Rozglądając się wokół siebie coraz częściej widzę, jak wiele tracimy przez to, że nie umiemy współpracować. Dlaczego tak wielu z nas wybiera spory, wojny, konkurowanie z innymi czy rywalizację, a nie zgodne współdziałanie? Czy ma to jakiś związek z modelem edukacji? Jaką postawę rozwija w dzieciach w ciągu 12 lat obowiązkowej edukacji szkoła? Czy uczy współpracy, czy pokazuje , że razem można zajść dalej niż w pojedynkę?
Dominującą formą szkolnej nauki wciąż jeszcze jest nauczanie frontalne i praca indywidualna. Jeśli do szkół wprowadzane są projekty, to traktowane są raczej jako jednorazowe wydarzenia , a nie metoda stosowana w codziennej praktyce. Organizowany raz na rok projekt edukacyjny może być miłym przeżyciem, które pozostawi w pamięci dobre wspomnienia, ale nie wyrobi określonych nawyków. Również ocenianie ma w obecnym systemie edukacji charakter indywidualny, a osoby pomagające kolegom i koleżankom często są za to karane uwagami. Tworzone rankingi konsekwentnie uczą, że celem jest rywalizacja. Dziecko, które do momentu pójścia do szkoły uczyło się z własnej potrzeby, a rozwój kojarzyło z uczuciem satysfakcji i radości, w szkole dowiaduje się, że celem jego starań są oceny, świadectwa, testy i punkty. Wielu rodziców wzmacnia takie podejście, pytając swoją pociechę po powrocie ze szkoły nie tylko o jego stopnie, ale również o stopnie innych uczniów. W ten sposób dzieci uczą się, że szkolny sukces = oceny, a nastolatki mierzą swoją wartość ilością zdobytych na testach punktów. Ten jest lepszy, kto zdobędzie ich więcej. Młodzi ludzie rozwijają w szkole również przekonanie, że sukces zawsze ma charakter indywidualny. Na żadnym egzaminie nie ma projektów grupowych, żaden uczeń nie dostaje punktów za to, że potrafi współpracować czy pomagać innym. Sama propozycja oceniania pracy grupowej wywołuje często ostre protesty, bo wiele osób uważa, że jedni będą naprawdę pracować, a inni się do efektów cudzej pracy jedynie dopiszą. Takie zastrzeżenia pokazują kompletną nieznajomość metody projektu. Jest to zresztą zupełnie zrozumiałe, bo gdzie nauczyciele mieliby się jej nauczyć? Na studiach pracowali przede wszystkim indywidualnie i tak byli oceniani. W szkołach jest podobnie. A współpracy nie można nauczyć się z książek, a jedynie przez współpracę.
W dobrze zaplanowanym projekcie każdy ma do wykonania swoją część pracy i dopiero zebranie wszystkich małych kawałków składa się na ostateczny produkt. Gdy całą pracę wykonują dwie osoby, choć zespół liczy cztery, to znaczy, że projekt został źle zaplanowany. W dobrze zaplanowanym projekcie uczniowie mogą wykazać się najróżniejszymi talentami. Projekt jest tym lepszy, im więcej przestrzeni wolności zostawia uczniom. Jednym ze wskaźników jakości projektu jest to, czy ostateczne produkty są do siebie podobne czy nie. Im więcej ma do powiedzenia nauczyciel, im więcej uczniom narzuca, tym mniej różnią się od siebie końcowe efekty. Innowacyjność i kreatywnością wymagają wolności.
