Świadectwo z czerwonym paskiem

Na czym polega problem ze świadectwami z czerwonym paskiem i walką o jak najwyższą średnią? Wiele osób nie widzi niczego złego wyścigu szczurów i w wywoływaniu wrażenia, że ten jest najwięcej wart, kto zebrał najwięcej szóstek i piątek.
W komentarzach do moich wpisów wciąż pojawiają się wypowiedzi typu: „A co w tym złego, że nagradza się trud tych najlepszych uczniów? Dlaczego ktoś, kto ma średnią 5,8 nie ma być za to pochwalony na forum szkoły? Dlaczego nie ma dostać nagrody, skoro jest najlepszy? Czy mamy nagradzać leniów i nierobów za to, że się nie nauczyli?”
Chciałabym odpowiedzieć osobom, które piszą komentarze w podobnym tonie, wyjaśnić, dlaczego gonitwa za jak najwyższą średnią ocen jest szkodliwa i dlaczego zmuszania do niej uczniów jest zwyczajnie nieuczciwe i niemoralne. Duński terapeuta Jesper Juul twierdzi nawet, że jest to zwyczajne okłamywanie dzieci.
Często zdarza się, że absolwenci, którzy ukończyli szkołę z bardzo dobrymi wynikami i mogą się pochwalić świetnym świadectwem maturalnym, nie wiedzą, w którą stronę chcieliby w zyciu iść, który kierunek wybrać. Nie wiedzą, co dalej robić, bo w szkole nie odkryli swoich silnych stron. Dla mnie to porażka szkoły, bo sukcesu w życiu nie odnoszą ci, którzy w szkole mieli najwyższe oceny ze wszystkich przedmiotów, ale ci, którzy w szkole rozwinęli swoje zainteresowania i pasje! W życiu, jak mówi profesor neurobiologii Gerald Hüther, sukcesu nie odnoszą pilni „wypełniacze obowiązków” (niem. Pflichterfüller), którzy uwierzyli, że drogą do sukcesu jest robienie tego, czego oczekują od nich inni, ale ci, których napędza motywacja wewnętrzna i którzy zgłębiają interesujące ich dziedziny nie dlatego, że ktoś im kazał, ale dlatego, że tego chcą, że ich to interesuje.
Tak więc chodzi tu o zupełnie różne podejścia do nauki. Szkoła, w której największym sukcesem jest wysoka średnia ocen ze wszystkich przedmiotów stawia na motywację zewnętrzną i na sterowanie młodymi ludźmi za pomocą kar i nagród (oceny); szkoła, która za cel stawia sobie stworzenie środowiska umożliwiającego rozwój potencjału każdego ucznia, dostrzega wszystkie bez wyjątku talenty.
Żeby przekonać nieprzekonanych warto posłużyć się przykładami. Steve Jobs to człowiek, któremu trudno odmówić geniuszu. Wizjoner i twórca wytyczający nowe drogi. W szkole miał trudności, a po pierwszym półroczu rzucił uczelnię (pozostał do końca roku, bo jego rodzice zapłacili czesne, ale chodził tylko na te zajęcia, które sam sobie wybierał). Gillian Lynne genialna tancerka wciąż miała problemy w szkole, nie odrabiała zadań, nie radziła sobie z pisaniem i matematyką, wciąż przeszkadzała. Nauczyciele sugerowali rodzicom, by wysłać Gillian do szkoły specjalnej. Matka poszła z nią do psychologa, który orzekł, że to nie żadna choroba, Gillian jest urodzoną tancerką i trzeba ją posłać do szkoły baletowej. Zamiast do szkoły specjalnej mama wysłała więc córkę do szkoły tańca i problemy zmieniły się w ciąg sukcesów. Inny przykład to niemiecki noblista Tomasz Mann, któremu nauczyciel niemieckiego wciąż dawał marne oceny za prace pisemne, twierdząc przy tym „Z ciebie Mann twoja matka nigdy nie będzie mogła być dumna”. Elvisa Presleya nie przyjęto do szkolnego chóru, bo uznano, że się nie nadaje. Nauczyciele nie dostrzegli talentu przyszłych Beatlesów (Paul McCartney i George Harrison chodzili do tej samej szkoły). Doskonałym przykładem tego, jak łatwo w obecnym systemie szkoły można uznać wybitnie uzdolnionego człowieka za beznadziejny przypadek kwalifikujący się do szkoły specjalnej jest Sally Gardner, brytyjska pisarka i ilustratorka książek dla dzieci. Jako dziecko miała najcięższą postać dysleksji i mimo starań długo nie potrafiła nauczyć się czytać.
