich teksty powstały.
    Obraz jest – a w każdym razie miał się – dla geometrii nie jak kałamarz dla poety, ale raczej jak metafora czy analogia itp. dla utworu poetyckiego; on po prostu reprezentuje strukturę przedmiotu matematycznego. Oczywiście nie chodzi o te konkretne rysunki, jakie przedstawił sam Euklides czy inni uczeni („Elementy” to nie podręcznik, ale tekst naukowy!), ale o pewne modele, których zasady konstrukcji są kodowane za pomocą konwencjonalnych symboli matematycznych. Zastąpienie metod geometrycznych algebrą znamionuje bez wątpienia wejście na wyższy szczebel abstrakcji, wciąż jednak chodzi o przedstawienie pewnych struktur.
    Wzory i i definicje same w sobie nie przemawiają. One muszą zostać zaszczepione na określonych kompetencjach, które mają charakter przedwerbalny. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ponieważ te operacje przebiegają poniżej poziomu świadomości. Zwłaszcza chłopcom użycie symboli matematycznych może się wydawać zupełnie naturalne. Ich świadomość nie rejestruje całego procesu wczesnej edukacji, gdy jako dzieci, w warunkach bezstresowych, tworzyli różnego rodzaju konstrukcje, manipulowali nimi, wspinali się po nich, ćwicząc w ten sposób wyobraźnię przestrzenną. Lalki są pod tym względem znacznie mniej obiecujące. Fakt, że proces kształtowania się kompetencji ma w dużej mierze charakter ukryty, wyłącznie potwierdza główną tezę Pani Marzeny.
    Nie wiem, czy Państwo znają ten tekst: http://www.unipr.it/arpa/mirror/pubs/pdffiles/Gallese/Gallese_PsychRes2009.pdf.
    Vittorio Gallese, ten od neuronów lustrzanych, opisuje jak prawdopodobnie wygląda mechanizm kształtowania się zdolności abstrakcyjnego myślenia za pomocą tychże neuronów. W skrócie: aby poznać właściwości obiektu, mózg musi uruchomić pewne kompetencje (dyspozycje) motoryczne. Musi być w stanie śledzić obiekt (ruchy oczu i szyi), oraz, najlepiej, manipulować nim. Aby jednak móc wykonywać pewne operacje na przedmiotach, podmiot musi nauczyć się myśleć strategicznie, to jest planować swoje działania. To zaś wymaga wypracowania schematów działania zorientowanego na cel. A to z kolei odbywa się za pomocą neuronów lustrzanych, bez których nie może się wykształcić pojęcie intencji i poczucie sprawczości. Tego rodzaju struktury celowe z czasem ulegają dalszej idealizacji i dyferencjacji, są kodowane za pomocą znaków. (Wykraczając nieco poza ramy wywodu Gallese: dzieci dotknięte autyzmem, któremu towarzyszy upośledzenia abstrakcyjnego myślenia, mogą być tu wskazówką).
    Nie chodzi więc moim zdaniem o to, aby rezygnować z symboli i zdawać się na wyłącznie intuicję, ale o to, aby w procesie kształcenia dbać o to, aby symbole, które przestawiamy, coś faktycznie coś kodowały, uruchomiały jakieś operacje. A do tego nie wystarczy wykład.
    Jeśli chodzi o Galileusza, to raczej trudno uznać go za praktyka nauki empirycznej czy eksperymentalnej. Nie ma pewności, czy faktycznie zrzucał jakieś kamienie z wieży, być może robili to jego zwolennicy, tak czy inaczej, to były (czy byłyby) czyste demonstracje (happeningi, jak byśmy dziś powiedzieli). Galileusz nie mógł niczego pomierzyć, ponieważ zwyczajnie brakowało mu precyzyjnych przyrządów pomiarowych. Słynie zaś głównie z eksperymentów myślowych, które wymagają wyobraźni i umiejętności symulacji, a tu bez neuronów lustrzanych ani rusz…

  25. mazylinska Post author

    @ Ksawery i an_nick
    Mam wrażenie, że w naszej dyskusji coraz mocniej dotykamy istoty rzeczy. Chciałabym zestawić z sobą pewne cytaty z naszych wypowiedzi.
    Mój tekst, który wywołał dyskusję nosił tytuł: „Słowa, to zbyt mało …”.
    Ksawery napisał: „Nie we wszystkim można się obyć bez teorii. Samą wiedzą praktyczną możesz zbudować Colosseum, ale już nie dach nad tej wielkości stadionem.”
    An_nick napisała: „Nie chodzi więc moim zdaniem o to, aby rezygnować z symboli i zdawać się wyłącznie na intuicję, ale o to, aby w procesie kształcenia dbać o to, aby symbole, które przedstawiamy, faktycznie coś kodowały, uruchomiały jakieś operacje. A do tego nie wystarczy wykład.”

