Utrudnianie przez ułatwianie, czyli o tym, jak nasz mózg nie lubi się uczyć

Neurobiolodzy przekonują, że sposób, w jaki zorganizowany został obecny system nauczania nie tylko nie ułatwia, ale wręcz utrudnia mózgowi pracę. Jedną z przyczyn jest chęć zbytniego ułatwiania uczniom nauki i wyręczania ich w pracy. W ostatnim wpisie pisałam o zabawkach. Zapewne największą stymulacją dla mózgu jest sytuacja, gdy dzieci same muszą wymyślać i tworzyć sobie zabawki, a jednak wielu dorosłych nie zachęca swoich pociech do kreatywnej aktywności, ale kupuje im wciąż nowe rzeczy. Problem widoczny jest także w szkole. Nauczyciele wciąż jeszcze postrzegają szkolną naukę bardziej jako proces nauczania niż uczenia się. Jakże często rodzice słyszą na wywiadówkach, że gdyby ich dziecko słuchało, to by umiało, a ponieważ nie chce siedzieć i słuchać, to nie umie i ma problemy. Takie podejście świadczy o głębokim niezrozumieniu natury procesu uczenia się. Ludzki mózg nie został stworzony do tego, żeby uczyć się poprzez słuchanie, dlatego taka forma nauki sprawia wielu uczniom ogromne trudności.

 

Człowiek uczy się wtedy, gdy jest aktywny i gdy może rozwiązywać problemy. Samodzielne poradzenie sobie z nimi stwarza okazję do tworzenia w mózgu nowych połączeń neuronalnych i prowadzi do uwalniania dopaminy. Raz wytyczona droga może być następnie wielokrotnie wykorzystywana. Dlatego nasza uwaga w naturalny sposób, kieruje się ku temu, co jest niejasne czy wymagające wyjaśnienia. Szkoła powinna wykorzystać ten mechanizm. Jednak wiekszość nauczycieli zakłada, że uczniowie sami z siebie nie będą potrafili wymyślić własnych rozwiązań. Obecny model edukacyjny jest przejawem kompletnego braku wiary w możliwości uczniów. Opiera się on na przekonaniu, że nauczyciel musi najpierw wprowadzić i wyjaśnić nowy materiał, a następnie powinien oczekiwać, że uczniowie będą potrafili powtórzyć podane sposoby postępowania. Takie podejście zupełnie eliminuje wiedzę i dotychczasowe doświadczenia ucznia. Nauczyciel uważa, że jego głównym zadaniem jest realizacja programu, rozumiana jako wprowadzanie i wyjaśnianie kolejnych zagadnień. Skutkiem tego dzieci często zajmują się na lekcjach zagadnieniami, które dobrze znają. Ten szkolny teatr zakłada, że zarówno nauczyciele, jak również uczniowie będą udawać, że wprowadzany materiał jest dla wszystkich nowy. Zjawisko to doskonale opisała, Magda Jurewicz, mama ucznia drugiej klasy szkoły podstawowej.

„Siedzimy ostatnio z moim synem po szkole w domu. Karol przy stole, robi zadania z matematyki. Ja zaglądam do niego i trochę rozmawiamy.

Rozwiązuje akurat zadanie dotyczące zakupów. Standard:  Zosia miała 20 zł, kupiła w sklepie 3 soczki po 2 zł każdy i 2 batoniki za 1 zł każdy. Ile pieniędzy jej zostało?

Karol: To proste, wydała 3×2 zł i 2×1 czyli 8 zł. Zostało jej 12.

I przystępuje do zapisywania działania. Patrzę, a on pisze: 20zł-2zł-2zł-2zł-1zł-1zł=12zł

Ja: Widzę, że zapisałeś te działania jako odejmowanie liczb po kolei. A licząc na głos, liczyłeś inaczej.

Karol: Tak mamo, mnożyłem. Ale tak nie mogę zapisać. Nie umiemy tego jeszcze w szkole.” „Źródło: Z życia rodzica siedniolatka” http://osswiata.pl/blogotwarty/2012/10/26/z-zycia-rodzica-siedmiolatka-w-ii-klasie/#more-61)

 

Karol umie już mnożyć, ale w szkole musi udawać, że nie umie, bo szkolna konwencja zakłada, że dziecko potrafi jedynie to, co wcześniej zostało przez nauczyciela wprowadzone i wyjaśnione. Innymi słowy szkoła opiera się na przekonaniu, że Karol, podobnie jak inne dzieci, przychodzi do szkoły z pustą głową, tak więc może się w niej znajdować jedynie to, co zostało do niej w szkole włożone. Nauka jest zatem aktem nauczania, a proces uczenia się, jest jedynie pochodną tego, co robi nauczyciel. Liczni reformatorzy edukacji, psychologowie, konstruktywiści, a ostanio również badacze mózgu próbują obalić ów szkodliwy mit, który każe nauczycielom skupiać się na własnej, a nie na organizowaniu uczniowskiej aktywności. Dla procesu uczenia się to ona ma fundamentalne znaczenie. Dzięki coraz lepszej znajomości sposobu funkcjonowania mózgu wiadomo już, że inne struktury są aktywne, gdy uczniowie słuchają wyjaśnień nauczyciela lub gdy coś oglądają, a inne, gdy sami znajdują rozwiązania i wypracowują własne strategie. Własna aktywność jest zawsze efektywniejsza niż słuchanie kogokolwiej bądź oglądanie czegokolwiek. Nauczyciele powinni zatem najpierw sprawdzić, czy uczniowie sami umieliby poradzić sobie z hasłami progamowymi i zachęcać ich do tego.

Alina Kalinowska, autorka książki „Pozwólmy dzieciom działać – mity i fakty o rozwijaniu myślenia matematycznego” przekonuje, że bez obaw można uczniom klas I-III proponować zadania oparte na zagadnieniach, które jeszcze nie zostały w szkole omówione. W badaniu trzecioklasistów przeprowadzonym w 2008 roku uczniowie dostali wśród innych zadań dwa przykłady dzielenia przez liczbę dwucyfrową, czego oczywiście nie ma w programie. Dzieci mogły dokonać obliczeń w wybrany przez siebie sposób.

150 : 25 =

140 : 35 =

Za poprawne uznawane były wszystkie sposoby postępowania, które prowadziły do poprawnego wyniku. Uczniowie zastosowali zarówno mnożenie, jak również dodawanie i odejmowanie. Pierwsze działanie rozwiązało 51,6% uczniów, a drugie 55,8%.  Byli i tacy, którzy nie podjęli żadnych prób rozwiązanie problemu i pod działaniami napisali, że to jeszcze nie zostało przerobione.

Uczniowie, którzy w obliczu nowego problemu potrafili znaleźć własną strategię, niewątpliwie nabrali wiary we własne możliwości, a w ich mózgach powstał nowy obwód neuronalny, który niewątpliwie będzie wykorzystywany również w innych sytuacjach. Ponieważ do znalezienia rozwiązania nowej sytuacji wykorzystane zostały różne sposoby, w każdym mózgu mógł powstać nieco inny obwód. Strategia oczywista dla jednej osoby, może być zupełnie nieodpowiednia dla drugiej. Dzięki zadaniu, które wymagało znalezienia nowego sposobu postępowania, stworzono uczniom możliwość znalezienia własnych strategii postępowania. Ponieważ każde dziecko przyszło do szkoły z inaczej ustrukturyzowanym mózgiem, nie powinno dziwić, że rozwiązania też były różne. Z punktu widzenia struktury mózgu nie ma i nie może być jednego, dobrego dla wszystkich sposobu rowiązania problemu.

 

Zakładając, że dziecko umie tylko to, co zostało wcześniej zrealizowane w szkole, uczniom nie daje się możliwości rozwijania własnych strategii, twierdzi Alina Kalinowska. Nauczyciel chcąc masymalnie ułatwić naukę, wszystko najpierw tłumaczy, pozbawiając w ten sposób dzieci możliwości znalezienia własnych rozwiązań. Dziś wiadomo już, że mózg najefektywniej uczy się wtedy, gdy jest aktywny i gdy może samodzielnie rozwiązywać problemy. Nie został stworzony do reprodukowania podanych informacji, ale do przetwarzania danych i wyciągania z nich ogólnych reguł. Obecny system edukacyjny ignoruje wiedzę na temat przebiegu procesu uczenia się, a jednocześnie nie szanuje uczniów i tego, z czym przychodzą do szkoły. Nauczyciele wyjaśniając nowy materiał i podając gotowe algorytmy, sądzą, że w ten sposób ułatwiają uczniom naukę, ale w rzeczywistości ją utrudniają, bo pozbawiają uczniów najbardziej efektywnych form nauki.

 

Chcesz zrobić dla dziecka więcej, zrób mniej!

Jean Piaget powiedział, że wszystko, co robimy za uczniów, pozbawia ich możliwości odkrycia tego samemu. Podanie gotowego sposobu rozwiązania zadania pozbawia ich radości płynącej z samodzielnego poradzenia sobie z problemem i wyrabia przekonanie, że najbezpieczniej jest powielać podane przez nauczyciela sposoby postępowania. Na lekcjach opartych na mechanicznym stosowaniu gotowych algorytmów mózgi uczniów pozbawione zostają najefektywniejszego i jednocześnie najprzyjemniejszego sposobu uczenia się, czyli nauki przez odkrywanie. Gotowe algorytmy można przyrównać do gotowych zabawek. Zabawa kupionym zamkiem nigdy nie da dziecku takiej satysfakcji i takich możliwości rozwoju, jak budowanie własnego. Dlatego zadaniem szkoły przyjaznej mózgowi powinno być tworzenie bogatego środowiska edukacyjnego. Dla nauczyciela matematyki oznacza to konieczność przygotowywania zadań, które pozwolą na rozwijanie własnych strategii. Uczniowskie mózgi potrzebują materiału, który umożliwi im robienie tego, do czego zostały stworzone i co przynosi im satysfakcję. Gdy tego nie dostają szkolna nauka odbierana jest jako nudny, uciążliwy i nieaktakcyjny obowiązek.

 

Innym przykładem ułatwiania przez utrudnianie są zeszyty ćwiczeń, które sprowadzają uczniowską aktywność do najprostszych operacji myślowych. Wpisując w kratki brakujące literki, łącząc jeden element z drugim czy kolorując kwadraty, uczniowie marnują swój potencjał, bo ich mózgi do tworzenia nowych połączeń potrzebują głębokiego przetwarzania. To gwarantują jedynie zadania problemowe, określane w szkole jako zadania na myślenie. Jednak wielu nauczycieli jest przekonanych, że najpierw trzeba wyćwiczyć algorytmy. W ten sposób uczniów zniechęca się do pracy pokazując, że matematyka to nudny i nieatrakcyjny przedmiot. Naszym mózgom nie wszystko przychodzi z równą łatwością. Ponieważ zostały stworzone do przetwarzania danych i wyciągania ogólnych reguł, konieczność mechanicznego ćwiczenia algorytmów, przychodzi im z trudnością. To, co w opinii wielu nauczycieli powinno być łatwiejsze, w rzeczywistości jest trudne, bo nieciekawe czy wręcz nudne. Zrozumienie sposobu funkcjonowania mózgu pozwoli na wprowadzenie metod mu przyjaznych. Nauczyciele powinni przestać wierzyć, że można uczyć się przez słuchanie i zacząć szanować wiedzę, z jaką uczniowie przychodzą do szkoły. Na zajęciach z metodyki nauczania muszą nauczyć się wyszukiwania i tworzenia zadań, które pozwolą uczniom na samodzielne odkrywanie rządzących światem reguł i na rozwijanie własnych strategii. Będą też rozumieć, że praca nad mechanicznym stosowaniem algorytmów nie tylko zraża uczniów do nauki, ale blokuje również wykorzystanie ich potencjału. Co gorsza, sztywne algorytmy są zupełnie nieprzydatne życiowo.

 

Płynie z tego taki wniosek, że chcąc możliwie szybko zrazić uczniów do swojego przedmiotu, powinniśmy dawać im możliwie dużo prostych zadań opartych na jednym algorytmie. Takie zadania bardzo łatwo znaleźć w zeszytach ćwiczeń.

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

Comments ( 0 )
  1. Danusia

    Witam
    Zgadzam się z tendencją, aby dawać uczniom możliwość samodzielnego dochodzenia do rozwiązania.
    Ja mam taki przykład jednego z nielicznych dobrych moich wspomnień ze szkoły. Było to wtedy, kiedy Pani została wezwana do dyrektora i zostawiła nas samych z problemem. Myślę, że to zdarzenie mogło zdecydować o moim zainteresowaniu matematyką.
    W dzisiejszej Polityce jest artykuł o Akademii Khan. Jeszcze nie miałam okazji przeczytać, ale nie o tym teraz. Na naszych blogach jest wielu entuzjastów tej Akademii. A przecież tam jest tylko metoda podawcza.
    Ciekawe, co o tym sądzisz?
    Danusia

    • Marzena Żylińska Post author

      Danusiu,
      o Akademii Khana nie wiem zbyt dużo, takie bardzo powierzchowne spostrzeżenia. Muszę się temu fenomenowi przyjrzeć. Już od kilku osób słyszałam, że są bardzo zadowoleni i dużo korzystają. Sama mam dość duże doświadczenie z e-learningiem i wiem, że jest to bardzo trudna forma nauki. Dobra dla osób silnie zmotywowanych. Wymaga też ogromnej pracy ze strony prowadzącego kursy online, dużo więcej niż przygotowanie i przeprowadzenie tradycyjnej lekcji. Stosunkowo łatwo można przygotować i nagrać dobry, interesujący wykład, dużo trudniej opracować dobre zadania, a najwięcej czasu zabiera udzielanie informacji zwrotnej, bo przecież każdemu trzeba coś napisać. A potem przeglądać poprawione wersje. Wydaje mi się, że same, nawet najlepsze wykłady, to zbyt mało. Nawet jeśli słuchacz jest zadowolony. Trwałe efekty można osiągnąć tylko wtedy, gdy uczeń pracuje intensywnie nad jakimś zadaniem. Siedząc i słuchając nie można nauczyć się zbyt wiele, bo tak zdobyte informacje szybko się zapomina.

  2. „Khan Academy – A przecież tam jest tylko metoda podawcza.”

    Ależ skąd! Nie tylko!

    Wykłady Khana to najbardziej znana i najczęściej wykorzystywana jej część. Ale poza nimi masz jeszcze zadania do samodzielnego rozwiązania (wyniki sprawdzane przez automat, więc zadania z konieczności w stylu zamkniętym) i masz też zdalny coaching (o którym nie mam opinii — nie znam nikogo, kto by korzystał z niego albo był coachem)

    Swoją drogą – wielkich entuzjastów tu raczej nie spotkasz. Ale choćby ja sam widzę w tym bardzo dobre materiały zarówno do samodzielnej nauki nowych tematów, jak i do powtórzeń. Jest sporo ludzi, dla których wykład jest bardziej atrakcyjną formą, niż podręcznik. Inną sprawą jest brak dostępności dobrych podręczników do większości dziedzin. Wykłady Khana to bardziej rozbudowana forma poradnika encyklopedycznego, niż usystematyzowany kurs. Ale coś takiego też jest potrzebne — chwała Khanowi, że stworzył ten serwis i chwała Mankiewiczowi, że go spolszcza i promuje.

    • Danusia

      Marzeno
      Jak się zapoznasz i będziesz miała opinię, to napisz, bo ciekawa jestem.
      Ksawery
      Ja widzę pozytywy Akademii Khan i też mi się podoba, ale dziwię się takiemu zachwytowi sugerującemu nowy sposób nauczania.
      Pewnie, ze lesze wykłady ma Khan niż wielu profesorów , a tym bardziej w porównaniu z podręcznikami.
      To mi przypomina dawne nauczanie dzieci w Australii przez TV. Lesze niż żadne, ale nie zastąpi dobrego żywego nauczyciela.
      Danusia

    • Ale chyba nikt łącznie z samym Khanem i promującym go w Polsce L.Mankiewiczem nie traktuje Akademii Khana jako jedynej i podstawowej formy nauki. To jest tylko cegiełka w całej układance, którą uczeń sobie buduje na własne potrzeby i według własnych upodobań. Cegiełka, będąca raczej konkurencją dla encyklopedii, podręczników, brykowisk i setek nieuporządkowanych (i często bardzo słabych, albo wręcz błędnych) filmików dydaktycznych z youtube’a, niż dla bardziej systematycznych form. Co zresztą widać po popularności: o ile wykłady i zadania kontrolne są masowo wykorzystywane, o tyle (tak mi się wydaje, nie mam konkretnych danych, czy to są dwa czy trzy rzędy wielkości różnicy) wykorzystanie zdalnego coachingu ma znacznie mniejszą popularność.

      Ja sam mam do Khana dość ciepłe podejście, bo też byłem raczej samoukiem, niż lubiłem formy zorganizowane. Ale z drugiej strony jestem z cywilizacji Gutenberga — zdecydowanie wolę słowo pisane dobrego podręcznika, niż wykład. Problem w tym, że o podręczniki trudno. Akurat do fizyki są i łatwo dostępne i chyba najlepsze możliwe: Feynman i Resnick&Haliday były wielokrotnie wydawane, również w polskich tłumaczeniach, Motion Mountain jest darmowo dostępne i trochę bardziej trafiające w gusta „cyfrowych tubylców”. Ale do wielu dziedzin dobrych podręczników przeglądowych po prostu nie ma. A wykłady Khana z biologii – są.

    • Khan jako wzorzec „dobrej praktyki” wykłądowej

      Jeden z moich kolegów zwrócił mi uwagę na jeszcze jeden, bardzo pozytywny aspekt wykładów Khana. One są oglądane nie tylko przez uczniów, ale i przez szkolnych nauczycieli. Którzy w większości pokończyli szkoły pedagogiczne, a nie uniwersytety i kiszą się w tym światku szkolno-metodyczno-pedagogicznym przez całe życie.

      Khan może (i powinien) dla wielu z nich być wzorcem prowadzenia wykładu. Wzorcem, którego nie można zbyć „że to akademicki styl, a my mamy szkołę” — bo uczniowie te wykłady oglądają chętnie, czyli ten styl im odpowiada. Odpowiada bardziej, niż wykłady wielu z ich nauczycieli, czy multimedialne produkcje dołączane do podręczników.