Sally Gardner tak wspomina swoje szkolne lata: „Przez całą podstawówkę sadzano mnie w ostatniej ławce z elementarzem „Janet i John mają byka” i kazano składać literki. To była najbrzydsza, najbardziej pozbawiona charakteru książka, jaką kiedykolwiek miałam w rękach. Oczywiście nie szło mi, więc nie pozwolono mi robić nic innego. Nie mogłam się uczyć matematyki, francuskiego, do którego miałam ucho, geografii, biologii – bo według nauczycieli i tak nie miało to sensu. Chodziłam więc tylko na lekcje angielskiego, historii i sztuki. I modliłam się, żeby nie umrzeć z nudów. Na szczęście mogłam rysować, więc rozwijałam się w tym kierunku, chociaż też zdarzało mi się słyszeć, że moje rysunki są do niczego, bo na przykład „niebo nie styka się z ziemią, a przecież wiadomo, że zawsze się styka”. Sally – właściwie Sarah, zmieniła imię na Sally, bo nie umiała napisać swojego – nauczyła się czytać dopiero w wieku 14 lat. Była wtedy uczennicą w szkole dla nieprzystosowanych, gdzie wylądowała po negatywnych doświadczeniach w wielu innych szkołach, publicznych, prywatnych i alternatywnych. Najgorzej wspomina dwa lata zajęć z panią psycholog, która obiecała, że „wyleczy ją z dysleksji”, co jak wiadomo jest niemożliwe, bo dysleksja to nie choroba.
Na pytanie Agnieszki Jucewicz o postawę rodziców i o to, czy wywierali na nią presję, Sally Gardner odpowiedziała: Może by wywierali, gdybym się uczyła np. średnio, ale ja zawsze byłam najgorsza, więc się nie łudzili, że zostanę kolejnym prawnikiem w rodzinie. Chociaż matka nigdy nie sądziła, że jestem głupia. Nigdy. Może dlatego w głębi duszy mimo to, co słyszałam dookoła, ja też w to nie wierzyłam. Niedługo po diagnozie mój cudowny ojczym zabrał mnie na wyścigi konne. Dał mi dziesięć szylingów, co było wtedy zawrotną sumą, i powiedział: „Sally, stawiaj, na którego chcesz, ile chcesz”. Matka była na niego wściekła, że tak szasta pieniędzmi. Całe dziesięć szylingów postawiłam na konia, który wabił się Silly Season (Głupia Pogoda). Wystartował ostatni. A potem z każdym metrem nabierał prędkości i na metę przybiegł pierwszy. Powiedziałam wtedy mamie: „Widzisz, ja jestem jak ten koń! Nigdy nie wolno tracić nadziei!”.
Mama Sally Gardenr była sędzią sądu najwyższego, a ojciec prawnikiem i posłem, być może dziewczynce udało się zachować dobry obraz samej siebie dzięki reakcjom znajomych rodziców, którzy uważali ją za osobę inteligentną i nie wierzyli, że w szkole może mieć problemy.
Przykład Sally pokazuje, że na człowieka można patrzeć przez pryzmat jego słabości i deficytów lub przez pryzmat jego silnych stron. Sally Gardner jako dziecko nie mogła nauczyć się czytać, ale miała bardzo bogate słownictwo, pięknie się wysławiała i lubiła rysować. Niestety nie pozwolono jej uczyć się francuskiego, uznając, że to w przypadku kogoś z takimi dysfunkcjami strata czasu. Można więc było traktować Sally tak, jak w szkole była traktowana przez nauczycieli i inne dzieci – jako nierokującego głupka – albo tak, jak traktowali ją rodzice i ich