System testocentryczny – część II.

Szkoła i życie

 

Druga część tekstu o systemie testocentrycznym miała wyglądać zupełnie inaczej. Tekst napisałam już jakiś czas temu i podzieliłam go na dwie części. W zaszłym tygodniu opublikowałam pierwszą, w tym chciałam wstawić drugą. Taki był plan, który powstał może 10 dni temu. Ale życie dopisało dziś inny ciąg dalszy, którego w żaden sposób nie mogłam ani przewidzieć, ani tym bardziej zaplanować. Dlatego zmieniłam decyzję. W moim blogu jest to możliwe, w szkole nie. W tym miejscu dochodzimy do istoty obecnego systemu edukacynego, który nazywam testocentrycznym, a którego istotą jest brak elastyczności. Jego logika wymaga z jednej strony tworzenia długofalowych planów, a z drugiej kontrolowania terminowości ich wykonania. To skutecznie odgradza szkołę od realnego życia, a nauczyciele na swoich lekcjach nie mogą wykorzystać nawet najbardziej poruszających czy spektakularnych wydarzeń. Konieczność realizacji planów, które powstają jeszcze w sierpniu skutecznie oddziela szkołę od życia. Lekcje wiedzy o świecie (czy nie powinno być takiego interdyscyplinarnego „przedmiotu”?) mogłyby tętnić życiem i wibrować emocjami. Powinny uczyć, że rzeczywistość rzadko kiedy jest czarno-biała, że życie w swoim bogactwie i złożoności wymyka się wszelkim definicjom i podręcznikowym opisom. Drogą do zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas, są prawdziwe dyskusje i spory, a nie klepanie wyuczonych na pamięć formułek i ćwiczenie się w udzielaniu najbardziej schematycznych odpowiedzi na testach. Stosowane dziś u nas testy oparte na zero-jedynkowym kluczu, siłą rzeczy muszą upraszczać złożone problemy. To właśnie jeden z przejawów działania ukrytego planu szkoły, który w określony sposób formatuje młode umysły ucząc, że świat jest prosty, a na każde pytanie jest jedna dobra odpowiedź. Gdy tak wychowywani ludzie dorosną, dalej chcą prostych wykładni i czarno-białych dychotomii. Chcą wiedzieć, kto jest dobry, a kto zły i który kraj jest demokratycznych. Ale prostych odpowiedzi na tak postawione pytania, w dzisiejszym świeci – poza podręcznikami – już nie ma. Jakiej odpowiedzi powinien udzielić na teście myślący, dobrze wykształcony człowiek, na pytanie o to, czy Stany Zjednoczone i Rosja to kraje demokratyczne i praworządne? Prawda to czy fałsz?

Dwa dni temu Władimir Putin ogłosił, że podpisał dekret o ułaskawieniu Michaiła Chodorkowskiego, a dziś o 13.00 najbardziej znany rosyjski więzień polityczny wystąpił na konferencji prasowej w Berlinie. To co i jak mówił, pozbawia człowieka wszelkich złudzeń i wiele mówi o świecie, w którym żyjemy. Chciaż Chodorkowski odpowiadał na pytania dziennikarzy z całego świata, to po jego wystąpieniu pytań jest więcej niż odpowiedzi.

 

Gdybym uczyła w szkole przedmiotu określanego jako wiedza o społeczeństwie (ale można to niewątpliwie zrobić również na innych przedmiotach), nie patrząc na rozkład materiału, poruszyłabym temat Michaiła Chodorkowskiego, bo jego historia więcej mówi o obecnych systemach politycznych niż wszystkie podręczniki do tego przedmiotu razem wzięte. O czym byśmy dyskutowali?

O demokracji i zasadach obowiazujacych w praworządnych państwach, a szczególnie o demokracji w XXI w. Chciałabym, żeby moi uczniowie sami odpowiedzieli na pytanie, czy dzisiejsza Rosja jest krajem demokratycznym. Przy okazji można by omówić zasady demokratycznego porządku, np. trójpodział władzy (kto zdecydował o aresztowaniu i uwolnieniu Chodorkowskiego, członkiń zespołu Pussy Riot czy ekologów broniących Arktyki?).

Jak nazywa się porządek, w którym o wszystkim decyduje jeden człowiek?

Przypadek Chodorkowskiego doskonale pokazuje też, czym jest banicja. Chodorkowski prosto z więzienia w środku nocy został przewieziony na lotnisko i wsadzony do samolotu lecącego do Niemiec. Kiedyś w ten sposób NRD  pozbywała się swoich niewygodnych obywateli. Gdy ja chodziłam do szkoły o banicji mówiło się tylko w kontekstach historycznych. Czy słusznie? Czy dziś istnieje oficjalnie banicja? Jakie kraje stosują dziś ten rodzaj karania ludzi?

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach, w których coraz trudniej odzielić dobro od zła. Azylu Edwardowi Snowdenowi udzieliła właśnie Rosja, podczas gdy wszystkie kraje Europy Zachodniej odmówiły mu pomocy. Cały czas grozi mu deportacja do USA, gdzie nie może liczyć na uczciwy proces. Czy Stany Zjednoczone mogą mienić się obrońcą demokracji, jeśli w taki sposób traktują swoich obywateli?

Przypadek Edwarda Snowdena wywołał w Niemczech falę dyskusji i liczne pytania o to, czy niemiecka konstytucja jeszcze obowiązuje. Bo skoro jest w niej zapis o prawie do tajemnicy korespondencji a niemieckie służby wiedziały o tym, że podsłuchiwana jest nawet Angela Merkel i nic z tym nie zrobiły, to znaczy, że ten zapis konstytucji już nie obowiązuje. A jeśli nie obowiązuje ten, to może ignorowane są i inne. U nas takich dyskusji nie słyszałam, w Niemczech problem rozgrzewał ludzi do czerwoności.