W dobrze zaplanowanym projekcie współpraca między uczniami jest nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna. Jej jakość widać najpóźniej w czasie prezentacji. Uczniowie, którzy wiele razy pracowali metodą projektu, wiedzą, że współpraca wszystkim przynosi korzyści; i tym, którym ktoś pomógł i tym, którzy pomoc dostali. Tłumaczenie innych materiału jest najefektywniejszą formą powtarzania materiału. Osoby lubiące dominować, uczą się, że narzucanie innym swoich racji, nie prowadzi do sukcesu. Są projekty, które tego w sposób celowy uczą. To niezmiernie ważne, by w szkole był czas na rozwijanie kompetencji interpersonalnych. Są one równie ważne, a może nawet ważniejsze, niż znajomość dopływów rzek, czy zasad termodynamiki. Im młodsze dzieci, tym szybciej rozumieją, że dużo łatwiej można odnieść sukces pracując w grupie. Zespół pracuje lepiej, szybciej i bardziej efektywnie. Gdy metodę projektu wprowadza się w szkole zbyt późno, na efekty trzeba niekiedy czekać bardzo długo. Jeszcze gorzej jest z dorosłymi, którzy jako młodzi ludzie nie doświadczyli owoców dobrej współpracy.

Mieszkam między Bydgoszczą a Toruniem przy drodze krajowej nr 80. Gdy wyjeżdżam na szosę z jednej i drugiej strony widzę samochody z rejestracjami CB i CT. Ruch w obie strony jest ogromny. Z mojej wsi potrzebuję 18 minut, żeby dojechać do jednego i drugiego miasta. Dlatego jestem zainteresowana współpracą obu miast, bo od niej zależy rozwój całego regionu. Jednak wszystko wskazuje na to, że przyjdzie mi jeszcze długo poczekać. Słuchałam ostatnio wypowiedzi prezydenta Bydgoszczy Rafała Bruskiego. Słowo Bydgoszcz odmieniał przez wszystkie przypadki. Kilka lat temu głośno było o projekcie BiTCity, ale władze Bydgoszczy nie były nim zainteresowane. Na sercu leży im dobro ich miasta i tylko ich miasta. Politycy decydujący o kierunku rozwoju, są przekonani, że współpraca z Toruniem nie leży w interesie Bydgoszczy. Dlatego lotnisko nie zostało zbudowane między Toruniem a Bydgoszczą, a Torunianie chcący do niego dojechać, muszą dostać się na drugą stronę Bydgoszczy. Dlatego częściej wybierają Gdańsk. Bydgoski port lotniczy, służąc jedynie mieszkańcom Bydgoszczy, oferuje naprawdę niewiele połączeń. Niedawno włodarze Torunia zaproponowali bydgoskim politykom zmianę nazwy podbydgoskiego lotniska na Bydgoszcz- Toruń. Wszak do Torunia co roku przyjeżdża wielu turystów z całego świata. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia byłoby to niewątpliwie dobre rozwiązanie, bo lotnisko – mówiąc delikatnie – nie jest zbyt intensywnie wykorzystywane. Jednak politycy z Bydgoszczy nie widzą zalet płynących ze współpracy, nie chcą też oferowanych przez Toruń pieniędzy. Wolą, by wszystko pozostało po staremu; i nazwa i liczba pasażerów. Problem w tym, że tracą na tym nie tylko mieszkańcy Bydgoszczy, ale my wszyscy! Ja i moi sąsiedzi jesteśmy żywotnie zainteresowani tym, by lotnisko oferowało większą liczbę połączeń, ale właśnie dowiedzieliśmy się, że włodarzom Bydgoszczy na tym nie zależy.
Podobnie rzecz się ma z koncepcją stworzenia kolei aglomeracyjnej, czyli BiTCity, która miała zostać wpisana do Narodowego Planu Rozwoju na lata 2007-2013. Miała, ale nie została. Mamy rok 2016, a nowego połączenia łączącego Bydgoszcz z Toruniem, które miało zostać wybudowane za unijne pieniądze, nie ma.