znajomi, jako inteligentną i zdolną osobę. Sally w końcu nauczyła się czytać, zdała maturę i ukończyła Central Saint Martins w Londynie. Z wykształcenia jest scenografką teatralną, za swoje książki, których jest autorką i ilustratorką, zdobyła wiele prestiżowych nagród. Jednak szkolnej traumy nie jest w stanie zapomnieć i udzielając wywiadów nawet po tylu latach mówi o cierpieniach, jakich z powodu swoich trudności doświadczyła. Sally była skazana na cierpienia i obelgi nie dlatego, że się nie starała, ale dlatego, że pewnych rzeczy nie była w stanie się nauczyć. Czy dziś jesteśmy w stanie przyjąć tę oczywistość, że nie wszyscy mogą nauczyć się tego, co przewidują podstawy programowe?
Sally z jednej strony miała ogromne trudności, a z drugiej wielki talent. Dlaczego nauczyciele widzieli tylko jej deficyty?
Nauczyciele Sally Gardner nie są wyjątkami. Problem w tym, że tradycyjny, pruski system edukacji każe im dostrzegać bardzo wąski zakres talentów. Wiele uzdolnień nie może się w szkole ujawnić, a więc nie może być również rozwijana. Szkoły kształcą dziś – podobnie jak w XIX wieku tak , jakby wszyscy mieli zostać profesorami uniwersyteckimi. A co z osobami, które będą kiedyś pisać piosenki, zakładać ogrody, pomagać ludziom starym i chorym, co z talentami tych, którzy zostaną fryzjerkami, mechanikami samochodowymi czy kreatorami mody? Czy ich talenty nie zasługują na to, by mogły być rozwijane w szkołach? Czy można kształcić wszystkich, w taki sam sposób i wymagać od wszystkich tego samego w takim samym czasie?
Ile uzdolnionych i rzetelnie pracujących dzieci wyszło wczoraj (zakończenie roku szkolnego) ze szkół z przeświadczeniem, że są głupie i gorsze od innych? Czy Roberta Lewandowskiego pyta ktoś o znajomość dat panowania polskich królów, czy ktoś czytając książki Sally Gardner interesuje się tym, że wciąż nie pisze poprawnie, czy świetnego chirurga ocenia się po tym, jakie ma pismo?
Dzięki badaniom neurobiologów i ich książkom wiemy dziś, że nie wszyscy są w stanie nauczyć się wszystkiego. Ale każdy ma swoje silne strony i dzięki nim może w życiu odnieść sukces. Dlatego w dobrej szkole na dzieci patrzy się przez pryzmat tego, w czym są dobre. Sukces odniosą w życiu tylko ci, którzy w siebie uwierzą. Dlatego powinniśmy przestać zachęcać młodych ludzi do zbierania samych szóstek i piątek, a skupić się na tym, by w szkole mogli odkryć i rozwijać swoje pasje i talenty. Wtedy i jako nauczyciele i jako rodzice będziemy mogli odejść od roli nadzorców, którzy wciąż muszą pokazywać marchewki lub kijki.
Rozumie to coraz więcej nauczycieli, a efekty innego podejścia widoczne są bardzo szybko. Głównie dotyczy to motywacji.
P.S.
I proszę nie piszcie komentarzy typu „Ach tak, to mamy nagradzać za to, że jakiś leń nic nie robi!” Lub: „A więc chodzi o to, żeby uczniowie się w szkole nie męczyli! Więc chwalmy wszystkich za wszystko!” Jest dokładnie odwrotnie. Postulowane patrzenie na uczniów przez pryzmat ich silnych stron, nie jest równoznaczne z chwaleniem. Tak naprawdę, to dzieci, aby się rozwijać nie potrzebują ani naszych pochwał, ani kar. Potrzebują czegoś zupełnie innego, ale to już materiał na inny wpis. W Budzących Się Szkołach chodzi nam o to, żeby nauka w szkole była efektywniejsza, a uczniowie uczyli się więcej niż dziś. Ich możliwości są naprawdę dużo większe! dziś ich często hamujemy, bo „Musisz!” zabija „Chcę.”