    Myślę, że wniosek, jaki z tego płynie jest jasny: nie chodzi o to, żeby zrezygnować ze słów, kanału werbalnego, teorii, opartej o świadome procesy drogi poznawania świata, ale o to, by w szkole wykorzystać RÓWNIEŻ potęgę uczenia się odbywającego się poniżej poziomu świadomości, pozawerbalnego, intuicyjnego.
    Symbole i abstrakcje, których dziecko nie potrafi o nic „zaczepić”, bo nie dysponuje odpowiednimi doświadczeniami, nie mogą tworzyć struktury wiedzy, bo aby ta powstała, poszczególne informacje muszę być z sobą w odpowiedni sposób połączone. Bez pełnego zrozumienia pojęć, owe połączenia albo nie powstają, albo poszczególne elementy łączone są źle. W obu przypadkach taka „nauka” nie może prowadzić do sukcesu.
    Bardzo ważne są spostrzeżenia an_nick dotyczące kształtowania się wyobraźni przestrzennej. To kolejny kamyczek do wychowania przedszkolnego i wyrabiania tzw. intuicji matematycznej czy, mówiąc ogólniej, do przygotowania do kolejnych etapów edukacji. Zabawa klockami, wspinanie się na drabinki, rozbieranie samochodów na czynniki pierwsze,gra w piłkę to wszystko arcyważne doświadczenia, które w szkole mogą pomóc w intuicyjnym rozumieniu matematyki. Dlatego dzieciom trzeba dać odpowiednio dużo czasu na zabawę. To, co my określamy tym mianem, jest z punktu widzenia mózgu procesem uczenia się polegającym np. na zbieraniu doświadczeń, które później pozwolą zrozumieć symbole i myśleć abstrakcyjnie.
    Dlatego nie wolno skracać dzieciństwa i sadzać dzieci w ławkach. One najlepiej uczą się przez działanie, a w przedszkolach mają ku temu dużo lepsze warunki. My niestety mamy zupełnie wypaczoną wizję tego, czym w istocie rzeczy jest proces uczenia się i dopóki tego nie zrozumiemy, wciąż będziemy marnować potencjał, jaki dzieciom dała natura. Myślę tu również o neuronach lustrzanych.

  26. Oczywiście, zgadzam się z Marzeną, że nie należy zaniedbywać innych kanałów przekazu niż werbalny. Zresztą moje lekcje doświadczalne (https://www.ceo.org.pl/pl/au/news/skarbiec-au-eksperymenty-z-fizyki) chyba pokazują najlepiej moje podejście do wykorzystania tego rodzaju przekazu.

    Niemniej pozostaje problem do dyskusji: rozłożenia nacisków. I są tu dwie kwestie.

    1. Czy zajęcia doświadczalne działają poprzez kanał „neuronów lustrzanych”, czy tylko stymulują produkcję neuroprzekaźników, ułatwiających uczenie „kanałem hipokampowym”? Czy zabawy rozwojowe, budujące wyobraźnie pzrestrzenną, mają coś wspólnego z neuronami lustrzanymi?
    Tu nie wchodzę w polemiki, za mało naczytałem się neurofizjologii…

    2. Jaka jest właściwa proporcja pomiędzy zajęciami „ławkowo-tablicowo-werbalnymi” a aktywnością manualną, fizyczną, etc. Tu w pełni zgadzam się, że im młodsze dzieci, tym większy powinien być udział własnej aktywności. Na etapie przedszkolnym to powinien i może być domi8nujący kanał przekazu. Ale uważam, że na poziomie gimnazjalno-licealnym tego typu aktywność powinna być jedynie marginalnym uzupełnieniem do przekazu werbalnego.
    Przyznaję szczerze – najtrudniej mi tu podejść do dzieci w późnej podstawówce.

    See: http://osswiata.nq.pl/stojda/2012/02/23/reflektometria-sznurka/#comment-212 — mój uczeń (17 lat) skupił się na interpretacji doświadczenia i zrozumienia argumentacji Einsteina (i przebrnięciu przez angielski tekst – nie zna niemieckiego, więc dałem mu artykuł Einsteina po angielsku), a dziesięcioletnia siostra miała zabawę w synchronizację zegarów, wymówienie tak trudnego słowa, jak „Gleichzeitigkeit” (ja mam z tym pewne trudności…), ale chyba jej zostało też trochę ze znaczenia tej równoczesności i dzwoneczek w głowie, że to nie jest tak oczywiste pojęcie, jak by się wydawało.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.