Zapętlona szkoła

Jerzy Jedlicki, autor „Dziejów inteligencji polskiej do 1918”, wyjaśniając złożoność procesów cywilizacyjnych posługuje się pojęciam zapętlenia. W jego rozumieniu z fenomenem tym mamy do czynienia, gdy jakiś proces w wyniku nasycenia czy przeregulowania traci swój sens i zaczyna działać przeciw założonym i deklarowanym celom. Jako przykład profesor Jedlicki podaje historię ruchu drogowego. Początkowo samochody miały służyć szybkiemu przemieszczaniu się i były synonimem wolności. Dziś, gdy po ulicach wielkich miast jeździ ich zbyt dużo, z owej możliwości szybkiego przemieszczania się, jak również z wolności, niewiele zostało. Tkwiąc w korkach osiągamy cel z gruntu odwrotny od założonego. Sytuację pogarsza jeszcze bardzo duża ilość znaków drogowych a także liczne, źle ustawione i niezsynchronizowane sygnalizacje świetlne, które zamiast usprawniać ruch, jedynie go spowalniają i utrudniają.

Wiele wskazuje na to, że zjawisko zapętlenia dotknęło również system edukacji. Szczytne cele obróciły się w swoje przeciwieństwo, a wprowadzone mechanizmy mające podnieść efektywność nauczania, w rzeczywistości prowadzoną do jego obniżenia. Z jednej strony – na wejściu – zadbano o niebywale szczegółowe wytyczne i cele zebrane w podstawie programowej (i co może ważniejsze w wytycznych CKE), a z drugiej – na wyjściu – stworzono wyrafinowany, niezmiernie czasochłonny i drogi system ewaluacji, której poddać musi się każdy uczeń. Jednocześnie zadbano o to, by szkołom zależało na jak najlepszych wynikach uzyskiwanych przez uczniów. W tym celu tworzy się rankingi przypominające tabele ligi piłkarskiej. W założeniu system powinien motywować do pracy zarówno uczniów, jak i nauczycieli, a skutkiem jego działania powinno być podniesienie efektywności nauczania.

Powinno, ale jak pokazuje nie tylko doświadczenie, ale również liczne badania, nie jest. Poziom osiągany przez uczniów jest coraz niższy, a co gorsza, ciągłe testowanie i mierzenie wpływa również negatywnie na postrzeganie szkoły jako instytucji. Uczniowie mają coraz mniejszą motywację do nauki i coraz rzadziej deklarują, że w szkole znajdują dla siebie coś ciekawego. Próbą poddania analizie tego zjawiska jest badanie ROSE przeprowadzone przez norweskich badaczy. „[U]czniowie o wysokim poziomie HDI i tym samym wysokim poziomie kształcenia formalnego (między innymi z krajów skandynawskich, Islandii, a poza Europą Japonii) zachowują zainteresowanie różnymi tematami naukowymi, ale cechuje ich sceptyczny stosunek do nauki, jako przedmiotu nauczanego w szkole, także do roli, jaką nauka i technika odgrywa w rozwoju społecznym i cywilizacyjnym.” (cyt. za Robert Firmhofer, „W szkole czy poza szkołą: jak się uczymy w epoce postindustrialnej, w: Jak wykorzystać potencjał edukacji pozaszkolnej w Polsce, wyd. Przez IBnGR, Gdańsk, 2011, inf. o badaniu ROSE: http://www.ils.uio.no/english/rose/). Oznacza to, że mocno sformalizowane formy nauczania, połączone z ciągłym weryfikowaniem i certyfikowaniem, wywołują negatywną postawę młodych ludzi, stwierdza Robert Firmhofer. Badanie ROSE potwierdza to, co widać również gołym okiem, system testocentryczny jest kontraproduktywny, zamiast motywować do nauki, obniża ją, zamiast podnosić poziom nauczania powoduje jego obniżenie. Ludzki mózg nie jest zewnątrzsterowny i pracuje efektywnie tylko wtedy, gdy znajduje ku temu własne powody.  Do tego testowanie i przygotowanie do testów zabiara czas, który mógłby być przeznaczony na efektywną naukę.

Owo zapętlenie powoduje, że nauczyciele znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony wiedzą, że powinni rozwijać u uczniów autonomię, kreatywność i innowacyjne podejście do problemów, a z drugiej muszą ich przygotować do zdawania testów opartych na zero-jedynkowym kluczu. Wszak testy najlepiej zdają osoby udzielające najbardziej typowych i schematycznych odpowiedzi, bo takie właśnie są w kluczu. Czy zatem powinni opierać się na algorytmach czy raczej rozwijać autonomię i kreatywne podejście do problemów? Na metodycznych seminariach adepci zawodu nauczycielskiego wciąż jeszcze uczą się pisania drobiazgowych scenariuszy lekcji, w których co do minuty trzeba zaplanować wszelkie aktywności, a nawet wypowiedzi uczniów. Czy zatem można się dziwić że: „Nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej nie dają szansy albo, jak to potwierdza badanie, bardzo rzadko stwarzają uczniom szansę przejęcia odpowiedzialności i kontroli nad tym, co dzieje się podczas zajęć. Nie dbają zatem o to, by w dzieciach wyzwalać i rozwijać poczucie podmiotowości i sprawstwa.” To prosta droga do wyuczonej bezradności, bo trudno oczekiwać, że po dwunastu latach takiej nauki, młodzi Polacy mogą być kreatywni, autonomiczni i samodzielni w myśleniu.