Informacje o Sally Gardner czerpałam z rozmowy z Agnieszką Jucewicz, która ukazała się w „Wysokich Obcasach” z dnia 15.11.2014

Comments ( 21 )
  1. Ada

    Steve Jobs to tendencyjny przykład, bo owszem, rzucił szkołę, ale najpierw się do niej dostał, a był to Oksford, a nie liceum w Pcimiu Dolnym.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Ado,

      Steve Jobs w 1972 roku ukończył szkołę średnią w Cupertino w Kalifornii, a potem przez jeden semestr studiował prawo w Reed College w Portland w stanie Oregon.

  2. Romek

    Moim zdaniem świadectwo z czerwonym paskiem nie wyklucza się z docenianiem mocnych stron dziecka, rozwijaniem jego pasji i wspieraniem w porażkach. Wszystko zależy od mądrości rodziców i nauczycieli. Artykuł zaś przeprowadza prosty podział: albo się podąża za potrzebami dziecka, albo za czerwonym paskiem. Takie podziały są z gruntu nieprawdziwe.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Romek
      To prawda, nie wyklucza się, napisałam o tym, że posiadanie świadectwa z czerwonym paskiem o niczym nie mówi. Uczeń może mieć takie świadectwo dlatego, że ma wszechstronne zainteresowania i chętnie uczy się bardzo różnych przedmiotów, ale może mieć też takie świadectwo dlatego, że ze względu na presję rodziców interesuje się głównie stopniami , nie rozwijając żadnych zainteresowań. Uważam, że to jest własnie powodem, dlaczego tak wielu uczniów po dobrze zdanej maturze, nie wie, co z sobą dalej zrobić. Tacy uczniowie – jeszcze w szkole – zanim zgłoszą się do jakiegoś zadania czy projektu, najpierw pytają, czy to będzie na ocenę. Ponieważ znam dobrze wiele szkół, wiem, która z tych postaw jest częstsza. Z mojego doświadczenia wynika też, że większość uczniów mających prawdziwe zainteresowania i pasje, skupia się bardziej na wybranych dziedzinach, bo żeby z jakiegoś przedmiotu dostać na świadectwie szóstkę, trzeba poświęcić mu naprawdę dużo czasu, a doba nie jest z gumy.

      • Ja dodam od siebie jeszcze tylko, że mam wśród bliskich znajomych wiele osób, których dzieci w tym roku zdawały maturę. Wszystkie zdały dobrze lub bardzo dobrze. Średnie ocen na świadectwie mieli bardzo wysokie. Większość z nich nie wie – dziś! – co dalej. U niektórych jest to przy tym zastanawianie się typu: „no dobrze, pójdę na Politechnikę, ale na jaki kierunek?”, a u innych: „może weterynaria? a może informatyka? już wiem! polonistyka! nie…, bez sensu, może…”
        Oczywiste, nie można, nie wolno prowadzić podziałów: ci z paskiem są przereklamowani, a to w tych bez paska tkwi potencjał. Mam jednak wrażenie, że w tekście było o czym innym.
        Proszę zwrócić uwagę na zdanie: „powinniśmy przestać zachęcać młodych ludzi do zbierania samych szóstek i piątek, a skupić się na tym, by w szkole mogli odkryć i rozwijać swoje pasje i talenty.” O to chodzi. I to jest potrzebne w życiu. Nie wiem jak pan Romek, ale ja nie znam się na wszystkim; jestem bardzo dobrym specjalistą w swojej dziedzinie, dobrze znam się na szeregu innych spraw, ale są i takie, które mnie kompletnie nie interesują. Czemu od dzieci wymagamy czegoś innego niż od siebie samych?

