Zastosowanie dramy a neurony lustrzane

Propozycja lekcji z wykorzystaniem wiersza Juliana Tuwima „Spóźniony słowik”

Najintensywniejszy rozwój sieci neuronów lustrzanych przypada na pierwsze lata życia. Dlatego należy dbać o relacje i dostarczać dzieciom odpowiednich wzorców. Wszystko, czego doświadcza młody mózg niejako rzeźbi jego strukturę. Połączenia neuronalne i modele działania, jakie wtedy powstają, silnie determinują dalszy rozwój. Ale neurony lustrzane rozwijają się intensywnie również w wieku przedszkolnym i w pierwszych latach pobytu w szkole, dlatego wiedzą na temach ich funkcjonowania powinni dysponować nie tylko rodzice, ale również nauczyciele. Sieci neuronów lustrzanych uczą się w zupełnie inny sposób niż hipokamp, który uaktywnia się podczas typowego dla szkoły przekazu werbalnego. Nauka wykorzystująca potencjał struktur lustrzanych przebiega w sposób spontaniczny, automatyczny i przedrefleksyjny, a to oznacza, że nie jest tak męcząca, jak tradycyjnie stosowane metody. Jednak wymaga stworzenia odpowiedniego środowiska edukacyjnego i zupełnie innych niż tradycyjne, metod nauczania. Aby zaktywizować sieci neuronów lustrzanych dzieciom należy dostarczyć różnych wzorców postępowania i umożliwić wchodzenie w różne role. To oznacza odejście od szkolnego ukrzesłowienia, czysto werbalnego sposobu przekazywania wiedzy, a także aktywizację uczniów i możliwie częste opuszczanie murów przedszkola czy szkoły. Wiele wskazuje na to, że najefektywniejszą formą nauki jest to, co wszystkie dzieci robią intuicyjnie, czyli zabawa. Bawiąc się mogą ćwiczyć różne role, a dzięki temu efektywnie poznawać i świat i siebie samych.

 

Rozwijanie neuronów lustrzanych na przykładzie wiersza Juliana Tuwima „Spóźniony słowik”

Autorką opisanego tu pomysłu jest zajmująca się edukacją przedszkolną Janina Huterska-Górecka. Opracowany przez nią scenariusz lekcji bazuje na wierszu Juliana Tuwima „Spóźniony słowik”, który proponuje wykorzystać do twórczej zabawy, w czasie której dzieci mogą aktywnie rozwijać wiele kompetencji. Przygotowane do pracy materiały zostały podzielone przez autorkę na kilka stacji. Pierwsza jest poświęcona  twórczości słownej, druga ruchowi, gestom i mimice, kolejne dźwiękom, muzyce i matematyce. Cały pomysł lekcji bazuje na metodzie projektowania okazji edukacyjnych opracowanej przez Jolantę Zwiernik z Wrocławskiej Szkoły Przyszłości.

Praca z wierszem Tuwima umożliwia również wykorzystanie dramy. Z punktu widzenia działania neuronów lustrzanych najważniejszym elementem jest wchodzenie przez dzieci w role i emocje bohaterów utworu Juliana Tuwima. Odczytanie przez nauczyciela na głos dwóch pierwszych zwrotek wiersza wyjaśnia sytuację i umożliwia dzieciom wczucie się w sytuację pani słowikowej.

 

„Płacze pani słowikowa w gniazdku na akacji,
Bo pan słowik przed dziewiątą miał być na kolacji.
Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma,
A tu już po jedenastej – i słowika nie ma!

 

Wszystko stygnie: zupka z muszek na wieczornej rosie,
Sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie,
Motyl z rożna, przyprawiony gęstym cieniem z lasku,
A na deser – tort z wietrzyka w księżycowym blasku.”

 

Opisany niepokój osoby czekającej na kogoś, zapewne znany jest dzieciom z doświadczenia. Jakżesz często zdarza się, że ktoś, z kim się umówiliśmy, nie przychodzi o czasie. Dzieci zapewne bez problemu wczują się w sytuację, czekającej na męża pani słowikowej i wymienią wiele czarnych scenariuszy, które przychodzą jej do głowy. Następnie nauczyciel może zapytać dzieci, czy zdarzyło im się kiedyś czekać na kogoś i marwić się z powodu jego spóźnienia, a następnie poprosić je, by w grupach zastanowiły się, jakie myśli mogą przychodzić do głowy komuś, czekającemu na spóźniająca się osobę. Jeśli lekcja przeprowadzona zostaje w szkole, uczniowie pracujący w grupach mogą zapisać wszystkie wymyślone powody na kartce, przedszkolaki muszą je zapamiętać.

Po omówieniu myśli chodzących po głowie zdenerwowanej spóźnieniem męża pani słowikowej i tych przychodzących do głowy osobom długo czekającym na kogoś, nauczyciel pyta, jakie powody spóźnień podsuwa nam najczęściej nasza wyobraźnia. Zapewne dzieci wymienią wiele negatywnych scenariuszy związanych z różnego typu nieszczęściami, bo takie zazwyczaj powstają w naszych głowach. Następnie nauczyciel pyta, jak w życiu kończą się takie sytuacje. Dzieci najprawdopodobniej będą potrafiły wymienić wiele prozaicznych powodów będących częstą przyczyną spóźnień. W ten sposób można pokazać, że najczęściej zamartwiamy się scenariuszami, które wcale się nie zdarzają, a nasza wyobraźnia jest dużo gorsza od realnego życia. Warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim następnym razem zaczniemy martwić się na zapas.