Czy demokracja ma XXI w. jakiekolwiek szanse? Czy Edward Snowden jest zdrajcą czy bohaterem? Czy dziś można skazywać ludzi na banicję? Czy można kupować kraje uniemożliwiając im wybranie własnej drogi rozwoju? Jak powinno się traktować polityków pozbawionych jakichkolwiek zasad moralnych? Czy Putin jest takim politykiem? Jakie są skutki jego sojuszu z prawosławną cerkwią? Co ciekawe, Chodorkowski na pytanie, czy może wybaczyć Putinowi, odpowiedział, że jednak pewnych zasad się trzymał, bo jego rodzina przez te dziesięć lat, które spędził w kolonii karnej, była bezpieczna. A więc jednak Rosja to cywilizowany kraj?

 

W jaki sposób mówi się dziś o demokracji w szkole? Czy standardowe regułki mają jeszcze jakikolwiek sens, czy mówią coś o dzisiejszym świecie? Czy pomagają zrozumieć dzisiejszy świat, czy przekazują tak uproszczony, że już nieprawdziwy jego obraz?  Podczas gdy w szkole realizuje się zaplanowane wcześniej tematy, życie pisze wstrząsające, pełne emocji scenariusze. Nic nie jest czarno-białe, nic nie jest proste lub oczywiste. Większość polskich uczniów szkół ponadgimnazjalnych deklaruje, że w szkole się nudzi. Taki jest skutek sztywnego planowania pracy, które skutecznie rozdziela szkołę od życia. A szkoła pozbawiona życia traci moc budzenia fascynacji. Pośród fascynujących, poruszających a nawet wstrząsających wydarzeń, stworzyliśmy nudną wyspę – szkołę. Tu wszystko jest przewidywalne, tu królują suche i beznamiętne formułki, opisy i definicje, których trzeba wyuczyć się na pamięć, ale które nie przygotowują do życia, a jedynie do zaznaczania w testach poprawnych odpowiedzi. Przygotowanie do życia musi wyglądać inaczej i musi uwzględniać to, co dzieje się wokół nas. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy krytycznie myślących ludzi. Tradycyjne podziały już nie obowiązują, dawne dychotomie nie oddają złożoności obecnego świata, coraz trudniej oddzielić czarne od białego. Szkoła musi się zmienić również dlatego, by przygotować młodych ludzi do funkcjonowania w takim „trudniejszym” świecie, w którym manipulowanie opinią publiczną jest codzienną praktyką. Wychować światłych, samodzielnie i krytycznie myślących obywateli, mogą jedynie samodzielnie i krytycznie myślący nauczyciele. W systemie testocentrycznym takie wartości nie są w cenie, bo tu wciąż jeszcze rządzi zero-jedynkowy klucz z jedynie słusznymi odpowiedziami. W ten sposób formatuje się ludzi, którymi łatwiej rządzić. Ale podobno od przyszłego roku na maturze z języka polskiego wolno już będzie myśleć 🙂

 

Posłuchajcie, co o szkole mówi ten młody człowiek! On skutecznie oddzielił szkołę od edukacji? Czy słusznie?

http://www.youtube.com/watch?v=1oRVgBu6v6A

 

Wszystkim życzę dobrych i spokojnych Świąt!

Może w 2014 roku uda nam się rozbić ten betonowy mur, który tak skutecznie odzielił szkołę od życia? Tego nam wszystkim życzę 🙂

 

Informacja dla osób zainteresowanych moją ostatnią książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić również przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

Comments ( 0 )
  1. Sylwia Ligocka

    Pani Marzeno,
    dziękuję za link, skłonił mnie do refleksji. Szkoła ma poszerzać horyzonty, a staje się wbijaniem odpowiedzi w klucz i za każde wbicie jest punkt.
    Każde dziecko ma prawo do sukcesu…

  2. Poznałem nauczyciela, który uczniom mówi tak: będę przygotowywać was do egzaminów, a prócz tego, dodatkowo będę z wami poszukiwać prawdy.

  3. Skutki systemu testocentrycznego sięgają daleko i głęboko.
    Szkoła testocentryczna szkodzi nie tylko uczniom, ale także nauczycielom. Hamuje i zamyka ich ciekawość, inicjatywę i odwagę . Wielu nauczycieli traci swój początkowy impet. Jednym z objawów testomanii jest niechęć nauczycieli i dyrektorów do rozmawiania z uczniami, rodzicami i … kolegami. Rozmawianie jest najważniejszą czynnością człowieka. Unikanie rozmawiania degeneruje relacje międzyludzkie.
    My nie potrafimy rozmawiać, bo przeszliśmy kilka katastrof cywilizacyjnych. Polska szkoła przeszkadza w tworzeniu właściwych relacji, jest źródłem ich degeneracji.

  4. Nie za bardzo wierzę w zmierzch tego systemu. Czytałam dwa duże teksty – świąteczne publikacje dziennikarzy – analizujące sytuację w oświacie. I niby wszędzie mowa o potrzebie zmian, nawet na zasadzie zaorać i budować od nowa.

    I być może nawet byłoby z kim – nieoceniona jest tu inspirująca obecność szkół prywatnych, społecznych, autorskich. Ale czy jest dla kogo?
    Smutną lekturą była dla mnie wątek na pewnym przywoływanym już tu forum rodzicielskim. Są rodzice, którzy oczekują nauki pod testy, ćwiczeń w ich wypełnianiu, ba – w domu organizują próbne sprawdziany ze stoperem! (cytat: Moje dziecko pisze raz w mcu w ramach dodatkowych lekcji (co tydzień mają dodatkowy polski i matematykę ze swoimi nauczycielami przedmiotowymi). Wyniki różne. Wydrukowałam testy z lat poprzednich i Młody pisze raz w tyg w domu, z mierzeniem czasu itd. Poza tym jakość nauczania w szkole jest wystarczająca. )
    Szkoły odpowiadają tylko na to zapotrzebowanie (cytat: U nas dzieci mają raz w tygodniu jedną dodatkową godzinę pt.testy.Na tej właśnie godzinie rozwiązują testy z lat ubiegłych, jednego miesiąca tylko części atematyczne z matematyczką, drugiego tylko treści polonistyczne z polonistką,potem części przyrodnicze z panią od przyrody itd.)

    A media dodatkowo nakręcają rankingi, porównywanie średnich egzaminów i EWD (o tym pisał prof. Śliwerski na swoim blogu.