Wzdłuż drogi nr 80 między Bydgoszczą a Toruniem znajduje się wiele wsi, do których chętnie przenoszą się mieszkańcy obu miast. Często członkowie tej samej rodziny jeżdżą do pracy w różnych kierunkach. Można sobie wyobrazić, jak mogłyby rozwinąć się te miejscowości, gdyby między Fordonem, a toruńskimi Bielanami regularnie kursowała szybka kolejka. Jeszcze łatwiej można sobie wyobrazić rozwój regionu i możliwość przyciągnięcia firm, które mogłyby tak ulokować swoje siedziby, żeby w 20 minut mogli dojechać do nich zarówno mieszkańcy Bydgoszczy jak i Torunia. W ten sposób Bydgoszcz i Toruń mogłyby się do siebie stopniowo zbliżać, tworząc prawdziwą aglomerację. Barierą rozwoju naszego regionu nie są jakieś obiektywne przeszkody, ale bariery w głowach polityków, dla których słowo „Toruń” jest nie do zaakceptowania. A przecież z owoców współpracy skorzystałby nie tylko tak znienawidzony Toruń, ale również Bydgoszcz i wszystkie okoliczne miejscowości.
Bydgoszcz liczy około 350 000 mieszkańców, w Toruniu mieszka ponad 200 000. Do tego dochodzą mieszkańcy wsi położonych pomiędzy między obydwoma miastami, w tym i moja. Osoba myśląca kategoriami rywalizacji, widzi dominującą pozycję Bydgoszczy, która ma więcej mieszkańców. Ktoś, kto wie, co można osiągnąć dzięki współpracy, rozumie, że licząca koło 600 000 aglomeracja, ma większy potencjał zarówno gospodarczy, jak również kulturowy niż sama Bydgoszcz. Oba miasta straciły już dużo czasu i energii na niezrealizowane projekty, spory, kłótnie, rywalizację. Tę energię i pieniądze można było przeznaczyć na rozwój regionu. Ale władze Bydgoszczy żadnej współpracy z Toruniem nie chcą; wolą rywalizację. Zapewne nie przekonają ich żadne argumenty, więc na zmianę stanowiska będziemy mogli liczyć dopiero wtedy, gdy mieszkańcy Bydgoszczy wybiorą polityków, którzy będą rozumieć, że rozwój ich miasta związany jest z rozwojem całego regionu.
Toruń i Bydgoszcz nie są wyjątkiem. Niechęć do współpracy można obserwować w wielu innych miastach. Czy potrzebne było lotnisko w Gdyni, skoro mieszkańcy Trójmiasta mogli korzystać z gdańskiego? Gdyby włodarze polskich miast byli nastawieni na współpracę, a nie na rywalizację, nie trzeba by dublować lotnisk, stadionów czy hal sportowych, których potencjał wykorzystany jest w niewielkim stopniu.
Dorosłych trudno jest zmienić, dlatego trzeba zrobić wszystko, by dzieci w szkole nauczyły się, że współpraca przynosi wszystkim stronom lepsze efekty niż rywalizacja. Od tej nauki zależy nasz rozwój. Możemy czekać, aż polskie szkoły opuszczą absolwenci, którzy będą rozumieli, jak wiele można zyskać na dobrej współpracy, albo możemy skorzystać z kartek wyborczych i wybrać polityków, którzy będą rozumieć, że ich miasto nie jest samotną wyspą. Na największy ośrodek w regionie spada odpowiedzialność na rozwój całego regionu. Wyborcy mogą zastąpić prezydenta Bruskiego osobą, która nie będzie odmieniać nazwy Bydgoszcz przez wszystkie przypadki, nie będzie antagonizować ludzi, nie będzie kierować energii na spory, kłótnie i ciągłą wojnę, ale która będzie rozumieć, że na stworzeniu aglomeracji skorzystaliby wszyscy, mieszkańcy Bydgoszczy, ale również mojej wsi.