      • Marzena Żylińska Post author

        Tak, to bardzo ważne! Nigdy nie słyszałam, żeby oficjalnie mówiło się o tym, że czyjeś wykłady są złe, śmiertelnie nudne czy nieaktualne. Profesor mówi, co chce i jak umie. Jeśli nie umie dobrze mówić, to już jest problem studentów.

  3. Jeszcze jedno… Danusia pisze o „nowym sposobie nauczania”.
    Rozróżniajmy (po angielsku łatwiej) pomiędzy „nauczaniem” (teaching) a „uczeniem się” (learning).
    „Nauczanie” jest z punktu widzenia „nauczyciela”, jemu nadające podmiotowość, a odbierające ją uczniowi. „Uczenie się” czy „studiowanie” jest z punktu widzenia podmiotowego studenta.

    Khan Academy nie jest metodą ani narzędziem „nauczania”.
    Jest pomocą w „uczeniu się”. Jedną z wielu, jakie student sam sobie wybiera, bo mu akurat takie, a nie inne pasują. Mieści się w filozofii „free choice learning” (tak tu promowanej przez Pawła),a nie w filozofii szkoły z jej norymberskim lejkiem.

    Korzystając z Akademii Khana uczeń sam sobie wybiera czego się uczy, kiedy się uczy, w jakim tempie i z jakich źródeł. I nikt go za to nie rozlicza stopniami ani testami — choć wielu korzysta z Khana również po to, by zaliczyć państwową maturę w takim czy innym kraju.

  4. Michał

    Myślę, że przy temacie Akademii Khana warto jeszcze zwrócić uwagę na dwie sprawy:
    1) Możliwość powtórzenia informacji, której szkoła nie daje (nauczyciel nie wraca do danej lekcji z powodu jednego ucznia), a którą daje korepetytor, na którego nie każdego rodzica stać.
    2) Przekazywanie informacji w kodzie wzrokowym (filmik) oraz werbalnym (werbalnym-wzrokowym w przypadku tłumaczeń, lub werbalno-słuchowym dla posługujących się językiem angielskim).

    Akademia z pewnością nie jest najlepszym sposobem uczenia się, ale z pewnością jednym z wieku, które w bardzo przystępny sposób może być częścią bardzo efektywnego systemu uczenia się (nie koniecznie nauczania, co podkreśla Ksawery).

    Marzena zwraca w artykule uwagę na bardzo ważną rzecz, jaką jest samodzielne rozwiązywanie problemów. Problemów, a nie zadań. Niestety, dziś zarówno uczniowie (jak i część nauczycieli) nie widzą powiązania pomiędzy zabawą a ćwiczeniem. Sam się o tym przekonuję, gdy gram z dziećmi w „memory”, mówiąc o grze jako o „ćwiczeniu pamięci”. Dzieci nie widzą tutaj powiązania – wyraźnie akcentują, że „memory” to gra, zabawa, a nie zdanie czy ćwiczenie.

    • Marzena Żylińska Post author

      Michał,

      jak miło Cię znów widzieć, a raczej czytać 🙂
      Mnie również zadziwia fakt, że wielu nauczycieli sądzi, że jeśli uczniowie się dobrze bawią, to się nie uczą. Nauka w ich mniemaniu to poważne, mozolne i nieprzyjemne zajęcie. Tymczasem wszelkie badania pokazują, że proces uczenia się zachodzi najintensywniej wtedy, gdy zapominamy, że się uczymy. A zabawa jest dla dzieci najintensywniejszą forma nauki.

      • Merida

        „Człowiek uczy się wtedy gdy jest aktywny i gdy sam może rozwiązywać problemy”

        To jakże oczywiste stwierdzenie nie jest łatwe w realizacji w praktyce szkolnej. Nie jest łatwe, bo nikt nie poda nikomu gotowego pomysłu na taki model uczenia się, by był wygodny dla wszystkich. Prawo młodego człowieka do aktywności poznawczej jest oczywiste. Przeszkoda pojawia się najczęściej po stronie struktury szkolnej.

        Nie chcę narzekać, bo daleka jestem od defetyzmu i nie znoszę takiej postawy ani w życiu, ani w szkole, ale mam głębokie przekonanie o niebezpiecznym usztywnieniu instytucjonalnym szkoły i jej szeregowych zakładników – nauczycieli.

        W innych Pani wpisach pojawia się sformułowanie, że „uczeń jest zakładnikiem szkoły”.

        Nie przeczę – jest, ale jest nim również nauczyciel.

        Pewnie dorosły osobnik radzi sobie lepiej w sytuacji uwięzienia, znajduje wentyl bezpieczeństwa i przyczajony trwa do kolejnej odwilży. Nie w tym jednak rzecz, by być przyczajonym w oczekiwaniu na lepsze czasy. Trzeba działać i to wieloaspektowo. Uczeń ma prawo uczyć się przez działanie. I chwała mu za to. Ważne by chciał.

        Moim doświadczeniem zawodowym jest praca w szkole ponadgimnazjalnej. Młodzi „zbuntowani grzywacze” i „urokliwe niunie” to najczęściej kandydaci na maturzystów. Ja to [czyli cztery lata nauki] nazywam czasem „wielkiej rzeźby”, a rzeźba bywa mozolna, bolesna i nierówna, i nie zawsze zachwyca. Zawsze jednak staje się dowodem wielkiej transformacji. Młodzi ludzie zadziwiają potencjałem, który wspólnie staramy się uruchomić. Pisałam już wcześniej, że jestem zwolenniczką słuchania ich głosu.

        Postuluję niniejszym: pozwólmy młodym ludziom, na każdym etapie edukacji mówić i działać. Nauczmy się ich słuchać. Przywróćmy im głos.

        Nie wiem czy nie jest za późno, na takie postulaty w szkole ponadgimnazjalnej, jednak próbuję. Moi uczniowie funkcjonują w demokracji lekcyjnej. Mają prawa i obowiązki. Sami je ustalają. Decydują o tym, w jaki sposób będą się uczyć. Kiedy nie mają pomysłu pojawiam się i rozporządzam. Uruchamiam transmisję danych, z których może 10% pozostanie zapamiętanych. Budowanie środowiska przyjaznego uczeniu się to budowanie środowiska przyjaznego w ogóle. Nauczyciel musi lubić swoich uczniów, musi mieć dystans do swojej roli, musi tworzyć atmosferę zaufania i życzliwości. Bez tych elementów nie uda się nic.

        Często się zadziwiam, ale jeszcze częściej uśmiecham do swoich uczniów. Może to jest jakaś metoda na początek zmian.

        • „uczeń jest zakładnikiem szkoły”. Nie przeczę – jest, ale jest nim również nauczyciel.

          Bynajmniej. W przeciwieństwie do ucznia, na którym ciąży obowiązek pobierania nauki do dnia 18. urodzin, nauczyciel każdego dnia może złożyć wymówienie z pracy. Jest wolnym człowiekiem i nikt, ani nic go do uczestniczenia w tym systemie nie zmusza. Proszę nie mówić, że więzień i klawisz są na równi zakładnikami systemu penitencjarnego!

          Nauczyciel robi to z własnej woli. Nie jest niczyim zakładnikiem. Jeśli uczestniczy w tym systemie, to ponosi za swoje działanie pełną moralną odpowiedzialność.

          • Merida

            Uczeń też może porzucić edukację szkolną, na rzecz domowej. Niewielka różnica.

          • Nie uczeń to (przejście do ED) może zrobić, a jego rodzic.
            I nie zwalnia go to od systemu szkolnego, a wyłącznie od chodzenia do szkoły. Nadal podlega szkole, co roku musi udowodnić przed szkolnym urzędnikiem (dyrektorem szkoły), że realizuje podstawę programową. Nie jest to też jego swobodna decyzja, taka, jak Pani rzucenie wymówienia na biurko dyrektorowi8, ale przywilej, jaki dyrektor szkoły może mu przyznać (jeśli uzna za stosowne), a może nie przyznać (jeśli mu się gęba rodzica nie podoba), a w każdym momencie cofnąć — i zawrócić dziecko do szkoły.

            Wielka różnica!

    • Marzena Żylińska Post author

      Danusiu,

      mogę się pod tym podpisać obiema rękami. To dokładnie to, o czym i ja piszę od 10 lat 🙂
      Piszę króciutko, bo znów jestem zawalona sprawdzaniem prac studentów i nie wiem, jak wyjść na prostą, a w kolejce czekają 2 artykuły.

  5. a

    Po przeczytaniu tego wpisu dopiero teraz dostrzegam i widzę, że będąc w szkole uległam temu nieszczęsnemu systemowi edukcji.. Jeśli poczas pisania sprawdzianu z matematyki zapomniałam podanego przez nauczycielkę sposobu rozwiązania danego równania czy zadania z treścią, z góry zakładałam, iż nie poradzę sobie z jego rozwiazaniem, bo nie znam innej metody i nie podejmowałam próby dalszego wnikania w jego treść, pozostawiałam puste miejsce… Ta sytuacja powielała się też w przypadku innych przedmiotów. Szkoda, bo może gdyby w szkole zostało mi wpojone, że potrafię zrobić to sama, bez podawania gotowych możliwości rozwiązań, nabrałabym więcej pewności i wiary w siebie i moje możliwości, której do teraz momentami mi brakuje…

    • Marzena Żylińska Post author

      To jest problem wielu uczniów. A dobrą szkołę powinno opuszczać się z przekonaniem: Warto, spróbować, podjąć próbę, może się uda! Dobra szkoła musi uczyć myślenia, a nie powielania podanych wzorców. One w życiu i tak się nie przydadzą. Sukces odnoszą tylko ci, którzy wierzą we własne możliwości.

  6. Siwa

    dzisiejsza szkoła to jedna instrukcja obsługi! Jeśli uczniowie postepują wedle jej wskazówek, nauczyciele są bardzo zadowoleni, ponieważ są przekonani,że perfekcyjnie coś wytłumaczyli i niemalże każdy sobie poradzi. Okazuje się, że większość uczniów sobie jednak nie radzi z taką narzuconą instrukcją. Wtedy nauczyciele pytają się dlaczego. Tak jak Pani podkreśla- jeśli uczymy się treści, które są narzucone, nie ma możliwości, aby mózg pozostał aktywny, aby uczniowie nauczyli się myśleć, rozwiązywać problemy. Taką instrukcję należy więc jak najszybciej zniszczyć! Takie instrukcje nie powinny istnieć, bo przecież mózg każdego człowieka jest inaczej skonstruowany. Nauczyciele najwidoczniej o tym zapominają…

    • Marzena Żylińska Post author

      To dobre porównanie! Czy można wyobrazić sobie instrukcję obsługi, która będzie przydatna w prawdziwym życiu?

      • Siwa

        kiedy zamykam oczy to nic nie widzę. Nie mogę sobie tego wyobrazić! (bynajmniej dzisiaj). Uważam,że nikt nie lubi,kiedy ktoś nim kieruje. Tok rozumowania moze być podobny,ale nie taki sam…

  7. Mon

    Dzieci idąc do szkoły nie znają takiej formy nauki jak słuchanie, dlatego przez pierwsze lata ich nauki nauczyciele mają problemy z dyscypliną, ponieważ próbując zmusić swoich uczniów do słuchania dostają grupę znudzonych i potrzebujących aktywnego myślenia istot. Gdy przychodzi później do zadania wymagającego myślenia wielu uczniów ma z tym kłopot. Problem narasta w gimnazjum i szkole średniej, gdzie jest to wymagane, ale skąd człowiek ma to umieć, jak nigdy tego nie ćwiczył, a wręcz odwrotnie. Uzupełnianie luk to nie nauka, tylko zabijanie własnego umysłu. To jest smutne.

  8. Marcin Zaród

    @ Xawer
    „Ale chyba nikt łącznie z samym Khanem i promującym go w Polsce L.Mankiewiczem nie traktuje Akademii Khana jako jedynej i podstawowej formy nauki. To jest tylko cegiełka w całej układance, którą uczeń sobie buduje na własne potrzeby i według własnych upodobań. Cegiełka, będąca raczej konkurencją dla encyklopedii, podręczników, brykowisk i setek nieuporządkowanych (i często bardzo słabych, albo wręcz błędnych) filmików dydaktycznych z youtube’a, niż dla bardziej systematycznych form. Co zresztą widać po popularności: o ile wykłady i zadania kontrolne są masowo wykorzystywane, o tyle (tak mi się wydaje, nie mam konkretnych danych, czy to są dwa czy trzy rzędy wielkości różnicy) wykorzystanie zdalnego coachingu ma znacznie mniejszą popularność.”

    Dookoła AK powstała alternatywna organizacja szkoły, ale to zjawisko ograniczone do kalifornijskiego systemu edukacji. Co ciekawe, szkoły khanowskie skupią się na tradycyjnym kontakcie z nauczycielami, pracami w grupie, projektami etc. Nie powtarzają tego co jest dostępne w sieci, tylko uzupełniają.

    Co do zachwytów.
    1. Obiektywne dane (popularność, opinie uczniów) wskazują na pozytywny odbiór. I tutaj obaj oddajemy szacunek wysiłkowi Khana i Mankiewicza. Ja, kiedy pół roku temu przekazywałem w IBE obserwacje z AK spotkałem się z umiarkowanym zainteresowaniem.

    Podobnie jak Ty, AK traktuję jak „indeks wiedzy”. Materiał jest dopasowany do potrzeb dzisiejszego ucznia (testy wymuszają podejście fragmentaryczne). Dużo większy potencjał widzę w formach MOOC, gdzie materiał ma charakter pełnego kursu a nie tylko wyrywków (będzie w nowym EBiŚ mój artykuł na ten temat).

    2. Szum medialny dookoła AK wiąże się z wiarą w świętego Graala edukacji, czyli „cudowną metodę, która wszystko rozwiąże”. My, na OŚ mamy bardziej marudne podejście, bo widzimy, że oświata to nie tylko sposób przekazywania wiedzy, ale też finansowanie, kształcenie nauczycieli, stosunek do uczniów i nauczycieli, testocentryzm i setka innych zagadnień powiązanych.

    3. Otwarte zasoby edukacyjne są fajne. Tłumaczenie i puszczanie na CC Khana, Motion Moutain czy choćby symulacji fizycznych z Univ. Colorado to tańsze i prostsze sposoby cyfryzacji niż rozwój własnych e-podręczników.

    • Marzena Żylińska Post author

      To bardzo ciekawe, co piszesz! Ja sama – po tym, jak Danusia zapytała mnie, co sądzę o KA, od tygodnia intensywnie zajmuję się tym tematem i niedługo coś na ten temat naskrobię. Zjawisko jest dla mnie fasynujące! Ale w prawdziwe zdumienie wprawiają mnie zarzuty pedagogów, którzy twierdzą, że Khan jest ignorantem, bo nie ma przygotowania pedagogicznego. Z tego płynie taki morał, że może trzeba być ignorantem, żeby uczniom coś jasno i zrozumiale wytłumaczyć 😉

    • Tak właśnie!

      Jedynym ratunkiem (jedynym światełkiem nadziei) dla edukacji jest odebranie jej zawodowym pedagogom, dydaktykom i metodykom!

      Kilkadziesiąt lat przeciwskutecznych działań pedagogów, wdrażających coraz to nowe idee, zupełnie nie zrażających się tym, że sto lat temu maturzyści rozwiązywali równania różniczkowe, a dziś, po ich „uzasadnionych naukowo” reformach mają problemy nawet z policzeniem przeceny spodni, pokazuje, jak bardzo „cargo cult” jest ta pseudonauka.
      A dla pseudonauki jedynym ratunkiem jest obrona formalnego monopolu i deprecjacja wszystkiego, co nie ma afiliacji tejże pseudonauki.

      Tak: Khan jest ignorantem i nie ma pojęcia o uczeniu! Ja też jestem ignorantem, nie mówiąc już o Pawle. Za to uczyć umie ta nauczycielka, która każe Karolowi (z opowieści o mnożeniu i odejmowaniu) rozwiązywać zadania w najidiotyczniejszy sposób – ona ma dyplom pedagogiki.

      Nie znam nikogo, kto skończył pedagogikę, czuje się pedagogiem i bazuje na „wiedzy” pedagogicznej, kto potrafi dzieciom coś wytłumaczyć. Za to znam sporo fizyków, inżynierów, lekarzy, a nawet techników elektryków, którzy to potrafią… Nie słyszałem też, by jakieś dziecko dydaktyka fizyki czy matematyki wygrało olimpiadę fizyczną czy matematyczną, skończyło z wyróżnieniem ścisłe studia i samo zostało naukowcem.

      (Grażka inne nauczycielki, które skończyły – tak sądzę – pedagogikę, ale szukają swoich inspiracji wszędzie indziej, byle nie w akademickiej pedagogice, niech nie czują się urażone. To nie do Ciebie, Grażyno!)

      • Marzena Żylińska Post author

        Xawer,

        ja widzę jeszcze inną drogę. Trzeba poddać sttosowane dziś w szkołach metody empirycznej weryfikacji i zacząć badania nad ich efektywnością. Dziś uczymy źle, a pieniądze inwestuje w mierzenie skutków tej źle zorganizowanej nauki. Zamiast tego powinno się zainwestowac pieniądze w badanie samego procesu uczenia się. Czy wyniki są lepsze, gdy nauczyciel wszystko tłumaczy, czy też wtedy, gdy uczniowie samodzielnie wyciągają określone wnioski? Czy oceny motywują do nauki, czy może powodują obniżenie motywacji wewnetrznej? Czy uczniowie łatwiej zapamiętują materiał, gdy pracują z definicjami i suchymi opisami, czy też wtedy, gdy teksty edukacyjne mają zabarwienie emocjonalne?
        Dziś robimy uczniom wyścigi i tam prowadzimy badania. To poważny błąd, bo badaniom poddać trzeba materiały edukacyjne, cele, stosowane metody i organizację procesu dydaktycznego.

        Czy myślisz, że przyszli nauczyciele muszą wykazać się umiejętnością tłumaczenia nowych zagadnień? Nie, muszą umieć produkować konspekty i inne góry papieru.