  5. Waldemar Zabielski

    Wszystko wskazuje na to, że “testocentryzm” może być zarówno dominującą cechą systemu edukacji, jak i zjawiskiem natury psychospołecznej.
    W pierwszym przypadku, mielibyśmy do czynienia z testocentryzmem systemowym, który polegałby na urzędowym przypisywaniu testom roli głównego kryterium oceniania uczniów, nauczycieli i szkół w systemie edukacji.
    W drugim przypadku, mielibyśmy do czynienia z testocentryzmem kulturowym, który polegałby na dominacji w społeczeństwie systemu wartości, w którym rzeczywista wiedza i umiejętności liczą się mniej, niż umiejętności zdawania testów.

    Testocentryzm jako narzędzie systemowe jest rozwiązaniem tańszym i efektywniejszym od innych dostępnych alternatyw, głównie z uwagi na swoją kompatybilność z najnowszymi technologiami, a zwłaszcza z komputeryzacją. Jakość systemu edukacji nie zależy wówczas od tego, czy system jest testocentryczny, czy nie, a raczej od jakości samych testów. Niskiej jakości systemy edukacji są zbudowane wokół niskiej jakości testów i vice versa, na lepszej jakości testach można zbudować lepszy system edukacji.

    Pytanie jakie są alternatywy dla testosystemu? Wszyscy wiemy, że od mierzenia trawa nie urośnie, ale z kolei trawa, której nikt nie mierzy ma tendencję do zarastania chwastami. Skoro nikt nie “mierzy”, to jaki jest sens pielęgnowania takiej trawy?

  6. Robert Raczyński

    Mnie się wydaje, że popadamy w skrajności. Podobnie jak Waldemar, uważam, że to nie tyle sama idea testu jest zła, ile jego wykorzystanie. Ludzie zapominają, do czego testy mogą służyć i traktują je jako proste narzędzie statystyczne. Zidiocenie powodowane terrorem „rosnących i malejących słupków” zatacza coraz szersze kręgi. Oczywiste jest, że dla „urzędników państwowych” narzędzia pracy stały się jej celem, a dla nauczycieli pozostaną jedną z form działania, komunikacji. Dla uczniów, testy (sprawdziany w ogóle) przestały być techniką zdobywania wiedzy, a zyskały status rytuału opartego po części na myśleniu magicznym (konieczność stosowania obrzędów-algorytmów, wstrzelenia się w oczekiwania obiektu kultu, który mógłby nie przyjąć ofiary wypełnionej niewłaściwym tuszem, lewą ręką, zakodowanej w niewłaściwej kratce). Do dziś pamiętam uczennicę, która na egzaminie gimnazjalnym, jak w ataku manii prześladowczej, wielokrotnie, przez długie minuty sprawdzała układ zaznaczonych na karcie odpowiedzi kratek, które nie chciały ułożyć się w „ładny?” wzór. Jak w każdym rytuale, forma zaciera i wypiera treść. Dużo ważniejsze od sedna wypowiedzi stają się właściwa inkantacja (ilość słów, odliczenie akapitów) i zaklęcia (słowa klucze). Ta paranoja skutkuje paradoksem: uczeń dobrze wykonuje test (rytuał), np. zaznacza, że Gutenberg był złotnikiem, ale nie kojarzy go z drukiem (treść). Przykład zaczerpnąłem z testu z historii dla klasy VI. Jak na łacińskiej mszy we wczesnym średniowieczu, treść jest nieważna, liczy się uczestnictwo.
    Tymczasem test to nie tylko diagnostyka i nie wylewałbym go z kąpielą. Z testów korzystam często, ale eliminuję te, które obrażają ludzką inteligencję i promują zachowania rytualne. Niestety oznacza to dużo dodatkowej pracy, bo „gotowce” najczęściej nagradzają odruchy i bezrefleksyjność. Przykładem błędnego koła testomanii w edukacji jest jej walka z problemem, który sama wytworzyła. Tzw. „czytanie ze zrozumieniem” jest już w gimnazjum traktowane jak oksymoron. Dochodzi do tego, że każdy test poprzedzany jest pogadanką mającą od nowa uwrażliwić indoktrynowane automaty, którym kilkukrotnie przypomina się w trakcie odprawiania rytuału o konieczności przeczytania poleceń, na niuanse słowa pisanego. Dużo lepiej byłoby, gdyby sam test wymuszał jego czytanie. Niestety, konsekwentne traktowanie ludzi jak, pardon le mot, przygłupów, tylko dlatego, że są młodsi i wolą inne kanały komunikacji, przyniosło już efekty, których odwrócenie (jeżeli w ogóle) zajmie dziesięciolecia.
    Moje doświadczenie wskazuje, że testy świetnie się sprawdzają jako narzędzie wspomagające reading comprehension. Wystarczy właściwy, ale z założenia dość wysoki stopień trudności i odpowiednia konstrukcja. Pisanie takiego testu nie służy jedynie karaniu za błędy, ale, przede wszystkim, objaśnianiu mechanizmów ich powstawania. Na ogół pozwalam na wstępne przygotowanie tekstu i korzystanie ze wszelkich źródeł (włączając internet). Poza tym większość potrzebnych informacji, uczeń znajduje w samym teście. Ku swojemu zdumieniu, uczniowie odkrywają, że nie wystarczy „wykuć” słówka i wybierać losowo odpowiedzi. Nie wystarcza również odnalezienie w tekście odpowiedniego passusu, trzeba go jeszcze rozumieć – internalizacji tekstu służy prosty zabieg: należy zaznaczyć odpowiedź nieprawdziwą. Wymaga to koncentracji i zaangażowania, ale przynosi efekty. Gra jest warta świeczki nawet jeśli nie wszyscy uczniowie są „do uratowania”. Trzeba tylko chcieć uczyć, a nie realizować podstawę programową…

    • Marzena Żylińska Post author

      Robert,
      w testocentryzmie nie chodzi o to, że testy same w sobie są złe (testy są różne, ale te dobre są drogie). Używam tego pojęcia, bo moim zdaniem dobrze oddaje istotę obecnego zbiurokratyzowanego i odhumanizowanego systemu, w którym wszystkim myślącym ludziom (uczniom, nauczycielom i dyrektorom) jest coraz ciężej funkcjonować. Sam o tym piszesz: terror słupków, sztywnych planów, rytuały, narzędzie stało się celem nauczania, uczniowie zmieniają się w bezmyślne automaty.
      Forma przerosła treść. Słupki i góry produkowanych przez szkoły dokumentów, … no nie o to chyba chodziło.