Powyższy cytat pochodzi z książki, która ukazała się pod koniec 2011 roku, „Dziecko w szkolnej rzeczywistości. Założony a rzeczywisty obraz edukacji elementarnej” pod redakcją Haliny Sowińskiej. Grupa poznańskich pedagogów postanowiła zbadać, jak wygląda edukacja wczesnoszkolna po wprowadzonych ostatnio zmianach na poziomie klas III. Z przeprowadzonych obserwacji nie wyłania się optymistyczny obraz. Warto przyjrzeć się bliżej kompetencjom poznawczym. Jak już zostało powiedziane nauczycieli przygotowywano i wciąż jeszcze przygotowuje się do prowadzenia lekcji w oparciu o drobiazgowo zaplanowane scenariusze lekcji. Jednak poznańscy badacze, obserwując sposób prowadzenia lekcji, przyznawali dwa punkty nauczycielom, którzy stymulowali aktywność uczniów, jeden punkt osobom, które narzucały aktywność i zero punktów w sytuacji „braku zabiegów wywołujących aktywność”. Takie podejście jest oczywiście zgodne z najnowszą wiedzą na temat procesów uczenia się, uwzględnia podejście konstruktywistyczne i wnioski płynące z badań nad mózgiem. Ale nauczyciel, który trzyma się zasad planowania lekcji, jakie wyniósł z seminarium metodycznego, może otrzymać jedynie jeden punkt lub zero. Aby otrzymać od badaczy maksymalną ilość punktów, tzn. stymulować uczniów do podejmowania autonomicznych działań, nauczyciele muszą odejść od tego, czego ich uczono. Choć metodologia przyjęta przez poznańskich badaczy jest z gruntu słuszna, to jednak u wielu nauczycieli może powodować głęboki dyskomfort i prowadzić do frustracji.

„Jak wynika z badań, tylko 4,7% dzieci ma duży zakres pozytywnych doświadczeń z zakresie organizowania interaktywnego i zróżnicowanego środowiska uczenia się. Ponad 28% dzieci nie ma w ogóle pozytywnych doświadczeń w omawianym tu aspekcie edukacji. Można zatem wnioskować, że nadal, mimo proklamowanych zmian w sposobach organizowania warunków rozwoju edukacyjnego dzieci, dominuje przekazowy, mało atrakcyjny, zamknięty na doświadczenia dziecka i oparty na władzy nauczyciela oraz bierności poznawczej ucznia model edukacji. Podstawą procesu edukacyjnego jest kierownicza rola nauczyciela.” Owa kierownicza – dodajmy, ograniczająca aktywność uczniów – rola, wynika jednak z metodycznego przygotowania wyniesionego z wyższych uczelni. To, co miało stanowić zawodowe przygotowanie do zawodu, dziś okazuje się przeszkodą blokującą procesy uczenia się. Podobnie rzecz się ma z celami nauczania. Z założenia podstawa programowa i miała zagwarantować, iż każdy nauczyciel będzie dokładnie widział, czego ma nauczyć, jednak dziś te dokumenty stały się sztywnym gorsetem  ograniczającym autonomię zarówno szkół, jak również nauczycieli i w konsekwencji uczniów. Przeregulowanie i przeracjonalizowanie systemu objawiające się niewyobrażalną wręcz drobiazgowością celów doprowadziło do zapętlenia i zamiast pomagać, zniewala. Szkoła obsesyjnie zapatrzona w wyniki testów zapomina o humanistycznym wymiarze edukacji i traktowaniu uczniów jako zindywidualizowanych i mocno różniących się od siebie jednostek. Formatując wszystkich na jedną modłę, gubi ich zainteresowania i talenty. Skutkiem tego …… cdn.

 

Jak na blogowy wpis, tekst ten i tak jest już zbyt długi, więc za kilka dni dopiszę ciąg dalszy. Jeśli macie inne przykłady na „zapętlenie” szkoły, to podajcie je w komentarzach. Będę bardzo wdzięczna J

 

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

Comments ( 0 )
  1. Zatracamy coraz bardziej poczucie sensu edukacji. Zadajmy sobie pytanie: jaki jest sens uczenia się w szkole ? Zadajmy to pytanie uczniom, rodzicom i nauczycielom. Jakie odpowiedzi otrzymamy.
    Uczeń poznał pojęcie ciągu geometrycznego, ćwiczy różne zadania, rozwiązał wszystkie. W jakim celu ? Żeby dostać piątkę. Dostał – jeden trójkę, drugi czwórkę, inny piątkę. I co z tego wynika dla tych uczniów ? Jaki sens widzi uczeń w tych wielu godzinach ćwiczeń ? Dlaczego uczy się, jak jest jego motywacja ? Uczę się, bo tak mi każą nauczyciele, bo taki jest program, bo nie chcę mieć kłopotów, bo lubię dobre stopnie. Interesuje ciebie to, czego się uczysz? – Nie.
    Każda edukacja powinna być oparta na jakiejś filozofii. Jej uczestnicy powinni działać w poczuciu sensu.