      • „Trzeba poddać sttosowane dziś w szkołach metody empirycznej weryfikacji i zacząć badania nad ich efektywnością”

        Oczywiście, że o to chodzi. Jest tu jednak kilka „ale”:

        1. „Naukawa” pedagogika robi to od kilkudziesięciu lat, a efekty wszyscy widzimy. Albo to środowisko zaakceptuje metodę naukową (czyli weryfikacji empirycznej, kryteriów ścisłości, etc.), albo trzeba to robić poza nim. Jak na razie, druga opcja wydaje się dużo bardziej realna.

        2. By w ogóle mówić o „efektywności” poddającej się empirycznej weryfikacji, trzeba tę efektywność zdefiniować. Jak na razie powszechnie przyjmowana (a w mojej skromnej opinii wyjątkowo niesłuszną) definicją efektywności, jest osiąganie wysokich wyników w punktacji PISA. Nikt dotąd nie zaproponował lepszego kryterium „efektywności” edukacji, choć to wielu osobom (sądzę, że również Tobie…) wydaje się debilne, a jego stosowanie do regulowania edukacji jest nie tylko nieskuteczne, ale przez swój testocentryzm i odhumanizownaie – przeciwskuteczne.

        2A. Definicja „efektywności” jest pochodna wobec określenia celu stawianego systemowi edukacyjnemu. A to nie jest pytanie z gestii nauki, tylko aksjologii.
        Jeśli abstrahujemy od tej aksjologii, to zaczynamy mówić o optymalnej konstrukcji norymberskiego lejka, który ma się sprawdzać niezależnie od tego, czy wlewamy do głowy olej, czy wodę. Każdy, kto ma pojęcie o mechanice płynów (ukłony dla Marcina) wie, że inna musi być konstrukcja lejka do oleju niż do wody.
        Na szczęście dzisiejsza edukacja używa nieefektywnych lejków do wlewania wody do mózgu…

        „Czy wyniki są lepsze, gdy nauczyciel wszystko tłumaczy, czy też wtedy, gdy uczniowie samodzielnie wyciągają określone wnioski?”

        Takie pytania są źle postawione. Prawdziwa odpowiedź jest taka, że każda skrajność jest zła, a najlepszy efekt uzyskuje się gdzieś pośrodku, zdroworozsądkowym kompromisem. Przy czym tu nie możemy abstrahować od treści i specyfiki przedmiotu. Do jednych tematów bardziej pasuje jedna metoda, do innych druga. Z całą pewnością w zajęciach z fizyki komponent tłumaczenia i wykładania musi być dużo bardziej rozbudowany, niż przy dyskusjach o literaturze. Choć z drugiej strony nauka gramatyki wymaga pewnie więcej tego tłumaczenia, niż mechanika newtonowska.

        Oceny i system oceniania – uważam (wbrew Danusi) za rzecz trzeciorzędną w procesie uczenia się. I tu akurat są badania empiryczne (TIMSS/PIRLS) — nie ma żadnej zauważalnej korelacji pomiędzy efektami (umiejętnościami uczniów), a tym, czy system szkolny używa ocen, czy (jak w Szwecji) nie.

        „Czy myślisz, że przyszli nauczyciele muszą wykazać się umiejętnością tłumaczenia nowych zagadnień? Nie, muszą umieć produkować konspekty…”
        Właśnie. Taką metodologię pracy wytworzyła akademicka pedagogika. I nic nie wskazuje na to, żeby miała zamiar od tego odejść. Dlatego powtórzę: jedyna dobra edukacja może powstać poza środowiskiem metodyczno-pedagogicznym. Co zresztą widać dziś: w szkołach chwalonych przez uczniów i rodziców (od Bednarskiej po Staszica) uczą nie nauczyciele-pedagodzy, a nauczyciele po studiach niepedagogicznych, mający swoje pasje w tym CZEGO uczyć, a nie w tym JAK uczyć. Ignoranci z klasy Khana 😉
        Nieskromnie wpisując się w tę grupę: mnie tez nie obchodzi metodyka, metodologia, etc. uczenia. Mnie interesuje fizyka, matematyka, filozofia, do pewnego stopnia i inne działy nauki i kultury. I jakoś z tymi zainteresowaniami i priorytetami, udaje mi się osiągać (zdroworozsądkowo oceniane) całkiem niezłe efekty.

        • MZ

          @ Xawer

          „Nie znam nikogo, kto skończył pedagogikę, czuje się pedagogiem i bazuje na „wiedzy” pedagogicznej, kto potrafi dzieciom coś wytłumaczyć. Za to znam sporo fizyków, inżynierów, lekarzy, a nawet techników elektryków, którzy to potrafią… Nie słyszałem też, by jakieś dziecko dydaktyka fizyki czy matematyki wygrało olimpiadę fizyczną czy matematyczną, skończyło z wyróżnieniem ścisłe studia i samo zostało naukowcem. ”

          AK to klasyczny przykład tego jak pedagogika nie radzi sobie z naukami ścisłymi. Salman Khan ma dyplomy matematyki i informatyki, więc świetnie pasuje do ww. przykładu.

          Ja tylko zauważę, że Khan – przy fajnym warsztacie metodycznym – wspiera testocentryzm i kawałkowanie wiedzy. To skuteczne ćwiczenie konkretnych zdolności rachunkowych (taki zbiór zadań) a nie narzędzie wspierające problem solving.

  9. Wtrącę tu słowa nauczyciela z głębokiej, popegeerowskiej wsi:

    „jeśli ja na przykład powiem, że celem szkoły jest stworzenie takiego
    miejsca, gdzie dziecko/młody człowiek będzie:

    a. DOBRZE SIĘ CZUĆ i UMIEĆ TAK SIĘ ZACHOWAĆ, BY INNI SIĘ CZULI Z NIM DOBRZE
    b. UCZYĆ SIĘ ŻYĆ WE WSPÓLNOCIE I DZIAŁAĆ W ZGODZIE Z NIĄ, A NIE
    DESTRUKTYWNIE DLA NIEJ
    c. UCZYĆ SIĘ FUNKCJONOWANIA W STRUKTURZE PUBLICZNEJ
    d. UCZYĆ POZNAWAĆ SAMEGO SIEBIE ŻEBY UMIEĆ DOKONYWAĆ WŁAŚCIWYCH
    ŻYCIOWYCH WYBORÓW
    e. ZDOBYWAĆ UMIEJĘTNOŚCI stosowne do tychże wyborów

    to zobaczcie, że dopiero w punkcie e mamy coś o zdobywaniu
    umiejętności, a nigdzie nie mówimy o uczeniu się co to są poziomice
    (przepraszam wszystkich geografów!). W punkcie c jest być może
    umiejętność płacenia rachunków, a więc jakiś element arytmetyki… ale
    ZDOBYWANIE WIEDZY jest jak mi Bóg miły wtórne. Nie w tym sensie, że
    mniej ważne, ale w tym, że ten cel jest wyprowadzany z celów
    ogólniejszych i bardziej krytycznych dla szczęśliwego, spełnionego i
    owocnego życia.

    Oczywiście Wasze wizje mogą być inne.”

    Dodam od siebie: warto zwrócić uwagę, że edukacja powszechna obejmuje każdego człowieka w okresie od siódmego do dziewiętnastego roku życia.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Wiesław
      Jaki świat byłby piękny, gdyby ludzie nauczyli się tego, co jest w punkcie 1, czyli: „DOBRZE SIĘ CZUĆ i UMIEĆ TAK SIĘ ZACHOWAĆ, BY INNI SIĘ CZULI Z NIM DOBRZE.”
      Szkoła stawia dziś tylko na wiedzę, a przecież najgorsze, co może nam się przydarzyć, to mądry i zły człowiek. Tacy właśnie zrobili nam kryzys. Pokończyli najlepsze uczelnie ekonomiczne i wyposażeni w zdobytą tam wiedzę i kierując się chciwością, potrafili wywołać kryzys. Jednak teraz żaden ekonomista nie wie, jak z niego wyjść.

      • Marzena. Mocno powiedziane. Wielu się z tym nie zgodzi. Ja zgadzam się.

      • monika

        Czy ja dobrze rozumiem, tęsknicie Państwo do sytuacji, w której szkoła raczej kształtuje, wychowuje, socjalizuje młodego człowieka, a nie przekazuje konkretnej wiedzy? Według norm ustalanych w ministerstwach, instytutach i innych urzędach? Włos się na głowie jeży, a ręce opadają.

        • Moniko, chyba źle rozumiesz. Nie spotkałem się do tej pory z takim poglądem, że „szkoła ma kształtować, wychowywać, socjalizować młodego człowieka”.
          Spotkałem się z poglądem, że młody człowiek kształtuje, wychowuje, socjalizuje SIĘ wszędzie, nawet w szkole, niezależnie od tego co ta szkoła sobie o tym myśli i co robi w tej sprawie mądrego lub głupiego. Szkoła jest bardzo znaczącym miejscem owych procesów, ponieważ młody człowiek jest z nią związany prze 12 lat bardzo intensywnie. Nie da się zrobić szkoły, która nie wpływałaby na wymienione procesy. Ona robi to w każdej sekundzie. Nasz problem polega na tym czy nas to interesuje, czy nie i w jakim stopniu.

          • monika

            Ach, bardzo Was przepraszam za tych „Państwa”, poniosło mnie…
            Oczywiście, że interesuje nas, w jakim środowisku przebywają dzieci przez tyle godzin dziennie. Zwłaszcza nas, rodziców. Tylko ja bym wolała, żeby wychowawcy i inni pedagodzy raczej pracowali nad sobą, a nie próbowali „ulepszać” nasze dzieci. Zwłaszcza, że zapewne odbywałoby to się tak jak cała reszta, przy pomocy konspektów, programów, podręczników i innych takich… Niech nauczyciele będą dobrymi wzorcami, niech będą uczciwi w tym co robią, niech traktują dzieci jak osoby, niech nie nagradzają krętactwa i lizusostwa, niech interesują się własnym przedmiotem, aż tyle. Rodzice przecież też nie wychowują metodą pogadanek i sztucznie stworzonych sytuacji, bo to zwyczajnie jest przeciwskuteczne. W środowisku szkolnym takie akcje bywają często wręcz demoralizujące, nie mówiąc o stracie czasu i środków.
            Taki kierunek myślenia: my wiemy, jak poprawić ludzkość, jak będzie lepiej dla innych, jest bardzo niebezpieczny, trzeba tu być bardzo ostrożnym…

  10. Pani Moniko!
    Dziękuję za ten głos obywatelskiego rozsądku!

    Polecam lekturę dyskusji, jaką jakiś czas temu prowadziłem z Pawłem Krawczykiem (choć i kilka innych osób dorzuciło swoje $ncdot 3,{rm gr}$): http://osswiata.pl/stojda/2012/09/23/statler-and-waldorf/

    Tak! Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to państwa wychowującego, socjalizującego i kształtującego moralnie dzieci według najmądrzejszych i najsłuszniejszych zasad. W takim państwie się wychowałem (szczęśliwie nie było ono skuteczne w tym kształtowaniu i wychowywaniu).

    Ręce mi opadają a łysina się jeży, gdy słyszę, jak wielu skądinąd rozsądnych i mądrych ludzi daje przyzwolenie państwu na to, by wychowywało następne pokolenie wyborców. Niech jeszcze ktoś podpali Sejm…

    Zacznijmy uczyć w szkole historii: od Wojny Peloponeskiej, po historię pierwszej połowy XX wieku.

  11. Paweł Kasprzak

    🙂 Wracając do życia i tamtej ożywionej (choć chyba tylko dla nas) dyskusji. Obaj z Xawerem awanturujemy się tutaj strasznie (o ile rozumiem jedynie Marcin Zaród przychyla się od czasu do czasu do tego zdania) w obronie „twardej wiedzy” (niekoniecznie zresztą ścisłej), bo reszta towarzystwa woli raczej „miękkie kompetencje”. Co do wychowania spór dotyczył problemu, który świadomie dociągnęliśmy do ekstremum. Xawer twierdził, że państwowa szkoła (dlatego, że jest państwowa) absolutnie musi się wycofać na pozycje jak tylko się da sterylnej neutralności i wobec tego powinna wychowywać jak najmniej, z czym ja sam niezupełnie się umiałem pogodzić i próbowałem rozpaczliwie wymyślić ucznia, który swoje potrzeby tego rodzaju zaspokaja w szkole na własne żądanie.

    Przeszukałem ostatnio, co umiałem znaleźć w literaturze, tropiąc zwolenników wychowawczego minimum wśród pedagogów, socjologów edukacji i im podobnych i nie znalazłem niczego. Wygląda na to, że Xawera pogląd jest w tej kwestii odosobniony, co mnie bardzo dziwi, bo przecież – mimo, że się kłóciłem – ten pogląd jest dość mocno osadzony w logice i kilku innych rzeczach.

  12. MZ

    @ Paweł

    Słabo szukałeś. Jest Illich i potomni.

    • Paweł Kasprzak

      Nie no, szukałem porządnie i Illicha oczywiście znalazłem, ale to nie jest to, bo Illich uważa, że szkoła to samo zło – czy wychowuje, czy nie. Wiedza jest towarem, szkoła konserwatywną reprodukcją wad społeczeństwa itd. Podzielam tę diagnozę, jak ją wielu zresztą podziela, choć – zauważ – postulaty deskolaryzacji Illicha już podzielane nie są i nadal uchodzą za utopię. Ja zresztą myślę, że głównie dlatego, że sobie społeczeństwa bez szkoły nikt nie umie wyobrazić.

      Xawera poglądy są – delikatnie mówiąc – dość różne od Illicha przecież 🙂 Mnie do Illicza zdecydowanie bliżej niż jemu, choć ja uważam, że szkoła powinna wychowywać, a Xawer – nie tyle, że nie powinna, tylko, że państwowa szkoła powinna tu sterylnie wręcz dbać o neutralność i się wobec tego ograniczać do tych rzeczy, których się uniknąć absolutnie nie da i które są w oczywisty sposób niekwestionowane.

      • Marzena Żylińska Post author

        @ Monika, Xawer, Paweł, Marcin, Wiesław

        Zacznę od Xawera. Tak, jak pisze Wiesław odpowiadając Monice, czy tego chcemy, czy nie, kontakt nauczycieli z uczniami powoduje, że ci ostatni dostają określone wzorce postępowania. Neuronów lustrzanych nie da się wyłączyć na czas pobytu w szkole. Jeśli nauczyciele chcą być szanowani, najpierw sami muszą szanować uczniów.
        Musimy zaakceptować fakt, że kontakt z nauczycielami, jak równiez z innymi ludźmi, powoduje określony sposób socjalizacji. Nauczyciele często nie są świadomi faktu, że dostarczają swoim uczniom możliwe programy działań, które zostają zapisane w neuronach lustrzanych. Na tym polega wychowanie. Można tematu nie dostrzegać, ale ja uważam, że powinnismy głośno rozmawiać o tym, jakie wzorce postepowania uczniowie wynoszę ze szkoły.

        Zaraz poprawie xawerową pomyłkę 😉

      • Ależ to, że wychowawcze działanie szkoły jest nie do uniknięcia, jest oczywistą oczywistością.
        Powstaje jednak pytanie, czy należy w związku z tym instytucjonalizować to działanie, poddawać je państwowym regulaminom, wytycznym i „podstawie programowej z wychowania”, czy uznać je za zło konieczne i (w szkołach państwowych) redukować i ograniczać tak, by nie wykraczało poza konstytucyjnie uznawaną część wspólną etyki i prawa.

        Ja uważam (a Paweł ten mój pogląd bardzo trafnie tu streścił), że wszelkie działanie wychowawcze państwa w stosunku do swoich obywateli, wykraczające poza wymóg poszanowania prawa, jest zagrożeniem dla demokracji: tworzy sprzężenie zwrotne, w którym najdrobniejsza przypadkowa aberracja w kolejnych pokoleniach będzie wzmacniana przez państwowe wychowanie przyszłych wyborców i decydentów, aż stworzy (jak historia pokazuje — już po jednym-dwóch pokoleniach) totalitaryzm w rodzaju Sparty, III Rzeszy, Sowietów czy Chin Mao, albo choćby łagodną dyktaturę międzywojennej Polski, gdzie „wartości państwowe” były elementem wychowania szkolnego.

        Wychowywać mogą (i tu nie odmawiam tego prawa nawet skrajnościom jak szkoły Lux Veritatis, choć są mi one wstrętne) szkoły prywatne — gdzie to nie państwo, a rodzice decydują o wyborze linii wychowawczej.

        Nie ma nic groźnego w tym, że rodzice wpajają (nawet okropne, byle w granicach prawa) przekonania swoim dzieciom. Natomiast państwo demokratyczne, jakkolwiek kształtujące swoich przyszłych obywateli musi wpaść w dodatnie sprzężenie zwrotne, wykładniczo wyostrzając ten pogląd w stronę takiego czy innego ekstremizmu.

        • Marzena Żylińska Post author

          A mnie się wciąż wydaje, że potrzebne jest wychowanie do i dla demokracji. W szkołach powinno się mówić o szowinizmie, skrajnych formach nacjonalizmu i ogólnie o tym, że demokracja nie jest nam dana raz na zawsze. Mnie marzy się, by uczniowie w czasie kampanii wyborczych zapisywali sobie, co obiecują i co mówią politycy, a potem, by to porównywali z tym, co robią po wygranych wyborach. Marzy mi się szkoła, która rozwija krytyczne myślenie i uczy odporności na manipulację i demagogię. (Choć to miękkie kompetencje, to wydają mi się nie mniej ważne od wiedzy.) Demokracja wcale nie jst prosta, żeby rozwinąć odpowiednie postawy, trzeba zacząć w dzieciństwie. Ale jak można przygotowywać do życia w demokracji w tak niedemokratycznej instytucji jak szkoła?

        • Nie wiem, czy aż „potrzebne”, ale z pewnością dopuszczalne. Niedopuszcalność szowinizmu, etc – to są wartości chronione prawem. Podobnie obywatelska kontrola polityków.

          Krytyczne myślenie nie jest elementem jakiejkolwiek indoktrynacji, tylko wprost przeciwnie – impregnuje na indoktrynację i mieści się w całości w oświeceniowym fundamencie aksjologicznym demokracji, jest też fundamentem dzisiejszej nauki.