    • Marcin

      Wpis z którego można wywnioskować, że kilka % uczniów z czerwonym paskiem sobie w życiu nie poradzi, a Ci co rzucą szkołę zostaną kolejnym Jobsem (który wyparł się swojej córki i o którym mówi się też, że był tyranem).
      Odkrywanie talentów i czerwony pasek mogą iść ze sobą w parze.

      Czy jeżeli wszyscy piłkarze graliby tak dobrze jak Lewandowski to by mieli szansę na ten sam sukces? Nie. Muszą być też pomocnicy, obrońcy, bramkarze. Nawet w pierwszej lidze są lepsi i gorsi.

      Ilu znanych ilustratorów jest na Świecie? A ilu przeciętnych grafików? Te proporcje są zawsze takie, że na jedną wybitną jednostkę przypadają miliony przeciętnych osób którym nie brakuje pasji i miłości do tego co robią. Ale sukcesu na miarę przywołanych w tym wpisie i tak nie osiągną.

      Powyższy wpis to także nic innego jak dowód na to, że jeżeli chcesz, masz do czegoś zdolność i jest Ci coś pisane to nie ważne co mówią inni. Masz szansę to osiągnąć.

      Przywołani powyżej fryzjerzy czy mechanicy samochodowi nie muszą kończyć wspomnianego liceum. Przecież po szkole podstawowej mogą od razu kształcić się w kierunku, który ich pasjonuje.

      • Marzena Żylińska Post author

        Panie Marcinie,

        napisał Pan „Powyższy wpis to także nic innego jak dowód na to, że jeżeli chcesz, masz do czegoś zdolność i jest Ci coś pisane to nie ważne co mówią inni. Masz szansę to osiągnąć.”

        Ja myślę dokładnie odwrotnie! Takie słowa to oszustwo. Jeśli masz do czegoś zdolności, to musisz jeszcze znaleźć ludzi, którzy pozwolą ci te zdolności rozwinąć, którzy pomogą ci uwierzyć w siebie. Nasz potencjał, z jakim przychodzimy na świat to połowa sukcesu, reszta do warunki, w jakich dorastamy, czyli środowisko.

  3. Małgorzata Zienkiewicz

    Dziękuję. Przesyłam Dyrekcji szkoły mojej córki i Rodzicom. Proszę o więcej!

  4. Krystyna

    W nagradzaniu pracowitości nie ma niczego złego. jeśli miarą pracowitości nie jest stopień uzyskany w czasie sprawdzianu, który nie jest wprost od niej uzależniony… Ile osób (ze mną na czele) powinno mieć czerwone paski za pracowitość i wytrwałość podczas próby nauczenia się matematyki! Ja całe liceum przesiedziałam wiele godzin nad przedmiotami ścisłymi, porzucając literaturę, którą kochałam całym sercem, bo szkoda mi było na nią czasu… Moja mama zawsze opowiadała o mnie jako o wzorze wytrwałości, chociaż oceny z matematyki i innych przedmiotów ścisłych w cale o tym nie świadczyły… Podczas matury, a zdawałam w czasach, gdy matematyka nie była przedmiotem obowiązkowym, zaskoczyłam absolutnie wszystkich, bo gdy przez rok pozwolono mi w końcu uczyć się tego, co mnie naprawdę pasjonowało, zdałam maturę z historii, polskiego i rosyjskiego śpiewająco. Ba! Wiedza wówczas zdobyta jest ze mną do dziś. Mówię biegle po rosyjsku, nieźle orientuję się w historii i pracuję jako polonistka i lektor języka polskiego. Wystarczyło jedynie pozwolić mi uczyć się tego, co kochałam… Czas spędzony nad matematyką i innymi przedmiotami ścisłymi nie był stracony, ale było go stanowczo za dużo… Słabe efekty doprowadziły do tego, że po zdanej maturze uważałam, że się do niczego nie nadaję i nie poszłam na studia polonistyczne, tylko studiowałam pracę socjalną. Dopiero po roku się ocknęłam, nabrałam pewności siebie, poszłam na polonistykę, którą ukończyłam z dużym sukcesem. Jestem przekonana, że moja historia nie jest odosobniona, a artykuł Pani Marzeny jest tego najlepszym dowodem…