      @ Grażka

      Tak, niestety zapotrzebowanie na złą szkołę jest u nas ogromne. To dotyczy również rodziców. A ja jednak mam nadzieję, że coś się zmieni! 15 lutego będę mieć wykład w Łodzi, ale na temat języków obcych.

      @ Waldek

      Ja mojego trawnika nie mierzę, ale obserwując go widzę, jakich potrzebuje zabiegów. Nie mierzę, ale podlewam, wyrywam mniszka, nawożę itd.
      Testowanie rzecz jasna nie jest metodą uczenia się, a służy pomiarowi dydaktycznemu. W Szwecji przez kilka pierwszych lat uczniowie nie są oceniani. Czy oni się wtedy nie uczą?

      Masz rację, wskazując na jakość testów. Te dobre są bardzo drogie, te złe opierają się za zamkniętych zadaniach wielokrotnego wyboru. Przygotowanie do nich to tresura oduczająca myślenia.
      Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, po co chcemy uczniów testować. W przypadku matury odpowiedź jest oczywista. Ale po co testować wszystkich w szkole podstawowej?
      Myślisz, że bez tego nikt by się nie uczył? Naprawdę tak myślisz?

      @ Sylwia
      Dobrze powiedziane 🙂

      @ Wiesław

      Bardzo dobre pytanie! Może uczniów trzeba formatować? Bo dokąd to byśmy doszli, gdyby wszyscy krytycznie myśleli i chcieli mieć wpływ na świat, w którym żyją?

      • Waldemar Zabielski

        @ Marzena
        „Ja mojego trawnika nie mierzę, ale obserwując go widzę, jakich potrzebuje zabiegów.”
        To, co robisz ze swoim trawnikiem („obserwując go widzę”) podpada pod moją definicję „mierzenia” i „oceniania”.

        Mierzyć i oceniać można różne własności trawy. Można centymetrem zmierzyć wysokość trawy i na tej podstawie ocenić jakość trawnika. Można też zmierzyć ile wody potrzebnej do utrzymania trawnika i czas na pielęgnację i ocenić jakość trawnika na podstawie wysokości kosztów utrzymania. Można też laboratoryjnie zmierzyć i ocenić odcień zieleni trawy i jej wpływ na jakość życia, np. nastrój i samopoczucie człowieka.
        Twoja obserwacja trawnika, jakich potrzebuje zabiegów, jest też formą mierzenia i oceniania.
        Krótko mówiąc, pojęcie mierzenia i oceniania jest o wiele szersze nż mierzenie centymetrem i ocena pod kątem długości.

        Wszystko to odnosi się jak najbardziej do oceniania w systemie edukacji. Np. obserwowanie i pielęgnowanie trawnika na bieżąco przypomina „ocenianie kształtujące”, ang. „formative assessment” („kształtujące” jest lepszym tłumaczeniem niż „formatywne”).
        We współczesnej teorii i praktyce oceniania w edukacji, „testowanie” jest tylko jednym z elementów szerszego pojęcia oceniania. Celem oceniania jest, podobnie jak w przypadku pielęgnacji trawnika, dowiedzieć się jakich uczeń potrzebuje zabiegów. Tego nie da się oczywiście zrobić poprzez zmierzenie centymetrem wysokości trawy.

        Problem z dobrą jakością testów nie polega moim zdaniem na tym, że one są drogie w sensie finansowym, bo to zakłada, że każdy, kto ma pieniądze mógłby je sobie kupić i zastosować i problem byłby rozwiązany. Niestety, kupić i gotowe zastosować dadzą się skutecznie jedynie te uproszczone, skonstruowane według jednej miarki testy.

        • Marzena Żylińska Post author

          Masz rację Waldku,
          wskazując na problem jakości testów. Ja uważam, że te zamknięte, oparte na zero-jedynkowym kluczu są znacznie tańsze, ale powodują ogromne szkody w mózgach uczniów, bo uczą uproszczonego sposobu postrzegania świata, oduczają myślenia i niszczą wszelką kreatywność. System oparty na wystandaryzowanych testach musi niszczyć kreatywność.
          Uważam też, że testy, które mają dostarczać informacji zwrotnej, nie mogą być przeprowdzane na koniec danego etapu edukacyjnego. Co uczniom klas I-III daje OBUT? Gdyby to badanie zostało przeprowadzone w połowie II klasy, to nauczycielki mogłyby jeszcze coś poprawić, ale pod koniec klasy III jest to już tylko opinia, „ty jesteś dobry, a ty słaba”. Po co komu wiedza o tym, że Kasia lepiej rozwiązuje testy od Beatki?
          Warto by podyskutować, jakie powinny być dobre testy, jakie powinny spełniać kryteria i KIEDY je przeprowadzać, by ta diagnoza mogła pomóc nauczycielom. W dziesiejszym systemie i tak nie ma to sensu, bo jeśli test przeprowadzony w połowie II kl. pokazałby pewne luki, to i tak nauczyciel nie mógłby do tego materiału wrócić, bo plan pracy musiał napisac przed rozpoczęciem roku szkolnego, a przecież nie można przewidzieć trudności. W sytemie testocentrycznym, charakteryzującym się sztywnym planowaniem, na dobre testy diagnostyczne nie ma miejsca.