Kolejnym krokiem jest odczytanie przez nauczyciela trzeciej zwrotki wiersza Tuwima i pytanie skierowane do dzieci, czy ich przypuszczenia dotyczące pani słowikowej były słuszne, czy jej też przychodziły do głowy nieszczęśliwe wypadki.

 

Może mu się co zdarzyło? Może go napadli?
Szare piórka oskubali, srebrny głosik skradli?
To przez zazdrość! To skowronek z bandą skowroniątek!
Piórka – głupstwo, bo odrosną, ale głos – majątek!

 

Następnie nauczyciel odczytuje ostatnią zwrotkę wiersza i prosi dzieci o komentarz.

 

„Nagle zjawia się pan słowik, poświstuje, skacze…
„Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę!”
A pan słowik słodko ćwierka: „wybacz, moje złoto,
Ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą!”

 

Ostatnim etapem lekcji jest przygotowanie przez dzieci scenek, w których mają przedstawić sytuację z wiersza Tuwima lub podobną z ich życia. W obu przypadkach chodzi o wcielenie się w rolę osoby czekającej na kogoś bliskiego, denerwującej się i wymyślającej negatywne scenariusze, a następnie dowiadującej się, że powód spóźnienia był całkiem banalny i zupełnie różny od tego, co czekającemu podsuwała wyobraźnia. Dzięki temu dzieci mogą mówić o emocjach i uczyć się, jak je kontrolować, a tym samym rozwijać kompetencj społeczne. Nie mniej ważne jest rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, w tym np. poszerzanie słownictwa i zwracanie uwagi na styl wypowiedzi.

 

Informacja dla osób zainteresowanych moją książką „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”

Ponieważ na rynku jest jeszcze inne wydanie „Neurodydaktyki” informuję, że prawa do mojej książki ma jedynie Wydawnictwo Naukowe UMK i tylko pod zawartymi w tej książce tezami mogę się podpisać. Za błędy zawarte w innym wydaniu, nie ponoszę odpowiedzialności. Swoim nazwiskiem firmuję jedynie „Neurodydaktykę” z pokazaną tu okładką. Jeśli ktoś chce przeczytać MOJĄ książkę, to proszę korzystać z wydania z  granatowym profilem twarzy.  Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowi, iż to autor odpowiada za treść i formę swojego dzieła. Ja miałam wpływ jedynie na formę i treść książki wydanej przez Wydawnictwo Naukowe UMK.

Neurodydaktyka

Kiążkę można kupić przez internet np. tu:

http://www.kopernikanska.pl/prod_193628_Neurodydaktyka_Nauczanie_i_uczenie_sie_przyjazne_mozgowi.html

 

Comments ( 0 )
  1. Wszystkie Pani artykuły są bardzo ciekawe i dostarczają wiedzy tak potrzebnej każdemu, a szczególnie tym , którzy wychowują , czy to w szkole , czy w domu. Chcialam poruszyć problem szybkiego czytania propagowanego w szkołach podstawowych / oczywiście odpłatnie / przez firmy , które mają w swojej nazwie słowa centrum pedagogiczne , ośrodek itp. Uważam to za nonsens , propagowanie techniki szybiego czytania na tym etapie, wydaje mi się manipulacją , nauczyciel ma pokazać wartości i piękno języka, a potem nauczyć wyszukiwania w tekście potrzebnych informacji. Proponuje się rodzicom kursy za 400- 500 złotych dla dobra ich dziecka, a ile można kupić książek, które zainteresują , to dziecko. Chciałabym wiedzieć , co pani o tym myśli.

  2. mazylinska Post author

    @ Manuela
    Też tak myślę! Sama swoich dzieci na taki kurs bym nie wysłała. Nie za bardzo wiem, co jest dobrego w szybkim czytaniu. Myślę, że dzieci powinny lubić czytać. Jeśli uda się osiągnąć cel, to przeczytają dużo książek, a jeśli nie będą tego lubić, to czytać nie będa. Jestem też przekonana, że czytając wolniej, więcej zapamiętujemy. A jeśli czytamy dla przyjemności, to po co się spieszyć? Dzisiejszy świat ciągle gdzieś pędzi, dlatego trzeba raczej propagować „pochwałę powolności”.
    Rodzice starają się jak mogą zapewnić swoim dzieciom dobrą przyszłość i kupią wszystko z napisem „edukacyjny”. To często jest wykorzystywane.

  3. Ostatnio uczyłem 20 holendrów niemieckiego, ludzi w przedziale wiekowym od 25 do 45 lat, właśnie za pomocą dramy.

    Każdy z nich jest nauczycielem, różnych przedmiotów, geografii, biologii, historii, języka niderlandzkiego, angielskiego, itp. Każdy z nich wraz ze mną uczęszcza na 2 letnie podyplomowe studia pedagogiczne. Każdy z nas miał podczas seminarium zaprezentować 10 minut swojej lekcji. Ja nauczyłem ich metodą dramy słów: ich, du… meine, deine… Czyli podstaw.