  5. Barbara

    Pracując w szkole od wielu lat jestem wpisana w system pasków i średnich. Niestety dla wielu uczniów jest to cel niemożliwy do osiągnięcia, choć osiągają niekiedy bardzo wiele. Czy nie jest sukcesem notowanie mimo dysgrafii, czytanie mimo dysleksji i słuchanie z jednoczesną walką z wewnętrznym potworem ADHD? Jak nie nagrodzić ucznia,który na pierwszych zajęciach z matematyki ostrzega mnie,że jest tak zestresowany że nigdy nie pójdzie do tablicy bo się ośmieszy. Tym wszystkim uczniom po trzech latach ciężkiej pracy (na koniec gimnazjum) zrobiłam zakładane papierowe paski na świadectwa i powiedziałam, że mają je sobie przekładać co roku na nowe cenzurki. Ich miny i wzruszenie… nikt kto tego nie widział nie jest w stanie sobie wyobrazić ogromu zadowolenia i szczęścia.

    • Aleksandra

      Pani Barbaro, to piękny pomysł. Gratuluję. Do powielenia. Dedykuję tym, którzy mówią „ja nie jestem w stanie do każdego indywisualnie” Nagradzajmy zdolnych uczniów, których świadectwa co roku „cieszą oko” – czemu nie? Ale nie zapominajmy, że wytrwałość i wiara w to, że warto, nawet mimo przeciwności, jest również wielką nauką, jaką dzieci powinny wynosić ze szkoły. Jeśli wysiłek jest zauważany, prawdopodobieństwo zniechęcenia jest dużo mniejsze. A to już obrzymi krok do tego, żeby ten wysiłek w pewnym momencie przyniósł owoce.

    • Marzena Żylińska Post author

      Tak, świetny pomysł! Dzieci / uczniów, którzy dają się siebie wszystko i robią ogromne postępy, jest naprawdę dużo. Mimo niesamowitej pracy takie dzieci w tradycyjnym modelu szkoły nigdy nie dorównają tym, którym nauka przychodzi z łatwością. Jak one się czują, wiedząc, że ich trud nigdy nie zostanie doceniony i nagrodzony? Nauczyciele, którzy wbrew ogólnym zwyczajom, wręczają nagrody również uczniom, którzy, pracują i robią ogromne postępy, ale nie mają wysokiej średniej, wiedzą, jak bardzo motywuje je to do dalszej pracy. Jak człowiek choć raz zobaczy rozradowane oczy takiego dziecka, … I dlatego trzeba zrobić wszystko, mówić, tłumaczyć, przekonywać, by zmienić podejście do szkolnych sukcesów dzieci.

    • weridiana

      Wspaniały pomysł! Wzruszyłam się Pani postem, naprawdę. Cudownie jest spotkać na swojej drodze takiego nauczyciela.

  6. Aleksandra

    A gdzie w tym wszystkim dziecko? Warto o nim nie zapomnieć. Zwłaszcza kiedy rozpoczyna się nowy etap edukacji. Pamiętajmy, że spełnione w dorosłości dziecko rzadko ma coś wspólnego z czerwonym paskiem na świadectwie. Co z tego, że całe życie szkolne dostaje się świadectwo z czerwonym paskiem. A gdyby nie poświęcać tyle czasu na wkuwanie wiadomości z zupełnie nieinteresujących przedmiotów, być może teraz miałoby się większą wiedzę z tego co faktycznie nas pociągało. A na pewno miałoby się lepsze wspomnienia ze szkoły.