          @ Robert

          A mnie się marzy szkoła bez fikcji. Można by zacząć od tego, że nauczyciele mówią do uczniów tak: „Nie mogę Cię zmusić do nauki i nie chcę tego robić, ale bardzo bym chciał, żebyś się zaangażował, dlatego staram się robić ciekawe lekcje. …… „

          • Robert Raczyński

            Dobrze wiem i rozumiem, o co Ci chodzi. Nie znoszę tej ustawicznej gry pozorów. Jednak marzyć można o wielu rzeczach, ale prawdopodobieństwo spełnienia tych marzeń to już inna sprawa. Pomijając sztuczność samej rzeczywistości szkolnej, takie marzenia mogą być spełnialne jedynie w sytuacji pełnej jawności celów. A przecież nikt otwarcie nie przyzna, że chodzi mu o gładkie funkcjonowanie instytucji, a nie „dobro ucznia” (cokolwiek to jest). Nikt też nie oznajmi zainteresowanym, że np. jego podstawowym celem nie jest nauczenie kogoś języka, lecz realizacja podstawy programowej, czyt. takie skonfigurowanie wytycznych, żeby ten ktoś uczył się lat 12 i co roku budził się w bezpiecznym punkcie wyjścia. Trudno sobie także wyobrazić nauczyciela, który przyzna, że uczy tylko tych, których uczyć może.
            Gwarantuję Ci, że deklaracja, którą złożyłaś w ostatnim zdaniu bywa różnie odczytywana w zależności od dobrej woli i stopnia świadomości słuchającego. Równie dobrze może być odbierana w sensie: „Jestem bezsilna i nie mam narzędzi by nakłonić Cię do pracy, nie chce mi się walczyć z wiatrakami, więc liczę na cud przezwyciężenia Twojej bierności przy pomocy wszelkich sztuczek jakie mam w repertuarze (choć zdaję sobie sprawę, że, siłą rzeczy, interesujące będą dla nielicznych).” Zakładanie dobrej woli wszystkich uczestników procesu edukacji to też składowa szkolnej fikcji.

          • Waldemar Zabielski

            Zgadzam się, że “Warto by podyskutować, jakie powinny być dobre testy, jakie powinny spełniać kryteria i KIEDY je przeprowadzać, by ta diagnoza mogła pomóc nauczycielom.”
            Dodałbym tylko, by ta diagnoza mogła pomóc nauczycielom… i uczniom.
            Z mojego podwórka, moja klasa dziewiąta (klasy do matury liczymy od 1 do 12, żeby zachować ciągłość), będzie zdawała równoważnik egzaminu gimnazjalnego. Uczę ich w 10% pod ten egzamin, ponieważ ocena końcowa ma komponent 10% pochodzący z oceny egzaminu gimnazjalnego, mimo, że oficjalnie nie jest to na ocenę. Podręcznik zawiera przykłady zadań w formacie typowym dla zadań z tego egzaminu. Uczę więc częściowo pod ten test (10%). Zakładając, że test jest dobrej jakości, zawiera zadania zamknięte i otwarte, opracowany jest przez specjalistów lepszych niż ja, skromny nauczyciel, nie jest to złe rozwiązanie. Głowną zaletą jest to, że uczeń korzysta z tego przed faktem (zadania wykorzystane do oceniania diagnostycznego i kształtującego), a nie po fakcie otrzymania końcowej oceny. Być może, częściowo, jest to dpowiedź na Twoje wątpliwości, po co te testy, co ma z tego uczeń?

          • Marzena Żylińska Post author

            @ Waldek

            Napisałeś: „Uczę ich w 10% pod ten egzamin, ponieważ ocena końcowa ma komponent 10% pochodzący z oceny egzaminu gimnazjalnego, mimo, że oficjalnie nie jest to na ocenę.”

            Co to znaczy, że uczysz „pod ten egzamin”? Czym różni się normalne uczenie matematyki od uczenia pod ten konkretny test? Czy uważasz, że fakt, iż Twoi uczniowie będą pisać test wpływa na sposób, w jaki uczysz? W jaki sposób?

            @ Robert,

            napisałeś: „takie marzenia mogą być spełnialne jedynie w sytuacji pełnej jawności celów.”
            No właśnie! Znów wracamy do celów szkoły. Dla mnie coraz jaśniejsze jest, że chodzi tu o zdolność dostosowania się. Szkoła ma formatować ludzi, którzy potrafią się najlepiej dostosować do wymagań. Tacy łatwo wchodzś w świat korporacji i ogólnie nie są zbyt krytyczni.
            Zobacz, nawet to, co Xawer pisze o testach OECD pokazuje, że osobom robiącym PISĘ na jawności bynajmniej nie zależy. Jawność to chyba miękkie podbrzusze systemu.

          • Przesadzasz chyba ze spiskową wizją świata. Jakoś nie wierzę w ten spisek korporacyjnego kapitału z rządami, mający zrobić ze szkół huxleyowskie fabryki ludzi, produkujące produkt klasy delta-demi-moron na potrzeby owych korporacji. Zbyt dużo w Tobie wiary w moc sprawczą i skuteczność państwa…

            Szkoły nie „mają formatować ludzi”, tylko formatują bo nie jest to do uniknięcia, jak w każdej organizacji, w której ludzie (a i zwierzęta) znajdują się pod przymusem. Od plantacji z niewolnikami, przez koszary wojskowe, szkoły, sierocińce, tresurę psów, po więzienia. Nie jest to cel świadomie im postawiony i wykonywany, tylko efekt uboczny przymusu i braku możliwości wyboru. W sytuacji skutecznie działającego przymusu ogromna większość ludzi wybiera strategię dostosowania się.
            Czytajmy choćby Borowskiego.

          • Marzena Żylińska Post author

            A słyszałeś o ukrytym planie szkoły? Chodzi o to, że co innego się deklaruje (przygotowanie do życia we współczesnym świecie, rozwijanie autonomii i samodzielności, zdolności współpracy, kreaktywności itd.), a potem są zadanka z lukami do uzupełniania – (Marysia czytaj pierwszy przykład, zad. 3 str. 56), od uczniów wymaga się głównie, żeby grzecznie siedzieli i wykonywali polecenia nauczyciela. Nie trzeba być nazbyt przenikliwym, by dostrzec dysonans między deklaracjami, a tym, co się w szkole dzieje. To określa się jako ukryty plan szkoły. Ja coraz wyraźniej widzę, że sukces szkolny najłatwiej odnieść osobom, które się najlepiej przystosowują do wymagań.
            A sukces gospodarki zależy od tego, na ile innowacyjni będą absolwenci szkół. Politykom powinno więc zależeć, by rozwijać w szkołach kreatywność i innowacyjność, ale nie zależy ….. . Dlaczego?