    Z 20 prezentacji tylko podczas mojej musieli wyjść z ławek i pokazywać palcem na siebie, to na kolegów… No i pani z biologii dała nam do potrzymania zrobiony z rurki cały przewód pokarmowy człowieka, dwunastnicę, jelita… 🙂 no i pan z historii podzielił nas na role byśmy przeczytali holenderską wersję dramatu o Galileuszu Brechta.
    O dramie słyszeli, ale nie wiedzieli co to takiego jest. Spodobało się. Potwierdziło się jedynie to, że jak się ją przeżyje to chce się więcej, teoria tutaj jest mało przekonywująca i zbyt idylliczna. Znakomicie jednak sprawdza się w praktyce. Myślę, że podobnie jest z neuronami lustrzanymi. Jak o nich nauczać teorią? Jeśli same nasze neurony o samych sobie w ten sposób nie lubią słuchać 🙂

    Prezentacje były nagrywane dla celów edukacyjnych. Muszę zdobyć ten materiał i go państwu udostępnić.

    By nauczać dramą nauczyciel musi być entuzjastyczny i lubić to robić, jak i tempo działania, reżyseria zajęć. W dramie od razu widać zaangażowanie obydwu stron, gdy go brak, coś jest nie tak.

    Należy tutaj również podkreślić, że celem dramy nie jest wysoki poziom sztuki, genialna gra aktorska, a nauczanie za pomocą tych technik np. fenomenów gramatycznych lub nowych słówek. Dlatego nawet najmniej utalentowany muzycznie uczeń może grać śpiewając, tańcząc by tylko osiągną cel edukacyjny.

  4. W. Szwajowski

    Wykorzystanie wierszy i rymowanek we wczesnej edukacji (i nie tylko) jest niezwykle cenne, ponieważ rozwija u dziecka poczucie rytmu i porządku. Z tego powodu jest ważne dla późniejszego kształtowania zdolności i umiejętności matematycznych. Posługiwanie się rytmem i rymem niewątpliwie ćwiczy też spostrzeganie słuchowe i spostrzeganie zależności czasowych.

    Rymowane teksty, właśnie poprzez odwołanie się do naturalnego poczucia rytmu, (bicie serca, rytm kroków) sprzyjają koncentracji dziecka na przekazywanej treści i ułatwiają zapamiętywanie, ponieważ rytm jest naturalnym składnikiem życia człowieka i ważnym sposobem postrzegania świata.

    Ale UWAGA, UWAGA!!! Niezwykle trudno znaleźć dobre rymowane teksty, które można wykorzystać w edukacji. Większość tych, które można znaleźć na rynku zawiera poważne mankamenty rytmiczne, językowe gramatyczne czy logiczne i czytanie ich dzieciom może być wręcz szkodliwe. Bardzo niewielu autorów potrafi uniknąć błędów przy pisaniu rymowanek, a jeszcze mniej redaktorów je wychwycić. Większość nauczycieli też tego nie potrafi. Być może dlatego, że sami byli wychowywani na nie najlepszych tekstach?

    Dobrze więc sięgać po sprawdzone wzory, ale tu też należy uważać. Wznawiane ciągle przez różne wydawnictwa wiersze klasyków (nie trzeba płacić za prawa autorskie!) zawierają często anachronizmy, czyli zwroty, które wyszły już z języka i „wkodowanie” ich małemu dziecku, które nie rozumie historycznego kontekstu, może być co najmniej wątpliwe. Utwory te często też nie są wolne od innego rodzaju mankamentów.

    Do świetnego i pomysłowego wiersza Tuwima też miałbym kilka pytań:
    Czy słowiki budują gniazdka na akacjach? Raczej nie. Chodziło o rym z „kolacją”. Słowiki budują gniazda na ziemi lub w niskich krzakach. To oczywiście tylko wierszyk, ale błędna informacja zostaje zakodowana. Ja sam ostatnio odkryłem, że właśnie z powodu tego wierszyka przez kilkadziesiąt lat miałem błędne wyobrażenie o gniazdowaniu słowika i nawet spierałem się z kimś o to, powołując na Tuwima.

    „Sześć komarów nadziewanych w konwaliowym sosie”. Dlaczego sos jest ważny, a nadzienie nie? Jak dziecko zrozumie w tym kontekście określenie „komar nadziewany”? Czy te dzieci, które nie rozumieją słowa „nadziewany” nie potraktują go jako jakiegoś przymiotnika w rodzaju „smażony”. „gotowany”, itp. ? Warto to sprawdzić omawiając wierszyk pytając np. CZYM komar mógł być nadziewany.

    Czy można piórka „oskubać”? „Oskubać” można słowika, a piórka raczej „wyskubać”, ale być może to właśnie jest anachronizm. Jeżeli tak, na to również warto zwrócić dzieciom uwagę.

    Być może to samo dotyczy określenia, „słowik ćwierka”? Czy „ćwierkanie” nie jest „zarezerwowane” dla wróbli i sikorek? Poeta ma oczywiście prawo użyć takiego określenia, ale jest ryzyko, że wejdzie ono do języka dziecka, jako prawidłowy związek frazeologiczny. Wydaje się, że słowiki „śpiewają”. Zastąpmy na chwilę wyraz „ćwierka” w wierszu Tuwima wyrazem „śpiewa”. Jak to brzmi? Czy nie bardziej pasuje do „rozmarzonego” nastroju słowika?

    Wystarczy na pół godziny włączyć telewizję informacyjną by usłyszeć, jak przedziwnych połączeń słów używają młodzi dziennikarze.
    Wczoraj, po tragiczne katastrofie kolejowej jeden z dziennikarzy powiedział, że przeszukiwane są „zgliszcza pociągu”. Czy nie na tej zasadzie, że gdzieś coś słyszał w zbliżonym kontekście?