  7. JolKa

    W ostatnim czasie wszyscy krytykują czerwone paski na świadectwie, domagaja sie nagradzania uczniów słabszych, spotkałam się nawet z opinią, że nagrody powinny otrzymywać dzieci, ktore się starały, ale niestety nie udało im się zodbyć wymarzonego paska, a dla tych najlpeszych nagrodą samą w sobie jest przecież ocena. Jak dla mnie to największa bzdura jaką kiedykowiek w życiu usłyszałam, bo miałoby to chyba znaczyc że świetnie uczacy się 12 latek posiada inne uczucia niż ten uczacy się slabiej, i z tego powodu nie cieszy sie z nagrody? (premiami w pracy też tak ludzie szastaja i oddają je tym, ktorzy na nie nie zparacowali?) Ludzie, gadacie o wyścigu szczurów, zachwycacie się Jobsem, ktory rzucił szkołę, ale nie przyszło wam do glowy, ze gdyby Religa rzucił szkołę czy studia, nie uratowałby wielu serc. Nie zgodze się z opinią, że większość dobrze uczacych się dzieci nie ma planu na przyszłość – to bzdura. Znam masę bardzo dobrych uczniów, którzy mają już plan na życie, wśród takich dzieci jest mój syn, ktory w tym roku skończył gimnazjum. Moje dziecko od najmłodszych lat marzy aby być lekarzem – jak ma to osiągnąć bez bardzo dobrych wyników w nauce? Ma być średniakiem? Sorry, ale jak będzie średniakiem w szkole to nie zostanie nawet średnim lekarzem, bo ze średnimi wynikami nie dostanie się na studia. Jeszcze – jak bedzie bardzo dobry może liczyć też na stypendium, ktore pomoze mu studiach. I w tym miejscu musze podkreślić, ze nigdy nie cisnęłam swojego syna. To jego marzenie i jego praca, a że i ja przy okazji rozdania nagód mogę być dumna, to taki produkt uboczny jego bardzo ciężkiej pracy. Inna rzecz – wielu z tych dobrze uczących się nie osiąga i tak sukcesu zyciowego – czyli, ze co? Dzieciak ma sobie z góry założyć, że mu się nie uda i olać naukę? Myslę sobie, ze cała ta propaganda i nagonka na czerwone paski na świadectwach jest wyprodukowana i nakręcana przez rozczarowanych rodziców, ktorych dzieci zakończyły rok szkolny bez nagrody. Obecnie, gdy wiele uczelni produkuje masowo magistrów i można nim zostać tylko opłacajac czesne, wybitne jednostki powinny być w cenie, czyż nie? Ale taka Polska przykra przypadłość, ze jak ktoś jest lepszy od nas to za wszelką ceną próbujemy go sciagnąć do naszego poziomu. Przykre to, ze szczycimy się dokonanimi polskich naukowców, przy jednoczesnym ściąganiu w dół ich ewentualnych następców. Smutne.

  8. Laura

    Witam, Pani Marzeno, ja tak trochę z innej beczki. Czy mogłabym napisac do Pani na prywatny adres e-mail. Mam kilka pytań, a że raczej nie dotyczą one tematyki „czerwonego paska” nie wypada mi tutaj pytać.
    Pozdrawiam serdecznie Laura

  9. Pies

    Ach tak, to mamy nagradzać za to, że jakiś leń nic nie robi!

    • Marzena Żylińska Post author

      Dziś tak się niestety często zdarza. jakiś leń odpisze pracę, albo ściągnie ją z internetu i dostaje piękną ocenę. Jeśli celem są stopnie i nagrody, to takie postępowanie jest nawet logiczne. Więc chodzi o to, żeby uczniowie w szkole naprawdę intensywnie pracowali. Dzisiejszy poziom maturzystów trudno uznać za wysoki. Proszę się wczytać w to, co napisałam, a na pewno Pan zrozumie 🙂

  10. Kot

    „A więc chodzi o to, żeby uczniowie się w szkole nie męczyli! Więc chwalmy wszystkich za wszystko!