          • Tak, oczywiście. Dysonans między deklaracjami a praktyką nie świadczy jednak o celowym zorganizowaniu czegoś w taki sposób.
            Nie jest to plan zadany przez kogokolwiek świadomie i celowo, tylko naturalnie wytworzony, jak w każdej instytucji opartej na przymusie. Wojsko Ludowe też miało deklarowane zaszczytne cele, a faktycznym było dobrze żyć z sierżantem, a wtedy dało się jakoś te dwa lata w kamaszach przetrwać. Mimo, że nie było to ani ukrytym i realnym celem Stalina, ani celem deklarowanym, wojsko w całym Układzie Warszawskim malowało trawę na zielono, dekowało się i kombinowało.

            Prawda, że sukces najłatwiej odnieść dostosowującym się — ale tak jest w każdej (nie tylko opartej o ostry przymus) organizacji społecznej. Konformizm popłaca niemal wszędzie i zawsze.

            „Sukces gospodarki … politykom powinno zależeć”
            No daj spokój! Jaki sukces gospodarki przed najbliższymi wyborami w wyniku obecnych działań szkoły??? Na sukcesie gospodarki to mogło zależeć Fryderykowi Wilhelmowi, myślącemu w perspektywie dynastycznej, ale nie politykom w demokracji z czteroletnimi kadencjami.

          • Waldemar Zabielski

            @ Marzena
            Co to znaczy, że “uczę pod test”?

            Zwykle przez “uczenie pod test” rozumiemy coś negatywnego, nawet jeśli to się robi tylko w dzisięciu procentach, tak jak ja.
            W moim konkretnym przypadku chodzi o wykorzystanie przykładów zadań z testów z poprzednich lat. Testy te zawierają różnego typu zadania w róźnych formatach (zamknięte z odpowiedziami do wyboru i zadania otwarte wieloczłonowe), które tematycznie pokrywają się z wymaganiami przedmiotu. Moim celem “uczenia pod test” jest zaznajomienie uczniów z formatem zadań, żeby nie było sytuacji, że na egzaminie widzą zadania danego typu po raz pierwszy w życiu. Nie ma to nic wspólnego z uczeniem możliwych odpowiedzi jakie mogą się pojawić na egzaminie.
            Uważam, że jeśli zadania z poprzednich egzaminów są wartościowe (w mojej terminologii “dobrej jakości”), to nie ma nic złego w uczeniu się na ich przykładzie. Jakość zadań, które nauczyciel wybiera jako przykłady, nie musi zależeć od źródła skąd je bierze, z podręcznika, wymyśla sam, czy bierze z poprzednich egzaminów.

      • 15? Otwarty dla publiczności? Bo chętnie byśmy z Anetą przyszły. I naszym przedszkolnym anglistą 🙂

        • Marzena Żylińska Post author

          Tak, wykład będzie otwarty. Organizuje go wydawnictwo Macmillan dla nauczycieli języków obcych pracujących w gimnazjach, ale wszyscy mogą przyjść. Będę mówić o nauczaniu języków obcych w świetle badań nad mózgiem, a szczególnie o popełniach dziś (w dobrej wierze) błędach. Będzie mi bardzo miło, jak przyjdziecie 🙂

  7. Zaintrygowało mnie pytanie postawione przez Marzenę: „W jaki sposób mówi się dziś o demokracji w szkole?”
    Stoję na stanowisku, że szkoła powinna być miejscem „uczenia się demokracji” i dlatego powinna być „demokratyczna”. Szkoła, w której demokracja jest słabo obecna, nie może „uczyć do demokracji”.
    A może mylę się ? Jak często w życiu dorosłym mamy do czynienia z demokracją ? Przecież firmy wolnorynkowe i państwowe nie są demokratyczne. Demokracja w zespole teatralnym, orkiestrze, drużynie sportowej – to katastrofa. A jak jest z rodziną – czy to ma być instytucja demokratyczna ?
    Zatem może oczekiwanie na „demokratyzację” szkoły jest niewłaściwe ? Może niech będzie tak jak jest: szkoła instytucją niedemokratyczną ?

    • Robert Raczyński

      Problem nienowy. Jak pogodzić wywieranie wpływu z równouprawnieniem? Niestety, zdaje się, że to kwestia akademicka. Oczywiście, dla ortodoksów politycznej poprawności receptą będą rozmaite antypedagogiki, ale z logicznego punktu widzenia, jakikolwiek ukierunkowany nacisk (np. edukacja), musi wywołać reakcję, nieważne świadomą, czy nie. Można się jedynie spierać o sposób wywierania nacisku i intensywność bodźców. Sama presja nie podlega dyskusji, więc gdzie tu demokracja? Jak wyglądają próby dochodzenia praw obywatelskich, ukazuje casus Pawła. Demokracja to po prostu dyktatura z ludzką twarzą – ramki są szersze, więcej ludzi może mieć złudzenie samostanowienia i oczywiście przywileje jednostkowe są większe. Jeśli nasze poglądy należą do aktualnej większości, wszystko jest ok, jeśli nie, możemy zawsze łudzić się teoretyczną szansą na zmiany.
      Nie zmienia to faktu, że nikt nie będzie dyskutował z nastolatkami o pryncypiach, a nawet jeżeli, to będzie to dyskusja pozorna, prowadząca do z góry założonych wniosków – główna zasada demokracji obroniona. Czy warto więc uczyć pozorów? Uczeń wynosi z lekcji przekonanie o najlepszym z ustrojów, uczy się go argumentacji, parlamentaryzmu, a potem, przy byle okazji, dowiaduje się on, że uczniowski samorząd jest fasadą, bo jego uchwały i tak zostaną zrewidowane, bo nie są „mądre” albo „rozsądne”. Uczymy go więc względności praw i to jest dobra lekcja. Wchodząc w życie będzie wiedział, że piękne deklaracje to jedno, a życie drugie. Zaobserwuje, że realnym argumentem jest siła, przede wszystkim ekonomiczna, reszta to ozdobniki. Pilny uczeń będzie więc dążył do maksymalizacji swojego wpływu na rzeczywistość. Poprzez zdobycie odpowiedniej wiedzy, np. ekonomicznej i politycznej, dowie się jak manipulować niewykształconą resztą, która demokratycznie się na to zgodziła. Dobrze jednak, że alternatywy brak.