    Tym wpisem chciałbym przyłączyć się do głosu nawołującego do POCHWAŁY POWOLNOŚCI i dodać jeszcze pochwałę analizy, wgłębienia się w tekst, jego sens jako całości, a także sens poszczególnych sformułowań, z których się składa. Jestem za POCHWAŁĄ CZEPIANIA SIĘ SZCZEGÓŁÓW, bo to właśnie na nich opiera się ostateczna jakość. Na nauczycielu ciąży też obowiązek analizy sensu edukacyjnego i wyrobienie sobie własnej opinii na temat tekstu, bez względu na to, jaki autorytet za nim stoi.

  5. mazylinska Post author

    @ Witold Szwajkowski

    Panie Witoldzie,

    ależ ciekawe są Pana spostrzeżenia! Nigdy się nie zastanawiałam, gdzie słowiki budują gniazda i na inne szczegóły też prawdę mówiąc nie zwróciłam uwagi. Znam wiersz Tuwima z dzieciństwa i mam wrażenie, że takie teksty przyjmuje się mniej refleksyjnie. Tak samo, jak przez całe lata byłam pewna, że śpiewana w przedszkolu piosenka zaczyna się od słów: Rolnik w Sandolinie … Już będąc całkiem dorosłą (po trzydziestce 😉 zobaczyłam tekst i mocno sie zdziwiłam!
    Ale Pana sposób patrzenia na wiersze jest bardzo ciekawy i myślę, że gdy nauczymy dzieci takiego „krytycznego” sposobu czytania poezji, to nauczą się czegoś bardzo ważnego, co będą mogły wykorzystać w innych sytuacjach.

    Ale jednocześnie musimy nauczyć, co to jest licentia poetika i zwrócić uwagę na to, że twórcy, a szczególnie poecie wolno więcej, że wierszy nie bierze się dosłownie, że nie można z nich czerpać wiedzy np. biologicznej. Jeśli wiersz jest piękny, jeśli mówi coś ważnego o życiu, to już bardzo wiele.

    Widzę, że zgadzamy się w kwestii „pochwały powolności” 🙂 Żyjemy w ciągłym pośpiechu, sama uważam, że dzisiejsza szkoła cierpi na ADHD. Skutkiem tego na nic nie ma czasu, w żaden problem nie można się zagłębić, w żadnej lekturze rozsmakować. A przecież ciągły pośpiech to stres. Nie rozumiem, dlaczego robimy to dzieciom. Jak mówi jeden z moich neurobiologicznych autorytetów: „Trawa nie rośnie szybciej, gdy się za nią ciągnie.” Dzieciom trzeba dać czas, wtedy najlepiej się rozwijają.

    @ Dawid

    Kiedy wstawisz Twoje przykłady dramy do sieci? Jakie to miłe uczucie, móc się uczyć od swoich studentów 🙂

  6. ewa

    Z tym wierszem, jak i innymi tzw.”klasykami” jest jeden problem. Wiele, jeśli nie większość, dzieci zna je doskonale – moja córka w wieku 2,5 lat „czytała” (oczywiście z pamięci) książeczkę o słowiku. Trudno więc o ten element zaskoczenia. Nauczyciele powinni pamiętać o tym, że dzieci nie przychodzą do przedszkola czy szkoły jako „czyste tablice” i zawsze mieć na uwadze dotychczasowe ich doświadczenia. Jak się okazuje, w licznych badaniach prowadzonych przez polskich naukowców, tego najbardziej brakuje w naszej szkole – odniesień do wiedzy już posiadanej przez dzieci, czyli do struktur już wbudowanych w ich pamięć.

  7. mazylinska Post author

    @ Ewa

    To prawda, czytam właśnie „Dziecko w szkolnej rzeczywistości” , raport opracowany przez poznańskich pedagogów i wynika z niego, że z uwzględnianiem przez nauczycieli wiedzy uczniów jest gorzej niż źle.

    Ale ja myślę, że z tym wierszem można pracować równeż wtedy, gdy dzieci go znają 🙂 Takie odkrywanie drugiego dna w zaproponowanej przeze mnie formie dramy, albo zaproponowane przez pana Witolda podejście krytyczno-językowe może pozwolić na odkrywanie nowych elementów, w czymś na pozór dobrze znanym. Ważne, by nauczyciel wiedział, ile dzieci wiersz już zna.

  8. W. Szwajkowski

    Pani Marzeno,

    w pełni zgadzam się, że wierszy nie bierze się dosłownie, ale obserwuję, szczególnie u wielu współczesnych twórców, że pod zasłoną licentia poetica bardzo często kryje się zwyczajna nieudolność warsztatowa, a czasem brak wiedzy. Jest to szczególnie szkodliwe, gdy wierszyki adresowane są do dzieci i mają etykietkę edukacyjnych.