Pijąc kawę między Bydgoszczą a Toruniem czekam na kolejne wybory i marzę o szkole, która może zapewnić naszej ojczyźnie lepszy rozwój i lepszą przyszłość. Na pozór nie jest to wcale trudne, a jednak najtrudniej zmienić ludzkie postawy i sposób myślenia. Ludzie czerpiący energię z ciągłych konfliktów, którzy w dzieciństwie i młodości nie doświadczyli korzyści płynących ze współpracy, nie rozumieją, że idąc razem można zajść dalej niż w pojedynkę. Dotyczy to również nas jako wyborców. Możemy wybierać. Wszyscy dobrze wiemy, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Dlatego przed kolejnymi lokalnymi wyborami będę tak bardzo zainteresowana tym, kogo wybiorą mieszkańcy Bydgoszczy. Może kobieta lepiej rozumiałaby, jak bardzo rozwój regionu zależy od postawy polityków największego ośrodka? Mieszkańcom wsi położonych między Bydgoszczą a Toruniem, na rozwój przyjdzie jeszcze poczekać. A szkoda, bo bliskość obu ośrodków to naprawdę ogromny potencjał rozwojowy.
Niestety z powodu technicznych problemów wciąż nie można pisać komentarzy pod nowymi wpisami. Bardzo mi przykro 🙂

tel.: 792 688 020
e-mail: kontakt(at)budzacasieszkola.pl
Odwiedź nas również na Facebooku
facebook.com/budzacasieszkola/
© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.
Jest jeszcze jeden czynnik utrudniający tworzenie kultury współpracy w szkole. Jest nim nieumiejętność współpracy nauczycieli. Nie potrafią współpracować ze sobą i nie uczą się tego. Nikt ich o to nie prosi i nie wymaga. Współpracy wewnątrz grona nauczycielskiego nie sprzyjają jawne i ukryte mechanizmy obowiązujące w szkole.
Wszystkiego można uczyć się przez całe życie. Nauczyciele mogą uczyć się wzajemnej współpracy. Jak zacząć tę naukę ?
O można już pisać komentarze. Bardzo mnie to cieszy 🙂
To prawda. Poruszyłeś zupełnie kluczową sprawę. Czy osoby nieumiejące z sobą współpracować i niewspółpracujące z innymi, mogą nauczyć tego swoich uczniów? jednak łatwo jest narzekać na nauczycieli, ale warto zapytać, gdzie mieli się nauczyć współpracy? Czy na studiach pracowali wspólnie z innymi osobami nad projektami? Czy jakąkolwiek ocenę dostali za zadanie wykonane grupowo? A może wymagano od nich jedynie pracy indywidualnej? Może wszystkie egzaminy zdawali tylko i wyłącznie na własne konto i wszystkie pracy były ich indywidualnymi pracami. Łatwo jest stawiać nauczycielom kolejne wymagania, ale warto zapytać o to, jak wygląda przygotowanie do tego zawodu. I tu trzeba szukać odpowiedzi na pytanie, w którym miejscu ugryźć to błędne koło.
Ale, jak wygląda sprawa z wykładowcami na uczelniach i uniwersytetach? Czy oni potrafią pracować w grupie?
Uczę się wiele o współpracy przy projekcie Destination Imagination Olimpiada Kreatywności. Drużyna uczniów ćwiczy samodzielne rozwiązywanie „wyzwań na już” z różnych dziedzin w krótkim czasie z ograniczoną przestrzenią, wiedzą i materiałami.
Przez 6 miesięcy przygotowują również rozwiązanie jednego wybranego „wyzwania drużynowego”. Wszystko muszą robić w drużynie, samodzielnie, nie wolno im niczego podpowiadać, nie wolno pomagać, do wszystkiego muszą dojść sami i wykonać sami. Ja jestem tylko trenerem. Kosmos? Inny wymiar?
25 lat pracy w szkole a człowiek taki „ciemny”.
Na przykład w 5 minut grupa musi zrozumieć wyzwanie, rozwiązać problemy kreatywnie, przygotować prezentację i potem jeszcze zaprezentować kreatywnie. I oni to robią! Mało tego, nauczyciele na kursie trenerskim to samo robili. Niepowtarzalne przeżycie, emocje, mózg w pionie i poziomie…
Nauka współpracy „na żywca” w konkretnej sytuacji. Czyli człowiek w grupie potrafi tylko potrzebuje odpowiednio trudnego wyzwania i wiary w siebie. Obudzić szkołę? No pewnie, że potrafimy! Mamy na to 5 minut. Czas start!!!