  2. „Czy zatem można się dziwić że: „Nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej nie dają szansy albo, jak to potwierdza badanie, bardzo rzadko stwarzają uczniom szansę przejęcia odpowiedzialności i kontroli nad tym, co dzieje się podczas zajęć. Nie dbają zatem o to, by w dzieciach wyzwalać i rozwijać poczucie podmiotowości i sprawstwa.” To prosta droga do wyuczonej bezradności, bo trudno oczekiwać, że po dwunastu latach takiej nauki, młodzi Polacy mogą być kreatywni, autonomiczni i samodzielni w myśleniu.”

    Czy zatem można się dziwić że SYSTEM edukacji nie daje szansy albo, jak to potwierdza codzienne i wieloletnie doświadczenie, bardzo rzadko stwarza DYREKTOROM i NAUCZYCIELOM szansę przejęcia odpowiedzialności i kontroli nad tym, co dzieje się podczas zajęć. SYSTEM nie dba zatem o to, by w NAUCZYCIELACH wyzwalać i rozwijać poczucie podmiotowości i sprawstwa. To prosta droga do wyuczonej bezradności, bo trudno oczekiwać, że po wielu latach takiej nauki, polscy nauczyciele mogą być kreatywni, autonomiczni i samodzielni w myśleniu i działaniu.

    • mazylinska Post author

      @ Wiesław

      Dokładnie tak. Pytanie brzmi więc, czy można myśleć o rozwijaniu autonomii uczniów, w nieautonomicznej szkole, przez nauczycieli, których zadaniem jest realizowanie zewnętrznych celów?

      • aneta pałuszyńska

        Z mojej perspektywy odpowiedź brzmi nie.
        Wystarczy poobserwować małe dzieci. Naśladują dorosłych. Dlaczego? Instynkt podowiada im że kiedyś też będą duże i taka wiedza będzie im potrzebna. Jednym słowem chcą zdobywać wiedzę która z ich perspektywy jest uzyteczna. Dlatego cele „wymyślone” przez dorosłych są im obce i nie wywołują zaangażowania.
        Dlatego również, na poziomie przedszkolnym dzieci są jeszcze zaangażowane – tutaj edukacja nie jest jeszcze tak mocno oderwana od rzeczywistości.

        • Dawid Grabowski

          Nawet tutaj na zachodzie, w tak rozwiniętym kraju jakim jest Holandia… są szkoły o dobrej renomie, w których nauczyciele korzystają z kserówek sprzed 30 lat, kopiują je wciąż i wciąż, i wciąż!. I żadnego nauczyciela nie obchodzi, czy to jest dobre! Mówią, to jest nasza metoda, którą uczymy, nieważne jak na to dzieciaki patrzą, ważne, że muszą to robić. …no i dzięki tym kserówkom nauczą się mówić językiem lat 70tych o rzeczach i zdarzeniach lat 70tych, i NIKOGO TO NIE RUSZA. To tak jakbyśmy nadal liczyli liczydłem.

          Może jakby parę lekcji tak wyglądało, by pokazać różnicę pokoleniową (sam mam stare egzemplarze SPIEGELa, oryginalne artykuły o Meinhof, Baader itp.) ale żeby co lekcja tak się uczyć? Myślę, że w Polsce tak to właśnie wygląda. Prawie nikogo nie obchodzi, czego uczą…

  3. Rodzic uczennicy z renomowanego LO

    Z ogromnym zainteresowanie czytam blog i dziwię się jak ta szkoła jeszcze funkcjonuje. Moje dziecko uczy się w renomowanym LO, ale czy na pewno „się uczy”? Do tej szkoły przyjmowani są uczniowie z najwyższą średnią, laureaci różnych konkursów i olimpiad przedmiotowych. W pierwszym tygodniu szkoły udowadnia się im, że nic nie umieją i w ciągu dalszych miesięcy i lat skutecznie zniechęca do nauki. Ja jako rodzic boję się wchodzić nawet do budynku szkoły. Od progu czuję się tam jak intruz, jak osoba nie na swoim miejscu, która odważyła się wejść w progi szlachetnej szkoły z ogromnymi tradycjami. Wielokrotnie rozmawiałam z nauczycielami na korytarzu, towarzysząc im w drodze do pokoju nauczycielskiego, mimo,że byli już po lekcjach i mogli mnie inaczej potraktować. Podczas zebrań, jeśli któryś z rodziców odważył się zwrócić uwagę na jakiegoś nauczyciela, jego dziecko miało potem problemy. Generalnie dzieci uczą się na korepetycjach, a do szkoły chodzą.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.