    Z drugiej strony widzę bezrefleksyjną postawę wielu nauczycieli i rodziców, którzy bezkrytycznie wykorzystują utwory kaleczące wręcz poczucie rytmu, rymu, sensu, nie mówiąc już o braku poprawności językowej. Niedawno napisałem do jednego z pism dla nauczycieli artykuł na temat najczęściej spotykanych błędów w rymowankach dla dzieci. Zamieściłem w nim kilka przykładów z książek dostępnych obecnie na rynku. Pani redaktor naczelna poprosiła, żebym nie używał negatywnych przykładów, ale nie, nie dlatego, żeby nie zrobić przykrości ich autorom, jak początkowo myślałem! Obawiała się po prostu, że nauczyciele korzystający z pisma, którzy nie przeczytają artykułu, „wyjmą” sobie z niego te właśnie wierszyki i będą ich używać, nie zwracając uwagi na zawarte w nich błędy formalne i absurdy! Chyba wiedziała co mówi, bo sama jest nauczycielem z dużym doświadczeniem, więc zna to środowisko.

    I jeszcze komentarz na temat licentia poetica. „Wagony do niej podoczepiali wielkie i ciężkie, z żelaza, stali…” Kto wie, czym się różni żelazo od stali? Skąd kilkuletnie dziecko ma wiedzieć, że informacja o stali jest prawdziwa, a „żelazo wynika z licentia poetica”? Z mojego punktu widzenia, (przynajmniej dzisiaj – nie wiem jak było w czasach Tuwima) licentia poetica nie broni zacytowanego fragmentu. Dzieciom należy się więc wyjaśnienie. Zwłaszcza, że dalej w wierszu jest mowa o „żelaznej belce”. Ale już „żaru, który z rozgrzanego brzucha bucha” licentia poetica broni jak najbardziej! Dla mnie to jest właśnie przykład poetyckiego sformułowania dla dzieci, które świetnie pobudza wyobraźnię, kształtuje wrażliwość na żart słowny i rozwija poczucie humoru!

  9. G. Kucharska

    Postanowiłam napisac po przeczytaniu artykułu w Metrze.
    Zostałam wychowana w jak to zostało nazwane w „ukrzesłowionym” czasie licząc słupki i czytając czytanki i przyznam szczerze że jestem z siebie zadowolona. Będąc dzieckiem nie zastanawiałam się czy nauczyciel uczy dobrze czy źle. Osiągnęłam dobre wyższe wykształcenie, skończyłam parę studiów podyplomowych na dobrych uczelniach (traktując je jako hobby i dobrą zabawę). Nie uważam żeby taki system wyrządził mi krzywdę. Obecnie moje dziecko chodzi do 2 klasy podstawówki. Mają lekcje krzesełkowe i kreatywno-dywanikowe oraz różne kółka rozwijające kompetencje. Myślę że proporcje są dobrze zachowane z przewagą tych krzesełkowych. Nie rozumiem jednak dlaczego mamy odchodzić od klasycznej metody nauki i analizować np wierszyki pod dyktando nauczyciela. Z tego co czytam, to zabawa jest przednia dla ludzi dorosłych, którzy mają jeszcze chęć nauki i wychodzenia do ludzi. Mentalność dziecka jest inna. Pani pozwalała polatać po klasie, my pogadaliśmy w kółeczkach o jakiś ptaszkach i było fajnie tylko ze Maciek ciągnął Alę za włosy a Kasia pisała do mnie karteczki a ja dostałem uwagę bo piszczałem jak słowik na całą klasę żeby Julkę rozśmieszyć. Potem jak przychodzi do domu to całą czarną robotę, czyli mnożenie, dzielenie, czytanie i kaligrafię mozolnie wykładają rodzice w sposób krzesełkowy – bo w szkole już na to czasu nie było. Takie zajęcia „czyli wierszykowe pierdupierdu” też maja miejsce tylko ze sporadycznie – i Bogu dzięki. Empatii, zachowania i podstawowych informacji o życiu uczą rodzice, szkoła może uzupełnić te informacje. Dlatego każdy z nas jest inny – bo wynosi inne wartości z domu. Dziecko musi w sposób krzesełkowy przestać być analfabetą i nauczyć się liczyć, poznać zegar, pieniądze, termometr. Potem w domu może pobawić się w sklep lub zbudować małą stację meteo. Dla mnie to jest kreatywność. Kreatywność spontaniczna, samoczynna a nie naciągana przez nauczyciela. Moje dziecko cieszy się gdy przyniesie jakieś „suche info” i nagle zauważy sam że ma to praktyczne zastosowanie w życiu.
    Myślę że to co powyżej (przez Państwa zostało opisane) byłoby dobre w przedszkolu a nie w szkole skąd dzieci powinny wynieść trochę rygoru, obowiązku i systematyczności co w sumie wymagane jest u większości pracodawców. Nad kreatywnością, asertywnością i nadpobudliwym wszędobylstwem mogą popracować jako licealiści, czy też studenci albo znudzeni rutyną starsi pracownicy. Wtedy to każdy będzie już wiedział w jakim kierunku drążyć kreatywność i co mu w zyciu jest potrzebne.

    • mazylinska Post author

      @ G.Kucharska

      Nie doczytała Pani, że opisana tu propozycja lekcji (opartej na pomyśle Janiny Huterskiej-Góreckiej) dotyczy właśnie przedszkola. Napisałam, że pani Huterska-Górecka zajmuje się edukacją przedszkolną 🙂

      Pozdrawiam serdecznie,

      m.ż.