Panie Marku,
dla wielu osób to kosmos, ale my oboje dobrze wiemy, ze ten kosmos jest bardzo realny. Trzeba tylko chcieć tak pracować i rozumieć, że kreatywne podejście do życia jest ogromną wartością i … daje bardzo dużą dawkę satysfakcji. Na takich zajęciach nikt się nie nudzi.
Słusznie napisał Pan, że współpracy można uczyć jedynie ‚na żywca”, definicje i książkowe opisy są tu zupełnie nieprzydatne. Ale nasze szkoły tkwią w kognitywnym kanale i nie doceniają takich kompetencji. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego takich treningów, o których Pan pisze, nie można w szkołach stosować w codziennej praktyce.
Można, lecz jak człowiek tkwił w starym systemie całe życie to teraz „obudzony” robi pierwsze kroki jak na księżycu. Olimpiadę Kreatywności DI organizuje Wrocław i ten projekt funkcjonuje chyba w każdej tamtejszej szkole. Od przedszkoli do wyższych szkół.
Ja zrobiłem krótkie wyzwania z całymi klasami na plastyce i na technice, bez ocen. Świetna zabawa, nikt się nie nudził a różnorodność i kreatywność rozwijała się do kwadratu. Brak ocen pozwolił się uczniom skupić na wyzwaniu i czerpać przyjemność z działania. Przy omówieniu prezentacji zwracałem uwagę na współpracę i kreatywność rozwiązań. Oczywiście najlepiej pracowało się z jedną grupą. Mogłem obserwować kolejne fazy tworzenia się grupy, kryzysów, wytężonej pracy aż po wspólne świętowanie sukcesu. Jeżeli współpracę ustawimy na celowniku to znajdą się skuteczne metody nauczenia takich kompetencji.
A z taką drużyną to i na Marsa.
Panie Marku,
jeśli projekt jest znany w każdej wrocławskiej szkole, to czy „promieniuje”na normalne funkcjonowanie tych placówek? Czy te szkoły pod wpływem projektu się zmieniają? czy uczniowie mogą być kreatywni na typowych lekcjach, czy praca w grupach stała się tam codzienną i dominującą formą nauki?
Może ktoś z Wrocławia mógłby odpowiedzieć rzetelnie. Popytam przy okazji. Sądzę, że są to krople w morzu potrzeb. Ale może kropla do kropli…
Takie kropelki z „budzącej się szkoły” spadają na nasze zamknięte powieki. Otwieramy w innym świecie i powoli wszystko nabiera głębokiego sensu.
To bardzo dobrze, że do szkół „spływają” projekty uczące współpracy. Oby było ich jak najwięcej, oby nastała na nie moda.
A wracając do nauczycieli, czyli dorosłych. Dla nich mam propozycję programu pod tytułem: „Nie umiemy współpracować, ale nauczymy się !” My, nauczyciel nie umiemy ze sobą współpracować – czy chcemy to zmienić ? – od takiego pytania zacząłbym próbę realizacji takiego programu. Cel: tworzenie postaw + nawyków = kultury współpracy w miejscu pracy.
O nieumiejętności komunikacji i współpracy między nauczycielami mógłbym opowiadać długo. Tu zaznaczę tylko, że ten problem jest jednym najważniejszych tematów prywatnych i poufnych rozmów między nauczycielami, rodzicami i uczniami.
ja bardziej dosłownie:
Pani Marzeno, wydaje mi się, że zbyt pochopnie oceniła Pani Bydgoszcz jako tę złą, niechętną do współpracy itd.
Tak jakoś typowo, po nauczycielsku.
Pozdrawiam 😉
Pani Agnieszko,
parę lat słuchania tego, co mówią i czytania tego, co piszą włodarze Bydgoszczy. Może zbyt pochopnie, to zawsze kwestia oceny, ale … słucham prezydenta Bruskiego i nie wiem, co myśleć. Strasznie smutno mi się robi. Od wielu lat, wciąż tak samo smutno … Może to pochopne smutno, kwestia oceny.