          W dopuszczalnym wychowaniu znajdzie się dużo więcej: że nie należy bić ani lżyć Zosi. To jednak są treści etyczne nie wykraczające poza te, bezpośrednio wspierane przez prawo.

          Ale już uważam, że szkole (ani nawet pojedynczemu nauczycielowi) nie wolno propagować treści moralnych z prawem rozłącznych, np. że złem jest jedzenie mięsa, albo że złem jest jedzenie pomidorów modyfikowanych genetycznie.

          • Marzena Żylińska Post author

            Xawer,

            napisałeś: „Krytyczne myślenie nie jest elementem jakiejkolwiek indoktrynacji, tylko wprost przeciwnie – impregnuje na indoktrynację i mieści się w całości w oświeceniowym fundamencie aksjologicznym demokracji, jest też fundamentem dzisiejszej nauki.”

            Znając Cię nie chce mi się wierzyć, że pisząc „nauki” miałeś na myśli naukę w szkole. A przecież właśnie tam powinno się rozwijać krytyczne myślenie czy zaszczepiać odporność na indoktrynację. Dlaczego się zatem tego nie robi? Bo tego nie ma na testach?

  13. „Nauka” to u mnie, oczywiście znaczyło „science”, a nie „learning”, czy tym bardziej „teaching”…

    Szkoła powinna rozwijać myślenie krytyczne, ale tego nie robi. To znów jest zdanie postulatywne i ja w pełni ten postulat podzielam.
    Odpowiedź na pytanie „dlaczego tego nie robi” jest trywialnie prosta — bo nie taki cel jej postawiono. W „Podstawie programowej” są wyłącznie ogólniki na ten temat. Zweryfikować można (i robi się to egzaminem maturalnym), czy uczeń umie rozwiązać zadanie z procentów na przecenę spodni.

    Są natomiast pojedyncze szkoły rozwijające to myślenie krytyczne. Szkoły, które działają wbrew państwowemu systemowi i „podstawę” spychają na margines swojej praktyki. Uczą krytycyzmu, wychodząc z zupełnie różnych punktów zaczepienia: od Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. J.Kuronia, po matematycznego Staszica.

    • Magda

      Nie zgadzam się ani z oskarżeniem „podstawy”, ani z tezą, że szkoła nie uczy krytycznego myślenia. Unikanie uogólnień sprzyjałoby zresztą dyskusji, a nie budziło tylu kontrowersji. Pierwsza rzecz – oddzielmy „podstawę” od jej recepcji. Nie winą podstawy jest jej uproszczona, niedokładna lektura i interpretacja. Nie jej winą jest także uczenie „pod podstawę” czy tłuczenie testów mających sprawdzać w mniemaniu niektórych nauczycieli, czy podstawa została wbita w głowy uczniów. Wiele zapisów z podstawy pokazuje, że jej twórcom chodziło właśnie o zmianę w myśleniu nauczycieli i obudzenie postawy krytycznej.
      Druga – trudna kwestia – my, nauczyciele, nie zostaliśmy nauczeni myślenia krytycznego, będąc uczniami. Stąd kryzys polskiej szkoły. Ale zamiast oskarżać wszystko i wszystkich, lepiej szukać dobrych wzorców i uczyć się dzięki współpracy.
      I trzecia kwestia – znam dobrze obie szkoły, o których piszesz. I chciałabym podkreślić, że w pierwszej z nich uczenie krytycznego myślenia niebezpiecznie blisko jest indoktrynacji, w drugiej zaś dotyczy jednak tylko konkretnych przedmiotów. Stąd – i krytyka podstawy dla mnie za ostra, i zachwyty nie do końca rozumiem.

      • Marzena Żylińska Post author

        @ Magda
        Napisałaś: „Wiele zapisów z podstawy pokazuje, że jej twórcom chodziło właśnie o zmianę w myśleniu nauczycieli i obudzenie postawy krytycznej.”
        Xawer słusznie zauważył, że podstawa programowa jest jedynie częścią całości. Czy uważasz, że obecny system edukacyjny premiuje krytyczne myślenie, jeśli na końcu drogi uczniów czekają testy oparte na zero-jedynkowym kluczu? Czy ktoś, kto mysli samodzielnie o oryginalnie ma szansę zinterpretować jakikolwiek utwór literacki i dostać dużą ilość punktów? Przecież próbowali tego Marcin Król i Antoni Libera i żaden z nich nie dostałby się na studia polonistyczne. Sprawa została opisana i było o tym głośno. Czy Królowi i Liberze brakowało wiedzy? Czy nie potrafili pisać? Wiedzę mieli i obaj słyna ze świetnego pióra, ale niestety mysleli samodzielnie i w klucz się nie wstrzelili.
        Znam tylko niektóre podstawy programowe. Najlepiej te do języków obcych. Moim zdaniem trudno je obronić.

      • „Znam tylko niektóre podstawy programowe. Najlepiej te do języków obcych. Moim zdaniem trudno je obronić.”
        O żenadzie podstawy z matematyki już dość tu z Pawłem napisaliśmy… Fizyka jest równie, jeśli nie bardziej żenująca. Nie do końca czuję się kompetentny dyskutować o biologii i chemii, ale widzę tam wyłącznie bzdurne szczegóły, a żadnych wartości poznawczych.

        Jedyną „podstawą”, jaka się broni — i to całkiem dobrze — jest rozszerzona licealna podstawa informatyki. Jest naprawdę ciekawa poznawczo i sensowna treściowo — komentowałem to przy okazji tegorocznych matur — bo i matura z informatyki zaskoczyła mnie swoją sensownością, kontrastująca z bzdetami o przecenie spodni i prawem Ohma.

  14. „Nie winą podstawy jest…”
    To jest racja oczywista. „Podstawa” nie jest osobą, więc i winy za nic ponosić nie może.
    Jest natomiast winą instytucji (czyli jej kadr decydenckich, wśród których autorzy „Podstawy” zajmują poczesne miejsce), która odpowiedzialna jest za zarówno treść podstawy, jak i pragmatykę jej wykonywania, że to wygląda tak, jak wszyscy widzimy.
    „Podstawa” jest wyłącznie jednym z dokumentów konstytuujących świetnie spójny i współgrający chory system.

    Ta sama instytucja, która zleciła napisanie i odpowiada za treść „podstawy”, odpowiada za nadzór nad tymi, którzy „niedokładnie tę podstawę czytają” i dyscyplinowanie ich, by „czytali dokładnie”.

    „znam dobrze obie szkoły, o których piszesz. I chciałabym podkreślić, że w pierwszej z nich uczenie krytycznego myślenia niebezpiecznie blisko jest indoktrynacji, w drugiej zaś dotyczy jednak tylko konkretnych przedmiotów”
    – zgadzam się w pełni.
    Zwracam tylko uwagę, że „Kuroń” jest liceum prywatnym, z wyboru, nie kryjącym swoich upodobań ideologicznych (mi dość dalekich…), więc posyłając tam swoje dziecko rodzice dokonują świadomego wyboru, że ich dziecko będzie wychowywane w konkretnym systemie wartości. Podkreślam: ja bym tam swojego dziecka nie posłał, ale uznaję prawo rodziców do wychowywania swoich dzieci w tym duchu (tak samo, jak w szkole oo.Pijarów).
    Zgadzam się też, że krytycyzm poznawczy uprawiany w Staszicu dotyczy wyłącznie nauki (science). Obok tego maja tam nawet kapliczkę Błogosławionego Jana Pawła II. Mimo to Staszic byłby mi bliższym wyborem, niż Kuroń, a każda z nich niż noname na rogu ulicy.

  15. Saskia

    Najpierw zaznaczę, że nie czytałam komentarzy powyżej z braku czasu. Ale podzielę się jedną refleksja. Zawsze z moimi dziećmi rozmawiałam dużo o szkole. Moja córka, obecnie studentka w USA, powiedziała mi, że w szkole nie powinno być w ogóle podręczników, bo jej zdaniem one ograniczają. Kiedyś poprosiłam ją, aby zebrała opinie swoich koleżanek i kolegów na temat tego, jaka ich zdaniem powinna być szkoła. Powiedziała mi, że przedyskutowała tę kwestię z wieloma uczniami i studentami. Pokłosiem tych dyskusji jest krótki esej na temat edukacji. Pozwalam sobie zamieścić go w całości. Przepraszam, że jest w języku angielskim. Nie posiadam wersji polskiej. Ale może warto spojrzeć na szkołę oczami uczniów.

    SCHOOLING

    1. TEXTBOOKS

    Textbook as much as being an aide to both teacher and students, can be at the same time limiting and discouraging. Limiting in the sense that the students may feel that all they need to know is comprised in the textbook and they do not need to look beyond; and discouraging or overwhelming when badly designed and laid out. The design issue is becoming more and more pressing nowadays when the students’ attention span is decreased, therefore large chunks of text and little or no color and pictures definitely do not appear inviting.

    This is not to say textbooks should be banned, although it would be an interesting experiment.* Rather than banning the textbooks, they should be edited and simplified to serve more as guides through topics with some basic information and further references (so that the students would have to go on their own to meet the syllabus requirements). The textbooks and references should be encouraging both verbally and visually.

    There alway will be students who will not go beyond the textbook basics/guidelines, and it is the role of the teacher to do his or her best to spark an interest in a student (look: 2. TEACHERS).

    *My daughter went to a school in which the topics were specified in the Syllabus, but no textbooks were used; she says it was a very good solution because by having to go to many sources one gains a better, 360 deg perspective on a given subject, can form her own opinion, and to a great extent avoids bias.

    2. TEACHERS

    2.1 Dedication and charisma
    Teachers, throughout an individual’s entire education, but especially in its early stages, have a vital influence on the student’s attitude to school, subject, and learning. One teacher can make you hate math or history, but the next one can make you fall in love with it. There are very few teachers who through their charisma, dedication, and passion win the students’ liking for both themselves and the subject they teach.

    It seems like there are not that many teachers who teach because that’s what they wanted to do, and the students see it; a dispassionate teacher will „produce” dispassionate students.

    2.2 Wearing out
    After years of teaching it may happen so that the process of teaching becomes a routine for the instructor: a repetition of the same things over and over again. It is human to be bored and tired of it, but it should be a professional duty to play it out as if you’re teaching it for the first time, and it s something exciting you have just found out about. Students can immediately spot when teaching has become a routine for the instructor, and the lack of enthusiasm may lead them to thinking that whet they;re being taught is unimportant and boring. Teachers should remember that their enthusiasm, as well as lack of it, are contagious.

    3. STUDENTS

    3.1 Attitudes
    Not everything depends on the teacher. It is true – some students are just „shitty students” – they just don’t care and it is almost impossible to reach to them. This is oftentimes a result of their environments and very few teachers would be able to cope with that – maybe a psychologist would help, but also in teaching sometimes you just „can’t have it all”.

    3.2 Stratification
    As much as a student issue, stratification (or rather the lack of it) is a malady of the entire system. The pace and regimen of teaching is usually adjusted to the weakest students – and that is wrong, because the mediocre and excellent students will get frustrated and bored what will result in negative attitudes towards school and learning. There should be a division between the weak, the mediocre, and the excellent students. It would allow for appropriation of material and the pace of teaching, as well as adjustments of teaching methods and attitudes to best reach the students and meet their needs.

    4. CULTURE
    Through induction the schooling issues can be traced to being embedded in the culture. School is seen as not a fun place to be what from the start puts in in the losing corner. More than a place where you can learn about the world and explore amazing things, experiment in biology, chemistry, physics, do cool stuff, play sports, talk about ideas, get fascinated by math, or discover your artistic abilities and use your potential it is seen as a dull obligation; a duty every citizen has to go through, and want to get it over with as soon as possible. School does not have „the cool factor”. Changing this would require a lot of effort and financial involvement, as well as multimedia campaigning and promotion (basically, „School” and „Education” should be seen as a company, a brand; now the company is in distress and it’s brand identity needs to be redefined).

    Schools and what you learn in them must not be seen as something you need to „check-box” on your life’s agenda, but as something fascinating that will help you explore and understand the world better, and maybe find your own interests. Schools should be fascinating places of everyday discoveries.

  16. Duże piwo ode mnie dla Twojej córki. Nawet, jeśli studiuje w Stanach i nie ma jeszcze 21 lat, to i tak ma je u mnie 😉

  17. Paweł Kasprzak

    Uwaga o podręcznikach – znakomita. W praktyce polskich szkół – im lepsza szkoła tym rzadziej uczniowie oglądają podręczniki. Ale uwaga – ani tu, ani w innych środowiskach zainteresowanych edukacją, treść tego, co szkoły i edukacja mają do zaoferowania nie zajmuje zanadto dyskutujących.

    Jeszcze bardziej podoba mi się myśl, że szkoły nie oferują „cool factor” (dla mnie powinna nim być przede wszystkim treść). To akurat dostrzega wielu, natomiast bardzo rzadki, albo unikalny jest wniosek o tym, że szkoły, edukacja, edukacyjne wartości oraz – dodałbym od siebie – treści wymagają najzwyczajniej promocji, skoro żyjemy w takim świecie, w jakim żyjemy.

    Kolejne piwo ode mnie. Kto jeszcze?

  18. Saskia

    Bo mi córkę rozpijecie 🙂 A na poważnie: bardzo dziękuję za uznanie dla niej. Ale cóż z tego, skoro tzw. decydenci często nie słuchają „vox populi” (czytaj: vox discipuli), bo …wiedzą lepiej.

  19. Angelika

    Czytając ten artykuł przypomniała mi się pewna lekcja historii, kiedy to nauczycielka weszła do klasy i zaczęła opowiadać tak monotonnie, że praktycznie cała klasa po 15 minutach całkowicie się wyłączyła i każdy wyszedł z zajęć tak naprawdę bez nowej wiedzy. Myślę, że gdyby nauczyciel postarał się opowiadać językiem zrozumiałym dla uczniów, a nie cytować książkę wszyscy chętniej uczestniczyliby w zajęciach.

  20. Daria

    Tok nauczania dziecka musiałby być dostosowany do indywidualnych potrzeb jednostki. Jednak takie rozwiązanie nie wchodzi w grę, gdyż wtedy każde dziecko powinno mieć swojego nauczyciela. Są dzieci, które do pierwszej klasy podstawówki przychodzą z zasobem wiedzy, którą tak naprawdę dopiero powinny przyswoić. Natomiast będzie też druga grupa dzieci, z którymi rodzice nie pracowali i dla nich nauka od podstaw jest jak najbardziej wskazana. Jeżeli nauczycielka będzie chciała przyśpieszyć z materiałem, w tyle zostaną uczniowie, którym i tak trudno przyswoić wiedzę. Trudno jest znaleźć sposób, aby połączyć te dwie grupy dzieci.

    • Może wystarczyłoby, żeby jednych zapisać do klasy 1a, a drugich do 1b?

      Albo żeby tych, którzy umieją czytać, pisać i liczyć z domu nie zmuszać w ogóle do chodzenia do szkoły, która i tak ich niczego nie uczy?

    • Paweł Kasprzak

      Ksawery podał jedno możliwe rozwiązanie – proste i efektywne, ale nie całkiem eliminujące problem. Ja uważam, że „tok nauczania” (jakkolwiek passe jest to pojęcie i rzeczywiście nieadekwatne – przeciez jednak rozumiemy, o co chodzi) absolutnie musi być dostosowany do indywidualnych potrzeb jednostki. Bo to jednostka się uczy, to jest indywidualny proces i dość przy tym, powiedziałbym, intymny.

      Pomysł uczenia na hasło, w stadzie jest o wiele mniej realistyczny niż postulat jeden uczeń – jeden nauczyciel. Dzieci na szczęscie znakomicie uczą się od siebie nawzajem – wystarczy im na to pozwolić. Wtedy przedstają być stadem z nauczycielem w charakterze nadzorcy. Wtedy okaże się, że w jednej klasie da się umieścić nie tylko tych lepiej i słabiej przygotowanych, nie tylko tych rzekomo mniej lub bardziej zdolnych, ale np. siedmiolatków z dwunastolatkami i obie strony będą w stanie skorzystać na tej sytuacji.

      Trudno jest nie tylko połączyć tak zdefiniowane grupy dzieci. Trudno jest w ogóle sprawić, żeby ludzie ze sobą np. normalnie rozmawiali. Gdzie, jeśli nie w szkole, trenować siebie i dzieci w przyswajaniu sobie tego rodzaju umiejętności?

    • „Pomysł uczenia na hasło, w stadzie jest o wiele mniej realistyczny niż postulat jeden uczeń – jeden nauczyciel.”

      Mam już sporo przemyśleń (choć jeszcze zbyt dziurawych i nieuporządkowanych, by je opublikować) o organizacji szkoły działającej w modelu tutorskim, opartej o indywidualny tutoring w połączeniu z różnymi zajęciami w większych i mniejszych grupach i zapewnieniem warunków do samodzielnej pracy.
      Przynajmniej na poziomie trochę starszych uczniów (12+ lat) powinno to się dać zrobić.
      Wydaje się, że taka szkoła nie powinna być droższa w prowadzeniu od typowej szkoły publicznej — powinna się więc mieścić w modelu „szkoła darmowa za bony” (gdyby było finansowanie bonowe na niedyskryminacyjnych zasadach) albo „szkoła społeczna z czesnym rzędu 1000zł/miesiąc”.
      No i do tego konieczne jest uwolnienie się spod szczegółowego nadzoru, podstawy programowej, wymuszonego podziału na roczniki i klasy, sztywnej siatki godzin, etc. Może wybieg K.Hall dałby się tu zastosować już w dzisiejszym systemie prawnym?

  21. Agata

    Wpis, który właśnie przeczytałam, idealnie definiuje moją opinie na temat szkoły i systemu nauczania. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, że wielu nauczycieli ma takie same podejście do swojej pracy, jak niewolnicy którzy zostali do niej zmuszeni. Bardzo często chodzi jedynie o to, żeby odpracować wyznaczone godziny, a ucznia pozostawić samego sobie z materiałem który musi pojąć. Oczywiście są też nauczyciele którym zależy na tym, aby uczeń coś zrozumiał. Mogę tu przytoczyć przykład pewnej nauczycielki z mojej szkoły średniej, która zabierała uczniów którzy mieli problemy z nauka, do swojego domu na indywidualne nieodpłatne korepetycje tak, aby na spokojnie przedstawić im cały materiał i dostosowywała się do ich własnego tempa nauki. Często też, zanim coś wytłumaczyła, dawała uczniowi szanse na znalezienie własnego sposobu i zawsze uwzględniała jego pomysły i propozycje. Owa pani, od wielu lat, jest uznawana za najlepsza nauczycielkę w okolicy, ale takich to ze świecą szukać.