  10. G. Kucharska

    I jeszcze jedno spostrzeżenie na podstawie powyższych postów. Jesteście ludźmi dorosłymi i to wy rozpływacie się nad faktem czy oskubac, wyskubać i wracacie sentymentalnie pamięcią do czasów wczesnego dzieciństwa. A co wyniesie dziecko? Większość, że ktoś tam poprostu komuś wyrwał piórka a on będzie siedział do wieczora i robił słupki z matmy bo wszkole był „dzień lajtowy”.
    Moze porostu nam dorosłym brakuje kontaktu i rozmów z innymi, w dobie siedzenia i pisania blogów o byle czym w samotnych czterech ścianach. I sami dorabiamy do tego ideologie, zeby za kilkanaście lat stwierdzić że jest to taki sam niewypał jak wychowanie bezstresowe.

  11. W. Szwajkowski

    Faktycznie, każdy wynosi inne wartości z domu i inny rodzaj empatii. Jednym rodzice zwracają uwagę na różnice znaczeniowe różnych form słów i uczą prawidłowego wysławiania się, wykorzystując różne środki, a inni „nad tym faktem się nie rozpływają”. Jedni nauczą szacunku dla pracy innych ludzi, nawet takiej, której istoty i sensu się nie rozumie, a inni nauczą wyrażać się o niej lekceważąco w rodzaju „wierszykowe pierdupierdu”. Jedni nauczą otwartości na innych, ich obserwacje wnioski i sposób myślenia, a inni nauczą, że najważniejsze to być zadowolonym z siebie, a poglądy np. na edukację budować tylko w oparciu o swoje doświadczenia ze szkoły i doświadczenia z wychowania własnego dziecka.

    Ja, na podstawie doświadczeń ze SWOJEJ edukacji i edukacji SWOJEGO dziecka wyciągam wnioski krańcowo przeciwne niż Pani Kucharska. Nie czuję jednak, żebym miał tytuł, aby prezentować je publicznie z takim przekonaniem, nie mówiąc już o uogólnianiu ich na inne dzieci, ponieważ nie mam aż takiej pewności co dziecko „musi” w szkole i co „może” w domu. Ale szczerze mówiąc nie wiem, czy takie nastawienie wyniosłem z domu, czy ze szkoły… Chyba raczej ze szkoły.

  12. @ „Wierszykowe pierdupierdu”

    „Wierszykowe pierdupierdu” tez w szkole przezylem. Na lekcji angielskiego ja jako dojrzewajacy chlopak, ktory byl COOL, musialem udawac motylki i biegac po klasie. CHAOS, niczego sie nie nauczylem. I mimo tych szokujacych przezyc jestem wielkim zwolennikem „Wierszykowych Pierdupierdu”, bardziej znana pod nazwa DRAMA, Dramapädagigik. Mysle, ze pani z angielkiego, tak jak w Pani przykladzie, chciala cos wyprobowac, cos innego. Mialo to moze cos z DRAMY, ale Pani widziala jedynie czubek gory lodowej. Tamta lekcja bardzo utkwila mi w pamieci i z biegam lat zainteresowalem sie ta forma. Chcialem odpowiedziec sobie na bardzo wazne pytanie: co zrobic, by drama nie przypominala „wierszykowego pierdupierdu”. I znalazłem ku temu sposoby. Przykro mi jedynie, ze sie Pani od razu tak dala zniechecic i pewnie przekazała te niechec swojemu dziecku…

  13. Michał

    Wszystkie metody nauczania są dobre, lecz ich efekt zależy od nauczyciela. To tak jak z lekami – potrafią leczyć i zabić, w zależności od dawki.
    Ja sam pamiętam lekcje „dramy” z szkoły – raz było to trafne, świetnie przeprowadzone, raz nie. Czasem nauczyciel wzoruje się na kimś, ale nie przekłada tego na wiek swoich uczniów. Cóż… Człowiek uczy się na błędach 🙂

    Za to obecnie patrzymy z zazdrością na osoby, które mają zajęcia pewnym panem dr. Jego studenci biegają po sali z karteczkami „amygdala”, hormon wzrostu, PRL (prolaktyna), kortyzol, czy „stres”, „przyjemność”. A ja musiałem siedzieć i oglądać slajdy z obrazkami i schematami… 🙁

  14. Michale – czy potrafisz ocenić, czy ci studenci biegający z karteczkami uczą się biochemii lepiej i trwalej niż ci, co siedzą nad podręcznikami? Bo ja bardzo wątpię.
    Z pewnością – ich zajęcia są przyjemniejsze. Gdyby biegali z kuflami piwa – byłyby jeszcze przyjemniejsze.

    O ile nie neguję sensowności stosowania dramy w uczeniu języków (to jest coś zupełnie różnego od uczenia wiedzy), ani w ramach kółka teatralnego (bardzo pożyteczne zajęcia!) ani w ramach wprowadzania baletu na lekcje WF, a może nawet odgrywanie jasełek może być właściwą metodą katechezy, o tyle w pełni zgadzam się z G.Kucharską, że dla takich metod nie ma i nie powinno być miejsca w dydaktyce matematyki, biologii, fizyki, historii czy geografii.

    Żadną dramą nie nauczysz się upraszczać piętrowych ułamków ani dzielić wielomianów.

    Miałem już kiedyś na ten temat dyskusję z Marzeną (o odgrywaniu jakiś scenek z Ludwikiem XIV w ramach uczenia historii). Zobacz tam, jeśli chcesz zobaczyć bardziej rozwiniętą argumentację.