      • Marzena Żylińska Post author

        Robert,

        poruszyłeś niezmiernie ważny problem uprawiania fikcji w naszym życiu, a więc i w szkole. Ja jestem na to szczególnie wrażliwa i działania pozorne wywołują u mnie silną reakcję. Myślę, że fikcji w szkole jest więcej niż poza nią. Np. samorząd uczniowski, wmawianie uczniom, że w szkole wszystko jest zrobione z myślą o nich (nawet to, że jednego dnia mają 3 lekcje a innego 8),zapewnienia, że celem szkoły jest przygotowanie młodych ludzi do życia, wyrównywanie szans, wychowywanie itp., itd. ….. A ja wierzę głęboko, że musimy zrobić wszystko, by młodzi ludzie byli lepsi niż my, by rozumieli, że ekonomia, pieniądze, słupki, liczby i statystyki nie mogą być nadrzędnym celem … A dziś dostają w szkole jasny przekaz, dobry jest ten, kto ma więcej punktów. Więc w to wchodzą i ćwiczą się z zdobywaniu jak największej ilości punktów i to ich odpowiednio formatuje. Potem punkty zastąpią pieniądze. O wszystkim decyduje ekonomia, wszystko da się przeliczyć na pieniądze. I mamy Ryszardów Moryców i ludzi w NFZecie, którzy wyliczyli normy morfiny dla ludzi umierających w bólach na raka. Jeśli można na nich przyoszczędzić, to głupotą byłoby tego nie zrobić, jeśli liczą się tylko słupki i wymierne korzyści.
        Tak ich dziś formatujemy, więc sie nie dziwmy …

        • Robert Raczyński

          Marzeno,
          W szkole jest więcej fikcji i zawsze będzie jej więcej, bo mimo rozmaitych usiłowań (często samych w sobie będących fikcją), jest instytucją, więc tworem sztucznym, którego działanie opiera się na tworzeniu sztucznych sytuacji z założenia udających życie. Jeżeli dodamy do tego „demokratyczną” biurokrację dobrych chęci i pobożnych życzeń, otrzymamy znany wszystkim bałagan.

  8. @Marzena @Xawery
    Chciałbym stanąć „w obronie” ukrytego planu szkoły.
    Każda organizacja formalna lub nieformalna – związek dwojga ludzi, wielodniowa grupa wycieczkowa, firma, redakcja publikatora, szkoła, system edukacji, państwo – ma jakieś ukryte plany. To naturalne i nieuniknione. Każdy człowiek też ma taki plan. Te plany nie są w pełni świadome (są podświadome ?). Rozbieżności między deklaracjami a działaniami są i będą zawsze. Ukryty, nieświadomy plan łatwiej jest zauważyć z zewnątrz, niż wewnątrz organizacji.
    Przykład: ciągle staram się kierować zasadami szacunku i dialogu, ale ciągle łapię się na wykroczeniach.
    Ukryty plan jest zawsze jakimś problemem, ale nie musi być dramatem. Staje się nim wtedy, gdy jest przemilczany. Tak jest w polskiej szkole. To właśnie dlatego tak często można usłyszeć o fikcji szkolnej. Obowiązkiem szkoły jest wyszukiwanie ukrytych planów w swoim organizmie i rozmawianie o nich oficjalnie. Pisałem o tym w SZSZiD:
    „Dlatego dobór treści nauczania i sposobów uczenia się, decyzje dotyczące zmian i ulepszeń mogą być procesami bardzo złożonymi, trudnymi, pełnymi sprzeczności, paradoksów i pułapek. Kluczowym zagadnieniem, przedmiotem analizy i nieustającego dialogu wszystkich twórców SZSZID jest pytanie: w jakim stopniu cała działalność szkoły, a szczególnie procesy edukacyjne, sprzyjają wzbogacaniu i ulepszaniu, a w jakim są źródłem zjawisk negatywnych ?”
    Polskie szkoły i ich zarządcy nie wywiązują się z tego obowiązku. To jest jedno ze źródeł zjawisk patologicznych w oświacie. Na szczęście(?) nauczyciele, uczniowie i rodzice rozmawiają czasem o tym zjawisku, lecz prawie zawsze nieoficjalnie, po cichu, w konspiracji. Byłem świadkiem i uczestnikiem wielu takich rozmów.

    • Marzena Żylińska Post author

      Tak, oficjanie chodzi o to, by przygotować młodych ludzi do życia, i to do życia w demokratycznym społeczeństwie. Mają być kreatywni i innowacyjni, mają umieć współpracować z innymi i mają kierować się w życiu zasadami, dbać o środowiesko i umieć brać na siebie odpowiedzialność.
      Jakie zasady wynoszą ze szkoły? Że warto pomagać innym? Że współpraca jest lepsza niż rywalizacja? Że każdy człowiek, nawet ten, kto nie jest dobrym uczniem, zasługuje na szacunek? Że nie powinno się oszukiwać? Że nie liczą się pieniądze, słupki czy liczby i statystyki, ale ludzie i ich dobro?
      A może uczą się, że w szkole tyle jesteś wart, ile punktów zdobywasz na testach, a potem tyle, ile masz na koncie? Dlaczego tylu uczniów zaciska zęby i „tłucze” test za testem, żeby tylko dostać się na określone kierunki na elitarnych uczelniach? Dlaczego mało kto pyta o sens takiej „nauki”? Kto nam zafundował kryzys ekonomiczny?
      Byłam dziś w kinie na „Wilku z Wall Street”, jeszcze bardziej podobała mi się „Chciwość”. Do czego zaprowadzi nas konieczność ciągle rosnących słupków i nieustannego „rozwoju”? Czy fakt, że dziś liczy się tylko zysk ma związek ze szkolnymi statystykami? Czy dziś formujemy w szkole uczniów czy ich formatujemy?
      Myślę, że powinniśmy starać się tak wychować młodych, by byli lepsi niż my.