  22. Paula

    O tym,że proces nauczania ,przekazywania wiedzy jest skomplikowany i trudny wiadomo od dawna.Zewsząd słychać opinie na temat współczesnej polskiej szkoły. Często są one bardzo niepochlebne.Szkoła funkcjonuje według schematów,zasad,zgodnie z ustalonym programem,a wszelkie odstępstwa traktowane są ,jak zło konieczne. Sama jeszcze się uczę i właśnie patrzę na proces nauczania z perspektywy ucznia-studenta. Większość nauczycieli z jakimi się zetknęłam ściśle trzyma się programu,traktuje uczniów jak swego rodzaju maszyny,którym należy ,,zaprogramować” jakąś wiedzę.Można odnieść wrażenie, że uczeń nie jest w szkole ważny.Z pewnością mniej istotny niż podstawa programowa , wypełnianie ,,papierków”.Niewielu jest nauczycieli,którzy podchodzą do ucznia,jak do indywidualnej jednostki, mającej pewne możliwości,zainteresowania,które należałoby pomóc rozwijać-nawet jeśli są niezgodne z wymogami programu nauczania.Dzieci uczą się niejako mechanicznie,wkuwają,zamiast zdobywać wiedzę przez doświadczenia. Uczeń nie ma czasu i możliwości popełniać błędy,a co ważniejsze wyciągać z nich wnioski. Szkoła powinna nauczyć samodzielnego myślenia, radzenia sobie w nowych,coraz trudniejszych sytuacjach. Czy spełnia te warunki-myślę,że to pytanie na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

  23. Zgadzam się z tezami autorki artykuły, ale niepokoją mnie pewnie uproszczenia. Zakładam, że są efektem skróconej formy jaką jest blog. Sama zajmuje się od dłuższego czasu experiental learning i widzę wiele stereotypów w około takiego podejścia. Super jest stwarzać dziecku szansę na rozwiązywanie problemów samodzielnie. Robił to już Dewey. Jak dzieci uczyły się o chlebie to zaczynały od posiania ziarna. Tylko, że świat tak przyspiesza i wiedza w nim tak przyrasta, że nie na każdym etapie możemy sobie pozwolić na odkrywanie koła – zwłaszcza, jeżeli porównamy to z lamentem akademików o coraz niższym poziomie studentów. W swojej edukacji też, jak wszyscy, uczyłam się rozwiązywania zadań „tak jak mówi pani”. Wolno było zadanie rozwiązać inaczej, ale trzeba było znać również sposób pani z bardzo prostego powodu – tysiące osób przed nami uznało go za najbardziej efektywny. Więc poszukuj swojego, ale wiedz, że w dorobku ludzkości jest już całkiem niezły pomysł jak to rozwiązać.

    Łatwo jest postulować, że dzieci same mają odkrywać prawidła matematyki na poziomie operacji prostych. Ale nie da się „odkryć” czym jest pierwiastek i jak wykorzystywać go w obliczeniach. Albo inaczej – da się, ale zajmie to bardzo dużo czasu i każdemu dziecku uda się to w innym momencie. Tego się nie da utrzymać w systemie klasowo-lekcyjnym. Więc jeśli zgadzamy się, że uczymy dzieci stadem (czy to się utrzyma to inna kwestia) to musimy się zgodzić, na pewną ilość form podających. Oczywiście mądry nauczyciel stosuje te formy w mniejszości.

  24. ” świat tak przyspiesza i wiedza w nim tak przyrasta ”
    Ta teza powtarzana jest w kółko jak mantra.
    Tyle, że nie ma to żadnego związku ze szkołą.
    „Podstawa programowa” kurczy się z każdą jej kolejną zmianą.
    Jeśli popatrzymy na dzisiejsze wymagania maturalne z matematyki i porównamy je z wymaganiami z roku 1913 (którykolwiek z zaborów nam najbardziej pasuje, mi najbliższa jest Galicja i matura cesarsko-królewska), to powinniśmy stwierdzić, że wiedza kurczy się gwałtownie.

    „Łatwo jest postulować, że dzieci same mają odkrywać prawidła matematyki na poziomie operacji prostych. Ale nie da się „odkryć” czym jest pierwiastek i jak wykorzystywać go w obliczeniach.”
    — dokładnie przeciwnie!
    Im bardziej złożone pojęcie, tym mniejszą rolę w nim grają czynniki wymagające nauczenia się (nazwy, definicje, konwencje, zapis, etc.) a tym większą struktura — którą każdy musi sobie w umyśle wytworzyć, jeśli mamy mówić o rozumieniu zagadnienia, a nie o wykuciu definicji.
    Nie ma najmniejszego problemu z tym, żeby dziecko wytworzyło sobie to pojęcie i nie trzeba na to wcale dużo czasu. Na pewno mniej, niż szkoła marnuje na wbijanie mu tego do głowy przez wykucie i zapamiętanie.

    Oczywiście, element „podawczy” jest nie do wyeliminowania: dziecko samo nie wymyśli ani symbolu $sqrt{dots}$ ani słowa „pierwiastek”. Ale istotę (treść) tego pojęcia nie tylko może, ale wręcz musi wytworzyć sobie samo i samo je wpasować w resztę struktury innych pojęć matematycznych.

  25. Słusznie. W Polsce robią to szkoły waldorfskie.
    Aż dziw, że cieszą się tak małą popularnością, skoro tak oczywistym wydaje się fakt, iż metody stosowane w edukacji formalnej czynią dzieciom wiele złego.

  26. Ja też się dziwię, że waldorfskie szkoły są tak mało popularne, bo spośród „uporządkowanych systemów pedagogicznych” ten chyba jest mi najbliższy — z całym dystansem do R.Steinera….
    Mało ich jest.

    Czyżbyście Państwo mieli mało chętnych do „Istoty”? Życzę jak najwięcej!

  27. katarzyna_s

    „Nauczyciele wciąż jeszcze postrzegają szkolną naukę bardziej jako proces nauczania niż uczenia się.” to zdanie to kwintesencja tego, jak powinno nauczanie w szkole wyglądać. I u mnóstwa nauczycieli dokładnie tak jest. Czemu nie u wszystkich? Bo tak jest po prostu łatwiej… to kwestia czasu, motywacji i strachu przed niesprawdzeniem się tej metody na testach zewnętrznych. Jak to zmienić? Myślę, że to długa dyskusja wciąż mówiąca o tym samym- biurokracja, papiery, praca po 10-12 godzin dziennie (choć w telewizji i tak powiedzą, że to 4godz dziennie), egzaminy zewnętrzne… można narzekać, ale widoków na to, by się to zmieniło w najbliższym czasie nie ma… Więc albo poświęcać kolejne godziny w ciągu dnia kosztem życia rodzinnego, albo zostać przy starych (aczkolwiek nudnych i mało efektywnych) metodach nauczania.

  28. Boni

    „Gotowe algorytmy można przyrównać do gotowych zabawek.(. ..) Dlatego zadaniem szkoły przyjaznej mózgowi powinno być tworzenie bogatego środowiska edukacyjnego. Dla nauczyciela matematyki oznacza to konieczność przygotowywania zadań, które pozwolą na rozwijanie własnych strategii. Uczniowskie mózgi potrzebują materiału, który umożliwi im robienie tego, do czego zostały stworzone i co przynosi im satysfakcję.”
    Martwi mnie to, że wskazuje się nauczyciela, jako jedyną osobę, która powinna tworzyć zadania pozwalające uczniom w pełni wykorzystywać możliwości mózgu. Ile zadań może wymyśleć pojedyncza jednostka, na dodatek kształcona przez system, który krytykujemy. Jestem przekonana, że każdy nauczyciel praktyk próbuje wymyślać lub szukać ciekawych problemów, zmuszających uczniów do tworzenia własnych strategii.
    Uważam , że nie tylko nauczyciel jest odpowiedzialny za poszukiwanie zadań zmuszających uczniów do twórczego myślenia. Powinny być dostępne odpowiednie opracowania . Są osoby, które pracują nad podręcznikami, czerpiąc z tego korzyści finansowe. Myślę, że oni również powinni przyczynić się do zmiany wyglądu naszej szkoły. Nauczyciele praktycy mają wiele pomysłów na „inne lekcje”. Może należałoby skorzystać z ich wiedzy i stworzyć skarbnicę dobrych pomysłów, które przyczynia się do pozytywnych zmian w naszym systemie edukacyjnym.

    • ula

      Witam
      Mam podobne odczucia. Zgadzam się z tym, że coraz więcej zadań zrzuca się na nauczyciela. Dobrze byłoby wspomóc nauczyciela w jego pracy. Nas przecież nikt nie uczył jak pracować w nowych warunkach. Może na szerszą skalę ruszyć z serią szkoleń, ale sensownych szkoleń, nie takich, które tylko z nazwy są ciekawe i pożyteczne?

  29. Oczywiście, że oryginalność zadania nie jest warunkiem koniecznym, by było ono sensowne i pożyteczne dydaktycznie. Proszę poszukiwać takich zadań w literaturze i wykorzystywać te, które Pani znajdzie i uzna za pasujące do aktualnych zajęć. Oczywiście, że każdy tak robi.
    Problem szkolny polega tu nie na tym, czy nauczyciel sam wymyśla zadanie „from scratch”, bądź modyfikuje istniejące, czy wręcz używa po raz tysiączny choćby tego samego, ale na tym, że stosuje dostępne mu gotowce bez własnej krytycznej ich oceny.
    A drugi problem to zastraszająca jakość tych gotowców.

    Z zadaniami i pomysłami edukacyjnymi to trochę tak, jak z gotowaniem. Nie ma niczego złego w czytaniu książek kucharskich. Chodzi jednak o to, żeby były one inspiracją do własnego działania kuchennego, a nie przepisem, który należy zrealizować. Przyzwoita edukacja różni się od widocznego wokół badziewia mniej więcej tym samym, co przyzwoita restauracja od McDonalds: czy kucharz/nauczyciel traktuje przepisy jako inspirację dla własnej twórczości, czy jako algorytm do ścisłego wypełnienia.

    „Ile zadań może wymyśleć pojedyncza jednostka, na dodatek kształcona przez system, który krytykujemy.”
    Widzę, że ten system osiągnął sukces w jednym: wpojeniu Pani (i wielu innym nauczycielom) przekonania, że „tego nie było na lekcji” w pełni usprawiedliwia niewiedzę i indolencję.

    Proszę wspomnieć tę myśl, gdy odpadnie Pani koło od samochodu: to nie wina mechanika, że nie przykręcił go. On w końcu był też kształcony przez ten krytykowany system. Może był chory na lekcji o przykręcaniu kół i miał na to lekarskie usprawiedliwienie? W żadnym wypadku nie może Pani wymagać, żeby porządnie przykręcił to koło! W końcu ile śrub może porządnie przykręcić jednostka, wykształcona przez ten krytykowany system?

    • Antropos

      Pełna zgoda Xawer… nic nie usprawiedliwia… mechanika! Tymczasem zastanawiam się, do jakiego stopnia wykorzystywanie owych „gotowców” jest efektem nauczycielskiego konformizmu, braku dydaktycznej wyobraźni czy też innych belferskich grzechów. A może chodzi o coś jeszcze… Uczę, korzystając z podręczników kilku wydawnictw, będących tzw. liderami na rynku. Pamiętam jak przed sześciu laty przechodziliśmy z kolegami po fachu, żmudny proces porównywania ofert wydawniczych, by wybrać najlepszą serię podręczników dla naszych milusińskich. Kto pamięta, ten przyzna, że było to w dużej mierze kupowanie „kota w worku” (przynajmniej jeżeli chodzi o podręczniki do klas gimnazjalnych). Gotowe były jedynie „dema”, ewentualnie podręczniki do klas pierwszych, natomiast nad resztą oferty unosiła się mgła tajemnicy kryjąca słodką woń naprawdę dużych pieniędzy. Cały „biznes” polegał na znalezieniu odpowiednio dużej ilości nauczycieli deklarujących wybór takiej, a nie innej serii wydawniczej. Taka deklaracja potwierdzona podpisem dyrektora pod szkolnym wykazem podręczników była przepustką do sukcesu, decydował bowiem marketing, a nie rzeczywista jakość danych materiałów. Zatem kto zdołał się załapać, zgarniał pulę, a „leszcze” wypadały z podręcznikowego rynku. Jednym z ważniejszych elementów „wodzenia belfrów na pokuszenie”, stawał się proponowany nauczycielom wybierającym dany pakiet podręczników, darmowy dostęp do domeny z zasobami ćwiczeń, kart pracy, sprawdzianów, testów. Przy okazji, wydrukowane w tym czasie „Książki Nauczyciela” do dziś zalegają po kątach niemal każdego belferskiego domu. To zjawisko „dopieszczenia” nie występowało – w mojej ocenie – na tak ogromną skalę do tego momentu, a gdy się rozlało na cały system, zdegenerowało niesamowicie samodzielność naszego myślenia! Tymczasem statystyczny nauczyciel w Polsce, jest dobiegającą pięćdziesiątki polonistką, która pamięta jeszcze żmudne powielanie zadań za pomocą kalki maszynowej, na ręcznej maszynie do pisania. Perspektywa uwolnienia się od konieczności przygotowywania tej całej „papierologii” jawiła się niemal jak kod dostępu do „edukacyjnego Świętego Graala” 😉 Kto był choć na jednym spotkaniu promującym wówczas daną serię wydawniczą, z najętym na te okoliczność przedstawicielem handlowym jakiegokolwiek wydawnictwa, potwierdzi, że dostęp do „obudowy dydaktycznej”, przedstawiany był jako lekarstwo na wiele dydaktycznych niedoskonałości systemu. Wystarczyło podpisać „cyrograf”, poczekać na aktywację konta, a potem nic, tylko ściągać pliki na pulpity szkolnych komputerów, a następnie drukować, drukować, drukować… Wkrótce okazywało się, że wartość tego co drukujemy jest zwykle mniejsza niż papier którego używamy (nie mówiąc o wartości zużywanych tonerów do drukarek!). Bo jak uczy książę di Lampedusa: wiele musiało się zmienić, by wszystko zostało po staremu. Wydawnictwa wykosztowały się na marketing, zużywając zasoby na wojny cenowe z konkurencją, dlatego do „produkcji” obudowy dydaktycznej wykorzystano te środki, które pozostały… cóż nie było chyba tego zbyt wiele. Niestety nie dało się tego sprawdzić w momencie „podpisywania cyrografu”. Rezygnacja z podręcznika na rzecz innego, czy też odrzucenie go w ogóle, jest możliwe, ale dość trudne (jak mawiają bracia Rosjanie „za wejście rubelek, za wyjście dwa”). Bliski wypalenia zawodowego statystyczny polski nauczyciel, raczej o tym nie pomyśli. Raczej kliknie w okienko otwierające dostęp do kiepskiej, ale dostępnej za bezdurno obudowy dydaktycznej, a potem kliknie „drukuj”…
      Skąd o tym wiem? O żenującym poziomie oferowanych nauczycielom materiałów informowałem wydawnictwa, już po trzech tygodniach od uzyskania dostępu do domeny z zasobami. Minęło sześć lat, a w wielu wypadkach nie poprawili nawet ewidentnych literówek w proponowanych zadaniach. Dlaczego? Bo zatrudnieni w wydawnictwach specjaliści od marketingu wiedzą, że i tak nie muszą… a cyrk będzie się kręcił przez następne kilka lat. Zatomizowane i niezdolne do samoorganizacji środowisko nauczycielskie, nie zdoła wywrzeć skutecznej presji zmierzającej do poprawy jakości oferowanych materiałów. Przecież nie jest w stanie bronić nawet własnych branżowych interesów. Prawda?

      Konkludując. Mechanik, który nie dokręci śrub utrzymujących koło zostanie dość szybko negatywnie „zweryfikowany” przez rynek. Gdy będzie miał pecha, samochód klienta nie zdoła nawet opuścić warsztatu i koło odpadnie. Skutki naszych, nauczycielskich błędów są „weryfikowalne” przez mityczny „rynek” w znacznie mniejszym stopniu. Będziemy mogli je obserwować „w pełnej krasie” dopiero za 20-30 lat. To wystarczający powód, by nadal naciskać „drukuj”… Niestety.