  15. G.Kucharska

    Doczytałam o przedszkolu i w pelni zgodziłam sie z tym świetnym pomysłem.
    W powyzszch postach odniosłam się jednak do fragmentu wcześniejszego mówiącego o „szkolnym ukrzesłowieniu” i „pierwszych latach pobytu w szkole” oraz o fragmentach gdzie „uczniowie pracujący w grupach mogą zapisać wszystkie wymyślone powody na kartce”. I tu stwierdzam, że pomysł jest fajny i w sam raz do szkoły, ale na kółko szkolne nazwane np. u mojego dziecka w szkole mianem „Kluczyk” – dla dzieci zamkniętych w sobie, mających trudności z wyrazaniem uczuć, które w ten sposób mogą rozwijać kompetencje społeczne. Zgadzam się.
    Jednak rozważając przykład jako regularne lekcje to przyznam że jestem przerażona. Nadal też nie potrafię doszukać się gdzie autorka znalazła miejsce dla stacji – matematyka. Oprócz liczby jedenaście, którą w zasadzie można podciagnąć pod
    11 – jako liczbę,
    11- jako układ 2 cyfr,
    11 – jako godzinę, zauwazajac ze to 11.00 rano i wprowadzając przy okazji 23.00 jako faktyczną godzinę niebytu w domu slowika,
    11 – jako kolejną począwszy od 1 do np 12 lub dalej.
    11 – jako wariant XI (z dedykacją dla 2 klasy podstawówki)
    11 – jako zagadka ile jest 1+1 lub 1-1 lub 1×1,
    nie widzę matematyki.
    Który wariant ma tu zastosowanie? Jeżeli tylko jeden – to w zasadzie matematyki nie było; jeżeli wszystkie – to zapewne dzieci zostały tak skołowane, że pewnie zapomniały czy o słowiku mowa czy innym ptaku. A gdzie reszta matematyki? Gdzie tabliczka mnożenia? Proszę o radę jak nauczyć mnożenia stymulując neurony lustrzane?
    Zgadzam się z przedmówcą w kwestii języków obcych. Przećwiczyłam to na dziecku w wieku 4 lat zapisujac go do na angielski i czytanie prowadzony metodą powołującą się na stymulację połączeń neuronowych. Były karteczki i efekt w postaci 5 wyrazów na 40 minut zajęć. Fajne, kosztowne, trąciło snobizmem (szczegolnie w poczekalni) a dziecko…. zaprotestowało po 2 miesiącach. Poczułam sie podle jak wyrodna matka eksperymentatorka. Kupiłam Lippy and Massy. Leciało cały dzień w tle i dziecko ot tak niechcący uderzyło w swe neurony lustrzane małpując zwroty z filmików. Pozostało mu trochę.
    Niestety, nie widzę w drama-metodzie „metody” na przedmioty ścisłe. Nie piszę, żeby negować czy też kpić z tego sposobu. Poprostu szukłam najlepszych rozwiązań dla mojego dziecka w dobie wyscigu szczurów, konkurencji i … do końca nie wiem czy to co robiłam było dla niego dobre czy poprostu zaspokajałam moje ambicje nie widząc jego potrzeb.

  16. Michał

    Ksawery – tak. Nie dość, że są przyjemniejsze, to są lepiej zapamiętane. Rzecz jasna, jak wszystko inne, nadal istnieje potrzeba powtórzenia materiału w domu, ale to jest wymagane przy każdym sposobie nauki.

    Dyskusję o historii śledziłem w czasie, gdy się toczyła 🙂
    Sam także twierdzę, że matematyki, fizyki, chemii i biologii nie można uczyć dramą. Jednak w tych naukach istnieją inne sposoby angażowania większej ilości zmysłów i większych zasobów uwagi niż czytanie. Mam na myśli eksperymenty, ciekawe filmy edukacyjne (a takie za pewne, króciutkie, istnieją).

    Jeśli chodzi o mój przykład z biochemią wcale nie pokazuje bezsensowności stosowania dramy. Student musi posiadać pewną podstawową wiedzą już na samym początku zająć. Później wykorzystuje tę wiedzę biegając z karteczkami po sali. By móc śledzić nie tylko swoje „zadanie”, ale i reagować na innych (inne hormony i organy pracują w tym samym czasie) musi zaangażować się w pełni. Jego uwaga jest skupiona, skupia się na tym, która substancja pobudza daną strukturę, itd. W nauce wykorzystujemy zarówno wiedzę już posiadaną, nabytą wzrokowo, ale ćwiczymy ją przez ruch, słuch, mowę, kolor. Oczywiście, uczenie się biochemii wyłącznie tą metodą, czy nauka danego zagadnienia od samego początku wyłącznie tą metodą jest nieefektywna.
    Dlatego na początku poprzedniego postu napisałem, że drama może być dobra i zła, w zależności od tego jak często jest stosowana, i w jaki sposób.

    Neurony lustrzane ani nie są strukturą w pełni poznaną, ani taką, którą można całkowicie wyodrębnić 🙂
    Mają swoje zastosowanie także w naukach ścisłych – np. podczas obserwacji.
    Obserwacji czego? Np. zwierząt. Tego jak się zachowują, jak reagują. Na podstawie obserwacji zwierząt można bardzo dobrze poznać ich „styl życia”. Jednak taka wiedza nie interesuje szkoły.
    Matematyka – jak najbardziej. Podczas zadań grupowych, czy wzajemnego uczenia się.