  9. Przemysław z Krakowa

    Na początek gratuluję Pani bardzo ciekawego występu w „Klubie Trójki” 15.01.2014. Większość tego, co Pani tam powiedziała, wiedziałem intuicyjnie wcześniej, tylko nie umiałem tego nazwać.
    Nie wiem, kto to powiedział, ale bardzo mądrze:
    Szkoła powinna być wspaniałym miejscem, gdzie uczniowie stykają się z pięknem i wiedzą i z radością odkrywają nowe rzeczy – ale niszczą je testy i ciągłe ocenianie.
    Przykład z mojego życia – z liceum wyszedłem przekonaniu, że nie umiem języka angielskiego (cały czas byłem zagrożony oceną niedostateczną). Przez kilkanaście lat w sumie brałem też korepetycje.
    Minęło kilka lat.
    Jak zacząłem pracę w muzeum, przyszedł pewien młody Niemiec i rozmawiałem z nim – po angielsku – 20 minut. W tramwaju, wracając do domu, złapałem się na wielkim zdziwieniu, że… „Rozmawiałem po angielsku!” Niegramatycznie, Środę nazwałem „trzecim dniem tygodnia” (nigdy nie pamiętam, jak jest Środa po angielsku!), ale się rozumieliśmy. Doszedłem do wniosku, że podstawową przeszkodą były OCENY. W szkole, przez wypowiedzeniem zdania, zastanawiałem się przez minutę i jeszcze się bałem, że powiem źle i dostanę jedynkę. Teraz rozmawiam z cudzoziemcami tak jak umiem, ale bez strachu i się dogaduję.
    Wniosek: usunięcie ze szkoły testów i ocen jest pierwszym warunkiem poprawy jakości nauczania.
    Na koniec ciekawostka z Muzeum Marchijskiego w Berlinie: w sali przedstawiającej szkolna klasę leży kartka pt. „Klassenordnung – Regulamin klasowy sprzed 100 lat” Niemieckiego nie znam, zatem sfotografowałem ją i w domu przetłumaczyłem na „Tłumaczu Google”. Podstawową funkcją pruskiego ucznia było… patrzenie nauczycielowi w oczy! Dosłownie – ręce rozpłaszczone na ławce, stopy pod krzesłem, absolutna cisza, a po każdym wykonanym na komendę poleceniu – patrzeć w oczy nauczyciela!
    Pozdrawiam.

  10. Mietek Kowalcze

    Szanowna Pani Doktor, stale pozostajemy pod wrażeniem audycji w Trójce. Jako ze Kłodzko leży niedaleko Wrocławia, może weźmie Pani pod uwagę wizytę w naszym mieście, spotkanie-warsztat z nauczycielami? Spore grono moich znajomych nauczycieli dyskutuje o Pani tezach, na przykład wczoraj, jak już dawno nie było dobrego powodu czy okazji. Na tej fali ośmieliłem się poprosić o przyjazd.
    Serdecznie pozdrawiam

    • Marzena Żylińska Post author

      Panie Mietku,

      ja prowadzę ostatnio bardzo dużo wykładów i zajęć typu warsztatowego dla rad pedagogicznych. Myślę, że w czerwcu będę we Wrocławiu (będę też wcześniej, 7 lutego – wykład dla nauczycieli jęz. obcych, ale wtedy nie uda mi się już zorganizować innego spotkania).

      Ogromnie się cieszę, że rozmowa w Trójce wywołała w Państwa szkole dyskusje!!! O to właśnie chodzi, by tym razem postulaty zmian płynęły z dołu, by ich motorem były osoby tworzące szkoły. Marzy mi się system, których wciąż się zmienia i dostosowuje do nowych potrzeb i by zmiany były efektem współpracy dyrektorów, nauczycieli, rodziców i uczniów.

      Teraz jestem bardzo, ale to bardzo zajęta. Proszę napisać do mnie na początku lutego, postaram się znaleźć jakiś wolny termin.

      Przepraszam wszystkich, że nie odpowiadam na komentarze i maile, ale piszę tekst o konieczności dokonania w szkołach przewrotu kopernikańskiego (Wstrzymać nuczycieli i ruszyć uczniów!). Miał być gotowy 15 stycznia, a wciąż nie jest, bo lawina tego, co się dzieje, po prostu mnie przydusiła. Ale wszystko, co do mnie piszecie czytam i bardzo wszystkim za maile dziękuję 🙂

  11. Paula

    Temat edukacji,funkcjonowania dzisiejszej szkoły budzi ogromne zainteresowanie i poruszenie. Większość z nas zgadza się że szkoła w Polsce, sposób kształcenia,treści programowe pozostawiają wiele do życzenia.Zresztą, nie tylko w naszym kraju widać niedoskonałości systemu szkolnictwa.Bardzo ciekawie i trafnie na temat edukacji wypowiedział się chłopak w załączonym nagraniu. Szkoła działa wg.pewnych zasad, określonych schematów,często sztywno trzyma się reguł,wręcz ogranicza ucznia,studenta. Uczniowie wkuwają na pamięć,różne treści,regułki,zaprzątając sobie nimi głowę,bo tego wymaga program, a samodzielne myślenie jest gdzieś z tyłu, mniej ważne.Ale czy słusznie? Uważam,że nie,ponieważ własne przemyślenia,dochodzenie ćwiczeniami do zdobywania wiedzy,odkrywanie nowych umiejętności jest lepsze dla ucznia,aniżeli mechaniczne wykucie,bez zrozumienia,które po pewnym czasie pozostawia w głowie ,,dziurę”.Dla mnie,osoby,której doświadczenie w pracy pedagogicznej jest właściwie żadne również widoczne są mankamenty dzisiejszej szkoły. Od ucznia nie wymaga się wiele myślenia,rozwijania wyobraźni,rozwijania pasji,tylko wykucia,tego,co wcześniej zostało zaplanowane. Wydaje mi się, że wszystkich uczniów ,,wrzucono” do jednego worka i każdy musi umieć to samo,tak jakby chciano stworzyć identycznych ludzi. Nie zwraca się uwagi na indywidualności.

  12. Mietek Kowalcze

    Szanowna Pani Doktor,
    proszę o zajrzenie do kalendarza. O wzięcie pod uwagę spotkania w Klodzku.
    Pięknie pozdrawiam
    Mietek Kowalcze

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.