      • Robert Raczyński

        Jak już o weryfikacji rynku mówimy, warto chyba wspomnieć jedną kwestię. Mianowicie popyt. Kiepskiej jakości materiały typu „drukuj i masz spokój” nie są produkowane jedynie ku radości nauczycieli, którym znudziła się kalka i ołówek. One są „tworzone” na zamówienie dużo większej grupy zainteresowanych – szkoła już dawno weszła na drogę „im głupiej, tym lepiej” i zdecydowała, że polem jej działania nie będzie awans intelektualny jednostek, ale masowy prymitywizm. I tak mamy błędne, ale wygodne koło: nauczyciel ma spokój, a uczniowie łatwo przyswajalną papkę zgodną z wymaganiami „nowoczesnych trendów pedagogicznych”. To, że ktoś chce na tym kole ukręcić trochę własnych lodów nie jest dziwne. Pisałem już kiedyś o zachwycie metodyką lingwistyczną, która spowodowała wysyp materiało-podobnych produktów do innych przedmiotów. To, że CLT sprawdza się w bardzo ograniczonym kontekście (nawet lingwistycznym) i nie bardzo przekłada się np. na matematykę, jest już nic nie znaczącym drobiazgiem…

  30. Joanna Czarnota

    Rzecz o mądrości: „Mędrzec zgadza się na świat taki, jaki jest,wolny od lęku, bez intencji. Pojednany z doczesnością nie sięga poza to, co przemija wraz ze śmiercią. Ma jasność sytuacji, gdyż dział w zgodzie, a wkracza tylko wtedy, gdy wymaga tego rzeka życia. Potrafi rozróżniać między możliwym a niemożliwym, gdyż nie kierują nim zamiary. Mądrość jest owocem długotrwałej dyscypliny i ćwiczeń, choć ten, kto ją posiadł, dostępuje jej bez wysiłku. Jest ona zawsze w drodze i zawsze dochodzi do celu, nie dlatego, że szuka. Dlatego, że rośnie.” Myślę, że cytat, który zaczyna książkę „Porządki pomagania” Berta Hellingera świetnie obrazuje mądrą postawę życiową, która powinna być bliska wszystkim tym, którzy zawodowo są związani z pomaganiem. Posłużę się jeszcze jednym cytatem z tej pozycji, który przemawia do mnie, a do którego często wracam: „Panuje powszechne przekonanie, że jeśli ktoś skończył studia psychologiczne albo jest pracownikiem socjalnym lub nauczycielem, to jest powołany, zdolny i uprawniony do ingerencji w przebieg losów świata. I to według własnego wyobrażenia. Jeśli się z tego wyobrażenia zrezygnuje, można żyć całkiem przyjemnie”. Myślę, że młodzi ludzie sami odkryją co lubią robić i co sprawia im satysfakcję. Jest to proces, który z nazwy musi trwać i uważam, że każdy jest w stanie posiąść konkretne umiejętności we właściwym dla niego czasie. Nauczyciel powinien ingerować wtedy, kiedy zostaje o to poproszony, kiedy uczeń utknął na jakimś etapie i potrzebuje wskazówek. Te z kolei też powinny być przekazane w odpowiedni, nienarzucający sposób. Zdarza się, że nauczyciel w dobrej wierze przekazuje uczniowi własną wizję wykonania zadania, własny styl uczenia się i analizy. Wówczas uczeń pozbawiony zostaje energii, nie idzie własną drogą i nie wzrasta. Nauczyliśmy młodych ludzi zbytnio na nas nauczycielach polegać, co skutkuje zahamowaniem ich własnego rozwoju. Hellinger pisze : „Gdy tylko zaczniemy polegać na drugiej osobie, uniemożliwiamy sobie rozwój. Należy więc pomagać tak, aby druga osoba była w stanie sama kierować swoim życiem i swoim losem. Nawet jeśli życie i przeznaczenie okazują się twarde, tego rodzaju pomaganie z zawodowego punktu widzenia jest słuszne”.

    • Robert Raczyński

      „Jest to proces, który z nazwy musi trwać i uważam, że każdy jest w stanie posiąść konkretne umiejętności we właściwym dla niego czasie. Nauczyciel powinien ingerować wtedy, kiedy zostaje o to poproszony, kiedy uczeń utknął na jakimś etapie i potrzebuje wskazówek.” – Być może sprawdza się to w buddyzmie. Tam ludzie mają dużo czasu na szukanie swojej drogi i nawet jeśli jej finalnie nie odnajdą, to też się z tym godzą, bo to również droga, choć inna. W realiach szkoły publicznej, mogłaby pani czekać w nieskończoność i nie doczekać się takiego sygnału. Oprócz oczywistej przeszkody jaką jest masowość i robienie wszystkiego na gwizdek, pardon, dzwonek, musimy liczyć się z tym, że szkoła operuje w najbardziej newralgicznym momencie życia człowieka, kiedy potrzeba „wybicia się na niepodległość”, czyt. „nie będziesz mi mówić, co mam robić” jest podstawową strategią. Do tego dochodzi fakt istnienia ludzi, którzy żadnej własnej drogi wcale nie szukają…

    • „Należy więc pomagać tak, aby druga osoba była w stanie sama kierować swoim życiem i swoim losem. … młodzi ludzie sami odkryją co lubią robić i co sprawia im satysfakcję.”
      Zgadzam się z Panią w 100%! Tak należy pomagać.
      Takie uwagi można jednak kierować do rodziców albo albo do osób ich wspierających w wychowywaniu dzieci poza systemem szkolnym.
      Ale adresowane do nauczycieli szkół publicznych, albo nawet tych niepublicznych, ale działających w ramach systemu, stają się bezprzedmiotowe.

      System szkolny z daleko posuniętą precyzją Podstawy Programowej definiuje, jakie to konkretne umiejętności uczeń powinien opanować na każdym kolejnym etapie. Nie są to umiejętności kierowania swoim życiem i losem, ani dalekowschodnie mądrości, ani też zdolność znajdowania satysfakcji, ale na przykład umiejętność zamiany podstaw logarytmów, albo przedstawienie za pomocą rysunku powstawanie wiązania peptydowego. Zadaniem nauczyciela, funkcjonującego w ramach tego systemu, jest doprowadzenie do tego, by uczeń to wiązanie peptydowe umiał narysować. To jest zadanie, z jakiego jest rozliczany, jakie postawił mu pracodawca i jakie on sam przyjął na siebie, zatrudniając się w szkole.

      Takie uwagi i wskazówki, kierowane do nauczycieli szkolnych, mają tyle samo sensu, co przekonywanie pracowników McDonalds, że należy wspierać ludzi w zdrowym odżywianiu się. Nawet, jeśli jakiś pracownik McDonalds sam odżywia się zdrowo, nie znosi junkfoodu i jest w pełni do zdrowego jedzenia przekonany, to i tak Pani będzie sprzedawał frytki, colę i bułę z hamburgerem zalanym majonezem.

      • Joanna Czarnota

        Obaj Panowie macie rację, opisując dobrze wszystkim znaną, pozostawiającą wiele do życzenia rzeczywistość. Moja intencja była zgoła inna. Osobiście wierzę, że szkoła w Polsce zmieni się w miejsce przyjazne uczniom, rodzicom i nauczycielom. Chciałabym podkreślić słowo „zmieni”, ponieważ nadszedł czas zmian w polskim systemie oświaty. I dobrze. Jak powiedział Heraklit z Efezu „Jedyne co jest stałe, to stałe zmiany”. Uważam, że istnieje szansa, że osoby decyzyjne w naszym państwie dostrzegą, że pozostanie na etapie społeczeństwa wiedzy niekonieczne jest słuszne. Być może tyle czasu potrzebowaliśmy, żeby zrozumieć, że nie tędy droga. Być może powinniśmy iść w kierunku społeczeństwa informacyjnego? Być może nie jesteśmy jeszcze na to gotowi, ale coś się dzieje, nie chcemy obecnej sytuacji i szukamy. Jeżeli chodzi o rolę i postawę nauczycieli, to myślę, że mają duże możliwości pozytywnego oddziaływania na młodych ludzi i wiem, że są empatyczni, zaangażowani, pomocni, mądrzy, zabawni, interesujący nauczyciele, do których przychodzą zagubieni uczniowie. Jeden z panów napisał, że pomoc w odnalezieniu życiowej drogi należy pozostawić rodzicom lub osobom wspierającym rozwój uczniów. Z doświadczenia wiem, że coraz więcej rodziców czy opiekunów nie ma czasu dla własnych dzieci. Szybkie tempo życia spowodowało, że młodzi ludzie, nawet maluszki, mają problemy emocjonalne. Rodzice często nie mają świadomości jak ważna dla ich dzieci jest płaszczyzna porozumiewania się z nimi. Czy uważacie panowie, że rodzic, który nie ma pojęcia co dzieje się w życiu ich dziecka, jakie ma kłopoty, o czy marzy, jest zainteresowany jego rozwojem osobistym? Nie sądzę. Za to nauczyciel, spędzając z młodym człowiekiem większą część dnia, widzi wiele rzeczy i wie kiedy dzieje się coś złego, albo dobrego. Nauczyciel jest dostępny dla uczniów nie tylko na lekcji. Zawsze ma dla nich czas podczas przerwy, z dyżurem czy bez, na zajęciach pozalekcyjnych, podczas których można załatwić wiele różnych spraw, nie tylko dydaktycznych. Nauczyciel wie jak ważny jest aspekt społecznego uczenia się i daje możliwość, żeby młodzi ludzie uczyli się od siebie nawzajem i rozwijali twórcze myślenie. Dobry nauczyciel wie jak zadziwić swoich podopiecznych, żeby skoncentrować ich uwagę. Stwarza sytuacje do zadawania pytań, co kształtuje najważniejsze: myślenie. Mam świadomość, że nie wszyscy nauczyciele porwą tłumy i staną się autorytetami. Jak wcześniej napisałam, nadszedł czas zmian i wierzę, że ważni dorośli (głównie rodzice i bliska rodzina) w życiu młodych ludzi zauważą ich potrzeby i pomogą im w rozwoju własnej osobowości. A jak będą mieli ochotę na coś niezdrowego, to pojadą do McDonalds, zjedzą hamburgery, popiją colą i zapytają się wzajemnie „Jak Ci minął dzień? Jak się dzisiaj czujesz?”

        • Robert Raczyński

          Też jeszcze mam nadzieję na zmiany, choć nie podzielam pani optymizmu…

          „Czy uważacie panowie, że rodzic, który nie ma pojęcia co dzieje się w życiu ich dziecka, jakie ma kłopoty, o czym marzy, jest zainteresowany jego rozwojem osobistym? – To kto ma być zainteresowany?! Instytucja? Państwo? Ku cwale ojczyzny? Nie liczyłbym na to.

          „Za to nauczyciel, spędzając z młodym człowiekiem większą część dnia, widzi wiele rzeczy i wie kiedy dzieje się coś złego, albo dobrego. Nauczyciel jest dostępny dla uczniów nie tylko na lekcji.” – To, że dzieciak spędza połowę swego dnia w szkole, nie oznacza jeszcze, że spędza go z nauczycielem. Z prostej przyczyny – nie jest jedyny. Uwagę nauczyciela przyciągają „ważniejsze” kwestie i to niekoniecznie wynika z jego złej woli. Z iloma uczniami nauczyciel ma szansę być w stałym, prawdziwym kontakcie? Z kilkoma. Ilu takiego kontaktu potrzebuje? Niemal wszyscy.

  31. Marzena

    Szkoła przekauzjąc wiedzę w sposób tradycyjny nie daje możliwości samodzielnego działania i myślenia, zniechęca i nudzi uczniów, nauczyciele skupiają się na „wytykaniu” błędów a nie na podkreślaniu mocnych stron. Wychodzą z założenia „ja wiem lepiej”, „słuchaj”, „nie dyskutuj”. W ten sposób zmusza się uczniów do bierności i do recytowania na pamięć wyuczonych regułek.

    • Wszystko to racja, ale jak „przekazywać wiedzę” w sposób nietradycyjny?
      Nie pytam, jak uczyć nietradycyjnie (czyli odrzucając całość systemu szkolnego, bo to — jak sądzę — wiem), tylko jak w nietradycyjny sposób realizować w państwowej szkole podstawę programową, czyli jak nietradycyjnie doprowadzić do zakładanego wymiernego skutku, jakim będzie przekazanie w nietradycyjny sposób wiedzy o wiązaniach peptydowych i klasyfikacji białek na albuminy, globuliny, histony i metaloproteiny?

  32. marynia

    Uczniowie w szkole musza wykonywać zadania zgodnie z poleceniami nauczyciela (tzw . instrukcją obsługi), nie wolno im za duzo dyskutować,wyciągać wniosków z lekcji .Nauczyciel musi realizować podstawę programową z której jest rozliczanyprzez dyrektora.Uczniowie nie powinni być szufladkowani nalezy rozwijać u nich potencjał, bo to jest przyszłość naszego narodu.

  33. Magda

    Dzieci zmuszone do takiej formy nauki jak słuchanie stają się znudzone i zniechęcone już na początku swojej edukacji. Nauczane w taki sposób stają się biernymi odbiorcami. Gdy przychodzi później do zadania wymagającego myślenia wielu uczniów ma z tym kłopot. Problem narasta w gimnazjum i szkole średniej, gdzie jest to wymagane, ale skąd człowiek ma to umieć, jak nigdy tego nie ćwiczył, a wręcz odwrotnie. Wypełnianie zeszytów ćwiczeń, uzupełniane luk nie rozwija kreatywnie.
    Szkoła powinna stwarzać uczniom warunki, aby rozwijać, stymulować i wspierać zdolności twórcze. Ogromną rolę odgrywa tu nauczyciel. Powinien pozwolić dziecku na oryginalność, wyobraźnię, na błądzenie w poszukiwaniach różnych rozwiązań danego problemu.

  34. Słowa Plutarcha o tym, że „Umysł nie jest naczyniem, które należy wypełnić, a ogniem, który należy rozniecić” dawno temu zapadły mi w serce i to nimi m.in. kieruję się w swojej pracy. Jestem nauczycielką w małej wiejskiej szkole, uczę języka angielskiego w oddziale przedszkolnym i klasach I-VI. Jestem też mamą czterolatki i ośmiolatki. Starszą córkę uczę w szkole, a ona uczy mnie…
    Czytam blogi różnych autorów na platformie od kilku dni i bardzo się cieszę, że tu trafiłam. Niektóre poglądy prezentowane tutaj są mi bardzo bliskie, niektóre trudne i do przemyślenia.
    W tym wątku chcę dodać od siebie, że pozwolenie uczniom na popełnianie błędów, pomyłek i uznanie ich jako naturalnego elementu w procesie uczenia się jest już dużą zmianą, która wnosi zupełnie inną jakość w relacjach uczeń-nauczyciel, bo odblokowuje, niweluje stres, zaprasza uczniów do samodzielnego myślenia i swobodnego wyrażania swoich myśli, emocji także (niepozwalanie dzieciom na wyrażanie emocji jest moim zdaniem równie niebezpieczne jak brak zgody na popełnianie błędów). Ameryki oczywiście tu nie odkryłam, ale pomyślałam, że warto o tym przypomnieć.

  35. Gienia

    Obecna szkoła nie pozwala uczniom rozwijać się twórczo. Uczniowie są spychani do siedzenia i biernego odbierania wiedzy. Nuda nie sprzyja nauce , Myślę ,że lekcja powinna opierać się na zainteresowaniu ucznia i mieć charakter bardziej praktyczny, pobudzać do działania, tworzenia, eksperymentowania. .
    Obecnie dzieci mają tyle książek ćwiczeń, które wcale nie wpływają pozytywnie na ich proces edukacyjny
    – bo co w tym twórczego wpisać słowo w puste miejsce. Nauczyciel powinien poznać swoich uczniów, ich zdolności, akceptować indywidualność każdego dziecka .W ten sposób ma wpływ na swoich uczniów, którzy stają się świadomymi uczestnikami procesu uczenia się.

    Kompetencje kreatywnego nauczyciela też wymagają ciągłego doskonalenia się. Dlatego nauczyciel powinien mieć więcej czasu i swobody na rzecz rozwijania kreatywności dzieci niż wypełnianiu niepotrzebnych dokumentów.

  36. Edyta

    Dzieci są znudzone i zniechęcone do szkoły od samego początku w momencie, gdy ich nauka odbywa się w formie siedzenia i słuchania. W ich naturę wpisany jest ruch i aktywność. Jednak program nauczania obowiązuje każdego nauczyciela a uczniowie prezentują różne poziomy wiedzy, umiejętności oraz style uczenia się. Trudno jest połączyć uczenie się uczniów z dużym zasobem wiedzy, którym uczenie się przychodzi z łatwością z tymi, którzy przychodzą do szkoły z mniejszymi umiejętnościami i potrzebują więcej czasu na opanowanie tego samego materiału. Możliwe jest jednak zaktywizowanie i zaciekawienie wszystkich dzieci. Zależne jest to od nauczyciela oraz tego, w jaki sposób prowadzone są przez niego lekcje.

  37. Mariola

    Jak ciekawe może być uczenie się widać bardzo wyraźnie na lekcjach „hospitowanych”. Raz na jakiś czas nauczyciel przygotowuje ciekawe zadania , które angażują „najtrudniejszych” uczniów. O tych zajęciach uczniowie wypowiadają się z zadowoleniem – dzisiaj było inaczej, szkoda, że nie jest tak zawsze.Lecz nawet tu bardzo rzadko pojawiają się zadania pozwalające odkrywać, samodzielnie radzić sobie z problemem. Nie gwarantują ( gorzej – nie proponują) tego zupełnie nowe podręczniki i ćwiczenie dla edukacji wczesnoszkolnej. Przygotowanie dobrych zajęć zajmuje bardzo dużo czasu, a wydawało się, że możemy oczekiwać minimalnego wsparcia od tych, którzy przygotowali CAŁKIEM NOWY PODRĘCZNIK.

    Drugi i pewnie ważniejszy problem stanowi niechęć nauczycieli do wprowadzenie zmian w swój styl uczenia – nauczania. Konieczność odniesienia się w swoich działaniach do informacji typu ” jak uczy się móżg” u wielu nauczycieli nie znajduje zrozumienia. Nauczyciele ciągle wierzą, że można uczyć się przez słuchanie. Najwięcej uwag wpisywanych uczniom dotyczy „niesłuchania” na lekcji i niepotrzebnego GADANIA. Uczeń ma słuchać, ale ucznia już niekoniecznie.
    Dużo musi się zmienić w polskiej szkole by uczenie się stało się przyjazne mózgowi.

    • Małgośka

      Dostosowanie metod pracy do możliwości i potrzeb dziecka uwidoczniło się w ostatnim czasie,kiedy 6- latków posłano do szkół. Dzieci idąc do szkoły nie znają takiej formy nauki jak słuchanie, dlatego przez pierwsze lata ich nauki nauczyciele mają problemy z dyscypliną wychowanków. Próbują zmusić swoich uczniów do słuchania, dostają grupę znudzonych i potrzebujących aktywnego myślenia uczniów.Potrzeba zmiany sposobu uczenia i poznawania nowych treści jest bardzo duża.
      Wnioski:
      -uczmy przez działanie,zamiast przez słuchanie,
      – nie podawajmy dzieciom gotowej wiedzy ,niech dojdą do tego same ( na dłużej zapamiętają)
      – podążajmy za dzieckiem i jego możliwościami

  38. DorotaK

    Do tej pory miałam zawsze dylematy moralne przy wyborze podręcznikow, ćwiczeń i innych przyległości szkolnych. Koleżanki pedagożki chwaliły ćwiczonka, domowniczki itp, itd. A mnie one (te ćwiczonka) zawsze zniechęcały. Za dużo okienek do wypełnienia, za mało miejsca na pracę dziecka. I co? No tylko tyle, że zwykle mój pojedynczy głos nie wliczał się do dyskusji i decyzją ogółu klepano dotychczasowy stan rzeczy. Pozostawało mi jednak (na znak protestu) z obowiązkowego przydziału książek (spis podręczników) wspólnie z rodzicami zrezygnować z co poniektórych na rzecz własnej działalności zeszytowej uczniów. I chyba wyszło im to na dobre. Świetnie sobie radzą na wyższym etapie edukacji szkolnej. W tym roku dostałam prezent od MEN – mamy tylko podręcznik, nie musimy mieć ćwiczeń, realizujemy podstawę programową własnymi siłami. Nareszcie to, co lubię. Możemy wreszcie rozwijać skrzydła piszemy, czytamy, malujemy, doświadczamy, „matematykujemy” się a nie uczymy się matematyki, korzystamy z naszych doświadczeń i poznajemy świat. Chyba tak jest przyjemniej, mam nadzieję, że nie tylko mnie, ale moim maluchom także. Życie jest piękne, szkoda je trwonić na narzekania.