    • Marzena Żylińska Post author

      Dokładnie odwrotnie. Chodzi o to, żeby każdy dawał z siebie tyle, ile może. To dziś uczą się na pół gwizdka i nie wykorzystują swojego potencjału. Nauka dla stopni prowadzi właśnie do tego, że np. wielu oszukuje, odpisuje, ściąga coś z internetu. Reasumując, chodzi właśnie o to, by nauka w szkole była efektywniejsza i żeby wiedzieli, że nie uczą się dla stopni. Ale człowiek mamiony karami i nagrodami przestaje rozumieć, że robi to dla siebie.

  11. Anna

    Kompromis jest wskazany. Doceńmy starania uczniów czerwonym paskiem na świadectwie, bo sam pasek i wyróżnienie dziecka jest pozytywne, ale inaczej stawiajmy kryteria i wymagania na czerwony pasek. Dlaczego tylko średnia zwykła się liczy z wszystkich przedmiotów. A może niech się liczy średnia ważona, odpowiednie wagi za przedmioty w których dziecko ma talent… Zwróćcie uwagę, że niektóre szkoły coś w tym rodzaju stosują już dziś np. wobec przedmiotów typu wf, plastyka, muzyka, technika, zajecia komputerowe. Przedmioty których nie można wyryć na blachę, przedmioty do których trzeba mieć smykałkę, talent są traktowane przez szkoły w dwojaki sposób. Najczęściej jest tak, że uważa się iż z tych przedmiotów dobry uczeń (z matmy, polskiego itp. przedmiotów konkretnych) powinien mieć z zasady, z założenia conajmniej 5 a najlepiej 6 aby podnieśc sobie średnią na świadectwie. Krzywdzi to tych uczniów naprawdę zdolnych i z talentem muzycznym, plastycznym czy piłkarskim. Część szkól podchodzi inaczej i nauczyciele stawiają 5 i 6 z tych przedmiotów tylko tym, którzy są najlepsi z tych przedmiotów na tle klasy. Czyli nie ważne czy przerobisz materiał, jeśli w klasie jest dwóch czy trzech uczniów grających w szkole muzycznej to oni mają tylko 6 z muzyki, jeśli w klasie jest dwóch piłkarzy, lekkoatleta i akrobatka to oni mają z wf 6 itp. Sprawiedliwe ? No nie wiem. Może i tak, ale oficjalne to podejście nie jest, raczej taka partyzantka nauczycieli. A gdyby średnia do paska była oficjalnie liczona jako średnia ważona, gdzie waga przedmiotu byłaby ustalana indywidualnie dla każdego ucznia, tzn dla sportowca waga najwyższa byłaby za WF, dla muzyka za muzykę, dla plastyka za plastykę itp. Wtedy uczniowie bardziej matematyczni czy humanistyczni czy artystyczni zrównali by się ze sobą. Na na świadectwo z czerownym paskiem mieliby szansę różni uczniowie z róznym typem uzdolnień. Są w szkołach psycholodzy, mogą przecież wagę przedmiotu ustalić każdemu uczniowi dla każdego przedmiotu. Coś tak jak jest w systemie studenta wolnego słuchacza, czy studiów wielopoziomowych, czy wieloetapowych, połączonych itp. Student wybiera wydział, kierunek jaki go interesuje, wybiera przedmioty podstawowe i przedmioty dodatkowe. Ktoś kto jest na tym samym kierunku studiów co inny słuchacz, nie musi uczyć się zestawu tych samych przedmiotów, tylko sobie wybiera najlepsze pod siebie. W podstawówce dzieci muszą uczyć się wszystkiego, bo to początek edukacji, ale można im postawić dopasowane do ich uzdolnień i predyspozycji przedmioty i wagi tych przedmiotów. Tylko ktoś musi wpaść na taki pomysł, na jaki ja matka 10 letniego chłopca wpadłam ze dwa lata temu. Mój syn jest sportowcem bo trenuje wyczynowo i lubi też matematykę, informatykę, muzykę, plastykę i WF oczywiście. Czy jest uzdolniony ? Tak. A czy będzie miał czerwony pasek…to niestety pokarze średnia zwykła z wszystkich przedmiotów.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.