    Neurony lustrzane to nie jest struktura wykształcona przez szkołę, ale przez tysiąclecia ewolucji! Służy głównie kontaktom społecznym, empatii, obronie przez zagrożeniem(!), nauce (jak kolega zrobił ten toporek? Jak on używa koła do transportu? W jaki sposób poluje na jelenia?).
    Edukacja powinna się skupić na tym, jak wykorzystać te struktury w nauce, a nie jak te struktury powinny się dostosować do nauki, by być użyteczne.

  17. W. Szwajkowski

    Faktycznie, przy pomocy dramy trudno nauczyć dzielenia wielomianów, ale oprócz samej edukacji matematycznej równie ważne jest wcześniejsze przygotowanie dzieci do tej edukacji. Czytanie, słuchanie i deklamowanie rymowanych tektów rozwija u dziecka poczucie rytmu i porządku, co jest niezwykle ważne dla późniejszego kształtowania zdolności i umiejętności matematycznych. Posługiwanie się rytmem i rymem ćwiczy spostrzeganie słuchowe i spostrzeganie zależności czasowych.

    Rymowanki, właśnie poprzez odwołanie się do naturalnego poczucia rytmu, sprzyjają koncentracji dziecka na przekazywanej przez nie treści i ćwiczą pamięć. Rytm jest naturalnym składnikiem życia człowieka oraz ważnym sposobem postrzegania świata. Już niemowlę odczuwa rytm bicia serca matki. Rytmicznie oddychamy, chodzimy i biegamy. Rytm towarzyszy od zarania kulturze ludzkiej, przejawiając się w tańcu i muzyce. Rytmiczne ruchy wykonujemy jadąc na rowerze, wiosłując, pływając, odbijając piłkę rakietką, czy nawet jedząc zupę łyżką.

    Znaczenie rytmu dla ludzkiej psychiki najłatwiej zrozumieć, gdy naturalny, oczekiwany przez nas schemat rytmiczny, zostanie zaburzony. W naszym języku funkcjonuje pojęcie „wybicie z rytmu” oznaczające bardzo niepożądane zakłócenie. Przekazywanie więc dziecku informacji, poleceń i instrukcji związanych z przygotowaniem do edukacji matematycznej w sposób odwołujący się do rytmu, wydaje się jak najbardziej uzasadnione. Można spotkać się z hipotezą, że samo liczenie wywodzi się z rytmicznego wskazywania obiektów, więc trudno o lepsze uzasadnienie powiązania struktur operujących rytmem – jakimi są rymowanki – z przygotowaniem do nauki matematyki. Temat można rozwijać, ale wykracza to już poza formułę blogu.

    Czytanie prawidłowo napisanych rymowanek utrwala też właściwe znaczenie słów i związków frazeologicznych. Rażące błędy językowe, które robi chociażby wielu dziennikarzy, czyli zawodowców, świadczą o tym, że w dzieciństwie nie mieli okazji zbyt często stykać się z prawidłowo napisanymi tekstami i prawdopodobnie nie są nawet świadomi związku jaki mają wierszyki, których nie przeczytali, z błędnymi sformułowaniami, którymi się publicznie posługują, w ramach wykonywania pracy zawodowej.

  18. Ala M

    Nauka przez aktywność, działanie jest czymś rewelacyjnym. Wykorzystanie dramy to, praca na emocjach, możliwość przepracowania przez dziecko trudnych sytuacji, zadań w bezpiecznych dla niego warunkach. Nie musi odkrywać swoich emocji, przyjęcie roli nierzadko jest dla dziecka furką, by przekazać co go „gryzie”, w dostępny dla niego sposób. Możliwość wcielenia się w rolę, bycie kimś innym daje nam szansę, by spojrzeć na problem z innej perspektywy.

  19. Irena Zbroszczyk

    Po pierwsze bardzo Pani dziękuję za książkę i poruszenie tak ważkiego tematu, jak samodzielność i odpowiedzialność młodych ludzi w dochodzeniu do wiedzy i funkcjonowaniu w środowisku. A także, a może przede wszystkim, uważność na drugiego człowieka. Jestem nauczycielką w przedszkolu. Kilka lat temu wraz z moją koleżanka stworzyłyśmy program własny placówki, w którym główny nacisk położyłyśmy na kształtowanie poczucia własnej wartości dziecka i poszukiwanie metod pracy, które dałyby tym najmłodszym „pole” do popisu podczas wykonywania najprostszych, dla nas dorosłych, czynności, ale w taki sposób, aby nieudana próba była motywacją do następnych i następnych. Powstały motywatory, odpowiednia aranżacja sal,”szwedzkie” stoły, zegary, tablice ekspertów i wiele innych metod. I to działa! „Nasze” dzieci są zaradne, otwarte, odważne, poszukujące, znają swoje słabe strony. Obserwujemy dzieci, rozmawiamy z rodzicami i wciąż poszukujemy nowych rozwiązań. Multimedia,czasami owszem, ale jako środek do czegoś a nie metoda. Obecnie nasza koncepcja została pokonana przez „nowoczesność” i walczymy o nią.
    Pani sposób widzenia obecnej szkoły i miejsca nauczyciela w niej, napełnia mnie wiarą, że my też mamy rację a nasze dzieci znakomicie poradzą sobie we współczesnym świecie.

Post comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *

© 2015 Sofarider Inc. All rights reserved. WordPress theme by Dameer DJ.