  39. Artur Kowalski

    Ostatnio poprosiłem moje koleżanki i kolegów „po fachu” o dokończenie zdania „W szkole jestem …..” W odpowiedzi otrzymałem: nauczycielem matematyki, fizyki, chemii, historii, geografii czy języka polskiego. Potwierdza to niestety stan naszej współczesnej edukacji, który nazywam swoistym „naukocentryzmem”. Polskiej szkole potrzeba „odrodzenia” lub jak kto woli „renesansu”, po którym w centrum zainteresowania będzie uczeń, jego talenty i możliwości a nie sfrustrowany nauczyciel, któremu wydaje się, że jego przedmiot jest najważniejszy. Myślę, że odbyć się to może jedynie na drodze rewolucji, gdyż na ewolucyjne zmiany po prostu nie ma czasu.

    • Dlaczego „niestety”?
      Cóż Pana dziwi w tym, że na pytanie o to, kim są w swoim miejscu pracy, ludzie odpowiadają nazwą stanowiska pracy czy pełnioną funkcją?
      Proszę podejść w Tesco do osoby ubranej w firmową bluzę i poprosić ją o dokończenie zdania „w Tesco jestem…” Zakładając, że w ogóle dostanie Pan odpowiedź, to jakiej innej, niż „…kasjerką/sprzedawcą na mięsnym/kierownikiem zmiany” Pan się może spodziewać?

      Jaki renesans miałby nastąpić w Tesco?

    • Robert Raczyński

      Muszę przyznać, że też odpowiedziałbym, że jestem w swojej szkole nauczycielem języka angielskiego… Jakoś nie przeszkadza mi to być nauczycielem wielu innych rzeczy.
      Co do frustracji… Dopóki jakikolwiek zawód wykonują sfrustrowani pracownicy, dopóty nie ma co liczyć, że w centrum ich uwagi nie będą ich frustracje. Może czas zastanowić się nad przyczynami frustracji, która ma rozmiary epidemii?
      „Naukocentryzm”? Chyba raczej wiara w cuda…

  40. Ala M

    Nie do końca zgadzam się z tekstem. Według mnie jest duże grono nauczycieli, którzy idą za uczniem mimo podstawy programowej i scisłych ram które mają narzucone odgórnie. Dają mu szansę rozwoju jeśli zauważają ze uczeń mysli „niestandardowo” czy wykazuje umiejętnośśći wybiegające poza aktualny „punkt” nauczania. Oczywiście jest też wielu nauczycieli, którzy całkowicie się tym nie przejmują działają wg swoich schematów. Wydaje mi się, żw w tym wszystkim najważniejsze jest zastanowienie się jak dotrzeć właśnie do tej grupy nauczycieli. W jaki sposób im przekazać te informacje.
    Wnioski: Jeśli uczeń potrafi więcej lub zna, wymyśli opracuje inna metoda dać mu szanse i pozwolić mi na to by eksperymentowali.
    Pytać dzieci na początku lekcji, jak myślą, jaki mają pomysł, co to znaczy dane pojęcie, co to jest jak to zrobić, następnie pokazać im proponowane, rozwiązania skorygować ew błedny w mysleniu. Pochwalic kreatywnoac, ale nie krytykować za wysiłki związane z mysleniem.
    Jako zadanie domowe podać temat przyszłej lekcji i poprosic dzieci by poszukały informacji, rozwiązania lub chociaż zastanowiły się nad zagadnieniem. Dawać oceny, plusy, pochwały za aktywność tym, którzy cos przygotowali, powiedzieli. Nie musi się to odbywać na lekcji. Można to robić nawet z wykorzystaniem nowoczesnych mediów np. forum dyskusyjnego na fb. Co najważniejsze, nie dawać minusów za nie przygotowanie, czy „złe” pomysły. Powinna to być dowolna praca dla chętnych, bez przymusu przygotowania czy odpowiadania. Z czasem dzieciaki same zaczną chcieć szukać rozwiązania. Dac im swobodę wypowiedzi, budować bezpieczną i przyjazną atmosferę, stosować konstruktywną krytykę. Doceniać chęci, pomysłowość, zaangażowanie.
    Należy pamiętać ze dzieci rozumują, postrzegają inaczej niż my. Inny rodzaj inteligencji, styl uczenia się. Inne doświadczenia zyciowe, inne zainteresowania, pasje predyspozycje. Bądźmy otwarci na to jak dzieciaki reagują, co mówią.

  41. Renata

    Zgadzam się z opinią, że zeszyty ćwiczeń sprowadzają aktywność uczniowską do najprostszych operacji myślowych. Sama jestem przeciwnikiem takich ćwiczeń, moi uczniowie nie korzystają z nich. Uczę na II etapie edukacyjnym, lecz uczniowie nie korzystają z ćwiczeń tylko na moim przedmiocie. Na pozostałych przedmiotach, a także na I etapie edukacyjnym mają obowiązek korzystania z moim zdaniem często ogłupiających, nudnych i mało ciekawych ćwiczeń. Patrząc z perspektywy nauczyciela wykorzystującego zeszyty ćwiczeń, jest to dla niego wygoda i oszczędność czasu. Przygotować ciekawe i problematyczne zadania lub choćby je wyszukać w dostępnych źródłach (a tych nauczyciel ma pod dostatkiem, musi tylko „oddzielić ziarno od plew”) zajmuje już trochę czasu, który chciałoby się spędzić inaczej. Patrząc jednak z perspektywy ucznia (bo to on przecież w całym tym zamieszaniu jest najważniejszy) nudne i powtarzające się tendencyjne zadania stają się bardzo szybko nieatrakcyjne, szczególnie gdy mamy do czynienia z uczniem zdolnym lub chociażby wykazującym zainteresowanie przedmiotem. Jednak jak ma być zainteresowany skoro zarzucany jest schematami i algorytmami rozwiązań. Sama również nie mogę sobie pozwolić na to by na każdej lekcji uczniowie sami dążyli do rozwiązania problemu, gdyż wiąże się to z czasem jaki mam przeznaczony na dany problem. Często też takie schematyczne rozwiązania wydają się być dobre dla uczniów mających trudności z przedmiotem. Jednak przy ocenianiu prac zarówno domowych, jak i klasowych zawsze biorę pod uwagę poprawność rozwiązania zadania, a nie jego zgodność ze schematem. Uważam, że każde rozwiązanie jest dobre, jeśli jest oczywiście poprawne po względem merytorycznym i nie widzę problemu, jeśli uczeń uzyska poprawny wynik „inną drogą”.

  42. Triana

    Myślę, że w założeniach reformy, która dotarła do poziomu kształcenia ponadgimnazjalnego w ostatnich trzech latach bazuje się na wiedzy, z którą uczeń przyszedł do szkoły, tak dzieje się w zakresie kształcenia języków obcych. Wiadomym jest, że poziom kompetencji uczniów jest bardzo zróżnicowany, ale zdarzają się perełki, które cieszą i czynią pracę radośniejszą. Specyfika przedmiotu i poziom nauczania ( IV etap edukacyjny) daje duże możliwości w doborze metod i środków nauczania np. Webquest, które wykorzystają i rozwijają potencjał ucznia. Nie sposób uniknąć pewnych schematycznych zadań przygotowując uczniów do egzaminu maturalnego, ale nie da się też dobrze go przygotować nie uruchamiając jego kreatywności. Nie ma mowy żeby zadziało się to bez uczniowskiej aktywności.

    • Robert Raczyński

      „Wiadomym jest, że poziom kompetencji (językowych) uczniów jest bardzo zróżnicowany…” – Tak na marginesie, czy ktoś z Państwa mógłby mi wyjaśnić, dlaczego dla wszystkich jest to takie oczywiste? Dlaczego tak łatwo godzimy się na to, że (pomijając skrajne przypadki) Jaś, Małgosia i Zdziś, spotykając się w gimnazjum, z reguły funkcjonują w tym samym świecie na polskim, matematyce, czy biologii, ale zdają się przynależeć do innych galaktyk na lekcjach języków? Dlaczego po 30 latach funkcjonowania w miarę nowoczesnej edukacji językowej jest to nadal traktowane jako stan naturalny?
      Nie twierdzę tutaj, że jedynie językowcy stają przed problemem radzenia sobie z różnicami poziomu wyjściowego swoich uczniów – zdarza się to na każdym przedmiocie; zwracam jedynie uwagę na kwestię skali. To, że nauczyciel języka musi „prowadzić” zajęcia na pięciu poziomach naraz, a jednocześnie czynić to ciekawie i zajmująco dla wszystkich rzadko zainteresowanych, stało się codziennością przy milczącej zgodzie metodyków, którzy z aberracji postanowili uczynić normę w imię… No właśnie, czego?
      Jasne, wymienić czynniki, które tworzą taki, a nie inny obraz rzeczywistości edukacji lingwistycznej nie jest trudno. Są one tak oczywiste, ze pewnie można by je zebrać przy pomocy ulicznej ankiety – problem w tym, że, w pocie czoła, walczymy potem z objawami choroby zamiast z jej przyczyną…

    • „Dlaczego tak łatwo godzimy się na to, że (pomijając skrajne przypadki) Jaś, Małgosia i Zdziś, spotykając się w gimnazjum, z reguły funkcjonują w tym samym świecie na polskim, matematyce, czy biologii, ale zdają się przynależeć do innych galaktyk na lekcjach języków?”

      Eeee tam! Możemy dyskutować o tym, czy proporcje umiejących do umiejących inaczej są w jednej dziedzinie 10% a w innej 20%, ale to nie są żadne skrajne przypadki! Zapewne masz rację, że w językach tych umiejących naprawdę jest więcej, niż w innych dziedzinach. Ale to na mój rozum wynika z prostej przyczyny, że rodzice częściej decydują się na prywatne lekcje angielskiego, niż na prywatne lekcje matematyki czy filozofii. Zazwyczaj też przywiązują do edukacji językowej większą wagę. Typowa kolejność priorytetów to angielski, sport, fortepian, francuski, rysunek, a matematyka i science na szarym końcu.

      Metodyka w innych dziedzinach jest jeszcze bardziej walcująca, niż w językach. Ty przynajmniej musisz nagadać się o różnych poziomach i mówienie o tych różnych poziomach należy do politycznie poprawnego tonu. Tymczasem metodyka całej reszty nastawiona jest wyłącznie na ten poziom najniższy, na podstawę programową, i odstaje w górę wyłącznie w szkołach o bardzo dużej selekcji wstępnej typu Staszic. Ale tam, gdzie masz w jednej klasie Jasia mającego kłopoty z pisemnym mnożeniem liczb i Małgosię, rozwiązującą równania różniczkowe, Małgosia jest niemal zawsze zmuszana do wypełniania zeszytów ćwiczeń mnożeniem pisemnym. W najlepszym razie, jeśli trafi na rozsądnego nauczyciela, to ten jej da święty spokój, a może nawet podrzuci jej czasem jakąś lekturę albo problem do rozważenia. Ale na istotne wsparcie w swoim rozwoju ta Małgosia w ogóle nie może liczyć, a szkoła udaje, że Małgosia nie istnieje. Dopóki Małgosia nie zajmie dobrego miejsca na Olimpiadzie, to wtedy szkoła przypisze sobie jej sukces. A dzieciaki, które umieją dużo ponad podstawę programową, ale jednak nie tyle, żeby z sukcesem iść na Olimpiady (a jest takich sporo), są niemal zawsze glajszachtowane do poziomu tych zeszytów ćwiczeń dla imbecyli — tu szkoła nawet nie udaje, że ma jakąś ofertę dla nich. Jedną lekcję w miesiącu ekstra dla zdolnych — a na zwykłych lekcjach muszą robić te same debilne ćwiczenia, co dla najgłupszego Jasia, któremu trzeba wcisnąć na siłę do łba tabliczkę mnożenia.

      • W wyrobieniu literackim i językowym („polskim”) masz chyba największe rozpiętości. Chyba nawet większe, niż w obcych językach. Bo też tu widać największe różnice w „kapitale kulturowym” rodzin, a szkoła nic tu nie wnosi. W rejonowym gimnazjum możesz mieć klasę od Jasia, który niczego nie czyta, nawet nakazanych lektur, jego słownictwo to kilkaset wyrazów, w tym dwa używane zastępczo za wszystkie inne, a gramatyka, to dwa czasy i trzy przypadki, po Małgosię, czytującą dla własnej przyjemności Prousta i Szymborską, swobodnie posługującą się imiesłowami, zdaniami złożonymi i czasem zaprzeszłym, używającą aktywnie słownika kilkudziesięciu tysięcy słów, a rozumiejącą kilka razy więcej.
        Tyle, że tej Małgosi znów każe się odłożyć na bok Prousta (a najlepiej w ogóle nie przyznawać się, że go czyta) i czytać „Krzyżaków” we fragmentach. Szkoła nawet nie udaje, że ma choćby szczątkową ofertę dla tej Małgosi. Chodzi wyłącznie o to, żeby Jaś umiał przeliterować czytane trzy zdania i pamiętał, kto komu oczy wydłubał, bo to będzie na teście. A Małgosią nikt się nie przejmuje — ona i tak sobie poradzi.

      • Robert Raczyński

        Tak jak pisałem, nawet mi do głowy nie przyszło by twierdzić, że problem dotyczy jedynie języków. Niezależnie od różnic między dzieciakami, nasza ukochana pp jest jednak np. na polskim najczęściej „przerobiona” i choć są Jasie, które nie przeczytały w życiu nic oprócz logo na dresie, to pozostali poradzą sobie z prymitywem podręcznikowej czytanki. Ja tymczasem nie mam żadnej gwarancji, że 75% uczniów w grupie spełnia teoretyczne wymogi pp dla 1 klasy gimnazjum.
        Problem zróżnicowania poziomów widzę więc z przeciwnej perspektywy, mianowicie dlaczego w systemie tak skonstruowanym by „twoja” Małgosia była taką samą skrajnością jak Jaś, doprowadza się do sytuacji, gdzie średniej zdecydowanie bliżej do Jasia niż do Małgosi? Masz rację co do pozaszkolnych priorytetów edukacyjnych, te poniekąd tłumaczą mechanizm kreacji Małgoś, ale co z poziomem, nazwijmy go roboczo Jaś+ (czyta coś więcej niż logo)? Dlaczego po szkole podstawowej, rzekomo obowiązująca pp w przypadku języków jest marzeniem ściętej głowy w szkolnictwie publicznym? Nie wiem, co na to Marzena, ale ja widzę tu znaczący wpływ „miękkich kompetencji” w metodyce lingwistycznej i swoiste przyzwolenie na skrajne zróżnicowanie poziomów.
        Żeby było jasne, ja nie pragnę żadnej urawniłowki, dla mnie nikt nie ma obowiązku znać język obcy, ani realizować jakąś pp, chciałbym jednak mieć możliwość pracy z grupą na danym poziomie, a nie dostawać schizofrenii na każdej lekcji i być zmuszany jedną miarką mierzyć Jasia i Małgosię, kiedy skali już dawno brakło. I co ważniejsze, chętnie pozwoliłbym Jasiowi zrezygnować z „odrabiania” ćwiczeń po angielsku czy niemiecku, których pewnie nie byłby w stanie zrobić w języku ojczystym. Odwrotna kolejność wydaje mi się jednak priorytetem.

  43. Pit

    Zgoda, że za mało wykorzystujemy aktywność dziecka w tworzeniu własnych zabawek. Kupujemy interaktywne monstra zaspakajając własne ciekawości i marzenia z dzieciństwa. Owszem niektórzy nawet dają dzieciom aktywne klocki, będące aplikacja na tableta. Może ta wersja jeszcze wymusza prace paluszków, ale wersja PC porusza tylko myszkę, bo klocki i tak same wskakują na siebie.
    Zgadzam się, że w wielu przypadkach praca nauczycieli opiera się na przekonaniu, że uczniowie sami z siebie nie będą potrafili wymyśleć własnych rozwiązań. Widzę to zresztą w realizacji projektów gimnazjalnych, gdzie nauczyciele zadają temat, dają scenariusz, podają wzorce, reżyserują wystąpienia, a nawet sami nakręcają filmy, robią zdjęcia i gazetki ścienne. Mam do projektu inne podejście i oczekuję samodzielności ucznia, ale też mam najmniej chętnych do proponowanych zadań. Wielu uczniom odpowiada rola pionka w rękach nauczyciela, bo jeśli coś nie wyjdzie to i tak winny będzie nauczyciel, a jeśli będzie tak jak chce nauczyciel to będzie najlepiej. Również rodzic nie musi angażować się w umożliwienie realizacji projektu dziecku, bo szkoła/nauczyciel wziął wszystko w swoje ręce i to jest jego problem.
    Kolejną sprawa jest udział Karola w szkolnej ławce. Super chłopiec. Zaburza on jednak organizację leki i pani nie potrafi dostrzec jego walorów. Tu się niestety zgadzam, że to koszmar naszej szkoły. Chcąc zapanować nad 30 burzowych umysłów nauczyciel jednych sprowadza do parteru i wyhamowuje, a innych pogania ponad ich siły. Znowu teoria indywidualizacji pada. jednocześnie uważam, że jest to ze szkodą dla Karola. Zadałem kilkukrotnie pytanie panią z nauczania, czy któraś pomyślała o przesunięciu dziecka o znacznych możliwościach do klasy wyżej w trakcie trwania roku, by mógł robić rzeczy na miarę swoich wyzwań. NIE, to jest niemożliwe.
    Zeszyty ćwiczeń, to porażka edukacji. To upośledzanie ucznia. Bez względu na jakość zawartych w nich zadań i formę pytać działalność ucznia ogranicza się do prymitywnego postawienia znaku „x” w określoną kratkę lub wpisania wzorcowego słowa, bo inne nie pasuje. Upośledzają literacko, bo w nich nie ma miejsca na swobodna wypowiedź ucznia. Łamią zasady gramatyki językowej, bo uczeń nie musi się zastanawiać gdzie postawić przecinek lub kropkę, które są już tam wydrukowane. Później efektem własnej pracy ucznia są pojedyncze słowa zaczynające się od małej litery bez interpunkcyjnego podziału. Zeszytom ćwiczeń – mówię NIE. A przy okazji ogromną pomyłką w rozwijaniu twórczości są zeszyty ćwiczeń do plastyki, muzyki i zajęć technicznych. To trochę jak lizanie lodów przez szybę.
    Utrudnianie przez ułatwianie wynika często z patrzenia na nauczanie z perspektywy dorosłego i jego własnych potrzeb, ale jak różnych od potrzeb dziecka. Nikt nie zaprzeczy, że metalowy balkonik ułatwia poruszanie się starszym i schorowanym ludziom, ale spróbujmy dać go biegaczowi i każmy mu wygrać w zawodach byśmy mogli powiedzieć, że to nasz wychowanek.

    • Marzena Żylińska Post author

      @ Pit

      Bardzo ciekawe rzeczy Pan napisał!
      „Widzę to zresztą w realizacji projektów gimnazjalnych, gdzie nauczyciele zadają temat, dają scenariusz, podają wzorce, reżyserują wystąpienia, a nawet sami nakręcają filmy, robią zdjęcia i gazetki ścienne. Mam do projektu inne podejście i oczekuję samodzielności ucznia, ale też mam najmniej chętnych do proponowanych zadań. Wielu uczniom odpowiada rola pionka w rękach nauczyciela, bo jeśli coś nie wyjdzie to i tak winny będzie nauczyciel, a jeśli będzie tak jak chce nauczyciel to będzie najlepiej.”

      A czy dziwi Pana, że uczniom przestaje się chcieć? Gdy są małe, każde z nich chce wszystko zrobić samodzielnie. „Ja siam”, „Ja siama” mówią i odrzucają pomocną rękę dorosłych. Z tą chęcią do działania przychodzą do szkoły, gdzie zostają ukrzesłowione i sprowadzone do roli biernych odbiorców wiedzy. I z tą rolą muszą się w końcu pogodzić … niestety.

      • Robert Raczyński

        Marzena, w kwestii projektów gimnazjalnych (i innych „zadań” stawianych dzieciakom też) mam dokładnie takie same odczucia i doświadczenia co Pit.
        O ile zgadzam się z tobą, że szkoła nie jest bez winy, jeśli chodzi o uczniowskie zniechęcenie, to jednak cały czas jestem bardzo sceptyczny co do szczegółów tego mechanizmu. Całokształt nie wydaje mi się tak prosty i oczywisty – on nie może polegać jedynie na działaniu zewnętrznych inhibitorów. I tak, dobitność znanego wszystkim przykładu „siamodzielności” kilkulatków, będącego naturalnym dążeniem poznawczym młodego organizmu, polega głównie na kontraście poznania i bezpiecznego braku konsekwencji. Jeśli kilkulatkowi pozwoli się na radosną zabawę w gotowanie (najlepiej przed remontem :)), to z pewnością czegoś się nauczy i być może gotowanie polubi. Czy byłoby tak samo, gdyby musiał potem posprzątać kuchnię?
        Z wiekiem pojawiają się konsekwencje działania i rosnąca ich świadomość. To ona powoduje, że dziecko nie tryska już entuzjazmem na myśl o nowym zadaniu. Niestety usunięcie tych konsekwencji albo jest niemożliwe, albo wręcz szkodliwe. Starsze dziecko expressis verbis rozumie już proste zasady ekonomii, które wcześniej czuło instynktownie (np. ochoczo rozmazując dżem po podłodze bez żadnych konsekwencji), zaczyna pojmować, że tam, gdzie mogą pojawić się korzyści, tam z pewnością pojawią się również koszty. To zwykły rachunek zysków i strat kieruje motywacją. To dlatego żaden organizm żywy nie eksploatuje swoich zdolności poznawczych poza wymiar konieczny – edukacja w ludzkim wymiarze konieczna nie jest i tu zaczyna się problem pedagogów. Nie da się go załatwić stwierdzeniem, że wszystkiemu winne jest „ukrzesłowienie”.

  44. Anida

    Wyrażenie „podstawa programowa” nie jest tworem nauczycielskim lecz ministerialnym. To wytyczne dla szkoły co uczeń ma poznać na danym etapie kształcenia. Nauczyciel jest rozliczany z realizacji podstawy programowej i nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi – dostaje nawet od dyrektora odpowiednie papiery do wypełnienia. Osobiście, wielokrotnie zastanawiał mnie niefortunny, moim zdaniem, termin egzaminu gimnazjalnego. Przypada on najczęściej w kwietniu. Myślę, że może to być przykład „ułatwiania przez utrudnianie” – bo co w tej sytuacji najczęściej robi nauczyciel? Najczęściej za wszelką cenę chce zrealizować podstawę programową, by dać szansę uczniowi na jak najwyższy wynik w teście. Tak więc w ostatniej klasie gimnazjalnej następuje „ściśnięcie materiału”, aby zdążyć przed egzaminem ze wszystkim co jest ważne i dobrze byłoby jeszcze co nieco powtórzyć. I to wszystko naprawdę z myślą o ułatwieniu uczniom egzaminu. W efekcie ułatwiając realizację tematyki wymagań egzaminacyjnych utrudniony zostaje proces ich poznania poprzez ograniczanie własnej aktywności uczniów i blokowanie im wypracowania własnych strategii uczenia się. W taki sposób zabiera się uczniom czas na samodzielne dojście do określonej wiedzy, a oni sami są często zniechęceni i zmęczeni szkołą. Niektórzy z nich zadają pytanie czego będą się uczyć później, a część z nich uważa, że nie ma po co dalej chodzić do szkoły.

  45. Aneta

    Witam.
    Uważam, że czymś zupełnie innym jest zdobywanie wiedzy, a czymś innym jest system, który próbuje sterować człowiekiem w procesie zdobywania wiedzy. Niestety jako nauczyciele działamy w pewnym systemie,który niszczy kreatywność uczniów.

    Szczerze polecam film Suli Breaksa „Dlaczego uwielbiam eduakcję a nie szkolnictwo” https://www.youtube.com/watch?v=1oRVgBu6v6A

    Autor wypowiada się krytycznie o szkolnictwie, które sprowadza się do zmuszania młodego człowieka do „wkuwania” , a jedynym sprawdzianem tej wiedzy są egzaminy. Sami konstruujemy sprawdziany i klucze odpowiedzi, pogrążamy się w standardach. Tymczasem ludzie sukcesu nie zawsze kończą studia. Nie zawsze też byli geniuszami na studiach. Aby zdobyć sukces, trzeba być człowiekiem kreatywnym, a nie uczyć się pod egzamin. I o tym powinniśmy pamiętać kiedy do naszej klasy wchodzą dzieci, dzieci które mają już jakąś wiedzę.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Aneto,

      o tak, rapujący Suli Breaks świetnie podsumowuje obecny system edukacyjny. I doskonale pokazuje, że tak naprawdę młodzi ludzie są oszukiwani przez system.

      Ma Pani rację, testy to nie wszystko. Wielu ludzi sukcesu nie ukończyło studiów, choćby nasz Grzegorz Turnau czy Steve Jobs. Tę listę można dowolnie wydłużać. Ale jak to wyjaśnić niektórym rodzicom? Niektórzy marzą o tym, by ich dziecko skończyło studia i nie dopuszczają do siebie, że mogłoby zostać świetnym mechanikiem samochodowym lub wziętą fryzjerką.

  46. Iwona Krakowiak-Bzymek

    Uczę języka polskiego w gimnazjum specjalnym, od dawna nie używam zeszytów ćwiczeń dostarczanych co roku przez wydawnictwo. Uczniowie moi nie potrafią skupić swej uwagi na wypełnianiu i uzupełnianiu w danym miejscu, do tego każdy z nich wymaga indywidualnych metod nauczania, dostosowanych do ich możliwości i potrzeb. Za to bardzo lubią grać ze mną w scrabble, mają ogromną frajdę, kiedy wymyślą samodzielnie słowo, dopasują je do mojego…. Mogę sobie pozwolić na tego typu ćwiczenia(zamiast tradycyjnych, podręcznikowych), ponieważ klasa jest siedmioosobowa. Uczniowie moi mają również problem z czytaniem dłuższych tekstów literackich, dlatego wszelkie ekranizacje oglądamy bardzo chętnie, dzięki tablicy interaktywnej przenoszą się do krainy literackiej fantazji. Często odwiedzamy teatry, sami też odegraliśmy niejedno przedstawienie dla dużej publiczności. Myślę, że tego typu działania edukacyjne z nawiązką zastępują tradycyjne wypełnianie zeszytów ćwiczeń.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Iwono,

      wystawianie sztuk i samodzielne wymyślanie słów dla każdego ucznia jest lepsze od mechanicznego wypełniania zeszytów ćwiczeń. Mam koleżankę (doktorat z matematyki), którą w pierwszej klasie odesłano do szkoły specjalnej. Nie mogła nauczyć się czytać, bo miała ogromna wadę wzroku. Po dwóch latach w tej szkole odkryto wadę, sprawiono jej okulary i odesłano do zwykłej szkoły. Do dziś twierdzi, że były to nie tylko najmilsze lata jej szkolnej kariery, ale że tam właśnie najwięcej się nauczyła.

  47. Ania

    Ile razy się spotkałam z takim stwierdzeniem: „I znowu muszę te ćwiczenia wziąć do sprawdzenia”. Fakt jest taki nauczyciele sami są w błędnym kole nie chcą sprawdzać ćwiczeń bo tyle tego – ale samemu przygotować coś ciekawego i fascynującego dla ucznia też im się nie chce. Przecież to tak na prawdę nie wiele czasu trzeba, żeby dzieci czymś zaciekawić albo utrwalić materiał w inny sposób niż nudne ćwiczenia. Wiadomo nie zawsze można tego uniknąć ale można to przedstawić w taki sposób aby nasi uczniowie widzieli w tym coś bardzo fascynującego.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Aniu,

      ja czasami myślę, że nauczyciele są już tak bardzo przyzwyczajeni do zadań- wypełnianek, że nie potrafią sam wymyślić ciekawych i wymagających kreatywności zadań. W każdym razie wielu nie potrafi.

  48. Hanna Bartnikowska

    Jako nauczyciel mam być realizatorem podstawy programowej i brawo, resztę robię sama na własnych warunkach. Napisałam sobie program autorski do zajęć komputerowych, dla uczniów i zgodnie z warunkami jakie posiadam w szkole.Wyszukuję sama lub z uczniami ciekawe miejsca lub programy w sieci.Utrudniam im pracę, muszą sami poznać wyszukane narzędzia, czasami zmieniamy role i oni uczą mnie jak obsłużyć i wykorzystać dany program.Dobrze się przy tym bawimy. Ten przedmiot daje mi łatwość w pobudzaniu uczniów do kreatywnej postawy i samodzielnego uczenia się przez odkrywanie, próbowanie.Nie ma tu żadnych schematów,a tematyka zajęć ciągle ulega modyfikacji. Uczniowie już na przerwie podchodzą do mnie opowiadając co wymyślili, znaleźli,stworzyli i nie mogą się doczekać,żeby to pokazać.Ostatnio bawimy się programowaniem klocków Lego, tworzą samodzielnie zaprojektowane modele, roboty,maszyny,a potem programują je wprawiając je w ruch, nadając im dźwięki. Jak się chce to można, uważam,że szkoła,system,podstawa programowa nie ogranicza, ważne jest podejście nauczyciela i jego kreatywność, która nie ma zabijać kreatywności uczniów tylko delikatnie nią pokierować.

    • Marzena Żylińska Post author

      Pani Hanno,

      piękne rzeczy Pani pisze, ale obawiam się, że ktoś mógłby zaraz powiedzieć, że łatwo to zrobić na lekcjach informatyki, a trudniej na matematyce czy języku polskim. Jak Pani uważa, czy takie obiekcje byłyby uzasadnione?

      Oczywiście, ja nie uważam, że takie uczenie, o którym Pani pisze jest czymś łatwym. Zawsze i na każdym przedmiocie wymaga od nauczyciela kreatywności i jeszcze kilku innych ważnych kompetencji.

      Pozdrawiam serdecznie,

      m.ż.

  49. Kasia Bajger

    W głównej mierze wymaga się ode mnie realizacji podstawy programowej, lecz nie zawsze idzie to w parze z umiejętnościami uczniowskimi. Nieraz na trudniejszy materiał nauczyciel ma przewidziane 2 lub 3 jednostki lekcyjne, co dla ucznia może być niewystarczające. Jak sobie wtedy radzę. Po prostu poszukuję nowatorskich rozwiązań, które w bardzo prosty sposób trafiają do danej jednostki. Uczymy się wtedy poprzez zabawę i pokonujemy w ten sposób trudności. Uczniowie mogą sami dochodzić do poprawnych rozwiązań ucząc się jednocześnie – sprawia im to dużo satysfakcji. uważam, że taka metoda jest o wiele lepsza, niż wkuwanie wszystkiego na pamięć z mizernym skutkiem.

  50. Opisane przykłady po raz kolejny wzbudziły moją refleksję na temat sytuacji, w jakiej znajduje się współczesny nauczyciel. Z jednej strony jest on rozliczany z realizacji podstawy programowej, wyników jakie uzyskują jego uczniowie na egzaminie, a także efektywności swojej pracy mierzonej wskaźnikiem EWD. Z drugiej strony docierają do niego nowe „trendy” w dydaktyce, które choć wydają się interesujące, to zwykle brak czasu (a może i motywacji), aby się nimi zainteresować
    i wdrożyć do praktyki edukacyjnej. Moje doświadczenia doradcy metodycznego i nauczyciela konsultanta pokazują, że wielu nauczycieli jest otwartych na doskonalenie własnego warsztatu metodycznego, ale są i tacy, którzy nie czują potrzeby zmiany sposobu nauczania, bo w ich mniemaniu wykłady, testy i podawanie notatek do zeszytu to najlepsza forma przygotowania uczniów do egzaminu, zwłaszcza maturalnego. Dobrą ilustracją takiego myślenia jest moja rozmowa z doświadczoną nauczycielką uczącą w szkole ponadgimnazjalnej, która na moją uwagę, że warto czasami zaktywizować uczniów poprzez, np. zastosowanie dyskusji dydaktycznej czy pracę w grupach, stwierdziła: „ja nie mam na to czasu, muszę przecież przygotować uczniów do matury”. Przytoczona wypowiedź pokazuje, jakie myślenie na temat skuteczności aktywizującego nauczania ma część nauczycieli, zwłaszcza szkół ponadgimnazjalnych. Na szczęście jest coraz więcej takich, którzy doceniają wartość edukacyjną metod opartych na działaniu i przeżywaniu ucznia, dlatego starają się ułatwić im uczenie się stosując, np. gry dydaktyczne.

  51. Aga

    Moim zdaniem, nauczyciele juz na studiach nie sa odpowiednio przygotowywani pod wzgledem metodycznym do nauczania w sposob zgodny z zalozeniami neurodydaktyki. To prawda, ze nauczyciel mysli, ze musi najpierw wprowadzić i wyjaśnić nowy materiał, a dopiero wtedy uczniowie będą potrafili wykorzystac podane informacje do rozwiazywania zadan. Byc moze teraz sie to zmienilo, jednak ja sama na zajeciach z metodyki nauczania jezyka angielskiego wielokrotnie slyszalam: Najpierw teoria, potem praktyka.

  52. Magdalena

    Oczywiście zgadzam się z faktem, iż w szkołach nie rozbudza się kreatywności dzieci, dążenia do rozwiązania problemu, odkrywania przez nich nowych metod dojścia do odpowiedzi, bo faktycznie nie rozwiązuje się zadań-problemów. W szkole rządzą schematy. Myślę, że jest to łatwiejsza forma dojścia do rozwiązanie, stąd ówcześni rodzice kupując dzieciom zabawki, własnie taki schemat powtarzają – sięgają po gotowe rozwiązanie. Na potwierdzenie słów przytoczonych w artykule o zabawkach opowiem anegdotę z pewnych wakacji. Moja siostra miała może wówczas 4-5 lat. Całą rodziną wyjechaliśmy nad morze pod namioty. Mama oczywiście zabrała kilka „gotowych” zabawek, żeby się nie nudzić, ale moja siostra upodobała sobie przez 10 dni patyk, sznurek i foliowy woreczek. Patyk był jej konikiem, a sznurek i workiem latawcem. Siostrę miałam tym oto sposobem z głowy na cały wyjazd. Dlaczego o tym wspominam.. dlatego, że kilka dni temu śmiałyśmy się z tej sytuacji w domu rodzinnym. Pamiętam moje zdumienie – jak z niczego może powstać coś. Moja koleżanka opowiada mi o swoim dzieciństwie, kiedy mama wyciągała kredki, blok, klej i tworzyły zamki, arcydzieła. Mówi, że to było jej wymarzone dzieciństwo. Więc myślę, że warto by było wprowadzić parę zmian. Na zwykłych lekcjach wprowadzić zadania problemy, na spróbowanie na sam początek. Można zaczynać lekcję od zadawania pytań, tylko pytań tak, żeby rozbudzać ciekawość dziecka i żeby samo dochodziło do rozwiązania.
    O tym mówi także film Alfabet. Każdy rodzi się z wysokim IQ i ma podobne szanse na starcie. Od nas rodziców i nauczycieli zależy w jaki sposób będzie się kształtować ich kreatywność i wyobraźnia. Czy kończąc szkołę będziemy używać jedynie schematycznych rozwiązań problemów.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.